Scrigroup - Documente si articole

     

HomeDocumenteUploadResurseAlte limbi doc
BulgaraCeha slovacaCroataEnglezaEstonaFinlandezaFranceza
GermanaItalianaLetonaLituanianaMaghiaraOlandezaPoloneza
SarbaSlovenaSpaniolaSuedezaTurcaUcraineana

AdministracjaBajkiBotanikaBudynekChemiaEdukacjaElektronikaFinanse
FizycznyGeografiaGospodarkaGramatykaHistoriaKomputerówKsiàýekKultura
LiteraturaMarketinguMatematykaMedycynaOdýywianiePolitykaPrawaPrzepisy kulinarne
PsychologiaRóýnychRozrywkaSportowychTechnikaZarzàdzanie

ROBIN COOK - ROK INTERNY

ksiàýek



+ Font mai mare | - Font mai mic



DOCUMENTE SIMILARE

ROBIN COOK

ROK INTERNY



Ksiàýka ta jest dedykowana ideaùowi medycyny, który mieliúmy w roku, w którym zaczynaliúmy studia w akademii medycznej.

Podziækowania

Ksiàýka ta zostaùa napisana pod powierzchnià Oceanu Spokojnego, gdy autor przebywaù na pokùadzie okrætu podwodnego klasy Polaris, USS „Kamehameha”. Nie powstaùaby bez ýyczliwoúci i zrozumienia dowódcy „Kamehamehy”, komandora Jamesa Sagerholma, któremu winien jestem wdziæcznoúã.

Dziækujæ równieý dr med. Craigowi Van Dyke, psychiatrze, który praktykowaù, zanim rozpoczàù specjalizacjæ, i dziæki temu podtrzymywaù autora na duchu przez okres zwàtpienia i przygotowywania ksiàýki do druku.

WSTÆP

Amerykanie trwajà przy swoich mitach. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niý w przepeùnionym emocjami úwiecie medycyny i opieki lekarskiej. Ludzie wierzà w to, w co chcà wierzyã, w co zawsze wierzyli, i albo lekcewaýà, albo odrzucajà jako faùszywe wszystko, co zagraýa ich pokrzepiajàcemu zaufaniu do swoich lekarzy albo do sposobu leczenia, jakiemu mogà byã poddani.

Dopiero ostatnio, i to z niechæcià, szeroki ogóù spoùeczeñstwa zaczàù kwestionowaã swe koùtuñskie zaùoýenia, ýe personel medyczny i opieka zdrowotna w Stanach Zjednoczonych sà najlepsze na úwiecie. To przykre przebudzenie dokonaùo siæ bardziej pod wpùywem wzrastajàcych kosztów niý samej jakoúci usùug medycznych.

Pani Brown co prawda moýe przyznaã, ýe kilka rzeczy jest zùych, jednak trwa niezmiennie w przekonaniu, ýe jej wùasny kochany lekarz mieszkajàcy na tej samej ulicy jest najlepszy na úwiecie - taki cudowny czùowiek!

A ci wszyscy mùodzi staýyúci, niech ich Bóg bùogosùawi - tacy oddani i peùni poúwiæcenia!

Podstawa tego uwielbienia dla úwiata medycznego leýy gùæboko w psychice wspóùczesnego Amerykanina. Jego miùoúã do medycyny okazywana jest podczas godzin, jakie spædza przykuty do telewizora, oglàdajàc triumfy diagnozy i terapii wszechwiedzàcych lekarzy.

Taki romantyzm wraz z jego ukierunkowanà wiarà, i stàd tak wàskà tolerancjà, sprawia, ýe gùoszenie przeciwstawnych poglàdów jest niezwykle trudne.

Niemniej jednak, celem autora tej ksiàýki jest odarcie owego roku na staýu z caùej tej mitologii i mistyki i przedstawienie go ze wszystkimi twardymi, bezwzglædnymi realiami. Psychologiczne oddziaùywanie staýu na lekarza jest ogromne (poniewaý tak jest, wyobraêmy sobie, jaki to ma wpùyw na nie koñczàcy siæ pochód pacjentów).

Goràco proszæ Czytelnika o rozpoczæcie lektury z otwartym umysùem, odrzucenie prawie nieprzepartej chæci gloryfikowania medycyny i ludzi z nià zwiàzanych - proszàc o zrozumienie prawdziwego wpùywu staýu na normalnego czùowieka.

Osoby zwiàzane z medycynà sà najnormalniejszymi ludêmi, którym nieobce sà problemy i negatywne emocje - gniew, læk, wrogoúã, egocentryzm. Kiedy znajdujà siæ w nieprzyjaznym úrodowisku, reagujà jak zwykli ludzie, nie zaú jak nadludzcy uzdrowiciele.

Mimo ýe spektakle telewizyjne sugerujà coú innego, staý w obecnej formie wywoùuje wùaúnie taki nieprzyjazny stan emocjonalny (sam brak snu wystarcza, aby wytùumaczyã mnóstwo zachowañ odbiegajàcych od normy: ostatnie badania wykazaùy, ýe czùowiek szybko staje siæ schizofrenikiem, jeúli pozbawiony zostanie dostatecznej iloúci snu).

Wszystkie opisane zdarzenia sà prawdziwe. To typowe, zwyczajne - nie niezwykùe - dni z ýycia staýysty. Sam doktor Peters jest syntezà moich wùasnych doúwiadczeñ i doúwiadczeñ kolegów staýystów, ogniskuje w sobie kilka prawdziwych postaci. Jeúli nie wykazuje odchyleñ konkretnej psychospoùecznej osobowoúci, to i tak odwzorowuje kaýdego staýystæ - w mniejszym lub wiækszym stopniu. Fakt ukazywania go jako jednostki narzekajàcej i skarýàcej siæ, zawodzàcej w roli spoùecznej czy towarzyskiej, ale rozwijajàcej siæ zawodowo nie powinien dziwiã. Doktor Peters podczas swego staýu naprawdæ zyskuje duýo wiedzy i doúwiadczenia, rozwija bardziej obiektywnà postawæ wobec úmierci.

Jednoczeúnie wraz z tymi cechami narasta w nim gwaùtownie tùumiony gniew i wrogoúã, które prowadzà do izolacji, niemal autystycznego zachowania, rozczulania siæ nad sobà i niemoýnoúci nawiàzywania stosunków miædzyludzkich.

Inne aspekty praktyki lekarskiej przedstawione w tej ksiàýce zapewne równieý zostanà odebrane jako rysy na powierzchni przyjætych przekonañ. Znów proszæ Czytelnika o zachowanie otwartoúci spojrzenia, o zapamiætanie, ýe duýa czæúã anonimowoúci i bezosobowoúci w kontaktach z pacjentami jest po prostu nieuniknionym skutkiem znajomoúci ludzkich chorób.

Ta bezosobowoúã moýe oczywiúcie w swej skrajnoúci doprowadziã do zredukowania pacjenta do roli leczonego obiektu. Jest to zdecydowanie patologiczne. W wypadku staýysty istnieje niebezpieczna moýliwoúã osiàgniæcia takiego stanu.

Staýysta zmuszony jest do radzenia sobie bez ýadnej pomocy, do dziaùania tak, jak dyktuje mu jego charakter.

Jedno sùowo, które wyprzedza szczególnà krytykæ: doktor Peters odbywaù staý w normalnym szpitalu, a nie w oúrodku uniwersyteckim, toteý niektórzy mogà twierdziã, ýe jakiekolwiek wnioski i uogólnienia dotyczà jedynie takiego úrodowiska. Taka uwaga byã moýe ma pewnà wartoúã, ale nie wierzæ, aby obniýaùa sùusznoúã mego gùównego argumentu. Wprost przeciwnie, doúwiadczenia Petersa mogùyby byã gùæbsze, gdyby zostaù osadzony w realiach oúrodka uniwersyteckiego. Tam bowiem konkurencja miædzy staýystami, koniecznoúã plasowania siæ zawsze przed kimú, jest prawie zawsze silniejsza. W zwiàzku z tym w codziennym systemie wartoúci waýniejsze staje siæ przeglàdanie literatury i praca papierkowa niý pacjent.

Jestem przekonany, ýe doúwiadczenia doktora Petersa mogà byã odniesione zarówno do szpitali uniwersyteckich, jak i do normalnych klinik. To, co jemu siæ przydarzyùo, udowodnione zostaùo poprzez przekonywajàce podobieñstwo doúwiadczeñ moich i innych lekarzy odbywajàcych najrozmaitsze staýe.

Nie przedstawiono úrodowiska szpitala nieuniwersyteckiego, który nie prowadzi szkolenia. Moýliwe, ýe krytyka odniesie siæ równieý do staýy w takich wùaúnie instytucjach.

Rækopis tej ksiàýki zostaù przeczytany przez oúmiu lekarzy, którzy byli nie dùuýej niý trzy lata po staýu. Wszyscy, poza jednym, zgodzili siæ, ýe jest ona realistyczna, napisana bez ogródek, caùkowicie reprezentatywna. Ten, który miaù odmienne zdanie, stwierdziù, ýe lekarze w szpitalu, w którym odbywaù staý, byli bardzo uczynni, bardziej otwarci na jego potrzeby niý ci przedstawieni w ksiàýce. Przebywaù na staýu w szpitalu uniwersyteckim na Zachodnim Wybrzeýu.

Wniosek wypùywajàcy z jego wypowiedzi mógùby byã taki, ýe wszyscy adepci medycyny powinni odbywaã staý tam, gdzie on.

Powtarzam, ýe ksiàýka ta jest prawdziwa. Jeúli nie przedstawia wszystkich staýy we wszystkich szpitalach, to przedstawia wiækszoúã z nich. Uczciwie odzwierciedla szerzàcy siæ stan, przynajmniej przygnæbiajàcy, a w najgorszym wypadku niebezpieczny. To juý wystarczajàcy powód do napisania Roku interny.

Dzieñ 15

CHIRURGIA OGÓLNA

Spaùem juý chyba z póù godziny, zmarzniæty, gdy znów zadzwoniù telefon. Odebraùem, zanim zamilkù pierwszy dzwonek, siægajàc po sùuchawkæ instynktownie, prawie w panice. Podræcznik chirurgii, który czytaùem, zanim zasnàùem, spadù z ùóýka na podùogæ.

- Cholera, co znowu?

Usùyszaùem zrozpaczony gùos pielægniarki:

- Doktorze Peters, pacjent, którego pan badaù, przestaù oddychaã i nie wyczuwam tætna.

- Juý idæ.

Udaùo mi siæ odùoýyã sùuchawkæ. Wciàgnàùem spodnie, koszulæ, buty i zszedùem do windy, zaciàgajàc zamek bluzy. Wcisnàùem przycisk i usùyszaùem charakterystyczny dêwiæk pracujàcego silnika elektrycznego. Oczekujàc niecierpliwie na windæ, nagle zdaùem sobie sprawæ z tego, ýe wùaúciwie nie wiem, o jakim pacjencie mówiùa pielægniarka.

Byùo ich wielu. Wszyscy, których widziaùem wieczorem, pojawili mi siæ przed oczyma. Pani Takura, Roso, Sperry, ten nowy, starszy facet z rakiem ýoùàdka. To musi byã on. Nie byù to pacjent leczony u nas. Zetknàùem siæ z nim pierwszy raz, gdy wyrwano mnie z izby przyjæã, bo wystàpiùy u niego gwaùtowne bóle brzucha. Okazaùo siæ, ýe byù bardzo wyczerpany. Nie mógù siæ w ogóle poruszyã i z trudem odpowiadaù na pytania.

Nie mogùem siæ doczekaã windy i oparùem gùowæ o drzwi. Moje informacje o tym facecie byùy bardzo skàpe. Pielægniarka teý niewiele wiedziaùa. Nie byùo historii choroby, a jedynie krótki zapis, z którego wynikaùo, ýe ma siedemdziesiàt dwa lata i juý trzeci rok cierpi na nowotwór ýoùàdka; przed paroma miesiàcami przeprowadzono resekcjæ. Tym razem zostaù przyjæty do szpitala z uwagi na bóle, zawroty gùowy i ogólne osùabienie.

Winda, skrzypiàc i zgrzytajàc, zjechaùa wreszcie i otworzyùy siæ bràzowe drzwi. Wszedùem do úrodka, wcisnàùem guzik i czekaùem z niecierpliwoúcià, aý to pudùo zwiezie mnie na parter.

Wczeúniejsze badanie starszego pana nie przyniosùo niczego niespodziewanego. Jasne byùo, ýe odczuwa ogromny ból i niewàtpliwie rak zaatakowaù caùà jamæ brzusznà. Po kilku bezskutecznych próbach dodzwonienia siæ do zajmujàcego siæ nim lekarza zdecydowaùem siæ podaã mu kroplówkæ z demerolem jako úrodkiem nasennym. Nic innego nie przyszùo mi do gùowy.

W koñcu winda dotarùa na parter. Szybko przeszedùem przez dziedziniec, wszedùem do gùównego budynku, a nastæpnie tylnymi schodami dotarùem na oddziaù. Wkroczyùem do jego sali i w smutnym úwietle nocnej lampki zobaczyùem bezradnà pielægniarkæ. Pacjent byù przeraêliwie wychudzony. Moýna mu byùo policzyã wszystkie ýebra; brzuch zapadù siæ gùæboko, tworzàc doùek. Leýaù nieruchomo z zamkniætymi oczami. Spojrzaùem na jego klatkæ piersiowà.

Byùem przyzwyczajony do widoku klatek piersiowych, które poruszaùy siæ miarowo w trakcie oddychania. Wydawaùo mi siæ, ýe i tym razem widzæ, jak nieznacznie opada i wznosi siæ. Jednak to nie byùa prawda. Sprawdziùem tætno - niewyczuwalne. Nieraz tætno rzeczywiúcie bywa bardzo sùabe. Sprawdziùem, czy trzymam jego przegub w odpowiedni sposób, od strony kciuka, a póêniej uchwyciùem drugà rækæ. Znowu nic.

- Doktorze, to nie zatrzymanie akcji serca. Lekarz dyýurny powiedziaù, ýe nie powinniúmy tego uwaýaã za przyczynæ - staraùa siæ usprawiedliwiaã pielægniarka.

Zamknij siæ, pomyúlaùem. Byùem poirytowany, a jednoczeúnie poczuùem ulgæ. Nie martwiùo mnie przypisanie wszystkiego zatrzymaniu akcji serca. Chciaùem mieã zupeùnà pewnoúã, bo pierwszy raz musiaùem wziàã na siebie odpowiedzialnoúã za stwierdzenie zgonu. W czasie studiów zetknàùem siæ z wieloma przypadkami úmierci; wtedy, w zeszùym roku jeszcze, choã to dawno, zawsze ktoú sùuýyù pomocà - zespóù lekarzy, staýysta albo bardziej doúwiadczony kolega. Nigdy nie decydowaù sam student. Teraz to ja stanowiùem zespóù lekarzy i musiaùem sam podjàã decyzjæ, ostateczny werdykt.

Zupeùnie jak w baseballu: aut czy w polu, pomyúlaùem z kwaúnà minà, bez odwoùywania siæ do sædziego.

Nie ýyje. Czy na pewno? Demerol, chuda sylwetka, brak reakcji - poùàczenie tego wszystkiego mogùo daã wraýenie úmierci.

Powoli wyjàùem stetoskop, úwiadomie zwlekajàc z orzeczeniem, i wùoýyùem koñcówki do uszu. Przyùoýyùem sùuchawkæ w okolice serca starszego mæýczyzny. Usùyszaùem kilka dêwiæków przypominajàcych delikatne pækanie, gdy przesuwaùa siæ po jego owùosieniu i reagowaùa na drýenie mojej ræki. Nie sùyszaùem serca, a moýe prawie nie sùyszaùem? Byùo gdzieú daleko albo stùumione?

Rozpalona wyobraênia podtrzymywaùa we mnie wraýenie ýyciodajnego bicia. Zdaùem sobie jednak sprawæ z tego, ýe byùo to echo mojego wùasnego serca, które brzmiaùo mi w uszach. Zdjàùem stetoskop, jeszcze raz poszukaùem tætna na przegubach, szyi i w pachwinach. Nigdzie nie byùo wyczuwalne. Jakieú niesamowite wraýenie mówiùo mi, ýe on ýyje, ýe siæ zaraz zbudzi, a ja wyjdæ na wariata. Przecieý on nie moýe byã martwy, skoro rozmawiaùem z nim dopiero paræ godzin temu. Nienawidziùem tego miejsca. Komu mam powiedzieã, czy on ýyje, czy nie? Komu?

Ja i pielægniarka patrzyliúmy na siebie w póùmroku. Byùem tak bardzo zajæty swymi myúlami, ýe prawie zaskoczyùa mnie jej obecnoúã. Przytrzymaùem powieki pacjenta, wpatrujàc siæ w dwoje bràzowych oczu, które wyglàdaùy zupeùnie normalnie, ale tym razem powiækszone êrenice nie zareagowaùy zwæýeniem, gdy wiàzka úwiatùa z mojej lampki penetrowaùa rogówkæ. Byùem pewien, ýe nie ýyje; miaùem nadziejæ, ýe tak jest, bo miaùem to stwierdziã.

- Sàdzæ, ýe on nie ýyje - odezwaùem siæ, patrzàc znów na pielægniarkæ, ale ona siæ odwróciùa. Myúlaùa chyba, ýe jestem osùem.

- To pierwszy pacjent, który umarù na moim dyýurze - powiedziaùa, raptownie zwracajàc siæ w mojà stronæ. Jej ræce opadùy bezsilnie.

Dopiero po chwili dotarùo do mnie, ýe chciaùa, abym powiedziaù coú o demerolu, ýe to nie byù demerol, który mu podaùa. Skàd miaùem wiedzieã, co go zabiùo?

Po gùowie zaczæùa mi siæ plàtaã scena ze starego horroru. Byùo to ujæcie, w którym ciaùo zmarùego powoli wstaje z cementowej pùyty w kostnicy. Rozeêliùem siæ na siebie, ale znów postanowiùem go osùuchaã. Ponownie siægnàùem po stetoskop. Mój wùasny oddech w tej nocnej ciszy wdzieraù siæ z ùoskotem do gùowy. „Zmarùy”, „úmierã”, „zimno”, „cisza” docieraùy do oúrodków myúlowych mózgu. Powinienem powiedzieã pielægniarce coú miùego.

- Musiaùo to byã ùagodne i spokojne; umarù godnie. Na pewno byù pani wdziæczny za demerol.

Wdziæczny? Co za dziwaczne sùowo. Walczyùem ze swojà niepewnoúcià, ledwo trzymajàc siæ w ryzach, a tu usiùujæ przekonaã kogoú, by zachowaù spokój.

Powstrzymywaùem siæ od tego, aby jeszcze raz sprawdziã tætno. Zakryùem gùowæ zmarùego przeúcieradùem.

- Zadzwoñmy do jego lekarza - powiedziaùem, gdy wychodziliúmy z sali.

Lekarz domowy odebraù telefon tak szybko, ýe jego gùos podziaùaù jak zimny kompres na twarz. Powiedziaùem mu, kim jestem i dlaczego dzwoniæ.

- Dobrze, dobrze. Proszæ powiadomiã rodzinæ i zrobiã sekcjæ zwùok. Chcæ siæ przekonaã, jak wyglàda zespolenie, które zrobiùem miædzy kikutem ýoùàdka a jelitem cienkim. Byùo to zespolenie dokonane za pomocà pojedynczego szwu. Myúlæ, ýe jest to najlepsza i najszybsza technika. Prawdæ mówiàc, staruszek byù ciekawym przypadkiem, gdyý ýyù znacznie dùuýej, niý siæ spodziewaùem. Panie Peters, niech pan zaùatwi sekcjæ, dobrze?

- W porzàdku, postaram siæ.

Próbowaùem uporzàdkowaã myúli, zanurzajàc siæ w wewnætrznà ciszæ po tym jowialnym monologu, bo przecieý nie rozmowie. Lekarz zmarùego chciaù sekcji. W porzàdku. Gdzie jest numer telefonu do rodziny? Kobieca ræka, która przesunæùa siæ nad moim ramieniem, wskazywaùa na kartæ pacjenta. „Najbliýszy krewny: syn”. Wszawa sytuacja. Nieznajomy gùupi staýysta dzwoniàcy w úrodku nocy. Usiùowaùem znaleêã odpowiednie sùowo, którym mógùbym bezboleúnie powiadomiã go o tym. „Zmarù”, „zgon” nie, „zszedù”.

Dêwiæk w sùuchawce przerwaùo miùe pozdrowienie.

- Tu doktor Peters; przykro mi, ýe muszæ powiadomiã o zejúciu pañskiego ojca.

Z drugiej strony zapanowaùa dùuga cisza; moýe mnie nie zrozumiaù. Po chwili znów usùyszaùem gùos.

- Spodziewaùem siæ tego.

- Jest jeszcze jedna sprawa. - Na koñcu jæzyka miaùem juý „sekcja zwùok”.

- Sùucham?

- Wùaúciwie Nic. Porozmawiamy o tym póêniej, ale muszæ pana poprosiã o przyjúcie do szpitala.

Pielægniarka przekazaùa mi to, energicznie gestykulujàc.

- Tak, przyjdæ. Dziækujæ.

- Bardzo mi przykro i dziækujæ panu.

Starsza pielægniarka wynurzyùa siæ z ciemnoúci korytarza i podetknæùa mi pod nos kupæ urzædowych papierów. Pokazaùa, gdzie mam wpisaã swoje nazwisko oraz godzinæ zgonu pacjenta.

Zastanawiaùem siæ, kiedy zmarù. Nie wiedziaùem.

- O której nastàpiù zgon? - spytaùem przybyùej siostry, która staùa z mojej prawej strony.

- Zmarù wtedy, kiedy pan stwierdziù zgon, doktorze.

Ta pielægniarka, nocny nadzorca, znana byùa z bardzo zwiæzùych wypowiedzi oraz uprzedzenia do staýystów. Ani oschùy ton jej gùosu, ani oczywista pogarda dla mojej naiwnoúci nie mogùy jednak wymazaã obrazu nieboszczyka podnoszàcego siæ w kostnicy z cementowego ùoýa.

- Proszæ mnie powiadomiã, gdy zjawi siæ rodzina.

- Tak, doktorze, dziækujæ.

- Dziækujæ - odpowiedziaùem.

Wszyscy wszystkim dziækujà. Przy moim zmæczeniu maùe sprawy przeradzaùy siæ w wielkie i absurdalne. Ciàgle coú mnie pchaùo, ýeby jeszcze raz wejúã i zbadaã puls. Przeszedùem z trudem koùo sali, gdzie leýaù zmarùy; siostry mogùy mnie obserwowaã.

Dlaczego ciàgle przychodzi mi na myúl to, ýe wstanie? Kim wùaúciwie byù, jakà osobowoúcià? Czy to miaùo jakieú znaczenie? Tak, oczywiúcie, ale ja przecieý go nie znaùem.

Zatrzymaùem siæ na póùpiætrze. Fakt, nie znaùem go, ale byù to ktoú. Starszy pan, siedemdziesiàt dwa lata - mæýczyzna, ojciec, czùowiek. Schodziùem dalej. Nie mogùem siæ zbùaêniã. Gdyby teraz siæ zbudziù, kpiùby ze mnie caùy szpital.

Pewnoúã w tym zawodzie przychodzi powoli; taka wpadka oznaczaùaby koniec. Bædàc juý w windzie, staraùem siæ przypomnieã sobie, kiedy siæ zmieniùem; pamiætaùem jedynie jakieú oderwane obrazy, punkty zwrotne, takie jak moja pierwsza wizyta na oddziale podczas studiów i jedenastoletnia dziewczynka leýàca na ùóýku, której oczy wpatrywaùy siæ w nas z ogromnà nadziejà na pomoc. Miaùa mukowiscydozæ, która jest przewaýnie nieuleczalna. Przysùuchujàc siæ rozmowie zespoùu lekarzy, zupeùnie siæ rozkleiùem i nie byùem w stanie nawet spojrzeã na nià. Jeden z lekarzy powiedziaù: „Jest maùa szansa na to, ýe przeýyje jeszcze paræ lat”. Po tym o maùo nie zostaùem hydraulikiem.

Drzwi windy otworzyùy siæ.

Póêniej moje reakcje jakoú ulegùy zmianie. Teraz martwiùem siæ, ýe ktoú moýe ocknàã siæ z letargu w kostnicy, zniweczyã mój image, naraziã mnie na kpiny. Cóý, zmieniùem siæ - jasne, ýe na gorsze. Ale co mogæ zrobiã?

Wróciùem do siebie, poùoýyùem siæ na ùóýku, które zaskrzypiaùo pod moim ciæýarem. Leýàc w póùmroku, przypomniaùem sobie wszystkie najdrobniejsze szczegóùy tego wychudzonego ciaùa. Czy inni staýyúci teý rozmyúlali o takich sprawach? Nie mogùem sobie tego wyobraziã, a wùaúciwie to nie mogùem sobie wyobraziã, o czym by myúleli.

Sprawiali wraýenie bardzo opanowanych, pewnych siebie nawet wtedy, gdy nie mieli do tego podstaw. Przed studiami w akademii medycznej wyobraýaùem sobie, ýe kryzys czy zaùamanie u staýysty bædzie wyglàdaã inaczej, bardziej wzniosie.

Problem zawsze obracaù siæ wokóù utraty wùasnego pacjenta po dùugiej walce; ból po ýyciu, które przeminæùo. Tym razem oblewaù mnie pot na samà myúl o tym, ýe jakiú pacjent zacznie znów oddychaã; czuùem siæ tym wyczerpany i chciaùem to wszystko odsunàã od siebie.

Byùa za piætnaúcie dziesiàta. Przekræciùem siæ na ùóýku, podniosùem sùuchawkæ i zadzwoniùem do pielægniarek.

- Poproszæ panià Stevens. Jane, czy mogùabyú wpaúã? Nie, nic siæ nie staùo. Oczywiúcie, przynieú paræ owoców mango. Dobrze, jestem pod telefonem.

Przez firanki zobaczyùem kilka gwiazd. Od dwóch tygodni byùem staýystà. Byùy to najdùuýsze tygodnie w moim dwudziestopiæcioletnim ýyciu, stanowiùy kulminacyjny punkt wszystkiego: szkoùy úredniej, college’u, akademii. Jak bardzo o tym marzyùem!

Wùaúciwie teraz prawie kaýdy, kogo znaùem, byù w bùogosùawionym okresie staýu, który okazaù siæ wszawà robotà, a jeúli nie wszawà, to przynajmniej zwariowanym baùaganem.

„No, Peters, nareszcie ci siæ udaùo. Chcæ tylko, ýebyú zapamiætaù, jak ùatwo wypaúã z ukùadów i ýe prawie niemoýliwe, ýeby wróciã”. Tak dokùadnie powiedziaù mój profesor chirurgii, gdy siæ dowiedziaù, ýe postanowiùem odbyã staý w oúrodku pozauniwersyteckim, z dala od wielkiego úwiata medycyny, gdzieú w „dziczy”. W rozumieniu medycznego establishmentu ze Wschodu nie ma gorszej dziczy niý Hawaje. Komputerowy system rankingu wyznaczyù mnie na staý w ramach moýliwoúci Ivy League *.

W czasie studiów w akademii zaczàùem sobie uzmysùawiaã, ýe zostaã lekarzem, to oddaã siæ caùemu systemowi bez reszty. Przypomina to obrabianie kawaùka drewna na strugarce. Koñcowy produkt jest gùadki i gotowy do sprzedaýy. W czasie obróbki odpadajà wióry, zaú podczas studiów medycznych - „nieprzydatne” cechy osobowe: empatia, czùowieczeñstwo, instynkt opiekuñczy. Gdybym mógù i gdyby nie byùo za póêno, musiaùbym siæ przed tym broniã. W ostatnim momencie udaùo mi siæ jednak zeskoczyã z tej machiny. „No, Peters, nareszcie ci siæ udaùo”.

Úmierã tego staruszka wprowadziùa mnie w stan napiæcia. Zeskoczyùem z ùóýka, zanim Jane zapukaùa. Dobrze, ýe najpierw nie zadzwoniùa. Baùem siæ telefonów.

- Jane, úwietnie, ýe jesteú, ýe przyniosùaú owoce i w ogóle. Owoce mango to coú, czego mi brakowaùo. Oczywiúcie, moýesz zapaliã úwiatùo. Tak sobie siedzæ i myúlæ. Dobrze, odùóý je. Noýe i talerz? Chcesz teraz jeúã te owoce?

Nie miaùem ochoty na mango, ale nie warto byùo siæ spieraã. Wyglàdaùa úlicznie w ùagodnie muskajàcym jej wùosy úwietle i pachniaùa tak, jakby dopiero wyszùa spod prysznica. Bardziej sùodko niý jakiekolwiek perfumy. Najwspanialszy byù jej gùos. Moýe mi coú zaúpiewa.

Przyniosùem talerz i dwa noýe. Usiedliúmy na podùodze i zaczæliúmy jeúã owoce. Nic nie mówiliúmy, podobaùa mi siæ w niej wùaúnie ta maùomównoúã. Miùo byùo na nià patrzeã. Byùa bardzo mùoda. Wyszliúmy gdzieú razem ze dwa razy i nie byliúmy sobie zbyt bliscy, nie miaùo to jednak znaczenia. A wùaúciwie miaùo, bo bardzo chciaùem jà poznaã, szczególnie wtedy. Byùo coú poetyckiego w jej blond wùosach i drobnych rysach. Poczuùem, ýe powinniúmy staã siæ sobie bliýsi.

Owoc byù bardzo miækki. Obraùem caùy i podszedùem do umywalki, ýeby opùukaã ræce. Kiedy siæ odwróciùem, byùa daleko ode mnie, a úwiatùo z okna odbijaùo siæ srebrzyúcie w jej wùosach. Podparùa siæ na jednej ræce i podwinæùa nogi. O maùo nie poprosiùem, ýeby zaúpiewaùa Try to remember, ale powstrzymaùem siæ, moýe dlatego, ýe na pewno by zaúpiewaùa - zawsze z chæcià speùniaùa takie ýyczenia. Gdyby zaczæùa, wszyscy mogliby jà usùyszeã. W zasadzie to i tak wszyscy sùyszeli, jak jedliúmy mango. Usiadùem koùo niej; przechyliùa gùowæ i zobaczyùem jej oczy.

- Coú siæ dziú zdarzyùo - zaczàùem.

- Wiem - powiedziaùa.

Prawie mnie to zatkaùo. „Wiem”. Nic nie wiedziaùa, a ja nie tylko wiedziaùem, ýe ona nic nie wie, ale nie miaùem zamiaru jej wszystkiego wyjaúniaã. Mimo to ciàgnàùem dalej:

- Stwierdziùem zgon chuderlawego starszego faceta, który chorowaù na raka, a teraz bojæ siæ, ýe zadzwoni telefon i jakaú pielægniarka mi powie, ýe on ýyje.

Odchyliùa gùowæ w drugà stronæ, odwracajàc oczy. Póêniej powiedziaùa coú naprawdæ trafnego. Powiedziaùa, ýe to úmieszne. Úmieszne?

- Nie uwaýasz, ýe to gùupie?

Tak, to gùupie, ale i úmieszne.

- Wiadomo, ýe wieczorem zmarù czùowiek, a jedyne, co przychodzi mi teraz do gùowy, to myúl o tym, ýe moýe nadal ýyje. To byùby kawaù! Kapitalny kawaù o mnie.

Przyznaùa, ýe byùby to niezùy dowcip. Tak daleko siægaùo jej zainteresowanie caùà sprawà.

- Nie wydaje ci siæ dziwne, ýe w tak gùupi sposób myúlæ o koñcu czyjegoú ýycia? - zapytaùem.

Tego juý byùo dla niej za duýo, bo zdobyùa siæ na pytanie, czy nie lubiæ mango. Lubiæ, oczywiúcie, ýe tak, ale akurat nie mam ochoty; nawet zaproponowaùem jej mojà porcjæ.

Mimo tych paru niewypaùów poczuùem siæ nieco lepiej. Powoli zaczynaùo do mnie docieraã, ýe ten trup staje siæ juý mniej waýny. Zastanawiaùem siæ, czy Jane zacznie úpiewaã Aquariusa. Ta dziewczyna najwyraêniej poprawiaùa mi samopoczucie.

Objàùem jà, a ona wsunæùa mi do ust kawaùek mango, zupeùnie absurdalnie, bezwiednie odrzucajàc wszelkie bariery. Pomyúlaùem, ýe nie bædziemy juý wiæcej rozmawiaã o tym wychudzonym dziadku.

Pocaùowaùem jà. Odwzajemniùa mój pocaùunek. Rozkosznie byùoby kochaã siæ z nià.

Nasze usta ponownie siæ poùàczyùy. Przywarùa do mnie tak mocno, ýe poczuùem jej ciepùo i caùà delikatnoúã. Przesuwaùem moje lepkie od mango dùonie po jej plecach i zastanawiaùem siæ, czy ulegùaby mi. Ta myúl caùkowicie mnà zawùadnæùa.

Komiczne byùo to, ýe znajdowaliúmy siæ na podùodze. Zastanawiaùem siæ, jak najlepiej siæ przedostaã na ùóýko. Nagle siæ zorientowaùem, ýe ona nie ma na sobie niczego poza cienkà sukienkà. Zbyt zapamiætale pieúciùem jej plecy i poúladki.

Wyczuùa mój zamiar, ýeby zmieniã niewygodne miejsce na podùodze. Wstaliúmy równoczeúnie.

Zaczàùem unosiã jej sukienkæ. Powstrzymaùa mnie, przyciskajàc moje ræce. Odpiæùa guziki na plecach i wysunæùa siæ z niej. Byùa tak piækna w ùagodnym, miækkim úwietle. Moýe nie rozumiaùa problemu, z którym siæ borykaùem, ale zupeùnie odúwieýaùa mój umysù. Úciàgnàùem koszulæ, upuúciùem stetoskop na podùogæ i siægnàùem po dziewczynæ w obawie, ýeby nie zniknæùa.

Nagle zadzwoniù telefon. Wszystko prysùo i chudy staruszek znów zajàù miejsce w moich myúlach.

Jane leýaùa na ùóýku, a ja staùem, patrzàc na telefon. Zaledwie dziesiæã sekund wczeúniej byùem pochùoniæty zupeùnie czym innym. Teraz na nowo miaùem zamæt w gùowie. Wróciùa ta okropna myúl: zaczàù oddychaã.

Nie odbieraùem telefonu jeszcze przez chwilæ, majàc nadziejæ, ýe przestanie dzwoniã. Podniosùem w koñcu sùuchawkæ i usùyszaùem gùos pielægniarki:

- Doktorze Peters, przyszùa rodzina.

- Dziækujæ, zaraz tam bædæ.

Poczuùem ogromnà ulgæ; to tylko rodzina. Stary nadal nie ýyù.

Poùoýyùem dùoñ na plecach Jane; jej delikatna, ciepùa skóra dopominaùa siæ pieszczot. Wspaniaùa linia jej pleców nie nastrajaùa do myúlenia o tym, jak uzyskaã zgodæ rodziny zmarùego faceta na przeprowadzenie sekcji.

Szybko odnalazùem porzuconà koszulæ, ale gorzej byùo ze stetoskopem. Odnalazù siæ dopiero wtedy, gdy nadepnàùem na niego.

- Jane, muszæ pædziã do szpitala. Myúlæ, ýe zaraz wrócæ.

Mruýàc oczy, wyszedùem z ciepùego pokoju do jaskrawo oúwietlonego hallu, kierujàc siæ do bràzowej windy. Jest coú zùowieszczego w szpitalu pogràýonym we únie i ciszy. Byùa 22.30 i caùy oddziaù ýyù juý nocnym rytmem, czymú w rodzaju powolnego tætna, na które skùadaùy siæ przyciszone gùosy i ùagodne úwiatùo.

Szedùem dùugim korytarzem w kierunku dyýurki pielægniarek. Mijaùem sale znaczone jedynie sùabym blaskiem nocnych lampek. Na drugim koñcu widziaùem dwie pielægniarki, które zajæte byùy rozmowà, ale nie docieraù do mnie ýaden gùos. Tym razem korytarz wydawaù siæ wyjàtkowo dùugi, jak tunel. Úwiatùo na koñcu przypominaùo obraz Rembrandta; ostre, jasne plamy otoczone palonà umbrà.

Wiedziaùem, ýe spokój moýe lada moment prysnàã, stwarzajàc mi nowe zagroýenie. Na razie caùy ten úwiat jakby zastygù.

Sekcja. Musiaùem poprosiã o zgodæ.

Pamiætam pierwszà; byùem wtedy na drugim roku studiów. Zaczynaliúmy akurat patologiæ. Wtedy jeszcze myúlaùem, ýe medycyna jest dla kaýdego.

- Panowie, stañcie wokóù stoùu.

Wyglàdaliúmy jednakowo w biaùych kitlach, podchodzàc jeden za drugim, jak grzeczni uczniowie, którymi chyba byliúmy.

Zobaczyùem nagle ciaùo kobiety, ale nie tej, którà mieliúmy siæ zajàã. Leýaùa na sàsiednim stole, nastæpna w kolejce. Jej skóra byùa szaroýóùta, a od ræki poprzez klatkæ piersiowà rozchodziùa siæ wysypka póùpaúca.

Póùpasiec objawia siæ zmianami na skórze charakteryzujàcymi siæ duýà liczbà strupów. W tych warunkach wszystko wyglàdaùo na jeszcze bardziej wyolbrzymione.

Ciaùo kobiety leýaùo na cementowej pùycie. Wokóù byùo peùno plamek krwi. Woda obmywajàca to ciaùo spùywaùa rowkami odlegùymi od siebie o kilka centymetrów i z obrzydliwym dêwiækiem spadaùa do úcieku. Prawa ræka obwiàzana byùa papierowà taúmà, na której nabazgrano coú oùówkiem. Wùosy kobiety byùy rozwichrzone. Najbardziej zaintrygowaù mnie chorobliwy wyglàd jej skóry. Miaùa okoùo trzydziestu lat, niewiele wiæcej niý ja teraz.

Widok ten nie wprowadziù mnie w stan fizycznej odrazy czy zmæczenia, co byùo typowe dla wiækszoúci studentów medycyny.

Byùa bezwzglædnie nieýywa, prawdziwy trup, a nadal wyglàdaùa tak, jakby ýyùa; tylko ten niesamowity kolor skóry.

Martwa, ýywa, martwa sùowa te, zupeùnie przeciwstawne, zaprzàtaùy mi gùowæ.

Ciaùo, które preparowaùem na pierwszym roku anatomii, byùo caùkiem inne. Byùo martwe i nic w nim nie sprawiaùo wraýenia ýycia.

Tùumaczyùem sobie, ýe to tylko otoczenie dziaùa przygnæbiajàco; brudna, szara sala, sùabe úwiatùo przedzierajàce siæ przez zakurzone okna.

Peters, czego byú chciaù? Ùoýa zasùanego pluszem, úwiec i róý? Mieliúmy siæ zajàã innym ciaùem. Wcisnàùem siæ pomiædzy pozostaùych studentów stojàcych wokóù stoùu do sekcji. Wbiùem wzrok w otwarty brzuch i usùyszaùem bulgoczàcy dêwiæk, gdy profesor patologii dokonywaù ciæcia. Nie widziaùem ze swojego miejsca na tyle dobrze, ýeby uznaã te ãwiczenia za wielce interesujàce. Wùaúciwie bardziej • ciekawiùo mnie to, co miaùem za plecami. Pozostali pochùoniæci byli bez reszty narzàdami bædàcymi przedmiotem ãwiczeñ.

Nie mogùem siæ powstrzymaã od spojrzenia na to drugie ciaùo. Nie chciaùem dotknàã tej kobiety. Dotknàùem jej jednak. Nie byùa zbyt zimna i to jeszcze pogorszyùo sprawæ. Nie czuùem przeraýenia, moýe trochæ strachu. Nie z powodu dotkniæcia, ale dlatego, ýe zdaùem sobie sprawæ z oczywistego faktu: róýnica miædzy ýyciem a úmiercià to tylko kwestia czasu i szczæúcia.

Dla niej nic nie miaùo juý znaczenia. Byùa mùodà kobietà, poýàdanà i peùnà ekspresji. Teraz leýaùa martwa i ýóùta na poplamionym cementowym blacie w suterenie.

Moýna mówiã o seksie, gdy peùno w nim ýycia, goràca i wigoru. Tu nie mogùem daã siæ ponieúã. Moja roztrzæsiona úwiadomoúã zarejestrowaùa setki myúli, wúród których byù bezsprzecznie i seks - wspomnienia moich wùasnych doúwiadczeñ.

Byùo to dawno temu, w miejscu oddalonym stàd o tysiàc mil. Teraz musiaùem przejúã przez sprawæ sekcji chudzielca.

- Doktorze, tam na kanapie siedzi rodzina zmarùego - powiedziaùa jedna z pielægniarek, gdy doszedùem do recepcji.

Nagle zobaczyùem dwoje ludzi tam, gdzie przedtem nikogo nie byùo. Zbliýaùem siæ do nich. Sama myúl o „sekcji zwùok” przywoùywaùa tamte rozwichrzone wùosy i póùpasiec. Moýe powinienem nazywaã to „post mortem”, przynajmniej brzmi lepiej.

- Bardzo mi przykro.

- Cóý, spodziewaliúmy siæ tego.

- Chcielibyúmy przeprowadziã sekcjæ zwùok. - Wyszùo mi to bardzo naturalnie.

- Nie moýna juý nic wiæcej zrobiã.

Nic wiæcej! Zdawaùo mi siæ, ýe muszæ coú zrobiã. Byùem tym zakùopotany.

I tak miaùem kiepski nastrój, gdyý to wùaúnie ja musiaùem dzwoniã do nich póênym wieczorem z wiadomoúcià o úmierci ich ojca. Teraz, proszàc o zgodæ na sekcjæ, poczuùem siæ winny. Oni teý doúwiadczali tego samego. Nie da siæ nikogo obarczyã odpowiedzialnoúcià za úmierã, wiæc wszyscy dzielà siæ winà.

Nic wiæcej nie da siæ zrobiã? Czego innego mógùbym od nich oczekiwaã? Oskarýeñ? Wybuchów gniewu?

Jak siæ póêniej przekonaùem, wiadomoúã o czyjejú úmierci paraliýuje wiækszoúã ludzi. Nastæpnie przychodzà zwyczajne, normalne zachowania.

- Panie doktorze, zajmiemy siæ caùà papierkowà robotà - zaoferowaùa jedna z pielægniarek.

- Bardzo dziækujæ.

- Jesteúmy wdziæczni za to, co pan zrobiù - powiedziaù syn zmarùego, gdy wychodziliúmy z dyýurki.

- Dziækujæ.

Mili ludzie, pomyúlaùem, gdy szliúmy. Jak dobrze, ýe nie mogà czytaã w moich myúlach. Nawet teraz coú mnie pchaùo, ýeby podejúã do zmarùego i sprawdziã tætno.

Czy byliby êli, czy tylko zszokowani, gdyby wiedzieli, czego siæ bojæ?

Najpierw byliby moýe wstrzàúniæci, a póêniej êli. Jak by zareagowali, gdyby ich ojciec nagle zmartwychwstaù w kostnicy? Tu rozeúmiaùem siæ sam do siebie. Teraz juý przecieý nikt nie leýy w kostnicy. Wszystkich zabiera siæ do zakùadów pogrzebowych.

Naoglàdaùem siæ za duýo telewizji i kiepskich filmów. Te gùupoty dopadaùy mnie wtedy, gdy byùem zmæczony i ogarniaùo mnie wyczerpanie.

- Telefon do pana, doktorze.

Byùem juý na koñcu ciemnego korytarza. To musi byã Jane. Przypomniaùem sobie nagle, jak wspaniale wyglàdaùa, stojàc naga w moim pokoju. Jej wizerunek nakùadaù siæ na obraz sali sekcyjnej akademii medycznej i ýóùtego ciaùa ze zmianami skórnymi wywoùanymi przez póùpasiec.

Nie byùa to Jane. Dzwoniùa jakaú rozwúcieczona pielægniarka z oddziaùu A. Mówiùa coú o zaniku ciúnienia ýylnego.

Syn zmarùego staruszka wciàý nie ruszaù siæ z miejsca. Przez chwilæ patrzyliúmy na siebie. Poczuùem dumæ z tego, ýe tu jestem, a póêniej poczuùem siæ gùupio.

Szybko poszedùem korytarzem w drugà stronæ. Pomyúlaùem, ýe moja sytuacja jest jednak komfortowa.

Ciúnienie ýylne? Caùa moja znajomoúã tematu ograniczaùa siæ do pilnie zapamiætanej definicji: „Ciúnienie ýylne jest ciúnieniem spoczynkowym w gùównych ýyùach organizmu”. Poza tym prawie nic wiæcej nie pamiætaùem. Nie baczàc na to, ruszyùem przed siebie. To moja robota.

Resztki odwagi opuúciùy mnie, gdy zobaczyùem, ýe pielægniarki zebraùy siæ przy sali, gdzie leýaùa Marsha Potts.

Marsha Potts byùa zupeùnie wyjàtkowa. Wszystko staùo siæ jasne dwa tygodnie temu, w czasie obchodu w pierwszym dniu mojego staýu. Znalazùa siæ w klinice z powodu wrzodu ogromnych rozmiarów, wyraênie widocznego na zdjæciu rentgenowskim.

Moýliwoúã zobaczenia wrzodu zawsze wszystkim poprawiaùa humor. Radiolog byù zadowolony, bo miaù dobrà kliszæ, a chirurdzy nie posiadali siæ z radoúci z powodu trafnoúci diagnozy i „ostrzyli” skalpele. Sytuacja byùa wprost wymarzona, takýe dla pacjenta, ale nie dla Marshy.

Lekarze wyciæli znacznà czæúã ýoùàdka od strony jego wyjúcia i zablokowali jelito cienkie. Nastæpnie w odlegùoúci paru cali wykonali w jelicie otwór i doszyli tak powstaùy odcinek, tworzàc zespolenie. Miaùo ono peùniã funkcjæ nowego, choã mniejszego ýoùàdka. Operacja ta, zwana zabiegiem Billrotha, wymaga duýo ciæcia i szycia, toteý jest niezwykle popularna wúród chirurgów.

Marsha przeszùa przez to wszystko doúã pomyúlnie; przynajmniej tak siæ wszystkim zdawaùo. Na trzeci dzieñ przyszedù kryzys; pækùy szwy tworzàce zespolenie miædzy jelitem a kikutem ýoùàdka. Spowodowaùo to napùyw soków ýoùàdkowych i trzustkowych do jamy brzusznej oraz rozpoczæcie ich oddziaùywania na organizm. Enzymy trawienne przeszùy przez naciæcie i caùy jej brzuch staù siæ jednà otwartà ranà o úrednicy dwunastu cali.

Pielægniarki obùoýyùy ranæ jakàú odýywkà w proszku, która miaùa wchùonàã czæúã soków trzustkowych i zneutralizowaã enzymy. Od tygodni obrzydliwy odór doprowadzaù wszystkich nieomal do torsji. Zdawaùem sobie sprawæ, ýe nie bædæ w stanie tego znieúã za ýadne skarby. To byùo najgorsze.

Wszedùem do maùej izolatki, gdzie leýaùa Marsha. Jej stan nie mógù juý chyba byã gorszy. Skóræ miaùa szarà jak przy ýóùtaczce. Ræce bezwùadnie spoczywaùy wzdùuý tuùowia.

Pielægniarka najwyraêniej odpræýyùa siæ po przybyciu lekarza. Nie dodaùo mi to pewnoúci. Ty gówniaro, gdybyú mogùa zajrzeã do mego wnætrza, nie zobaczyùabyú tam nic oprócz ogromnej pustki, pomyúlaùem. Marsha Potts najwyraêniej cierpiaùa na niewydolnoúã caùego organizmu. Przeglàdajàc stosy kart i wyników badañ, staraùem siæ znaleêã jakiú punkt zaczepienia i graã na zwùokæ, aby zebraã myúli.

Duýy, czarny karaluch przycupnàù na úcianie nad ùóýkiem. Daùem mu spokój. Zajmiemy siæ nim póêniej. Trudno byùo sobie wyobraziã, by ýycie w jakiejkolwiek formie mogùo zaleýeã ode mnie.

Okruchy wiedzy zaczæùy docieraã do mojej úwiadomoúci. Tak, najpierw tætno. Okazaùo siæ, ýe jest mocne, dobrze wyczuwalne, okoùo 72 uderzeñ na minutæ, prawie normalne. Dobrze, teraz nastæpny krok. Jeúli ciúnienie ýylne spadùo do zera przy poprawnej pracy serca, mogùo to tylko úwiadczyã o braku krwi w kràýeniu wielkim.

Zaczàùem przynajmniej myúleã. Jedynà rzeczà, której nie chciaùem, byùo wyjæcie sporego, rozmiækczonego opatrunku z jamy brzusznej. Kropelki potu spùynæùy mi po twarzy. W izolatce byùo piekielnie goràco.

Co z ciúnieniem krwi? Pielægniarka powiedziaùa, ýe 110/90. Jak, do cholery, ciúnienie krwi i tætno mogà byã tak dobre bez ciúnienia ýylnego? Bez ciúnienia ýylnego serce nie napeùnia siæ krwià, a tym samym nie moýe ona z niego wypùywaã. Tak przynajmniej byã powinno, ale widocznie w tym wypadku byùo inaczej. Do diabùa z tymi profesorami fizjologii.

W laboratorium fizjologii na akademii byù pies, którego serce, ýyùy i tætnice podùàczone byùy do rurek. Oczywiúcie, jak w kaýdym laboratorium, tam teý wszystko funkcjonowaùo bez zarzutu. Przy zmniejszeniu iloúci krwi w sercu psa poprzez obniýenie ciúnienia ýylnego spadaùo gwaùtownie ciúnienie krwi. Byùo to zupeùnie automatyczne i powtarzalne - zupeùnie, jakby pies byù maszynà.

Marsha Potts nie byùa maszynà. Chociaý, dlaczego nie mogùa funkcjonowaã jak doúwiadczalne zwierzæta, zamiast stwarzaã mi tak powaýny, przytùaczajàcy i trudny do rozwiàzania problem?

Nie wiedziaùem za bardzo, od czego zaczàã. Nie miaùa na skórze obrzæków powstajàcych na skutek zatrzymywania pùynów w organizmie. Na poúladkach pojawiùy siæ odleýyny, efekt dùugotrwaùego przebywania w ùóýku. Marsha leýaùa na wznak od trzech miesiæcy.

Odgiàùem jej lewà rækæ, która szybko opadùa z powrotem. Úwietnie. Miaùa trzepoczàcy tremor przy niewydolnoúci wàtroby. Gdy zanika funkcja wàtroby, u pacjentów pojawia siæ zadziwiajàcy odruch: przy odginaniu ræki za nadgarstek opada ona z charakterystycznym trzepotaniem, jak u dziecka machajàcego na poýegnanie. Byùem bardzo zadowolony z tego odkrycia. Spojrzaùem jeszcze raz na kartæ. Nie byùo tam nic o trzepoczàcym tremorze, z którym wczeúniej zetknàùem siæ tylko raz.

Sprawdziùem drugà rækæ; reakcja byùa identyczna. Oznaczaùo to, ýe stan Marshy jest bardzo zùy. Wùaúciwie, to nawiàzujàc do mojej akademickiej diagnozy, kobieta umieraùa na moich oczach. Prawdæ mówiàc, byùa juý nieýywa, choã z biologicznego punktu widzenia nadal ýyùa.

Jej bliscy i przyjaciele uwaýali jà za osobæ ýyjàcà. Nie byùa juý w stanie mówiã, a wszystkie jej organy przestawaùy funkcjonowaã. Czy byùa zdolna do myúlenia? Raczej nie.

Przez chwilæ pomyúlaùem, ýe byùoby dla niej lepiej, gdyby umarùa. Natychmiast odrzuciùem tæ natrætnà myúl. Jakýe moýna wiedzieã, czy komuú bædzie lepiej na tamtym úwiecie? Nie da siæ tego stwierdziã; to tylko przypuszczenia. Przypadek Marshy Potts trudno byùo wytùumaczyã z punktu widzenia fizjologii organizmu. Kobieta, która miaùa úlady póùpaúca na skórze, wyglàdaùa po úmierci jak ýywa. Tutaj natomiast, w tej maùej sali, byùo coú zupeùnie przeciwnego.

- Co z kroplówkà? Ile pùynu typu IV dostaùa w ciàgu ostatniej doby? - spytaùem.

- Wszystko jest tu wpisane. Okoùo czterech litrów.

- Cztery litry! - Staraùem siæ nie okazywaã zaskoczenia, chociaý zdawaùo mi siæ, ýe byùo to za duýo. - Co to byùo?

- Przewaýnie roztwór fizjologiczny, ale teý trochæ isolyte M - odpowiedziaùa pielægniarka.

Co to za úrodek? Nigdy o nim nie sùyszaùem. Obróciùem umieszczonà w stojaku butelkæ i zobaczyùem napis: „Isolyte M”, a z drugiej strony: „Lód, chlorek, potas, magnez” Nie musiaùem dalej czytaã. Byùa to najzwyklejsza kroplówka.

Na karcie pacjentki odkryùem gmatwaninæ róýnych, wyglàdajàcych na przypadkowe, cyfr, które mimo wszystko spodobaùy mi siæ. Od samego poczàtku studiów fascynowaùa mnie równowaga pùynów i elektrolitów. Fascynacja byùa tak gùæboka, ýe nieraz troska o sód przesùaniaùa mi samego pacjenta.

W tym wypadku równowaga byùa prawie zachowana; róýnica miædzy iloúcià pùynów przyjmowanych a wydalanych mieúciùa siæ po prostu w ogromnym, mokrym opatrunku. Dren umieszczony w dolnej czæúci rany nie byù zbyt skuteczny. Poýywienie, które otrzymywaùa, nie byùo wcale bogate. Dostawaùa je rurkà przez nos. Soki trawienne wytworzyùy co prawda przetokæ, czyli kanaù miædzy ýoùàdkiem a okræýnicà, jednak caùy pokarm przedostawaù siæ bezpoúrednio do jelita grubego i dalej do odbytnicy wcale nie przetrawiony.

Nic nie wskazywaùo na to, ýe pacjentka jest odwodniona, a jednak jej mocz wykazywaù úlady krwi, ýóùci i zawieraù drobiny substancji organicznych pùywajàce w zbiorniku cewnika. Naleýaùo sprawdziã ciæýar wùaúciwy, ýeby siæ przekonaã, czy nie jest zbyt stæýony.

- Nie sàdzæ, abyúmy mieli tu gdzieú hydrometr.

Pielægniarka natychmiast wyszùa z sali, zadowolona, ýe w ogóle czegoú siæ od niej chciaùo. Nadal nie byùem w stanie wyjaúniã sprawy ciúnienia ýylnego Marshy. Kontynuowaùem badania w poszukiwaniu jakiejú oznaki niewydolnoúci serca, która tùumaczyùaby cokolwiek. Nic nie znalazùem. Zostawaùa jeszcze jedna sprawa: powinienem obejrzeã ranæ.

- Doktorze, czy o to panu chodziùo?

Wræczyùa mi zwój arkuszy papieru, które sùuýyùy do badania zawartoúci cukru w moczu.

- Nie, hydrometr to taki maùy przyrzàd, który wkùada siæ do moczu. Wyglàda jak termometr.

Pielægniarka ponownie zniknæùa, a ja rzuciùem okiem na etykietkæ na zwoju, który przed chwilà przyniosùa. Moýe sprawdzæ ten cukier. Nie ma powodu, ýeby tego nie robiã.

- Czy to wùaúnie jest hydrometr?

- Tak, dziecino.

Wziàùem hydrometr i zdjàùem zbiorniczek cewnika. Wstrzymujàc oddech, ýeby nie czuã nieprzyjemnego odoru, przelaùem nieco cieczy do fiolki. Wydawaùo mi siæ, ýe wystarczy. Bardzo ostroýnie wkùadaùem przyrzàd do fiolki, ale nie udaùo mi siæ dokonaã odczytu. Na nieszczæúcie hydrometr nie pùywaù po powierzchni, ale przyczepiaù siæ do úcianek naczynia. Trzymaùem je w lewej ræce i lekko opukiwaùem palcem wskazujàcym prawej, aby siæ oderwaù od úcianki. Jedyne, co mi siæ udaùo, to oblaã rækæ badanym moczem. Dolaùem wiæcej do fiolki. Hydrometr zaczàù siæ poruszaã w góræ i w dóù. Ciæýar wùaúciwy mieúciù siæ w granicach wartoúci normalnych - u Marshy nie nastàpiùo odwodnienie organizmu.

Z pewnych wzglædów ludzie z krægów medycznych niechætnie uýywajà sùowa „normalny” bez okreúlników, zwykle mówià „w normalnych granicach” lub „zasadniczo normalny”.

Marsha znów jæknæùa. Wziàùem gùæboki oddech i poczuùem caùà mieszaninæ róýnych obrzydliwych zapachów. Nigdy nie znosiùem smrodu. W podstawówce, gdy któryú z kolegów zwymiotowaù, u mnie pojawiaù siæ odruch wspóùczulny, gdy tylko charakterystyczny smrodek docieraù do moich nozdrzy. Póêniej, juý w czasie studiów, byùem znany z odruchów wymiotnych na zajæciach z patologii, mimo zakùadania trzech masek i stosowania innych zabiegów zabezpieczajàcych.

Ciàgle usiùowaùem znaleêã przyczynæ tak zùego stanu zdrowia Marshy. Zastanawiaùem siæ, czy w jej krwi mogà siæ znajdowaã bakterie Gram-ujemne. Moýe jest to jakieú zatrucie wywoùane, na przykùad, przez bakterie z rodziny Pseudomonadaceae, które odpowiedzialne sà za niezwykle groênà posocznicæ Gram-ujemnà. Pacjent moýe siæ czuã dobrze, nagle jednak pojawiajà siæ dreszcze i po wszystkim. To mogùo tùumaczyã problemy z ciúnieniem ýylnym.

Nie stwierdziùem jednak úladów posocznicy. Marsha pojækiwaùa od czasu do czasu. Kaýdy jej jæk byù jakby oskarýeniem pod moim adresem. Czemu nie mogùem sobie z tym poradziã?

Chodzàc wokóù ùóýka, zwróciùem pielægniarce uwagæ na karalucha, który lazù po úcianie. Natychmiast wyskoczyùa z sali i po chwili wróciùa z dùugim kawaùkiem papieru toaletowego, którym usunæùa robala.

Karaluchy nie dziaùaùy na mnie tak jak szczury w szpitalu nowojorskim. Mówiùo siæ, ýe prowadzona jest przeciw nim walka, ale widaã je byùo wszædzie.

Coú siæ musiaùo staã z trójdroýnym kurkiem na przewodzie doýylnym. Gdy przekræciùem go w poùoýenie odpowiadajàce pomiarowi ciúnienia ýylnego, nic nawet nie drgnæùo. Szybko zamknàùem kurek, napeùniùem kolumnæ roztworem IV i przeùàczyùem na podawanie. Przez jakiú czas utrzymywaù siæ staùy poziom, póêniej gwaùtownie opadù, a nastæpnie, zgodnie z przewidywaniami pielægniarki, zszedù do 10 cm3 i wreszcie do zera.

Trudno siæ w tych kurkach poùapaã. Nigdy nie wiedziaùem, którym kræciã, ýeby uzyskaã odpowiednie poùàczenie. Poprosiùem pielægniarkæ o duýà strzykawkæ z roztworem fizjologicznym i odczepiùem caùà plàtaninæ rurek z cewnika wchodzàcego do ýyùy udowej poniýej pachwiny.

Marsha od dawna odýywiana byùa poprzez kroplówkæ i nie moýna juý byùo wprowadziã roztworu IV do ýyù w rækach. Lekarze zaczæli wiæc podùàczaã kroplówki do ýyù w nogach. Zaskoczyùo mnie, ýe ani kropla krwi nie przedostaùa siæ do rurki cewnika - nawet wtedy, gdy ciúnienie roztworu fizjologicznego spadùo maksymalnie. Przez cewnik wtùoczyùem strzykawkà okoùo 10 cm3 roztworu i poczuùem opór. Po chwili pùyn wchodziù ùatwiej. Wyciàgnàùem strzykawkæ i w cewniku ukazaù siæ czerwony paseczek krwi.

Na koñcówce, wewnàtrz ýyùy, musiaùa byã jakaú blokada, skrzep krwi, który dziaùaù jak zawór kulowy - umoýliwiaù podawanie roztworu, ale powstrzymywaù przepùyw w odwrotnym kierunku.

Wartoúã ciúnienia ýylnego zaleýaùa od iloúci krwi, która mogùa przejúã przez cewnik. Powiedziaùem o wszystkim pielægniarce, poza tym, ýe Marsha miaùa najprawdopodobniej skrzep w pùucach. Dziæki Bogu, mógù to byã jedynie niewielki skrzep. Ponownie zawiesiùem kolumnæ. Gdy siæ upewniùem, ýe bædzie wskazywaã wùaúciwe ciúnienie ýylne, przeùàczyùem jà na podawanie.

- Przepraszam, doktorze. Nie wiedziaùam o tym - powiedziaùa pielægniarka.

- Nie ma za co przepraszaã, najgorsze mamy za sobà.

Cieszyùem siæ z tego, ýe udaùo mi siæ rozwiàzaã choã tak maùy problem. Osiàgniæcie byùo tym wiæksze, ýe na poczàtku nie miaùem o caùej sprawie najmniejszego pojæcia. U pacjentki jednak nie nastàpiùy ýadne zmiany.

Marsha znów jæknæùa, wykrzywiajàc wargi. Byùa cieniem czùowieka, a úwiadomoúã sytuacji zniwelowaùa moje odczucie, ýe czegoú dokonaùem. Chciaùem siæ teraz wydostaã stàd za wszelkà cenæ, ale nie byùo mi to dane.

- Panie doktorze, czy mógùby pan przy okazji zajrzeã do pana Roso? Jego czkawka nie daje spokoju innym pacjentom.

Idàc z pielægniarkà na oddziaù, gdzie leýaù Roso, pomyúlaùem, jak róýni siæ ten szpital od innych. Halle wychodziùy bezpoúrednio na zewnàtrz - przynajmniej w starej, niskiej czæúci - i ùàczyùy siæ z trawnikami. Na dziedziñcu królowaùo ogromne drzewo, pochylajàc siæ i szeleszczàc na wietrze. Tereny otaczajàce szpital byùy w idealnym porzàdku. Wokóù rosùo mnóstwo potæýnych, tropikalnych drzew; zupeùnie inaczej niý w innych szpitalach, w których pracowaùem. Gdzieniegdzie bywaùy jakieú pojedyncze drzewa - jak to, które rosùo na terenie mojej akademii medycznej w Nowym Jorku i zostaùo úciæte, zanim skoñczyùem studia - lecz reszta to byù tylko cement i cegùa, wszystko ýóùte.

Nie byùo brzydszego miejsca niý Bellevue, gdzie odbywaùem mojà koñcowà praktykæ klinicznà jako student czwartego roku (wypeùniaùem obowiàzki staýysty, ale formalnie byùem jeszcze studentem). Korytarze pomalowano tam na przygnæbiajàcy bràzowy kolor, farba wszædzie odpadaùa, a dotkniæcie takiej úciany byùo raczej odraýajàce. Wszyscy chodziliúmy úrodkiem. Mój pokój miaù wybità szybæ i niesprawnà instalacjæ hydraulicznà. Znajdowaù siæ z drugiej strony szpitala, z dala od poszczególnych oddziaùów, do których mogùem dotrzeã jedynie przez pulmonologiæ, gdzie leýeli chorzy na gruêlicæ. Przechodzàc tamtædy, podúwiadomie wstrzymywaùem oddech. Gdyby Dante widziaù Bellevue, na pewno umieúciùby je w swoim Piekle na czoùowym miejscu. Cholernie nienawidziùem spædzonych tam dwu miesiæcy.

Widziaùem kiedyú film, który przypomniaù mi o Bellevue; byù to Proces Kafki. Postacie przemierzaùy w nim nieskoñczenie dùugie korytarze, zupeùnie jak te, którymi ja chodziùem ze wstrzymanym oddechem.

Wszystkie okna byùy brudne i trudno byùo zobaczyã przez nie kolejny budynek z bezmiarem korytarzy. Kaýde, nawet z pozoru niewinne zdarzenie mogùo siæ okazaã niebezpieczne. Kiedyú wszedùem szybko do mæskiej sali i natknàùem siæ na grupæ pacjentów, którzy zajæci byli wstrzykiwaniem sobie morfiny. Zagrozili mi úmiercià. Nie byù to, niestety, ostatni taki wypadek.

Hawaje to zupeùnie coú innego niý Bellevue. Nikt mi tu nie groziù, przynajmniej dotychczas. Úciany byùy starannie pomalowane i czyste, nawet w piwnicach. Wydawaùo mi siæ, ýe piwnice we wszystkich szpitalach wyglàdajà jednakowo, ale tu wszystko wræcz lúniùo.

Nie wiem, dlaczego czuùem takà obawæ przed gruêlicà. Byùo to coú irracjonalnego, coú, co siedzi wewnàtrz i mówi, co jest dobre, a co zùe. Gdy dowiedziaùem siæ o nadciúnieniu zùoúliwym, zawsze myúlaùem, ýe towarzyszy ono kaýdemu bólowi gùowy. Gruêlica dræczyùa mnie moýe dlatego, ýe mój pierwszy badany pacjent wùaúnie na nià chorowaù.

W czasach studenckich osùuchiwaliúmy wzajemnie swoje pùuca, przy czym zawsze byùo mnóstwo úmiechu. Póêniej zostaliúmy wysùani do szpitala dla przewlekle chorych, ýeby po raz pierwszy osùuchaã pacjentów.

Byù to szpital Goldwater Memorial, przy którym Bellevue wyglàdaùo jak Waldorf. Po wpisaniu jakiegoú nazwiska na karcie podszedùem do ùóýka, na którym leýaù mæýczyzna. Czuùem siæ zupeùnie zielony. Byùo mi tak nieswojo, jakbym miaù na czole napis: „Student drugiego roku medycyny, pierwsza próba”.

Wszystko szùo mi dobrze aý do czasu, gdy osùuchiwaùem okolice ýeber z lewej strony, stojàc po prawej ræce chorego. Byùem nachylony nad klatkà piersiowà i poprosiùem pacjenta, ýeby zakasùaù. Zrobiù to wprost w moje ucho. Poczuùem, jak kropelki czegoú úciekajà mi po twarzy; kropelki ýóùtej flegmy z zarazkami gruêlicy odpornymi na antybiotyki. W mæskiej toalecie nie byùo szamponu. Bardzo dokùadnie zmyùem wszystko mydùem. Po powrocie do swego pokoju kilkakrotnie umyùem gùowæ szamponem, jak lady Mackbeth.

Póêniej nie miaùem juý do czynienia z gruêlikami. Moýe tu, na Hawajach, wcale takich nie byùo.

Otrzàsnàùem siæ w koñcu z zadumy i zamyúlenia. Spojrzaùem na pielægniarkæ, która szùa ze mnà do Roso. Byùa przykùadem bogactwa Hawajów - bardzo ùadna, z domieszkà chiñskiej i hawajskiej krwi, zgrabna, miaùa migdaùowe oczy i piækne zæby.

- Lubi pani surfing? - zapytaùem, gdy dochodziliúmy do drzwi oddziaùu mæskiego.

- Nie mam o tym pojæcia - powiedziaùa ùagodnie.

- Mieszka pani w pobliýu szpitala?

- Nie, w Manoa Valley, z rodzicami.

Nie skùadaùo siæ zbyt dobrze. Chciaùem kontynuowaã rozmowæ, ýeby sùyszeã jej gùos, ale dochodziliúmy do sali, gdzie leýaù Roso.

- Czy Roso wymiotuje?

- Nie, ma tylko czkawkæ. Nigdy nie myúlaùam, ýe czkawka moýe byã tak dokuczliwa. Jest taki biedny.

Przed wejúciem na oddziaù spojrzaùem na zegarek. Dochodziùa póùnoc. Nie miaùem nic przeciwko wizycie u Roso. Czuùem do niego wiele sympatii.

Maùe nocne lampki przy podùodze dawaùy swoiste úwiatùo, które ùàczyùo siæ z równomiernymi oddechami i chrapaniem. Nagùy odgùos czkawki rozdarù ciszæ i zakùóciù rytm nocy. Mimo ciemnoúci ùatwo byùo znaleêã Roso, kierujàc siæ ku temu dêwiækowi. Operowaliúmy go w drugim dniu mojego staýu. Wùaúciwie „my” nie jest tu zbyt úcisùe, gdyý operacjæ przeprowadzili starsi koledzy, a ja przez trzy godziny przytrzymywaùem jedynie retraktory. Doskonale zdawaùem sobie sprawæ ze swej niezdolnoúci do tak powaýnych zabiegów, wiæc to, co robiùem, byùo adekwatne do mojego doúwiadczenia.

W przeciwieñstwie do wielu studentów, którzy z reguùy palà siæ do chirurgii, ja nie miaùem doúwiadczenia operacyjnego. Po pierwsze, wcale tego nie chciaùem, a ponadto bardziej interesowaùy mnie zagadnienia dotyczàce gospodarki elektrolitami i pùynami po operacji. Inni studenci medycyny nie zagùæbiali siæ w chemiæ, a ja z trudem wytrzymywaùem szeúã godzin stania na sali operacyjnej i patrzenia na ciæcia oraz szwy. Szczególnie gdy wspomniaùem scenæ, do której kiedyú doszùo w Nowym Jorku.

Przygotowywano operacjæ usuniæcia sutków, którà miaù przeprowadziã naczelny chirurg zwany Big Cheese. Byùem wtedy na drugim roku. Baùem siæ tego, co mnie czekaùo, a na dodatek wszyscy byli jacyú spiæci. Nagle na salæ operacyjnà wkroczyù, przybierajàc królewskà pozæ, sam Big Cheese, jak zwykle spóêniony. Poprzesuwaù trochæ narzædzi, które leýaùy w sterylizatorze, podniósù pojemnik i zrzuciù na podùogæ, wykrzykujàc, ýe narzædzia sà pogiæte, porysowane i do niczego siæ nie nadajà. Wrzask przestraszyù anestezjologa, który przyskoczyù do pacjentki i zdarù jej maskæ. Ulotniùem siæ z nadziejà, ýe nikt tego nie zauwaýy. W koñcu, oczywiúcie, uczestniczyùem w operacji od poczàtku do koñca, ale i tak do dziú nie udaùo mi siæ rozszyfrowaã zachowañ chirurgów. Jeden, jeszcze w Nowym Jorku, byù bardzo spokojnym i miùym facetem - dopóki nie znalazù siæ na sali operacyjnej. Tam potrafiù, na przykùad, cisnàã peseta w anestezjologa tylko dlatego, ýe pacjent siæ poruszyù. Innym razem wyprosiù kogoú z sali, gdyý tamten za ciæýko oddychaù. W kaýdym razie nic mnie nie ciàgnæùo do spædzania czasu w sali operacyjnej, toteý gdy zaczynaùem staý, byùem zupeùnie surowy z chirurgii.

Mimo braku doúwiadczenia potrafiùem wykonaã najbardziej rutynowe czynnoúci. Wiedziaùem, jak wyszorowaã ræce, odpowiednio je trzymajàc, jak je wycieraã, zakùadaã fartuch i rækawice, a nawet, jak wiàzaã niektóre wæzùy chirurgiczne. Nauczyùem siæ tego metodà prób i bùædów.

Pierwsza próba mycia ràk odbyùa siæ przed jakimú szyciem na oddziale nagùych przypadków, gdy byùem na trzecim roku. Pucowaùem dùonie i przedramiona przez dziesiæã minut, za pomocà pomarañczowego sztyfcika wyczyúciùem paznokcie przed niezdarnym zaùoýeniem stroju operacyjnego. Miaùem na sobie obszerne spodnie, czepek, maskæ; wszystko, czego potrzeba. W koñcu pielægniarka pomogùa mi zaùoýyã gumowe rækawice. Po dwudziestu piæciu minutach byùem wreszcie gotowy; moje ræce byùy wysterylizowane jak skaùy na ksiæýycu. Wtedy zupeùnie bezwiednie wziàùem taboret i podszedùem do pacjenta, przez co ræce, ubiór, wszystko zostaùo „zabrudzone”. Pielægniarka i lekarz úmiali siæ histerycznie. Zdezorientowany pacjent teý siæ do nich przyùàczyù, gdy od nowa zaczàùem przygotowania.

Jeúli chodzi o Roso, patrzàc nawet z miejsca, w którym przytrzymywaùem retraktory przy operacji wrzodu, wiedziaùem, ýe nic nie szùo zbyt pomyúlnie. Szef zespoùu psioczyù na protoplazmæ. Musiaùem przyznaã, ýe tkanki sà bardzo ukrwione. Powaýne krwawienie zaczæùo siæ w okolicach trzustki, w dolnej czæúci otworu, ale dwu chirurgom udaùo siæ zaùoýyã I szew Billrotha, to znaczy zùapali ýoùàdek i jelito w taki ukùad jak przed operacjà, oczywiúcie bez owrzodzonego fragmentu. Na mnie spoczywaù obowiàzek zszycia skóry. Nie byùo to nic wielkiego, jednakýe nie dla mnie. Pomyúlaùem, ýeby poprosiã któregoú z operujàcych o przytrzymanie palcem pierwszego wæzùa, zupeùnie jak przy zawiàzywaniu boýonarodzeniowego prezentu. Przez chwilæ wydawaùo mi siæ to zabawne.

Miaùem wykonaã prostà czynnoúã, zawiàzaã wæzeù, a niesamowicie siæ przy tym denerwowaùem. Szwy sà nieraz bardzo wàskie i trudno wyczuwalne przez gumowe rækawice, szczególnie na koñcach palców, gdzie guma jest najgrubsza.

Wiedziaùem, ýe mam zawiàzaã wæzeù tak, aby krawædzie rany zeszùy siæ jak przy pocaùunku, bez naciàgania i podwiniæcia skóry do doùu. Czuùem, ýe wszyscy mnie obserwujà, taksujàc moje umiejætnoúci. Miaùem pewnà wiedzæ, ale nic poza tym nieszczæsnym wæzùem nie miaùo teraz znaczenia. Bez prawidùowego wæzùa operacja moýe po prostu zostaã spartolona.

Koñcówka czarnej jedwabnej nici, którà trzymaùem w prawej ræce, zniknæùa pod krawædzià skóry z jednego brzegu rany i wyszùa z drugiego. Trzymajàc za drugi koniec nitki, úciàgnàùem ranæ, zrobiùem pierwszy wæzeù, dociskajàc brzegi tak, ýeby siæ lekko zetknæùy. Teraz przyszùa kolej na nastæpny wæzeù. Rana rozwieraùa siæ, gdy tylko popuszczaùem nieco nitkæ. Naciàgnàùem caùoúã i zaùoýyùem wæzeù najszybciej, jak umiaùem, majàc nadziejæ, ýe uda mi siæ uniknàã rozwarcia. Niestety, brzegi byùy od siebie zbyt oddalone. Nagle, ku memu zdziwieniu i przeraýeniu, zobaczyùem rækæ uzbrojonà w noýyce, które przeciæùy wæzeù. Jednoczeúnie dobiegù mnie z tyùu stùumiony chichot. Inna ræka ukùadaùa szew, wkùuwajàc zakrzywionà igùæ pod skóræ, ùapiàc naciæcie i wyciàgajàc jà z drugiej strony.

Spojrzaùem bùagalnie w góræ. Po co tu w ogóle jestem, skoro nawet nie potrafiæ zawiàzaã wæzùa?

Dano mi kolejnà szansæ przy szwach, które szùy rzædem w przeciwnym kierunku. Przed zaùoýeniem kolejnego rana byùa tak úciàgniæta, ýe skóra pofaùdowaùa siæ, pomarszczyùa, a brzegi podwinæùy siæ w dóù. Ponownie przyszùy mi w sukurs noýyczki, dziæki uprzejmoúci chirurga, który odbywaù specjalizacjæ. Przeciàù mój pierwszy wæzeù i rana od razu siæ rozeszùa. Wydawaùo siæ to bardzo ùatwe, gdy robiù to ktoú inny. Tu i ówdzie dostrzegùem kilka sztuczek, jak na przykùad skræcenie po pierwszym szwie. Zamiast pozostawiaã niã na pùasko, naleýaùo pociàgnàã oba koñce do siebie. Byùa to jednak tylko poùowa sukcesu. Próbowaùem jeszcze raz z lepszym skutkiem, choã nadal wszystko byùo zbyt úciàgniæte. W koñcu uporaliúmy siæ z Roso, przynajmniej na razie.

Pierwszà oznakà kùopotów byùa czkawka, która zaczæùa siæ jakieú trzy dni po operacji. Poczàtkowo byùo to doúã zabawne, mæczyùa bowiem pacjenta co osiemnaúcie sekund. Roso stanowiù przez to swoistà ciekawostkæ.

Miaù piæãdziesiàt piæã lat, ale okres spædzony na plantacji ananasów odcisnàù na nim swoje piætno. Byù bardzo chudy i przygnæbiony. Spodnie odpadaùy mu, gdy z trudem czùapaù po oddziale ze stojakiem na kroplówkæ. Podobnie jak u Marshy, miaù juý zbyt pokùute ýyùy u ràk, wiæc cewnik umieszczono mu w prawej pachwinie. Powodowaùo to sporo dodatkowych kùopotów. Zaciskaù rurkæ z kroplówkà, gdy mocniej úciàgaù sznurek przytrzymujàcy spodnie. Chodziù wiæc z jednà rækà na stojaku, a w drugiej úciskaù spodnie.

Roso byù Filipiñczykiem. Jego znajomoúã angielskiego ograniczaùa siæ do piæãdziesiæciu czy szeúãdziesiæciu sùów, którymi wyraýaù swój stan wewnætrzny.

- Ciaùo nie mocne - mówiù, jakby recytowaù rytmicznà poezjæ haiku. To musiaùo wystarczyã. Rozumiaùem go i lubiùem. Powiem wiæcej: sàdzæ, ýe i on mnie lubiù. Byùo w nim duýo godnoúci i odwagi. Miaùo to, jak siæ póêniej okazaùo, niemaùy udziaù w utrzymaniu go przy ýyciu.

Roso, mimo targajàcej nim czkawki, zawsze siæ do mnie uúmiechaù w czasie porannego obchodu. Nietrudno byùo zauwaýyã jego wyczerpanie. Próbowaùem róýnych úrodków i sposobów, które przyniosùyby mu ulgæ. Przejrzaùem wiele ksiàýek z zakresu chirurgii i farmacji; uciekaùem siæ do medycyny ludowej - nie pomogùo nawet wydychanie powietrza do papierowej torby. Nieskuteczne okazaùy siæ inhalacje z wykorzystaniem piæcioprocentowego tlenku wægla. Na nic zdaù siæ azotyn amylu z maùymi dawkami thorazyny ani wapno, które podawaùem w nadziei, ýe ograniczà jego nadpobudliwoúã. Odruchy Roso byùy tak energiczne, ýe po uderzeniu kolana gumowym mùoteczkiem zrzucaù kapeã z nogi.

Popeùniùem bùàd, bo nie uwaýaùem czkawki za objaw czegoú powaýniejszego. Byù to, niestety, uboczny efekt bezobjawowo przebiegajàcego wyniszczenia organizmu.

Kolejna wskazówka pojawiùa siæ po usuniæciu zgùæbnika ýoùàdka i podawaniu Roso pùynów doustnie. W ciàgu godziny jego ýoùàdek powiækszyù siæ dwukrotnie w stosunku do normalnych rozmiarów i pacjent zaczàù wymiotowaã. Biednego Roso dotknæùy wszystkie nieszczæúcia: czkawka, wymioty, brak snu. Kaýdego mogùo to doprowadziã do obùædu, ale dzielny Filipiñczyk wciàý siæ trzymaù. Zawsze miaù uúmiech na twarzy.

- Juý nie mocny - mówiù, powtarzajàc wciàý te same sùowa, które jednak za kaýdym razem niosùy inne znaczenie, zaleýne od tego, w jaki sposób zostaùy wypowiedziane.

- Niedùugo mocniejszy - odpowiadaùem, uýywajàc jego sùownictwa, tak jak siæ rozmawia z kimú, kto niezbyt dobrze wùada angielskim. Zaczyna siæ wtedy myúleã, ýe ten ktoú rozumie lepiej, gdy mówi siæ z bùædami.

W czasie studiów, gdy miaùem do czynienia z pacjentami, którzy mówili po hiszpañsku, nieraz ùapaùem siæ na tym, ýe odzywaùem siæ do nich na przykùad w ten sposób: „Operacja w brzuchu potrzebna”. Nie miaùo to sensu, bo jeúli ktoú w ogóle rozumiaù, to zawsze rozumiaù poprawnie. Staraliúmy siæ jednak zawsze docieraã do tych ludzi, nawiàzywaã z nimi kontakt.

Tak wiæc w koñcu biedny Roso przeszedù na doýylne dawkowanie pùynów i karmienie przez przewód przechodzàcy przez nos do ýoùàdka. Mæczony czkawkà, wymiotowaù przy wyjmowaniu rurki bez wzglædu na to, czy przyjmowaù pokarm, czy nie.

Paræ dni temu przewód siæ zatkaù i Roso otarù siæ o úmierã. Przy przepùukiwaniu w celu udroýnienia okazaùo siæ, ýe byù zablokowany zlepkiem czegoú, co wyglàdaùo jak zmielona kawa. Byùa to krew.

Na szczæúcie zawsze staraùem siæ utrzymaã równowagæ pùynów i elektrolitów. Kilka razy dziennie sprawdzaùem, ile sodu i chlorku zawieraùy pùyny, które pochodziùy z organizmu tego pacjenta. Uzupeùniaùem je kroplówkà.

Po przeczytaniu w bibliotece szpitalnej pewnego artykuùu na temat utraty magnezu podaùem mu nawet i to. Nie pomogùo.

Êródùo problemów Roso, ich gùówna przyczyna, byùo wewnàtrz, poza moim zasiægiem. Podobnie jak u Marshy Potts, wystæpowaùy u niego nieszczelnoúci na poùàczeniu jelita cienkiego i ýoùàdka, z tym ýe u Roso szew siæ nie rozszedù. Byùy to ciàgùe wycieki do jamy brzusznej, które blokowaùy ýoùàdek i powodowaùy czkawkæ. Kroplówka trzymaùa wprawdzie pacjenta przy ýyciu, ale z dnia na dzieñ chudù w oczach. Nie waýyù wiæcej niý osiemdziesiàt funtów. Walka o utrzymanie wagi kosztowaùa mnóstwo siù. Znalazùem artykuù o roztworach biaùek oraz wysokoprocentowych roztworach glukozy i próbowaùem wszystkiego, o czym moýna byùo tam wyczytaã. Nadal jednak traciù na wadze. Roso z chudzielca zmieniù siæ w szkielet, zupeùnie jakby umieraù z gùodu. Przez caùy czas uúmiechaù siæ i mówiù tym swoim stylem haiku. Lubiùem go. Byù moim pacjentem. Byùem gotów na kaýde jego wezwanie.

- Roso, jak tam zdrówko? - zapytaùem, spoglàdajàc na niego. Co za widok. Leýaù smutny, ubrany tylko w spodnie od pidýamy, z igùà od kroplówki w prawej pachwinie i rurkà zwisajàcà z nosa. Co osiemnaúcie sekund wstrzàsaùa nim czkawka.

- Doktor, juý bez siù, za sùaby - tyle zdàýyù wydusiã.

Musieliúmy coú zrobiã. Naprzykrzaùem siæ wszystkim, ale nadaremnie. Kazali czekaã. Wiedziaùem jednak, ýe zwlekaã nie moýna. Roso nadal mi ufaù, ale jego determinacja sùabùa.

- Doktor, ja nie chcieã ýyã, czkawka za duýo.

Nikt jeszcze do mnie tak nie mówiù i to mnie prawie zmroziùo. Wiedziaùem, jak mu ciæýko. Nie chciaùem dopuúciã do siebie myúli, ýe doszedù juý do krañców wytrzymaùoúci. Widziaùem, co dziaùo siæ z pacjentami, którzy poddawali siæ, rezygnowali z walki. Umierali, po prostu odchodzili.

Coú w czùowieku zdolne byùo trzymaã wszystko do kupy, nawet w obliczu caùkowitego zaùamania psychicznego - aý do czasu, gdy duch ustæpowaù z pola walki i pociàgaù za sobà ciaùo. Nieraz rozpacz byùa tak oczywista, ýe nie prosiùo siæ pacjenta o normalne odpowiedzi. Roso odpowiadaù i mówiù. To róýniùo jego przypadek od innych. Powtarzaùem sobie, ýe chciaù powiedzieã, jak bliski jest poddania siæ. Jeszcze tego nie zrobiù, na szczæúcie.

Bardzo potrzebowaù snu. Mogùem mu coú zaaplikowaã. Byùaby to jednak broñ obosieczna. Sparine, mocny úrodek uspokajajàcy, zadziaùaùby bez zarzutu, stùumiùby nawet czkawkæ. Istniaùa jednak groêba zapalenia pùuc w zwiàzku z rurkà, którà miaù w gardle, zwùaszcza ýe byùby nieprzytomny. Bez rurki mógùby wymiotowaã, a wymiociny przy odurzeniu pacjenta úrodkiem uspokajajàcym zostaùyby zaaspirowane.

Demerol i chudzielec na górze teý nie dawali mi spokoju. Jego krewni przyjæli wszystko doskonale i nie podejrzewali, ýe byùem peùen wàtpliwoúci. Wierzyli w moje sùowa i nie sprzeciwiali siæ przeprowadzeniu sekcji zwùok. Jak by to byùo, gdybym powiedziaù, ýe jedynie sàdzæ, iý ich ojciec nie ýyje? Skàd mogli wiedzieã, ýe ýycie i úmierã to nie czerñ i biel, ale nieraz szaroúã i mætnoúã?

Czy Marsha Potts ýyùa, czy juý nie? Uwaýaùem, ýe mogæ uznaã jà za ýywà. Gdyby jej stan siæ poprawiù, byùby moýe doskonaùy. Z drugiej strony, prawdopodobnie jej siæ nie polepszy. Przynajmniej czæúã jej mózgu mogùa juý byã martwa. Pewne obszary wàtroby na pewno nie funkcjonowaùy z uwagi na ýóùtaczkæ i niewydolnoúã, tak teý byùo z nerkami. Sprawa, podobnie jak u Roso ze sparine, nie byùa jednoznaczna.

Roso bardzo potrzebowaù wytchnienia. Miaùem nieodparte pragnienie, ýeby coú zrobiã. Musi byã coú bardzo ludzkiego, co popycha jednostkæ do dziaùania. Zupeùnie jak wtedy, gdy ktoú mdleje w tùumie. Jeden z gapiów pobiegnie po szklankæ wody, inny podkùada poduszkæ pod gùowæ. Obie te czynnoúci sà bezsensowne z medycznego punktu widzenia, ale ludzie zawsze starajà siæ robiã coú dla wùasnego wewnætrznego spokoju, nawet wtedy, gdy w konkretnej sytuacji nie sà do tego przygotowani.

Wiele razy sam tego doúwiadczyùem. Kiedyú, w czasach szkoùy úredniej, podczas starcia na meczu futbolu, zostaùem rzucony na kupæ graczy w momencie, gdy jeden z nich zùamaù nogæ, o czym úwiadczyù gùoúny chrzæst koúci. Delikwent nie odczuwaù zbyt wielkiego bólu, ale reszta z nas wpadùa w panikæ i oczywiúcie stereotypowo usiùowaliúmy daã mu wody.

To wtedy chyba, zupeùnie nieúwiadomie, podjàùem decyzjæ o studiach medycznych. Wiedzieã, co zrobiã, zareagowaã wùaúciwie - to byùo coú nieodpartego.

Dobrze, Peters, teraz jesteú lekarzem, zrób coú dla Roso. Sparine to jedna rzecz, a sama decyzja to druga - pozytywne dziaùanie napeùniùo mnie poczuciem radoúci.

- Roso, dam ci coú na sen. Poczujesz siæ lepiej.

Usiadùem w dyýurce pielægniarek. Pielægniarka o migdaùowych oczach podsunæùa mi kartæ Roso. Dziewczyna wyglàdaùa teraz jeszcze korzystniej niý przedtem.

- Czy pani jest Chinkà? - zapytaùem, nie patrzàc na nià.

- Chinkà i Hawajkà. Mój dziadek ze strony matki byù Hawajczykiem.

Pomyúlaùem, ýe dobrze byùoby jà poznaã bliýej.

- Jak to siæ staùo, ýe mieszka pani u rodziców?

Pytanie pozostaùo bez odpowiedzi. Do diabùa z tym. Otworzyùem kartæ, ýeby dokonaã wpisu o sparine.

Cholera, podobna byùa do wszystkich dziewczyn, które spodziewaùem siæ poznaã przy hawajskich wodospadach. Nigdy jednak nie byùem poza szpitalem aý tak dùugo, aby móc podziwiaã wodospady, a moje ýycie seksualne, jeúli moýna to tak nazwaã, ograniczaùo siæ do Jane. Czy bædzie jeszcze na mnie czekaùa, choã jest juý póùnoc?

Napisaùem w karcie: „Sparine, 100 mg, domiæúniowo”, zrobiùem znaczek nowego zalecenia, rzuciùem kartæ na blat biurka i pomyúlaùem, ýeby wreszcie siæ stàd wydostaã.

- Doktorze, przy okazji, czy mógùby pan zajrzeã do tego w gipsie i pacjenta z poraýeniem koñczyn? - usùyszaùem znajome, zdecydowanie wypowiedziane pytanie.

Znaùem pacjenta z poraýeniem, ale nie miaùem najmniejszego pojæcia o pierwszym.

- Coú nie w porzàdku z gipsem? - zapytaùem wyczekujàco, obawiajàc siæ, ýe trzeba bædzie zakùadaã nowy opatrunek. O tej porze!

- Pacjent skarýy siæ, ýe uwiera go z tyùu przy poruszaniu.

- A poraýenie?

- Nie chce przyjmowaã antybiotyków.

Wùaúciwie to wcale nie chciaùem odpowiedzi. Ludzie z paraliýem powodowali u mnie wyczerpanie psychiczne, podobnie jak gruêlicy. Moje myúli wracaùy do najùadniejszego budynku i najbardziej przygnæbiajàcych zajæã na akademii - neurochirurgii i neurologii. Pamiætam badanie pierwszego pacjenta, który odpowiadaù na wszystkie moje pytania, gdy go nakùuwaùem. Sprawiaù wraýenie zupeùnie normalnego. Dziwiùem siæ, dlaczego jest w szpitalu.

Przy kolejnym nakùuciu oczy wpadùy mu gùæboko, prawa strona ciaùa zesztywniaùa, przez co odrzuciùo go w lewo i prawie spadù z ùóýka. Widziaùem tylko biaùka jego oczu i byùem tak samo sparaliýowany jak on. Nie wiedziaùem, co robiã. Nawet nie byùo szans na zdobycie szklanki wody. Pacjent miaù po prostu konwulsje, ale wtedy o tym nie wiedziaùem. Mógù umieraã, a ja staùem z otwartymi ustami.

Nikt spoza úwiata lekarskiego nie zdaje sobie sprawy z tego, co to mogùo znaczyã dla studenta medycyny. Czuje siæ wtedy taki wstyd, ýe najlepiej uciec z miejsca, gdzie siæ to wszystko dzieje.

Studenci neurologii mieli tylko staã z rækami w kieszeniach i sùuchaã dostojnej diagnozy profesora: „Niektóre szlaki krægowe przecinajà siæ, zanim dochodzà do mózgu, inne nie. W wypadku zmian chorobowych, które eliminujà jednà stronæ rdzenia, szlaki przecinajàce siæ nadal funkcjonujà. Proszæ natomiast zwróciã uwagæ, ýe pacjent reaguje na zmiany temperatury, ale nie jest zdolny reagowaã na bodêce proprioceptywne. Mogæ poruszaã jego palcem u nogi w dowolnym kierunku, a on tego zupeùnie nie czuje”. Tak byùo.

Studenci popisywali siæ, rozmawiajàc o wùókienkach bodêców cieplnych przecinajàcych siæ w brzusznym spoidle biaùym i biegnàcych drogà rdzeniowo-wzgórzowà bocznà do tylnobocznego jàdra brzusznego wzgórza wzrokowego. Spierano siæ, czy wùókna majà otoczkæ mielinowà, czy nie. Ýadna z dziedzin medycyny nie ma tak rozbudowanego ýargonu jak neurologia. Nikt przy tej okazji nie myúlaù o pacjentach. Nie byùo na to czasu. Trzeba byùo zapamiætaã wszystkie szlaki i jàdra. Nic poza tym.

W kaýdym razie nie mogùem sobie poradziã emocjonalnie z przypadkami paraliýu, moýe dlatego, ýe nie miaùem moýliwoúci zetkniæcia siæ z nimi wczeúniej.

Z czasów studenckich szczególnie pamiætam jeden przypadek, chociaý byù raczej typowy. Pacjent leýaù przed nami pod respiratorem. Miæúnie jego twarzy poruszaùy siæ nieprzerwanie. Reszta pozostawaùa w bezruchu. Nie panowaù nad niczym, stanowiù nieruchomy stos tkanek i koúci, bez czucia, zupeùnie bezradny, zaleýny caùkowicie od respiratora. Profesor mówiù: „Panowie, jest to niezwykle ciekawy przypadek zùamania zæba obrotnika, które byùo przyczynà przerwania rdzenia krægowego w miejscu, w którym wychodzi on z gùowy”.

Profesor to uwielbiaù. Jego triumf w stawianiu diagnozy zostaù osiàgniæty. Oznajmiù nam to z dumà, zrobiwszy wczeúniej przeúwietlenie przez jamæ ustnà. Póêniej milkù dumny jak paw i w koñcu pochùaniaùa go dùuga dyskusja o tym, w jaki sposób kræg szczytowy zszedù z obrotnika.

Nie mogùem oderwaã oczu od pacjenta, który wpatrywaù siæ w lustro nad swojà gùowà. Mógù byã w moim wieku. Stanowiù beznadziejny przypadek. Zrozumienie tego, ýe moje ciaùo i jego to prawie to samo, oraz fakt, ýe jedynà róýnicà byù brak poùàczenia gdzieú w okolicach szyi, daùy mi poczucie úwiadomoúci posiadania ciaùa i jednoczeúnie zaýenowanie z tego powodu.

Zaraz poczuùem gùód, koñcówki palców, ból pleców, wszystko, czego on juý nigdy nie dozna. Opanowaùa mnie furia bezsilnoúci i rozpaczy. Ruch to istota ýycia, niemal ýycie samo w sobie, do tego stopnia, ýe normalni ludzie nie dopuszczajà myúli o takiej úmierci.

Przede mnà byùa úmierã w czasie ýycia i coú siæ we mnie buntowaùo, ýe moje wùasne ciaùo wisi na takiej samej delikatnej nitce, która przerwana leýy pod respiratorem.

Póêniej wiele razy, w chwilach przygnæbienia i kùopotów, myúlaùem, ýe medycyna nie jest dla mnie odpowiednia, ale trwaùem. Czy inni lekarze mieli takie wàtpliwoúci?

Teraz jednak poszedùem najpierw do pacjenta w gipsie, tego z poraýeniem zostawiajàc sobie na póêniej. Wziàùem przecinak z szafki i razem z pielægniarkà wyszedùem na korytarz. Wchodzàc do sali, zobaczyliúmy mæýczyznæ w ogromnym gipsowym pancerzu, siægajàcym od pæpka wzdùuý prawej nogi aý do koñca stopy. Lewa noga nie byùa pokryta gipsem.

Rano zùamaù koúã udowà dokùadnie w úrodku pomiædzy pachwinà i kolanem. Od razu zaùoýono mu gips. Pierwszego dnia, jak to zwykle bywa, czuù siæ okropnie skræpowany i úciúniæty.

Znalazùem brzeg pancerza, który go uwieraù, i zaczàùem odcinaã maùe kawaùki. Byùoby szybciej, gdybym wziàù przecinak elektryczny z pogotowia ratunkowego, ale póùnoc nie byùa najlepszà porà na uruchamianie narzædzi, które haùasujà jak piùa ùañcuchowa. Ponadto drgania wprawiajà niektórych pacjentów w úmiertelne przeraýenie, mimo zapewnieñ, ýe ostrze przecinaka elektrycznego wibruje bardzo szybko, przez co tnie tylko coú sztywnego, a nie miækkà skóræ.

Pacjent wydawaù siæ peùen zrozumienia aý do chwili, gdy przecinak zaczàù wydawaã dêwiæki charakterystyczne dla ciæcia twardego gipsu. Gdy skoñczyùem, odetchnàù z ulgà i poùoýyù siæ na plecach, poruszajàc na boki.

- Znacznie lepiej, bardzo dziækujæ, doktorze.

Maùa rzecz, a cieszy. Kaýdy, co prawda, byùby zdolny do wyciæcia kawaùka gipsu, ale nie o to chodzi. Wiedziaùem, ýe pacjent bædzie mógù spokojnie leýeã, i to mnie bardzo podbudowaùo, gdyý przemawiaùo za mojà obecnoúcià w tym miejscu.

Docieraùo do mnie, ýe staýysta nie zawsze pomaga pacjentom. Sprawia im ból, wkùuwa igùy, wkùada rurki do nosa, wywoùuje kaszel po operacji, aby uaktywniã pùuca. Taki kaszel jest szczególnie bolesny po ingerencji w klatkæ piersiowà. W chirurgii klatki piersiowej czæsto przecina siæ mostek, który drutuje siæ na koñcu operacji. Ja wkraczaùem zwykle po czterech lub piæciu godzinach. Wpychaùem rurkæ do tchawicy pacjenta, podraýniaùem krtañ, ýeby wywoùaã kaszel. Metoda byùa caùkowicie bezpieczna.

Podobnie jak kaýdy, kto miaùby cokolwiek w tchawicy, pacjent w takich wypadkach kasùaù. Z pewnoúcià myúlaù, ýe konwulsje rozerwà go na kawaùki. Usiùowaù powstrzymywaã kaszel, ale bez skutku. W koñcu wyjmowaùem rurkæ, gdy byù juý wyczerpany i oblany potem. Zabieg taki chroniù przed zapaleniem pùuc lub czymú podobnym, ale sam w sobie byù drogà przez mækæ.

Tak wiæc ulga, którà przyniosùem pacjentowi w gipsie, miaùa swoje znaczenie. Moja euforia nie trwaùa dùugo. Musiaùem iúã dalej, do kolejnego czekajàcego mnie przypadku.

Pacjent, caùkowicie sparaliýowany od szyi w dóù, leýaù na brzuchu. Byù jakby urzeczywistnieniem udræki. Przewód wychodzàcy od spodu poùàczony byù z przezroczystym plastykowym zbiornikiem wypeùnionym do poùowy moczem. W takich stanach zawsze byùy problemy z moczem.

Paraliý odbiera kontrolæ nad pæcherzem. Pacjent musi mieã cewnik, a cewnik to infekcja. Wiækszoúã przypadków posocznicy zwiàzanych z bakteriami Gram-ujemnymi braùa siæ z zakaýenia dróg moczowych.

Przypadki nielegalnego usuwania ciàýy nie byùy tu wyjàtkami. Przy koñcu mojej praktyki ginekologicznej na trzecim roku mieliúmy mnóstwo zakaýeñ w wyniku poronieñ, które ogarniaùy caùy Nowy Jork. Dotyczyùo to przewaýnie mùodych dziewczyn, które czekaùy, aý infekcja rozwinie siæ i dopiero wtedy zgùaszaùy siæ do nas. Nie chciaùy wcale mówiã o przyczynach. Niektóre z nich do koñca, do úmierci, zaprzeczaùy. Po legalizacji aborcji sytuacja nieco siæ zmieniùa, ale i tak wiele razy widziaùem przypadki zakaýenia, którym towarzyszyùo zanikanie ciúnienia krwi, ustanie funkcjonowania nerek i wàtroby. Bakterie Gram-ujemne upodobaùy sobie mocz, a szczególnie sprzyjajàce dla nich warunki pojawiaùy siæ, gdy pacjent otrzymywaù antybiotyki.

Patrzyùem na niego, sùyszàc pùacz i przekleñstwa. Nic nowego. Trzymaùem ræce w kieszeniach. Nie wiedziaùem, co powiedzieã ani co zrobiã. Czego sam bym chciaù, leýàc w tym urzàdzeniu, gdy kaýdy mówi, ýe wszystko jest w porzàdku, a wiadomo, ýe to wielkie kùamstwo? Moýe potrzebny byùby ktoú silny, zdecydowany, kto by nie oszukiwaù, lecz potwierdziù gorzkà prawdæ.

Staraùem siæ dobrze wypaúã. Powiedziaùem, ýe musi wziàã antybiotyk, ýe zdajemy sobie sprawæ, jak mu jest ciæýko. Musi wziàã antybiotyk i wykazaã odpowiedzialnoúã.

Czasami zadziwiamy samych siebie. Gùos wydobywa siæ z wnætrza jakichú nieznanych obszarów. Nie wiedziaùem, czy wierzæ w to, co mówiæ. Wypowiedziaùem jednak te sùowa. Staùem, a chùopak przestaù pùakaã. Pielægniarka zdàýyùa zrobiã mu zastrzyk.

Nagle zapragnàùem siæ dowiedzieã, czy juý siæ uspokoiù, czy nadal jest wúciekùy. Nie widziaùem jego twarzy, a on nic nie powiedziaù. Ja teý siæ nie odezwaùem.

Pielægniarka przerwaùa tæ ciszæ i powiedziaùa mu, ýeby postaraù siæ zasnàã. Poùoýyùem delikatnie rækæ na jego ramieniu, zastanawiajàc siæ, czy poczuje dotyk i mój smutek. Nic innego nie przyszùo mi do gùowy.

Wiedziaùem, ýe albo wyjdæ z tego oddziaùu, albo siæ rozklejæ. W kaýdym szpitalu w dowolnej porze byùo tysiàce rzeczy do zrobienia, jak sprawdzenie sàczków, szwów, ulýenie pacjentowi leýàcemu w niewygodnej pozycji, ponowne przyùàczenie kroplówki. Pielægniarki na Hawajach radziùy sobie úwietnie z pùynem IV. W czasach studenckich byùa to robota dla nas. Ani únieg, ani deszcz nie chroniù nas przed wezwaniem o wpóù do czwartej i przemierzaniem opustoszaùych ulic Nowego Jorku, aby dotrzeã gdzieú w celu przeùàczenia IV. Kiedyú w zimowy wieczór wezwano mnie do faceta, który chyba w ogóle nie miaù ýyù. Psioczàc i zùorzeczàc, udaùo mi siæ wprowadziã w jego rækæ delikatnà igùæ stosowanà w chirurgii dzieciæcej. Póêniej przez deszcz dotarùem w koñcu do ciepùego ùóýka, skàd po póù godzinie znów wyrwaù mnie nagùy telefon. Byùa to ta sama pielægniarka, na póù skruszona, na póù rozgniewana. Chciaùa zamocowaã rurkæ taúmà i przypadkiem nastàpiùo zerwanie.

Na oddziale jest zawsze kupa roboty. Pielægniarki przewaýnie dajà sobie radæ, ale lekarz, jeýeli juý tam jest, teý nie narzeka na brak zajæcia. Ja znikaùem szybko. Przed powrotem do siebie chciaùem zrobiã jeszcze tylko jedno - zobaczyã panià Takura na intensywnej terapii. Miaùem nadziejæ, ýe Jane byùa na tyle rozsàdna, ýeby siæ przykryã przed zaúniæciem. Byùo juý dobrze po póùnocy.

Nigdy nie uýywaliúmy peùnej nazwy, mówiliúmy po prostu IT.

Staýysta sùyszaù na okràgùo róýne nazwy, skróty, inicjaùy i caùy ten ýargon, ale IT miaùo szczególne znaczenie. Tam siæ ciàgle coú dziaùo. Szansa wezwania na intensywnà terapiæ przynajmniej dwukrotnie w ciàgu nocy byùa duýa, a prawdopodobieñstwo braku wiedzy o tym, co naleýy zrobiã, znacznie wiæksze.

Przychodziùa refleksja nad efektami czterech lat kosztownych studiów w akademii. Uczyliúmy siæ o odruchu Schwartzmana. Dwa wykùady na ten temat, chociaý nikt nie wiedziaù, czy to w ogóle wystæpuje. Zwariowana sytuacja, gdy lekarz wie wszystko o chorobie, która moýe wystàpiã, a mniej od pielægniarki o jakimkolwiek przypadku na intensywnej terapii. Gdyby u pacjenta wystàpiù odruch Schwartzmana, byùbym szczæúliwy.

Mogùem szczegóùowo rozprawiaã na przykùad o tym, jak pod mikroskopem wyglàda kanalik kræty. Jeúli natomiast chodzi o dziaùania praktyczne, w akademii nie mieliúmy na to czasu, a patologowi wcale na tym nie zaleýaùo.

Pielægniarki w czasie trzyletniej nauki przewaýnie nosiùy baseny. Zdawaùem sobie sprawæ, ýe taka opinia jest krzywdzàca, ale jak to porównaã z ùadunkiem wiedzy, który my musieliúmy opanowaã. Na intensywnej terapii ja teý nadawaùem siæ tylko do basenów. Czæsto chciaùem stamtàd zwyczajnie uciec, zanim staùoby siæ coú, co wymagaùoby inteligentnego dziaùania.

Staýysta powinien nabieraã praktycznych doúwiadczeñ na podstawie tego, co siæ wokóù niego dzieje. Gdyby czæúciej stykaù siæ z codziennà praktykà w czasie studiów, radziùby sobie lepiej, a i pacjentom wyszùoby to na zdrowie.

W normalnym szpitalu nikogo nie obchodzi wiedza o odruchu Schwartzmana. Chirurg patrzy na szwy.

- Sùabe - mówi. - Bardzo sùabe.

Pielægniarka chce wiedzieã, ile izuprelu dodaã do póù litra wody i dekstryny.

- Ile pani dotychczas stosowaùa?

- Przewaýnie póù miligrama.

- Hmm, to bædzie dobrze.

Nie byùo kogo zapytaã, czy izuprel to to samo co izopreterenol. Czy ona chciaùaby wiedzieã o promienistoúci wzgórza, jàder brzusznych móýdýku? Nie, i zupeùnie sùusznie, bo to nie pomoýe nikomu na IT. Co za ýycie.

Z takimi myúlami wchodziùem na IT przez obrotowe drzwi. Jak zwykle speszyùo mnie zadziwiajàce poùàczenie science fiction i najzwyklejszej rzeczywistoúci. Z sufitu i úcian zwisaùy jakieú tajemnicze przyrzàdy. Peùno byùo przycisków, guzików i monitorów. Odgùosy pracy respiratorów ùàczyùy siæ w jednà symfoniæ z pikaniem monitorów oraz cichym popùakiwaniem jakiejú matki pochylonej nad stojàcym w rogu ùóýkiem.

Wszystkie te urzàdzenia poruszaùy siæ i mrugaùy. Czæsto sprawiaùy wraýenie bardziej ýywych niý pacjenci, których ýycie chroniùy. Chorzy leýeli bez ruchu z ogromnymi opatrunkami, przyùàczeni plastykowymi rurkami do butelek wiszàcych na stojakach. Caùa ta mieszanina tworzyùa niesamowite i tajemnicze úrodowisko.

Ludzie nie majàcy z medycynà nic wspólnego bardzo silnie reagujà na ten oddziaù. Jest to fizyczne ucieleúnienie ich strachu przed úmiercià i szpitalem jako miejscem úmierci. Rak - choroba, która budzi najwiækszy strach - nie wychodzi poza sam szpital, chyba ýe dotyczy kogoú bezpoúrednio, krewnego czy przyjaciela.

Na IT rak wisi w powietrzu, jak zùowrogi smog. Jeúli siæ tu dùugo pracuje, zapomina siæ o tym, ýe szpital to miejsce, gdzie ýycie siæ zaczyna i koñczy.

Noworodki nie przychodzà na úwiat w tym miejscu. Wiækszoúci ludzi IT kojarzy siæ z czymú zùowieszczym, nieznanym i ostatecznym, gdzie ýycie wisi na wùosku. Normalny czùowiek nie przychodzi z chæcià do szpitala, ale gdy znajdzie siæ na IT, przeýywa pewnà fascynacjæ, mimo ogromu chorób, a moýe wùaúnie dlatego. Rozglàda siæ, wchùaniajàc fantazjæ, budujàc wyobraýenie o abstrakcyjnej potædze medycyny. Musi byã potæýna, skoro ma do dyspozycji wszystkie te urzàdzenia, w przeciwnym razie na cóý byùyby przydatne? Obserwator zawsze odczuwa strach, który ùàczy siæ z grozà i stawia czùowieka w sytuacji wewnætrznego rozdarcia, konfliktu miædzy chæcià pozostania w tym miejscu i ucieczki z niego.

Czuùem to samo, ale z innego powodu. Wiedziaùem, ýe wiækszoúã tych urzàdzeñ jest do niczego. Niektóre z tych najmniejszych - te, które w ogóle nie rzucaùy siæ w oczy - wykonywaùy najwaýniejsze zadania. Tamte maùe zielone respiratory, wydajàce ciche, rytmiczne trzaski, oddychajàce wraz z tymi, którzy ich potrzebowali, byùy warte wiæcej niý wszystkie inne razem wziæte. Skomplikowane aparaty z monitorami i wykresami same nie robiùy niczego. Na studiach nauczono mnie, jak odczytywaã informacjæ z oscyloskopów. Wiedziaùem, ýe skok krzywej w góræ oznacza miliony jonów sodu kierowanych do komórek miæúnia sercowego. Wybrzuszenie przebiegu na monitorze odzwierciedla kurczenie siæ komórek, gdy organelle cytoplazmatyczne pracujà jak zwariowane, pompujàc jony z powrotem do pùynu pozakomórkowego.

Úwietnie, gdy siæ o tym myúli, ale caùa naukowa magia to dopiero poùowa sprawy. Wykresy i skoki dajà lekarzowi tylko podstawæ do postawienia diagnozy i wypisania recepty.

Chciaùem tam byã, ýeby nauczyã siæ wszystkiego w krótkim czasie, ale wciàý byùem przeraýony odpowiedzialnoúcià, która mogùa na mnie zaciàýyã; byùem jedynym lekarzem.

Prawdæ mówiàc, juý kilkakrotnie mój strach byù uzasadniony - na przykùad, gdy miaùem pierwszy nocny dyýur jako staýysta. Zostaùem wezwany do krwotoku. Pædzàc po schodach, upewniaùem siæ, ýe ograniczone ciúnienie powstrzyma krwawienie. Po wejúciu do sali zobaczyùem pacjenta i stanàùem jak wryty. Krew buchaùa mu z ust, zalewajàc go jak rzeka. Byù to ciàgùy krwawy potok; ýadne wymioty, najzwyczajniejsza czysta krew. Staùem przeraýony, oniemiaùy gapiàc siæ na niego. Jego oczy bùagaùy o pomoc. Póêniej powiedziano mi, ýe nic juý nie moýna byùo zrobiã. Rak zniszczyù ýyùæ pùucnà. Dla mnie najgorsze byùo to, ýe zagubiùem siæ, czuùem pustkæ w gùowie i caùkowicie sparaliýowaù mnie strach. Przez wiele nocy po tym zdarzeniu przeýywaùem wszystko od nowa. Teraz towarzyszy mi obsesja na punkcie zdolnoúci do zrobienia czegokolwiek, czegoú, co moýe nawet nie ulýyùoby pacjentowi.

Pani Takura leýaùa na ùóýku w rogu. Miaùa prawie osiemdziesiàt lat i siwe wùosy. Z nosa, z lewej dziurki, wystawaùa przytrzymywana kawaùkiem gumowej taúmy rurka Sengstakena, która pofaùdowaùa i wykrzywiùa jej nos. W kàciku ust zaschùo kilka kropelek krwi. Rurka Sengstakena ma okoùo szeúciu milimetrów úrednicy i jest szorstka. Wewnàtrz ma trzy mniejsze rurki zwane „úwietlikami”. Dwie z nich majà baloniki, jeden wewnàtrz rurki krótkiego úwietlika, a drugi na koñcu dùugiego.

Pacjent musi poùknàã caùoúã, co nigdy nie jest ùatwe. Szczególnie jest to trudne, gdy wystæpujà krwawe wymioty. Gdy wszystko znajdzie siæ juý w ýoùàdku, balonik na koñcu rurki powiæksza siæ do rozmiarów pomarañczy i peùni funkcjæ kotwicy. Na poùowie dùugoúci rurki znajduje siæ drugi balonik. Po wypeùnieniu powietrzem przybiera ksztaùt cienkiej parówki, usadowionej w dolnej czæúci przeùyku. Trzeci úwietlik, cienki, ale dùugi, wisi w ýoùàdku i sùuýy do wyprowadzenia niepotrzebnych cieczy, takich jak na przykùad krew.

Zadaniem tego przyrzàdu jest powstrzymywanie krwawienia przez przeùyk za pomocà ciúnienia wywieranego na jego úcianki przez parówkoksztaùtny balonik.

Dotychczas tylko raz, jeszcze w czasie studiów, miaùem do czynienia z pacjentem, który wymagaù rurki Sengstakena. Byù to alkoholik z marskoúcià wàtroby, która w koñcu doprowadziùa do niewydolnoúci tego narzàdu. Pani Takura nie byùa oczywiúcie alkoholiczkà. Jej kùopoty wiàzaùy siæ z zapaleniem wàtroby sprzed wielu lat, ale przypadki te miaùy wspólny aspekt. Uszkodzona wàtroba utrudnia przepùyw krwi. Przez to stopniowo roúnie ciúnienie w naczyniach krwionoúnych prowadzàcych do wàtroby i z powrotem. W efekcie ýyùy przeùyku rozciàgajà siæ i w krañcowych wypadkach nastæpuje ich pækanie. Pacjent wymiotuje wtedy obficie krwià. Miaùem do czynienia z tamtym alkoholikiem przez dzieñ czy dwa, ale pamiætam doskonale, jak usiùowaùem mu pomóc przy przeùykaniu tych baloników. Nie mógù sobie z tym poradziã. Zabrano go na chirurgiæ i nie wróciù na swój oddziaù.

Nadciúnienie wrotne i krwawiàce ýylaki przeùyku byùy powaýnym schorzeniem, ale dotychczas udawaùo siæ wszystko jakoú stabilizowaã poprzez wprowadzenie rurki. Poza tym operacja miaùa siæ odbyã za osiem godzin.

Nie wyglàdaùa na Azjatkæ. Miaùa tylko to swoje orientalne nazwisko, wewnætrzny spokój i emanowaùa ogromnà ufnoúcià. Byùy to cechy, których dopatrywaùem siæ we wszystkich Azjatach. W czasie kaýdej rozmowy byùa bardzo úwiadoma sytuacji i zaangaýowana. Wiedziaùa, jaki jest jej stan. Mówiùa bardzo spokojnie. Wyglàdaùo to tak, jakbyúmy rozmawiali o jej pelargoniach w samym úrodku tajfunu. Gdy, jak zwykle, pytaùa mnie o samopoczucie, moja odpowiedê byùa dla niej bardzo waýna. Rozumieliúmy siæ znakomicie. Ponadto sàdziùem, ýe wyjdzie z tego.

Z niektórymi pacjentami nawiàzuje siæ pewna niã porozumienia, zupeùnie irracjonalnie. Czasami bywaùo to bardzo pomocne.

Kiedyú, paræ godzin po przyjæciu jej do szpitala, lekarze usiùowali wyjàã rurkæ Sengstakena, ale wywoùaùo to nawracajàcy krwotok, zanim ponownie udaùo siæ jà wùoýyã. Z uwagi na to, ýe miaùem wtedy wolny wieczór, ominàù mnie ten krwawy dramat.

Nastæpnego ranka napædziùa mi potæýnego stracha, gdy ciúnienie krwi spadùo jej na 80/50, a tætno skoczyùo do 130 na minutæ. Jakoú udaùo mi siæ wziàã w garúã i podaã jej krew, gdy zdaùem sobie sprawæ, ýe ciàgùe krwawienie doprowadziùo do obniýenia ciúnienia. Gdy ciúnienie wzrosùo, od razu wróciù mi lepszy nastrój. Przyczyna, skutek, kuracja.

To powinno daã mi wiæcej pewnoúci, ale przekonanie, ýe kaýda sytuacja winna byã opanowana odpowiednià decyzjà, dodatkowo mnie denerwowaùo. Decyzja o podaniu krwi byùa wùaúciwa i bardzo ùatwa, ale nastæpna moýe nie byã taka prosta.

Dzisiaj pani Takura byùa miùa i spokojna, jak zwykle. Sprawdziùem ciúnienie krwi oraz ciúnienie w balonikach. Pokræciùem siæ wokóù, ýeby zaznaczyã mojà obecnoúã, chociaý chciaùem z nià tylko porozmawiaã.

- Jest pani gotowa do maùego zabiegu?

- Tak, jeúli wszystko jest gotowe, to ja teý.

Nie byùo to miùe. Byùem pewien, ýe mówiàc bezosobowo, miaùa na myúli chirurgiæ w ogóle. Nie myúlaùa o mnie. Ja miaùem raczej maùe pojæcie o operacji. Wiedziaùem co nieco z teorii.

Mogùem rozmawiaã przez dwadzieúcia minut na temat nadciúnienia wrotnego, wad i zalet zespolenia osiowego czy osiowo-bocznego. Pamiætaùem nawet schematy tego ostatniego. Chodziùo o zmniejszenie ciúnienia krwi w przeùyku poprzez poùàczenie ukùadu ýylnego wàtroby, gdzie wzrosùo ciúnienie i spowodowaùo krwawienie, z ýyùà, w której byùo normalne, na przykùad ýyùà gùównà czy lewà nerkowà. Miaùem teý w gùowie dane liczbowe o úmiertelnoúci w takich przypadkach, ale nie chciaùem sobie tego przypominaã. Jak moýna patrzeã na pacjenta poprzez statystykæ úmiertelnoúci?

- Jesteúmy gotowi, pani Takura - poùoýyùem nacisk na „my”, chociaý wùaúciwie chciaùem powiedzieã „oni”, bo nigdy nie widziaùem ýadnej operacji zwanej zespoleniem wrotno-czczym. Teoretycznie byùo to wspaniaùe. Nic tak nie podniecaùo profesorów jak rozmowa o zmianach ciúnienia i ùàczeniu jednego z drugim. Jak juý zaczæli, trajkotali o niezrozumiaùych artykuùach autorstwa Harry’go Byplane’a z Uniwersytetu Gdzieú tam (Harry byù zawsze dobrym znajomym), co úwiadczyùo o tym, ýe prace George’a Littlechumpa z Uniwersytetu Gdzieú indziej byùy do kitu, gdy zakùadaù, ýe niewaýna jest szybkoúã zmian ciúnienia ýylnego wewnàtrzzanikowego przy splocie wrotnym. Z takimi sprawami miaùo siæ do czynienia w czasie obchodów w klinice akademii medycznej. Aby siæ pokazaã z jak najlepszej strony, trzeba byùo powoùaã siæ na jakiú artykuù o tempie zmian ciúnienia (szczególnie dobrze widziane byùy zmiany ciúnienia lub pH), w którym Bobble Jones wykazuje ostatecznie (wàtpliwoúã byùaby katastrofà), ýe spoúród siedemdziesiæciu siedmiu pacjentów (trzeba koniecznie podaã jakàú liczbæ) wszyscy by zmarli, gdyby poszli do szpitala. Niewaýne byùo, co siæ w koñcu powiedziaùo, ale powoùywanie siæ na dane liczbowe, autorów i Bóg wie co jeszcze, dawaùo znakomite wyniki w postaci pochwaù przed caùà grupà studentów: „No, Peters, úwietnie siæ sprawiùeú”.

A pani Takura? Zapomnij o pacjencie, mówimy teraz o jonach wodoru we krwi, to jest o pH, maùe „p” i wielkie „H”.

Pamiætam, jak kiedyú zgromadziliúmy siæ wszyscy przy jednym ùóýku podczas obchodu. Przykrótkie biaùe fartuchy zdradzaùy studentów, co ùatwo byùo zauwaýyã. Biaùe fartuchy i biaùe spodnie to staýyúci i lekarze przygotowujàcy siæ do specjalizacji. Wreszcie dùugie, mocno krochmalone biaùe fartuchy - tak biaùe, ýe przeúcieradùa wyglàdaùy przy nich jak szare. Czy trzeba mówiã, kto je nosiù?

Ktoú wymieniù nazwæ choroby, na którà cierpiaù pacjent. Wszyscy natychmiast wdawaliúmy siæ w zawiùà dyskusjæ o pH, jonach sodu, pompach do glukozy, przywoùujàc artykuùy z Houston, Kalifornii i Szwecji. Nazwiska padaùy jak przy grze w ping-ponga. Kto poda ostatnie nazwisko, najnowsze osiàgniæcia? Byliúmy tym tak pochùoniæci, aý w koñcu ktoú zauwaýyù, ýe stoimy przy niewùaúciwym ùóýku. Pacjent, przy którym debatowaliúmy, akurat nie na to chorowaù. Gra zakoñczyùa siæ bez zwyciæzcy. Spokojnie przeszliúmy do nastæpnego ùóýka. Nie mogùem zrozumieã, co to za róýnica, skoro i tak nie mieliúmy czasu, ýeby obejrzeã pacjenta. Moýe wszyscy siæ zawstydzili, ýe rozmawialiúmy o jednej chorobie w obliczu innej.

- Proszæ zasnàã, pani Takura. Wszystko bædzie dobrze.

Obejrzaùem siæ, czy wszystko gra. Pielægniarki nie zwracaùy na mnie uwagi, gdyý zajæte byùy pacjentem w przeciwnym rogu. Podùàczony byù do monitora EKG, który pokazywaù bardzo nieregularne bicie serca. Kobieta nadal popùakiwaùa cicho przy ùóýku obandaýowanego nastolatka. Miaù obraýenia gùowy po wypadku samochodowym. Biedak nie odzyskaù przytomnoúci. Podszedùem do drzwi, otworzyùem je i opuúciùem salæ. Nastaùa juý noc. Jaskrawe úwiatùo, dêwiæk pracujàcej aparatury i krzàtanina pielægniarek pozostaùy za zamkniætymi drzwiami. Znów znalazùem siæ w cichej ciemnoúci korytarza.

Z lewej strony w dyýurce siedziaùa pielægniarka, oúwietlona stojàcà przed nià lampà. Caùa reszta wtapiaùa siæ w ciemnoúã. Musiaùem przejúã przez ciemny korytarz, skræciã w prawo, zejúã na dóù i przejúã przez podwórko do mojej kwatery. Byùo jeszcze trochæ czasu na sen.

Nagle za mnà rozbùysùo úwiatùo i usùyszaùem woùanie:

- Doktorze, zatrzymanie akcji serca. Szybko!

Gdy siæ obejrzaùem, úwiatùo juý rozpùywaùo siæ w ciemnoúci. Zostaùy tylko iskrzàce plamy w úrodku pola mojego widzenia. Blokada Berlina, kryzys kubañski, Zatoka Tonkiñska, kryzysy, no dobrze, ale czemu tak blisko od domu. Dla mnie byù to stan najwyýszej gotowoúci, katastrofa, której najbardziej siæ baùem. Najpierw przyszùo mi do gùowy, ýe nie bædæ jedynym lekarzem, który przyjdzie, ale byù to úrodek nocy, wiæc moýe jednak? Gdybym miaù szansæ, uciekùbym w przeciwnym kierunku, nie martwiàc siæ, czy bædæ uznany za tchórza, czy za realistæ. Ale byùem na miejscu. Biegùem do pacjenta, marny staýysta ze stetoskopem w zaciúniætej dùoni.

Widziaùo siæ to wszystko w telewizji albo w kinie. Jest to wstrzàsajàce, zupeùnie jak szarýa kawaleryjska przy dêwiækach tràbki. Co sobie myúli taki staýysta? Zaleýy to od tego, dokàd biegnie. Jeúli jest ciemno, choã oko wykol, stara siæ dotrzeã bardzo szybko. Ponadto waýne jest to, od jak dawna jest staýystà; jeúli od niedawna, od paru tygodni, to biegnie ze strachem, úciúlej mówiàc przeraýony. Nie chce byã pierwszà osobà na miejscu.

Ale oto juý przybiegù, nieco bez tchu, ale w dobrej formie. To, co kùæbi mu siæ w gùowie, to juý inna sprawa. Ma tak maùo wiedzy i informacji, które byùyby przydatne w danej sytuacji, a i tak wszystko wyleciaùo mu z mózgu pod presjà chwili. Nie zaúmiecaj sobie umysùu nazwami leków i dawkami - mówili profesorowie farmakologii - ucz siæ pojæã. Jak tu powiedzieã pielægniarce, ýeby odmierzyùa 10 cm3 pojæcia dla umierajàcego pacjenta?

Pchnàùem drzwi prowadzàce na intensywnà terapiæ i znów znalazùem siæ w niesamowitym, przedziwnym úwiecie. Okazaùo siæ przy tym, ýe byùem jedynym lekarzem, a oprócz mnie przy ùóýku faceta z nieregularnym przebiegiem EKG staùy tylko dwie pielægniarki. Zaklàùem szpetnie pod nosem, moje ræce bezwolnie zacisnæùy siæ na oparciu ùóýka. Nie byùem juý staýystà telewizyjnym, ale prawdziwym, zupeùnie bez doúwiadczenia i w strachu. Kto przyszedùby mi z pomocà, gdyby ten goúã umarù? Pielægniarki? Profesorowie z akademii? Lekarze? Szpital? Najwaýniejsze, ýe jeszcze nie nauczyùem siæ wybaczaã sobie swoich wùasnych bùædów.

Obejrzaùem siæ w kierunku drzwi z pùonnà nadziejà, ýe ukaýe siæ tam jakiú doúwiadczony kolega. Zastanawiaùem siæ kiedyú, dlaczego wielu úwietnych i zdecydowanych studentów przechodzi przez studia, a póêniej, majàc w perspektywie odbycie staýu lekarskiego, zmienia kurs i zajmuje siæ tylko pracà naukowà albo odchodzi do dziedzin paramedycznych. Okazuje siæ, ýe musi byã coú lepszego niý staý. Coú tu nie gra. Dlaczego staýyúcie brakuje wiedzy przydatnej wtedy, gdy w czasie pierwszych tygodni pracy wpada na intensywnà terapiæ? Dlaczego nikt z lekarzy nie udziela mu pomocy? Zresztà ýyczliwi wcale nie sà lepsi od tych, którzy okazujà agresjæ z kamiennà twarzà. Moýna z niej odczytaã sùowa: „Myúmy juý przez to gówno przeszli; teraz kolej na ciebie”.

No i byùem tu, na IT, bez szansy na czyjàkolwiek pomoc, ale tym razem nie zapowiadaùo siæ aý tak êle. Monitor EKG pokazywaù bardzo nierówny impuls, podobny do bazgroùów zdenerwowanego dzieciaka.

Gdy pikania staùy siæ gùoúniejsze i szybsze, niczym staccato, zdaùem sobie sprawæ, ýe u pacjenta wystàpiùo migotanie komór. Jego miæsieñ sercowy byù po prostu kawaùkiem nie skoordynowanej i trzepoczàcej masy. Wiedziaùem, co zrobiæ - „wstrzàsnæ” nim.

Wùaúciwie nie byùa to tyle moja decyzja, ile pielægniarki. Zawsze byù tam naùadowany defibrylator, a pielægniarka juý trzymaùa elektrody.

- Jaki jest stopieñ naùadowania? - spytaùem bez przykùadania wielkiej uwagi do tego, co mówiùem.

- Caùkowity - odpowiedziaùa pielægniarka z elektrodami.

Umocowaùem jednà na klatce piersiowej pacjenta, dokùadnie na mostku, a drugà z lewej strony. Zastanawiajàce byùo to, ýe nie nastàpiùo zatrzymanie oddychania ani utrata úwiadomoúci. Jedynà oznakà zagroýenia byù ciæýki oddech i nieprzytomny wzrok, który temu towarzyszyù.

Przycisnàùem guzik na górnej czæúci uchwytu elektrody. Ciaùo pacjenta nagle zesztywniaùo, ræce wystrzeliùy w powietrze i opadùy. Wyskok na wykresie EKG zostaù zmieciony z ekranu w wyniku wyùadowania elektrycznego, póêniej powróciù, juý w bardziej normalnej postaci. Uspokoiùem siæ, gdy znów usùyszaùem charakterystyczne pikanie oznaczajàce normalne tætno, a pacjent wziàù gùæboki oddech. Przez jakieú dziesiæã sekund wszystko byùo dobrze, po czym ustaù oddech i tætno spadùo do zera. EKG wykazywaùo poprawny wykres. Coú absolutnie nienormalnego - wykres EKG w porzàdku i brak tætna - tego nie byùo w podræcznikach.

W myúlach rozgrywaùem mecz tenisa w hali, róýne pomysùy lataùy tam i z powrotem - czynnoúã elektryczna, czynnoúã elektryczna, ýadnego uderzenia, ýadnego tætna.

- Proszæ o laryngoskop i rurkæ dotchawiczà.

Jedna z pielægniarek juý miaùa je w rækach. Pacjent musiaù dostaã tlen. Tlen i dwutlenek wægla wymagaùy ruchu, dlatego musieliúmy wùoýyã rurkæ dotchawiczà i oddychaã za niego.

Rurka wkùadana jest za pomocà cienkiego przyrzàdu zwanego laryngoskopem. Ma on na koñcu ùopatkæ o dùugoúci okoùo piætnastu centymetrów, która sùuýy do uciúniæcia nasady jæzyka i odsùoniæcia dostæpu do tchawicy. Przy wsuwaniu ùopatki do gardùa trzeba znaleêã poùoýenie nagùoúni przykrywajàcej tchawicæ przy poùykaniu. Stoi siæ wtedy za pacjentem, odchyla siæ jego gùowæ maksymalnie do tyùu i usiùuje przebiã przez krew, wymiociny czy úluz. Po ujrzeniu nagùoúni naleýy wsunàã przyrzàd obok, nieco w dóù i podciàgnàã. Przy odrobinie szczæúcia zobaczyã moýna struny gùosowe, które sà kremowobiaùe na tle bùony úluzowej gardùa.

Taka sytuacja jest idealna. W praktyce czæsto trzeba pomagaã sobie wolnà rækà w poszukiwaniu tchawicy, bo nieraz w ogóle jej nie widaã. Jeúli juý jà znajdziesz, to wcale nie znaczy, ýe skoñczyùy siæ kùopoty. Wsuniæcie rurki moýe byã piekielnie trudne. Dostæp do otworu miædzy strunami gùosowymi moýe byã wreszcie przesùoniæty gumowà rurkà. Nie ma innego wyjúcia, jak wpychaã rurkæ dotchawiczà w ciemno. Zdarza siæ, ýe wejdzie w przeùyk, wiæc dostarczany tlen rozpycha ýoùàdek, zamiast dotrzeã do pùuc. W koñcu zawsze ktoú uciska teý klatkæ piersiowà pacjenta i laryngoskop obija siæ o zæby, wyskakuje z jamy ustnej, a do tego wszædzie peùno jakiejú cieczy.

Wpychanie rurki zawsze byùo dla mnie koszmarem, jednak nikogo, kto mógùby to zrobiã za mnie, nie byùo.

Odciàgnàùem ùóýko z facetem i stanàùem z laryngoskopem za jego gùowà.

- Co mu wùaúciwie jest? - spytaùem w poúpiechu, odciàgajàc mu gùowæ.

- Nie zawsze reaguje na rozrusznik - odpowiedziaùa jedna z pielægniarek.

Nagle wszystko zaczæùo siæ rozjaúniaã.

- Co dostawaù? Co jest w tamtej butelce? - zapytaùem, kierujàc siæ w stronæ butelki z kroplówkà.

- Izuprel - padùa odpowiedê.

Wiedziaùem, ýe izuprel jest skuteczny w razie zakùóceñ skurczów serca, szczególnie gdy serce wymaga stymulacji.

- Jak szybko?

Jak szybko? Skàd mogùem wiedzieã.

- Niech leci.

Nic lepszego nie przyszùo mi do gùowy. Gùowa pacjenta byùa odchylona. Laryngoskop siedziaù gùæboko w gardle, ale nie widziaùem strun gùosowych.

- Proszæ mi przynieúã ampuùkæ dwuwæglanu.

Gdy jedna z pielægniarek zniknæùa mi z pola widzenia, w koñcu zrozumiaùem, ýe sam coú wymyúliùem. Nagle ukazaùy siæ struny gùosowe. Ich biaùy zarys kontrastowaù z czerwonym otoczeniem. Wyglàdaùy jak drzwi do podziemnej komnaty. Przynajmniej raz udaùo mi siæ wprowadziã rurkæ do tchawicy bez zbyt wielkiego wysiùku.

Gdy tylko wsunàùem rurkæ, pacjent wyciàgnàù jà. Byùem tym oburzony, ale na krótko, bo zorientowaùem siæ, ýe zaczàù oddychaã. Na przegubie zaznaczyùo siæ mocne, zdecydowane tætno.

Pielægniarka przyniosùa dwuwæglan. Chciaùem go teraz podaã, bo to ja o nim pomyúlaùem, a nie pielægniarki. Ponadto duýo wiedziaùem o elektrolitach, pH i jonach. Zastanawiaùem siæ nad ich wpùywem na poziom wapnia. Wapñ i potas zmieniaùy pH. Mogùem niepotrzebnie przedobrzyã i skopaã sprawæ. Zdecydowaùem zostawiã dwuwæglan w spokoju, ýeby nie wywoùywaã wilka z lasu.

Nagle z impetem wpadù anestezjolog, inny staýysta, a za nimi lekarz i jeszcze jeden lekarz. Wszyscy byli bardzo zaspani. Jeden byù bez skarpet, a na twarzy miaù odciúniæte úlady poduszki. Grupa siæ jeszcze powiækszyùa, gdy doszedù kolejny lekarz. To ja chciaùem przyjúã w takim momencie, jak juý wszystko zostaùoby opanowane, a decyzjæ podjæto by kolektywnie. Faktycznie to juý zaczynaùem siæ uspokajaã, chociaý moje tætno byùo bardzo szybkie.

Caùa ekipa rozlokowaùa siæ na krzesùach i pulpicie. Jeden przeglàdaù kartæ, a drugi zadzwoniù po prywatnego lekarza. Ja staùem przy pacjencie, który zaczàù mówiã. Nazywaù siæ Smith.

- Dziækujæ, doktorze. Chyba juý wszystko dobrze.

- Tak, wszystko na to wskazuje. Cieszymy siæ, ýe udaùo siæ panu pomóc.

Spojrzeliúmy na siebie. W jego oczach byùo wiæcej zaufania, niý zasùuýyùem, moje staraùy siæ nie okazywaã wewnætrznej niepewnoúci.

Izuprel schodziù z butelki w zastraszajàcym tempie. Nie wiedziaùem, czy zmniejszyã dawkæ, czy nie. Niech inni przejmà na chwilæ paùeczkæ. Pan Smith chciaù porozmawiaã.

- To juý trzeci raz, to znaczy trzeci raz moje serce zdecydowaùo, ýeby nie zgrywaã siæ z rozrusznikiem. Jak siæ to dzieje, nie mam czasu myúleã, ale póêniej, tak jak teraz, rytm powraca. Najpierw zaciska mi siæ gardùo i nagle przestajæ oddychaã, zupeùnie brak mi powietrza, póêniej wszystko robi siæ szare i niewyraêne.

Sùuchaùem z uwagà, ale tylko w poùowie rozumiaùem to, co mówiù. Ta rozmowa byùa niesamowita. Jeszcze paræ minut temu w ogóle nie kontaktowaù, jakby byù nieobecny.

- Cieñ. To najlepsze okreúlenie, które mi przychodzi do gùowy. Cieñ nie ginie; przechodzi w czerñ, aý znika úwiatùo. - Nagle przerwaù. - Czy wie pan, doktorze, co jest najgorsze?

Potrzàsnàùem gùowà, nie chcàc mu przeszkadzaã.

- Najgorsze z tego nadchodzi dopiero póêniej, dzieje siæ powoli, nie tak, jak szybkie spadanie. Najpierw mam dzikie, chaotyczne sny. Trudno siæ w nich doszukaã jakiegoú sensu. W koñcu, wydaje siæ, ýe na wiecznoúã, sala, ùóýko i ludzie przechodzà w sen i trwajà w nim na dobre. Nie wiem dlaczego, ale ostatnie, co wraca, to úwiadomoúã samego siebie: kim i gdzie jestem, oraz bólu. Czujæ, ýe zawaliùa mi siæ klatka piersiowa, jakbym siæ dusiù z braku powietrza, szczególnie z rurkà w gardle.

- Dlatego chyba jà pan wyciàgnàù. Czy miaù pan duýo operacji? - spytaùem.

- Doúã, ýeby napisaã o tym ksiàýkæ. Wyrostek robaczkowy, pæcherzyk ýóùciowy

- Czy pamiæta pan, co czuù pod narkozà? Czy dano panu kiedyú eter? - przerwaùem swymi pytaniami.

- Pamiætam dobrze mojà narkozæ, chociaý byùo to dawno temu, gdy miaùem cztery czy piæã lat. W tamtych czasach kaýdemu wycinano migdaùki. Przypominam sobie przeraýenie, gdy nakùadano mi na twarz maskæ do eteru. Sala zaczæùa siæ rozpùywaã, a w uszach miaùem trudne do zniesienia buczenie. Przed oczami plàsaùy koncentryczne krægi, aý zlaùy siæ w jedno czerwone ognisko. Póêniej nic; oprzytomniaùem, wymiotujàc. Wyrostek robaczkowy wyciæto mi w 1944 - ciàgnaù pan Smith, siægajàc pamiæcià wstecz. - Byùem wtedy w marynarce i chyba dostaùem eter.

- Czy byùo to coú podobnego jak przy wstrzymaniu akcji serca? A jak siæ pan obudziù?

- Nic podobnego. Narkoza jest raczej przyjemna, nie tak jak walka z moim sercem. Wydaje siæ, ýe jej zadaniem jest opanowanie i powstrzymanie serca od wyskoczenia z klatki piersiowej. Nie pamiætam, jak siæ budziùem po tych operacjach, ale gdy moje serce rusza, to przechodzæ przez tysiàce koszmarów. - Podniósù siæ i dotknàù mojej ræki spoczywajàcej na poræczy ùóýka. - Boýe, oby to siæ nie powtórzyùo. Nigdy nie wiadomo, czy bædzie ktoú, kto udzieli pomocy. Wie pan, jest jeszcze jedna dziwna rzecz. Tym razem wydawaùo mi siæ, ýe patrzæ na swoje ciaùo z zewnàtrz, spoza siebie, jakbym staù obok wùasnego ùóýka.

- Czy odczuwaù pan kiedykolwiek coú podobnego? - zapytaùem z ciekawoúcià. Wyjúcie poza jaêñ byùo symptomem schizofrenii.

- Nigdy. To byùo wyjàtkowe wraýenie.

Wyjàtkowe wraýenie. Wyjàtkowe wraýenie. Gadaù o umieraniu, ale sposób, w jaki mówiù, sprawiù, ýe úmierã przeksztaùciùa siæ w ýywy proces, coú, co moýna by znaleêã w podræczniku. Bez defibrylatora byùby dawno trupem, razem ze swymi myúlami. Dzisiaj dla trzech osób, dla mnie, Marshy Potts i starego z rakiem, linia miædzy ýyciem a úmiercià byùa niewyraêna. Nie byùo ùatwo myúleã w tym samym czasie o úmierci i ýyciu. Cieszyùem siæ, ýe ten goúã ýyje, bo byù w porzàdku. Co za gùupia myúl. Trudno byùo co prawda wyobraziã go sobie po úmierci. Bez wzglædu na to, co siæ staùo, nie umrze, bo jest ýywy.

Czy to ma jakiú sens? Dla mnie - tak. A kim ja byùem, ýeby myúleã o zmianie czyjegoú losu? Ýycie, rozmawianie, myúlenie to coú diametralnie odmiennego od stanu úmierci, bezruchu. Przejúcie miædzy tymi skrajnoúciami wydawaùo siæ teraz niemoýliwe. A byùo to bardzo ùatwe; pomoc pacjentowi za pomocà defibrylatora byùa równie nieskomplikowana jak hukniæcie kogoú w plecy, gdy siæ zakrztusi, albo bieg po szklankæ wody. Moýe wcale mu to nie pomogùo, a moýe sam by siæ wygrzebaù, jak przedtem. I tak juý siæ nie dowiem.

Lekarz i inny staýysta jeszcze tam siedzieli, rozmawiali, poprawiali plastykowe rurki, drapali siæ po gùowach i trzymali wykresy EKG. Sprawiali wraýenie zadowolonych i bardzo zajætych swymi obowiàzkami.

Po wyjúciu zajrzaùem jeszcze do pani Takura, która uúmiechnæùa siæ do mnie i pokiwaùa rækà.

Odciàùem siæ od nieszczæsnej IT. Wszedùem w korytarz i zszedùem na dóù. Wszystko byùo uúpione.

Pomyúlaùem o czasach studenckich, jak wracaùem ze szpitala do domu, pokonujàc mroênà zimæ tam, na Wschodzie. Rozgwieýdýone noce byùy jeszcze gorsze do zniesienia w samotnoúci aý chciaùo siæ klàã.

Na Hawajach prawie kaýda noc byùa czysta, przejrzysta, rozbùyskujàca tysiàcami gwiazd i niosùa ùagodny podmuch orzeêwiajàcego wiatru.

Szedùem niesiony myúlà o Jane. W takich chwilach jak ta, gdy opadaùo napiæcie, chciaùem uciec od samotnoúci, znaleêã siæ koùo ýywej istoty, rozmawiaã z nià i kochaã. Nieraz na studiach zdarzaùo siæ, ýe dziewczyna zostawaùa w pokoju, gdy wychodziùem, ýeby coú zaùatwiã. Miùo byùo wtedy wracaã. Czæsto pomruczaùa tylko przez sen, gdy kùadùem siæ obok.

To „coú”, co ja i moi rówieúnicy robiliúmy w bardzo dziwnych godzinach, byùo czynnoúciami laboratoryjnymi. Wyglàdaùo na to, ýe koniecznoúã przeprowadzenia analizy krwi albo biaùka Bence Jonesa wzrastaùa po póùnocy. Setki razy siedzieliúmy do rana „na posterunku”, liczàc krwinki, które w miaræ upùywu czasu stawaùy siæ coraz mniejsze. W tym czasie lekarz prowadziù pacjenta, czæsto narzekajàc na wolne tempo naszej pracy. Prawda polegaùa na tym, ýe jedno liczenie krwinek zaùatwiaùo wszystko. Szybko osiàgaùo siæ punkt zwrotny na krzywej sprawnoúci umysùowej, szczególnie okoùo trzeciej rano, gdy myúlaùo siæ juý tylko o powrocie do pokoju i, moýe, do dziewczyny.

Raz w ciàgu doby udaùo mi siæ dokonaã dwudziestu czterech analiz krwi na zawartoúã biaùek. Byù to rekord osobisty, ale wcale nie najlepszy wynik w szpitalu. Ostatnie z tamtej serii, robione nad ranem, nie róýniùy siæ od zwykùej zgadywanki. Doszùo do tego, ýe na studiach kosztujàcych cztery tysiàce dolarów rocznie peùniùo siæ funkcjæ laboranta.

Wszyscy wymyúlaliúmy rozmaite scenariusze, wedle których chlustaliúmy moczem w twarz lekarza albo kazaliúmy mu wsadziã sobie butelkæ w dupæ, albo teý szliúmy do baru na strajk siedzàcy. Oczywiúcie ograniczaùo siæ to do naszej wyobraêni, gdyý - prawdæ mówiàc - byliúmy caùkowicie zastraszeni. Niektórzy, nie przebierajàc w úrodkach, czekali tylko, aby zaùoýyã nasze biaùe fartuchy. Póêno w nocy, gdy miaùo siæ juý wszystkiego dosyã, kombinowaùo siæ jednak, ýeby uzyskaã wiarygodny wynik; nie za czæsto, tylko w bardzo póênych godzinach.

Najgorsze przychodziùo póêniej, gdy juý nikogo nie byùo. Wszystko byùo pogràýone we únie i przekonanie, ýe caùa ta medycyna jest gówno warta, nie miaùo juý ýadnego znaczenia. Pædziùo siæ do pokoju, do zaspanej dziewczyny, która dawaùa chociaý trochæ ciepùa.

Sporo studentów oýeniùo siæ na poczàtku studiów. Myúlæ, ýe nie odczuwali samotnoúci, majàc zawsze koùo siebie coú ciepùego. Przez pierwsze dwa lata byùo caùkiem fajnie - zajæcia w ciàgu dnia i zakuwanie wieczorem. Tamci wtedy siæ nie wysilali. Póêniej, w ostatnich dwóch latach, przyszùo trochæ zmian, wraz z liczeniem krwinek i innymi michaùkami do zrobienia w úrodku nocy. Stopniowo niektórzy sobie odpuszczali, dajàc wyraz frustracji. Wielu byùo juý po rozwodzie, gdy w koñcu dostaliúmy dyplomy stwierdzajàce, ýe jesteúmy prawdziwymi lekarzami! Wùaúciwie to byliúmy mistrzami liczenia krwinek, doktorami koncepcji i laboratoryjnych bzdur. Nikt z nas nie miaù pojæcia, jaka dawka izuprelu potrzebna jest do uratowania ýycia.

Otworzyùem drzwi, nie wiedzàc, czy zrobiã trochæ haùasu, czy zachowywaã siæ cicho. Wyýsze instynkty przewaýyùy. Szybko zamknàùem je za sobà, ýeby nie wpuúciã za duýo úwiatùa z korytarza. Zdjàùem buty. W pokoju byùa zupeùna cisza. Po jaskrawoúci úwiatùa na korytarzu byùo tu tak ciemno, ýe gdybym nie znaù poùoýenia mebli, nie mógùbym zrobiã ani kroku. Meble!

Szpitalne ùóýko, na którym spaùem, byùo rzeczywiúcie ciekawym sprzætem. Dawaùo siæ ustawiã w tak dogodnej pozycji do czytania, ýe po jednym lub dwóch wierszach zasypiaùem.

Resztæ mebli stanowiùo krzesùo, twarde jak kamieñ, regaù na ksiàýki i prawie dziecinne biurko. Gdy opieraùem na blacie oba ùokcie, nie byùo juý miejsca na ksiàýki, szczególnie te kobylaste podræczniki po trzydzieúci piæã dolarów. Posuwajàc siæ w ciemnoúci, mogùem natrafiã na jednà powaýnà przeszkodæ, którà byùa zawieszona pod sufitem deska surfingowa. W miaræ upùywu czasu wzrok stopniowo przyzwyczajaù siæ do ciemnoúci, widziaùem zarys okna i ùóýka. Poùoýyùem rækæ na narzucie, przesuwajàc coraz szybciej wzdùuý i wszerz, aý upewniùem siæ, ýe Jane wyszùa. Usiadùem na krawædzi ùóýka i uprzytomniùem sobie, jak jestem wypompowany. Moýe wcale nie chciaùaby ze mnà rozmawiaã. Byùa 2.30 i byùem naprawdæ zmæczony.

Telefon dzwoniù jeszcze trzy razy, zanim nadszedù ranek. Pierwsze dwa nie byùy na tyle istotne, ýebym musiaù wychodziã; pielægniarki pytaùy o zalecenia i o pacjenta, który chciaù coú na przeczyszczenie. Jeúli chodzi o te úrodki, przeprowadziùem pewne niezaleýne, nazwijmy to, badanie. Okazaùo siæ, ýe piæã spoúród szeúciu pielægniarek pyta o úrodki na przeczyszczenie miædzy póùnocà a szóstà rano dziesiæã razy czæúciej niý w innych godzinach. Nie wiadomo, gdzie szukaã przyczyn takiego stanu rzeczy, byã moýe trzeba skorzystaã z freudowskiej interpretacji zaparã u pielægniarek. W kaýdym razie, uwaýaùem, ýe to zbrodnia budziã mnie z proúbà o wydanie úrodków przeczyszczajàcych.

Kaýdy telefon wyrywaù mnie ze snu do pozycji wyprostowanej, dziaùajàc jak zastrzyk adrenaliny pædzàcej przez ýyùy. Zanim podniosùem sùuchawkæ, serce waliùo jak mùot. Nawet jeúli nie musiaùem wychodziã, potrzebowaùem prawie póù godziny, ýeby siæ uspokoiã i zasnàã. Poprzedniego wieczoru, gdy rozespany odebraùem telefon, usùyszaùem tylko jakieú mamrotanie z daleka. Krzyknàùem: „Proszæ gùoúniej”, zamknàùem oczy, ýeby siæ skoncentrowaã, lecz mimo to ledwo coú rozumiaùem. Okazaùo siæ, ýe trzymaùem sùuchawkæ odwrotnie.

Trzeci telefon dotyczyù sprawy, która nie wprowadziùa mnie w stan paniki. Mogùem sobie z tym ùatwo daã radæ, poradziùoby sobie zresztà nawet czteroletnie dziecko. Pani Iksiñska „wypadùa” z ùóýka. Pacjenci z reguùy nie doznajà uszczerbku przy wypadaniu z ùóýek, które sà zbyt rozklekotane, a ponadto pielægniarki wiedzà, co robiã. Dla administracji szpitalnej nie ma to zresztà znaczenia. Za kaýdym razem staýysta musi jednak pójúã, aby chociaý tylko powiedzieã coú bùahego, bez wzglædu na poræ dnia czy nocy.

Wstaùem i czuùem siæ dziwnie. Jak by to wyraziã? - nie byùy to mdùoúci, chociaý coú mi leýaùo na ýoùàdku, niby nie goràczka, lecz gùowa rozpalona. Po prostu tak moýna to przedstawiã. Nie moýna siæ czuã inaczej po wytràceniu ze snu o czwartej rano, po dwóch godzinach spania, w czasie których zrywano mnie natychmiast, gdy tylko siæ uùoýyùem po dwudziestu godzinach harówy. Byùem psychicznie i fizycznie wykoñczony, nie miaùem siùy trzymaã za rækæ kogoú, komu zdarzyùo siæ „wypaúã” z ùóýka. W rzeczywistoúci wiækszoúã z nich làdowaùa na podùodze po drodze do ùazienki. Niezaleýnie od tego, jak to siæ staùo, pielægniarki zawsze nazywaùy to „wypadniæciem”, nawet jeúli nastàpiùo paræ metrów od ùóýka. Trzeba byùo pójúã i zobaczyã ten absurd.

Formalizm ten jest jeszcze bardziej absurdalny, gdy weêmie siæ pod uwagæ fakt, ýe szpital uzaleýniony jest od tych samych pielægniarek, które okreúlajà stan fizyczny pacjenta i wzywajà lekarza, gdy zachodzi taka potrzeba. Z jakiegoú trudno zrozumiaùego powodu nie mogà same stwierdziã, czy pacjentowi nic siæ nie staùo, gdy upadù na podùogæ.

To coú wiæcej niý arbitralizm i bezuýytecznoúã poleceñ, które trzeba wykonywaã. Od trzeciego roku studiów poùowa czasu nauki poúwiæcona byùa bùahostkom i bezuýytecznym wiadomoúciom, które - jak nam wmawiano - byùy niezbædne dla studenta medycyny, staýysty czy, w koñcu, dla lekarza. Gówno prawda. To wszystko byùo tylko przeciàýaniem umysùu i utrudnianiem ýycia, czymú w rodzaju inicjacji u progu Stowarzyszenia Lekarzy Amerykañskich. Machina siæ kræci, Boýe, i to jak skutecznie! Spójrzcie na ten úwiatek medyczny, na to ujednolicenie, wyprane mózgi, wàskà specjalizacjæ, prawicowe poglàdy polityczne i zatracenie w pogoni za pieniàdzem.

Takie myúli pætaùy mi siæ chaotycznie po gùowie, gdy szedùem do windy. Przycisnàùem guzik z caùej siùy. Miaùem nadziejæ, ýe rozwalæ to ustrojstwo. Znów wracaùem do szpitala przez uúpione korytarze, kierujàc siæ w stronæ dalekich úwiateù. Usiùowaùem nie obudziã siæ zupeùnie.

Kiedyú opowiadaùem koledze, który nie miaù nic wspólnego z medycynà, o róýnych powodach zrywania mnie z ùóýka o 4.30 nad ranem. Nie chciaù wierzyã. To byùo dla niego za wiele. Rozwiaùo sielski obraz staýysty, budzonego w úrodku nocy, pædzàcego w biaùym stroju, przeskakujàcego po kilka schodów, ýeby ratowaã ýycie. Ja byùem tu naprawdæ, czuùem siæ paskudnie i snuùem siæ korytarzem, klnàc pod nosem. Miaùem zaraz powiedzieã: „Jak siæ pan lub pani czuje? Úwietnie, doktorze Cieszæ siæ Proszæ odpoczywaã i juý wiæcej nie wypadaã z ùóýka”.

Byùo juý jasno, 4.45, gdy znów zadzwoniù telefon. Opuúciùem nogi na podùogæ, siadùem na ùóýku i odepchnàùem siæ rækami, ýeby wstaã. Znów te mdùoúci i chwilowy zawrót gùowy, dopóki nie poczuùem chùodu podùogi. Podszedùem do umywalki, oparùem siæ na niej rækami i spojrzaùem w lustro. Moje oczy przypominaùy potok lawy spùywajàcej do bùotnistego jeziora. Worki pod oczami nie opadùy aý do kàcików ust tylko dlatego, ýe nie mogùem siæ uúmiechaã. Z kranu ciekùa woda. Nabraùem kilka kropel w dùoñ i zmoczyùem twarz.

Poranek byù najzwyczajniejszy. Poranek jak poranek. Ostatnie dwa tygodnie wypeùnione byùy pracà i brakiem snu. Odespanie szeúciu godzin niczego nie zmieniaùo. Czuùem siæ tak samo. Ýyletka, bardziej ostra ode mnie, zaznaczyùa kilka czerwonych punkcików na mojej brodzie. Umyùem twarz i krew zmieszaùa siæ z wodà, sprawiajàc wraýenie czerwonej strugi, co w poùàczeniu z podkràýonymi oczami nadaùo mi wyglàd ofiary mafii.

Po trzydziestu sekundach byùem w stanie zaczàã siæ ubieraã. Stetoskop, maùa latarka kieszonkowa, kilka pisaków, notes, grzebieñ, zegarek, portfel, pasek, buty - przebiegùem w myúli zestaw potrzebnych rzeczy. Trzeba pamiætaã o skarpetkach - muszà byã tego samego koloru, ýeby nie zepsuã wraýenia. Ostatni rzut oka na pokój. Wszystko zabrane. W porzàdku; wyszedùem, zjechaùem windà i nareszcie poczuùem poranne powietrze.

Zawsze, gdy rano szedùem do kafeterii, przechodziùem przed szpitalem. Podnosiùo mnie to na duchu. Tego ranka niebo byùo prawie bùækitne, upstrzone maùymi chmurkami. Na wschodzie czerwieniùo siæ zùotawo, a dalej ku zachodowi przechodziùo w róý i fiolet. Trawa iskrzyùa siæ kroplami nocnej wilgoci, podobnie drzewa. Wszædzie byùo mnóstwo ptaków, które robiùy niesamowity harmider. Przewaýaùy wúród nich szpaki azjatyckie, które przechadzaùy siæ dumnie, nieco niezdarnie siæ koùyszàc i skrzeczàc bezùadnie, oraz mniej widoczne goùæbie, ruszajàce siæ wolniej, skromniej. Niektóre z nich podskakiwaùy nieco, machajàc ogonami i gruchajàc. Lubiùem te krótkie przechadzki, zaledwie kilkaset metrów, czuùem siæ radoúnie.

Szósta rano nie jest najlepszà porà na obfite úniadanie, szczególnie po nie przespanej nocy. Zmuszaùem siæ do jedzenia, napychaùem usta i popijaùem obficie wodà. Wiedziaùem z doúwiadczenia, ýe gdybym siæ nie najadù, to za godzinæ byùbym gùodny, a wtedy nie byùoby szans na ýadne jedzenie.

Poza tym, w zwiàzku z harmonogramem operacji, zawsze traciùem przynajmniej poùowæ przerwy na lunch. Mogùo siæ zdarzyã, ýe kolejny posiùek zjadùbym po oúmiu lub dziesiæciu godzinach.

Po úniadaniu miaùem okoùo trzydziestu minut, ýeby zobaczyã moich pacjentów przed obchodem, który zaczynaù siæ o 6.45. Dobrze byùo zorientowaã siæ wczeúniej, czy nie zaszùy jakieú zmiany. Intensywna terapia byùa pierwsza w rozkùadzie. Mogùem tam zawsze pójúã rano albo w ciàgu dnia. Widok lekarzy w pobliýu dziaùaù uspokajajàco, nie czuùo siæ osamotnienia.

Pani Takura spaùa spokojnie po przedoperacyjnych lekach; nadal miaùa rurkæ, która znieksztaùcaùa jej nos. Tætno, iloúã wydalonego moczu, ciúnienie krwi, czæstoúã oddechu, temperatura, elektrolity, mocznik, biaùka, bilirubina - wszystkie ostatnie wyniki byùy zapisane w karcie. Uznaùem, ýe jest gotowa do zabiegu.

W rogu maszyneria pana Smitha nadal wydawaùa swoje dêwiæki, pokazywaùa obraz pracy serca, który wyglàdaù bardzo normalnie, chociaý nie byùem orùem w interpretacji wykresów oscyloskopu. Pacjent spaù. Poszedùem w kierunku innych oddziaùów.

Tam wszystko rozbijaùo siæ o cyfry i róýnorodnoúã, nie byùo miejsca na kryzys. Miaùem sporo pacjentów, kaýdy byù inny i kaýdemu co innego dolegaùo. Wiækszoúã byùa po operacji, rekonwalescencja przebiegaùa u nich prawidùowo; mieli zaùoýone dreny. Dùugoúã drenów úwiadczyùa najlepiej o tym, kiedy opuúcili stóù operacyjny. Stanowià one niezbædny, aczkolwiek kùopotliwy, atrybut praktyki chirurgicznej.

Dreny zakùadane gùæboko w ranæ przy koñcu operacji sùuýà do odprowadzania na zewnàtrz róýnych niepoýàdanych pùynów i zabezpieczajà przed infekcjà. Nastæpnie, od drugiego dnia po operacji, dren jest stopniowo wyciàgany, kawaùek po kawaùku, przez co rana ma siæ goiã od úrodka.

Pacjenci nie mogà siæ nigdy do nich przyzwyczaiã. Dla nich te dyndajàce kawaùki gumy sà tematem nie koñczàcych siæ rozmów oraz przyczynà zùego samopoczucia.

Pan Sperry byù dwa dni po operacji wrzodu ýoùàdka i przyszedù czas na wyciàganie drenu. Chwyciùem kleszczami i mocno pociàgnàùem. Trzymaù mocno, wiæc siæ rozciàgnàù, przez co wyglàdaù jak kawaùek szerokiego makaronu. Pan Sperry, siedzàc na ùóýku wsparty na dwóch poduszkach, obserwowaù wszystko z przeraýeniem i fascynacjà. Oczy miaù szeroko otwarte, a dùonie zaciúniæte na poúcieli. Pociàgnàùem jeszcze raz. Zaczynaùem juý siæ zastanawiaã, czy dren nie zostaù zszyty razem z ranà, ale poddaù siæ i wyszedù. Wyciekùo trochæ cieczy surowiczo-krwistej, ale zaraz wsiàkùo w gazæ.

- Doktorze, czy to byùo konieczne?

- Nie chce pan chyba pójúã do domu ze zwisajàcym drenem, co?

- Nie.

Przyczepiùem dren agrafkà, ýeby nie wpadù z powrotem do rany, nastæpnie obciàùem wysterylizowanymi noýycami za dùugi koniec rurki. Waýne jest przestrzeganie tej prostej zasady. Kiedyú, zanim jà poznaùem, odciàùem kawaùek przed zaùoýeniem agrafki. Pacjent, który wstrzymywaù oddech, nabraù nagle powietrza i dren zniknàù w jego brzuchu. Wizje nowych operacji koùataùy siæ po mojej gùowie, ale na szczæúcie starszy kolega wydobyù dren, rozcinajàc trzy szwy i manipulujàc szczypczykami.

- Dlaczego nie daù mi pan niczego na sen? - spytaù pan Sperry, patrzàc na mnie.

- Uúpienie nie jest takie proste, jak siæ wydaje. Poza tym, znieczulenie zawsze niesie pewne ryzyko, a wyciàganie drenu jest zupeùnie bezpieczne.

- Zgoda, ale nie musiaùbym tego oglàdaã.

- Bolaùo, gdy wyciàgaùem ten pañski dren?

- Trochæ; czuùem siæ jakoú dziwnie wewnàtrz, jakbym siæ dzieliù na kilka czæúci.

- Nic takiego panu nie grozi. Jest dobrze.

- Czy musiaù pan tak mocno ciàgnàã? - nie ustæpowaù.

- Panie Sperry, jutro zaùoýæ panu rækawice, dam panu szczypce i sam pan to zrobi. Co pan o tym myúli? - Wiedziaùem, ýe to poskutkuje.

- Nie, nie miaùem na myúli, ýeby sam to robiã.

Wiedziaùem przecieý, co miaù na myúli. Kiedyú miaùem operacjæ nogi. Wydawaùo mi siæ, ýe lekarz nie byù zbyt delikatny, gdy zdejmowaù mi szwy. Wcale nie miaùem zamiaru robiã tego sam. Dobrze, jeúli lekarz sam znalazù siæ kiedyú w roli pacjenta - staje siæ przez to bardziej wraýliwy na strach, nawet irracjonalny, który okazujà pacjenci.

Najlepiej mówiã pacjentowi o wszystkim, co siæ robi, nawet jeúli sà to proste rzeczy. Bardzo czæsto to one najbardziej przeraýajà.

- Panie Sperry, moýe pan chodziã tyle, ile pan chce. Wùaúciwie ruch jest wskazany. Nie ma obawy, ýe coú pæknie. Dren nie jest niczym wyjàtkowym. Odprowadza wszystkie niepotrzebne pùyny w trakcie gojenia. Agrafka przytrzymuje go, ýeby nie wpadù z powrotem do brzucha.

Stan pana Sperry’ego byù zadowalajàcy, chociaý na pewno bædzie miaù o czym gadaã przez resztæ dnia: jak to okrutny lekarz wyszarpnàù mu dren i rozerwaù ranæ.

To byù rytm pracy na oddziale: wyciàganie drenów, zmiana opatrunków, odpowiadanie na pytania, sprawdzanie wykresów temperatury.

Marsha Potts nie byùa mojà pacjentkà, ale prawie instynktownie przystanàùem przed drzwiami sali, gdzie leýaùa. Wyglàdaùa gorzej; úwiatùo dnia podkreúlaùo jej ýóùtà ceræ, a skóra na twarzy byùa úciàgniæta, przez co odsùaniaùa zæby. Jej stan byù fatalny. Robiliúmy wszystko, co tylko moýna, ale to byùo za maùo. Na dworze, na trawie podchodzàcej pod okna jej pokoju, ptaki beztrosko przekomarzaùy siæ nad rzuconymi przez pacjentów kawaùkami chleba.

Byùa siódma i oddziaù juý oýyù. Sùychaã byùo szczækanie wózków, na których rozwoýono úniadanie i pobrzækiwanie stojaków na kroplówki, gdy pacjenci posuwali siæ w stronæ ùazienki. Pielægniarki biegaùy we wszystkie strony z basenami, strzykawkami, maúciami i piguùkami. Po wejúciu w caùy ten kierat nie czuùem juý zmæczenia, przynajmniej tak dùugo, jak trzymaùem siæ na nogach.

Byùo w tym coú radosnego, zdajàcego siæ mówiã: „Nikt tu nie umiera, panujemy nad sytuacjà”.

W centrum tej doskonaùoúci, zupeùnie zimny po dawce sparine, leýaù Roso. Musiaùem potrzàsnàã nim kilka razy, ýeby go dobudziã. Na póù przytomny stwierdziù, ýe czuje siæ „mocniej”, a po chwili znów zapadù w gùæboki sen.

Laborantka poprosiùa mnie o pomoc przy pobraniu krwi od pacjenta o gùæboko schowanych ýyùach. Próbowaùa juý trzy razy, bezskutecznie. Oczywiúcie, ýe nie mogùem odmówiã. Pobranie krwi rano byùo czymú bardzo poýytecznym. Dla personelu nielekarskiego nie stanowiùo to wielkiej sprawy, ale studenci czuli siæ lekko uraýeni, gdy musieli poúwiæciã sporo czasu przed porannym obchodem na pobieranie krwi. Nie mogli wtedy obejrzeã innych pacjentów i nic nie wiedzieli o ich stanie.

Gdy zaczynaùy siæ pytania w stylu: „Peters, jaka liczba hematokrytowa u tego pacjenta?” - trzeba byùo zgadywaã, bo nie byùo okazji rzucenia okiem na kartæ. Nie mogùo to sprawiaã wraýenia zgadywanki. Szybka odpowiedê, bez wahania: „37”, jakby caùe ýycie od tego zaleýaùo. Nie byùa to kwestia uczciwoúci. Lepiej graã, niý sprowadziã sobie na gùowæ kataklizm, mówiàc, ýe nie ma siæ pojæcia. Nikogo specjalnie nie obchodziùo to, czy samemu otrzymaùo siæ taki wynik, chyba ýe wychodziù na jaw brak wiedzy. Strzelaùo siæ liczbà tak szybko, ýe profesor najczæúciej nie zatrzymywaù siæ nad tym tematem. Jeúli siæ jednak zatrzymaù, sytuacja mogùa byã kùopotliwa, chyba ýe udaùo siæ przenieúã ciæýar rozmowy na jakiú najnowszy artykuù traktujàcy o chorobie. Kompletnà klapà koñczyùo siæ spojrzenie na kartæ. Ratunkiem mogùa byã szczæúliwie wpisana liczba „37”, w przeciwnym razie trzeba byùo chaotycznie tùumaczyã, ýe chodzi oczywiúcie o innego pacjenta.

Na tym jednak nie koniec. Profesor, przeglàdajàc kartæ, rzucaù kolejne wyzwanie:

- Peters, jak tam bilirubina?

To juý byù úlepy zauùek i gra na caùoúã. Niepoprawna liczba podana kolejny raz mogùa doprowadziã do szybkiego rozprzestrzenienia siæ wieúci, ýe profesor podejrzewa brak dyscypliny w podejúciu do obowiàzków zawodowych. Szczæúliwy traf oznaczaù powrót do chwaùy i szansæ przejúcia do nastæpnego pacjenta, gdzie inny student przechodziù mæki przepytywania.

Sprawa bilirubiny jest zupeùnie odmienna od liczby hematokrytowej. Poziom bilirubiny jest wùaúciwie taki sam u kaýdego pacjenta, oprócz przypadków schorzeñ wàtroby i krwi, natomiast liczba hematokrytowa u poszczególnych pacjentów mocno siæ róýni.

Podejmuje siæ decyzjæ i mówi siæ:

- Byùo okoùo jedynki, proszæ pana.

W akademii wiækszoúã z nas zdobywaùa umiejætnoúã lawirowania; byùa szansa wyjúcia na plus.

Na Hawajach laborantki przejæùy na siebie caùy ciæýar roboty dotyczàcej krwi. Nie miaùem nic przeciwko temu, ýeby im czasami pomóc. Poza tym byùem niezùy, jeúli chodzi o pobieranie krwi. Nie mogùo byã inaczej. W czasie studiów robiùem to tysiàce razy. Zaczynaliúmy od pobierania krwi od siebie. Nie byùo to nic trudnego, chociaý niektórzy komplikowali caùà tæ „operacjæ”.

Nie obyùo siæ nawet bez dramatycznych chwil. Kiedyú, po energicznym naciskaniu, ýyùa na ræce jednego ze studentów nabrzmiaùa jak cygaro. Opaska uciskowa byùa juý od jakiegoú czasu zaùoýona, a ja nabieraùem odwagi. Gdy juý wbiùem igùæ, mój kolega nagle zniknàù, rozpùynàù siæ. Wszystko wydarzyùo siæ bùyskawicznie. Obraz igùy przenikajàcej skóræ przeszedù w widok samej igùy, a ræki nie byùo. Mój „pacjent” zemdlaù i leýaù rozciàgniæty na podùodze. Wszyscy byliúmy przeraýeni tymi zajæciami, ale i tak byùo to o niebo lepsze od pobierania krwi samemu sobie.

Nigdy nie zapomnæ, jak pierwszy raz pobieraùem krew od prawdziwego pacjenta. Byùo to na poczàtku trzeciego roku, gdy odbywaliúmy praktyki szpitalne. Na nieszczæúcie trafiliúmy pierwszego dnia na zmianæ staýystów i lekarzy na specjalizacji. Dawaùo to tym ostatnim okazjæ nie do przepuszczenia. Zdecydowali, ýeby sprawdziã diagnozy wszystkich pacjentów; oczywiúcie potrzebowali argumentów - niepodwaýalnych wyników badañ laboratoryjnych. W efekcie musieliúmy pobraã okoùo póù litra krwi od kaýdego wskazanego nam pacjenta.

Mój pierwszy pacjent, biedaczysko, byù naùogowym alkoholikiem z bardzo posuniætà marskoúcià wàtroby. Od dawna nie miaù ýadnych ýyù pod skórà. Musiaùem wkùuwaã igùæ dwanaúcie razy, szukajàc celu we wnætrzu. Czuùem, jak przebijam siæ przez nieznanà strukturæ. Wydawaùo mi siæ, ýe prawie sùyszæ odgùos pækniæã. W koñcu zrezygnowaùem i zostaùem pouczony przez staýystæ, jak wbiã igùæ w duýà ýyùæ udowà w pachwinie.

Laborantka miaùa podobny problem z panem Schmidtem. Podaùa mi strzykawkæ. Zrozumiaùem, dlaczego nie mogùa pobraã krwi. Nie znalazùem ýadnej ýyùy w jego ræce. Zrobiùem wiæc wkùucie w ýyùæ udowà i po kùopocie.

Podszedùem nastæpnie do pana Polskiego, z którym jakoú nie udaùo mi siæ nawiàzaã kontaktu. Cierpiaù na cukrzycæ, miaù kiepskie kràýenie obwodowe i na dodatek powaýnà infekcjæ prawej stopy. Przed tygodniem dokonaliúmy sympatektomii lædêwiowej, przecinajàc nerwy odpowiedzialne za zwæýanie naczyñ krwionoúnych podudzi. Nie byùo wielkiej poprawy. Z uwagi na bóle pacjent zwieszaù nogæ z ùóýka, co jeszcze bardziej utrudniaùo kràýenie krwi. Poczàtkowo próbowaùem wyjaúniã mu ùagodnie, co siæ dzieje, gdy noga zwisa z ùóýka. Mimo to, co rano, gdy przychodziùem na oddziaù, byùo to samo. Zmieniùem póêniej sposób postæpowania. Udawaùem zùoúã, krzyczàc z furià - nic to nie pomogùo, a przestaù mnie lubiã. Niestety, ustalono juý termin amputacji zgangrenowanej stopy.

Ukùoniùem siæ pani Tang, starszej Chince, która miaùa raka jamy brzusznej. Nie mogùa mówiã; przesùaliúmy sobie pozdrowienia skinieniem gùowy. Rak rozpanoszyù siæ i zniszczyù kilka jej zæbów oraz koúã lewej szczæki. Stanowiù nieksztaùtnà grzybopodobnà masæ, która przechodziùa aý do gardùa.

Pani Tang, podobnie do wielu starszych wiekiem Chiñczyków, uwaýaùa, ýe szpital to miejsce úmierci, gdzie nie naleýy przychodziã, co najwyýej umrzeã. Nie mogliúmy dla niej wiele zrobiã, poza radioterapià. Rak rozrastaù siæ z dnia na dzieñ, a ona stawaùa siæ coraz mniej realna, moýe dlatego, ýe nie mogùa mówiã, albo dlatego, ýe byùa tak bardzo zrezygnowana.

Byùy tam równieý inne przypadki; biopsja piersi, biopsja wæzùów chùonnych, dwie przepukliny. Przywitaùem siæ z kaýdym pacjentem, przechodzàc od ùóýka do ùóýka, zwracajàc siæ do nich po imieniu - znaùem juý wszystkich. Miaùem teý sposobnoúã poznaã rodziny tych, którzy leýeli juý jakiú czas. Przyszedù inny staýysta z grupà lekarzy, ùàcznie z szefem zespoùu, i zaczàù siæ poranny obchód. Odbywaùo siæ to bardzo szybko. Wyglàdaliúmy jak stado szpaków azjatyckich, które bezùadnie i poúpiesznie, prawie tratujàc siæ, przesuwa siæ wúród ùóýek.

Poúpiech byù konieczny, bo mieliúmy tylko póù godziny do czasu pierwszej wyznaczonej operacji. Nie byùo dyskusji na temat ýadnych artykuùów. Ograniczyliúmy siæ do liczenia gùów, ýeby sprawdziã, czy wszyscy sà na miejscu. Wyciæcie ýoùàdka, piæã dni po operacji, wszystko dobrze. Przepuklina, trzy dni po zabiegu, moýliwe zwolnienie ze szpitala. Ýylaki, trzy dni po operacji, teý moýliwe zwolnienie. Wrzód ýoùàdka, przeúwietlenie wykonane, wyznaczona operacja. Czy przeúwietlenie potwierdziùo istnienie wrzodu? Tak. W porzàdku.

Na nastæpnym oddziale pokræciliúmy siæ trochæ. Powaýne zmiany chorobowe, úródpiersie, oczekiwanie na radiogram aorty. Pobieýnie przeglàdaùem historie chorób moich pacjentów. Drugi staýysta robiù to samo. Byùy cztery takie oddziaùy, a ostatni przypadek na czwartym skoñczyliúmy dokùadnie po siedemnastu minutach od chwili rozpoczæcia obchodu.

- Peters, niech pan zrobi wenostomiæ u pani Potts, a my pójdziemy na IT i pediatriæ.

Grupka zniknæùa za rogiem, ja zaú ruszyùem do sali Marshy Potts. Byùem wkurzony i w gùæbi ducha protestowaùem przeciw takiej decyzji.

Marsha nie byùa wcale mojà pacjentkà. Wiedziaùem, ýe wybór padù na mnie, bo nie byùem wyznaczony do ýadnej operacji przed ósmà, chociaý zwykle wszystko zaczynaùo siæ o 7.30. Nie uúmiechaùo mi siæ mieã znów z nià do czynienia po tych przejúciach z ciúnieniem ýylnym zeszùej nocy. Wenostomia to takýe nic specjalnie pewnego i oczywistego. Nie miaùem za sobà za duýo takich zabiegów. Najgorsze jednak byùo to smrodliwe powietrze. Mimo wszystko, bioràc pod uwagæ jej stan, wypreparowanie ýyùy do kroplówki byùo konieczne. Trzeba byùo dobraã siæ do ýyùy poùoýonej gùæbiej.

Po wejúciu do tej sali od razu prysù caùy urok poranka. Przestaùem nawet sùyszeã ptaki, chociaý oczywiúcie nie odleciaùy. Zapach byù przytùaczajàcy; ostry i odraýajàcy. Powietrze byùo bardzo ciæýkie. Byù to goràcy fetor gnijàcych tkanek, zmieszany z potem i wonià talku, który miaù za zadanie neutralizowaã smród. Ten talk jeszcze pogarszaù sprawæ.

Staraùem siæ nie patrzeã na twarz biednej kobiety. Zaùoýyùem trzy maski chirurgiczne, ýeby odizolowaã siæ od tego zapachu, ale miaùem kùopoty z oddychaniem. Z trudem wciàgaùem gæste powietrze. Nie chciaùem dotykaã zbyt wielu rzeczy. Na wszystkim czuùo siæ úmierã.

Odwinàùem przeúcieradùo, którym Marsha byùa przykryta, i odsùoniùem prawà nogæ. Z tyùu piæty i na nodze miaùa otwarte owrzodzenia. Caùe jej ciaùo byùo jednà wielkà ranà. Skierowaùem úwiatùo na kostkæ, naùoýyùem gumowe rækawice i otworzyùem sterylnà tackæ z zestawem do zabiegu.

Nóý przeszedù przez skóræ bez ýadnego oporu. Stopa byùa obrzækùa. Z rany zamiast krwi zaczæùa spùywaã przezroczysta ciecz. Udaùo mi siæ od razu natrafiã na ýyùæ i na szczæúcie jej nie przeciàùem. Zrobiùem maùe naciæcie w úciance ýyùy i bez trudu wprowadziùem cewnik za pierwszym razem. Mimo to na moim czole pojawiùy siæ kropelki potu. Przymocowaùem cewnik jedwabnà nitkà, zamknàùem maùà rankæ i popatrzyùem, jak spùywa kroplówka.

Odsunàùem tackæ nogà, úciàgnàùem rækawice i szybko wyszedùem w stronæ sùoñca i ptaków.

Myjàc ræce, czuùem obrzydzenie do siebie, wùaúciwie nie wiedzàc dlaczego. Byùa czùowiekiem; ja miaùem jej pomóc. Jej stan budziù odrazæ i trudno byùo braã na siebie odpowiedzialnoúã. Gdzie tu miejsce na wspóùczucie z mojej strony?

Pierwsza operacja, wyciæcie pæcherzyka ýóùciowego z chirurgiem spoza szpitala wyznaczona byùa na ósmà. Moja pacjentka, pani Takura, miaùa byã na innej sali operacyjnej w celu wyciæcia torbieli galaretowatej úciægna. Zabieg miaù siæ zaczàã o dziewiàtej, ale na pewno siæ spóênià - to typowe. Staýysta to pionek w medycznej grze; jest pierwszy na linii obrony, poúwiæca siæ go bez skrupuùów, ulokowany jest na koñcu pola gry, a potrzebny gdzieú miædzy poczàtkiem a koñcem.

Wszedùem do szatni chirurgów i zaczàùem zakùadaã szarozielony strój. Byùo tu tak ciasno, ýe prawie zawsze trzeba byùo siæ przepychaã. Poczucie równoúci i traktowanie wszystkich po ludzku wytwarzaùo bardzo przyjemnà atmosferæ. Szorowanie ràk przed operacjà byùo w takich warunkach przyjemnoúcià.

W akademii medycznej studenci i lekarze przebierali siæ w oddzielnych pomieszczeniach, rozdzielonych drzwiami i klatkà schodowà prowadzàcà do sanktuarium kadry lekarskiej. Chodziùo chyba o to, ýeby nie zobaczyã chirurga na golasa i przez to nie zniweczyã obrazu tej profesji.

Jeden z asystentów na akademii byù tak zùoúliwy, ýe studenci naprawdæ trzæúli siæ w trakcie swoich wypowiedzi. Mój kolega, úwietny lekarz, gdy opadaù go strach, zupeùnie traciù pamiæã. Staù przy ùóýku i miaù przed nim coú omawiaã. Wiedziaùem, ýe doskonale znaù ten przypadek, ale nie byù w stanie nic z siebie wydusiã.

- U pacjentki wystæpuje no

Twarz zrobiùa mu siæ purpurowa, a tætno tætniùo na szyi. Asystent oczywiúcie mógù rozùadowaã sytuacjæ, zaproponowaã, ýe wrócimy do tego przypadku po chwili albo podpowiedzieã coú, ýeby przywróciã studentowi pamiæã. Nic z tego. Zaczàù wrzeszczeã, krzyczeã, jak to moýliwe, ýe taki przygùup dostaù siæ do akademii medycznej. Kazaù mu zejúã z oczu po tym, jak wszyscy pacjenci zdàýyli siæ juý wystarczajàco napatrzeã.

Nie wszyscy byli tacy jak on, ale byùo ich sporo, czasami zachowywaù siæ tak nawet ordynator. Po takich wyczynach atmosfera miædzy pacjentami i studentami nie byùa najlepsza, co nie uùatwiaùo na przykùad pobierania krwi nastæpnego dnia.

Z czasem wiele drobnych incydentów zacieraùo siæ, ale nie dotyczyùo to chyba scen szaleñczych tyrad w wykonaniu aroganckich chirurgów. Niektórzy zachowywali siæ tak gwaùtownie, ýe sprawiali wraýenie, jakby nienawidzili studentów medycyny - a byli to dla nas mentorzy, nauczyciele i wzory.

Wùoýyùem zielony ubiór operacyjny, brezentowe buty i poczùapaùem mozolnie po korytarzu. Drzwi niektórych sal operacyjnych byùy zamkniæte, ale spoglàdajàc przez maùe okna, widziaùem skupione na úrodku postacie podobne do rycerzy Ku-Klux-Klanu. Inne drzwi byùy otwarte, widaã byùo krzàtajàcych siæ lekarzy i pielægniarki albo pustkæ wyczekiwania.

Kræciùo siæ tu mnóstwo pielægniarek, bardzo zaaferowanych swymi obowiàzkami. Niektóre byùy bardzo ùadne - rzucaùy siæ w oczy mimo znieksztaùcajàcych figuræ ubiorów operacyjnych i czepków, przykrywajàcych wùosy. Trafiaùy siæ niestety takie, które mogùy stanowiã formacjæ obrony w druýynie New York Giants - przestraszyùyby przeciwnika samym wyglàdem. Wszyscy grzecznie pozdrawiali siæ i ogólnie byùo miùo.

Gdy podszedùem do umywalki, ýeby wyszorowaã ræce przed operacjà, zauwaýyùem, ýe chirurg i lekarz specjalista sà juý na miejscu. Lekarz o orientalnej urodzie byù nieduýy, maùomówny i peùen godnoúci. Uúmiechaùem siæ w duchu, przypominajàc sobie, jak opisywaù go kiedyú mój przyjaciel Carno. Mówiù, ýe jest tak filigranowy, ýe musi biegaã pod prysznicem, aby siæ zamoczyã. Uúmiech ten wywoùaù swædzenie pod maskà. Niesamowite, zawsze to siæ musi przydarzyã. Po szorowaniu ràk przed operacjà odczuwam swædzenie z boku nosa albo na czole. Wiadomo, ýe nie moýna podrapaã siæ po twarzy czy czole, dopóki nie skoñczy siæ operacja.

Poruszanie twarzà i marszczenie czoùa nie zawsze przynosiùo ulgæ. Swædzenie pozostawaùo i zmieniaùo swoje natæýenie wraz ze stopniem koncentracji nad tym, co robiæ. Dla mnie byùo to najbardziej irytujàce w sali operacyjnej - oprócz retraktorów.

- To pan jest Peters, co? Skàd pan jest? Gdzie pan chodziù do szkoùy? Aha, kolejny chùoptaú ze Wschodu?

Tak wychodziùo caùe uprzedzenie. Jakie to byùo idiotyczne w zestawieniu z mojà motywacjà ubiegania siæ o przyjæcie na medycynæ - kierowaùa mnà wtedy chæã zostanie czùonkiem wyksztaùconej spoùecznoúci wyniesionej dziæki poúwiæceniu i umiejætnoúciom ponad trywialnoúã i maùostkowoúã codziennoúci. Nie trzeba jednak dodawaã, ýe zùudzenia rozwiaùy siæ szybko. Niemniej jednak konkurencja byùa ostra. Jeúli siæ komuú udaùo dostaã do którejú z prestiýowych uczelni, to bez pudùa, musiaù byã niezùy w college’u. Faceci, którzy musieli pójúã do akademii plasujàcej siæ niýej w rankingu, zwykle uwaýali siæ za ofiary systemu, w którym najwaýniejsze byùy surowe i niezmienne oceny na úwiadectwach. Sàdzili, ýe „ci z wieýy z koúci sùoniowej” traktujà ich jak coú gorszego, obywateli drugiej kategorii. Byù to zupeùny nonsens. Wszyscy i tak wychodzili z drugiej strony tej medycznej machiny z takim samym dyplomem przyznajàcym przywilej uprawiania zawodu lekarskiego. W gruncie rzeczy to przeraýaùo mnie wùaúnie podobieñstwo tych ludzi, nie róýnice, które byùy tylko powierzchowne. Zaczàùem ostatnio podejrzewaã, ýe machina owa wytwarza nie najlepszy produkt.

Szorowanie ràk przed operacjà to niezmienna, monotonna czynnoúã trwajàca dziesiæã minut. Najpierw paznokcie, póêniej ogólne mycie, nastæpnie szczoteczka. Wszystko dokùadnie aý po ùokcie, a wreszcie kaýdy palec osobno. Póêniej jeszcze raz, tam i z powrotem.

Gdy skoñczyùem, wycofaùem siæ drzwiami, najpierw tyùek, potem reszta - doskonaùy symbol pozycji staýysty - ræce uniesione w geúcie poddañstwa. To zbyt teatralne. Miaùem juý doúã.

Nie da siæ ukryã, ýe sam wybraùem medycynæ. Ýaden Romeo tak nie pragnàù swej Julii; niestety okazaùa siæ jædzà. Takie pseudofilozoficzne rozwaýania byùy bezowocne, nie prowadziùy do ýadnych zmian, ale pomagaùy przetrwaã te nie koñczàce siæ godziny w sali operacyjnej.

Ræcznik, ubiór operacyjny, rækawice podane przez doúã niedbaùà pielægniarkæ, która unikaùa mego wzroku - i caùy rytuaù zakoñczony. My obkùadaliúmy pacjenta serwetami i przeúcieradùami, a chirurg, póù-Hawajczyk, i anestezjolog z Bliskiego Wschodu prowadzili ùamanà angielszczyznà trudnà do zrozumienia dyskusjæ.

- Ja jechaã do Vegas nastæpny tydzieñ. Ty chcieã jechaã - mówiù patrzàcy bezmyúlnie na jakiú monitor anestezjolog.

- Ty myúleã, ýe ja taki hazardzista?

- Ty chirurg, to hazardzista.

- Odpieprz siæ, ty niedorobiony Pakistañczyk. Ja nie wykañczaã nikogo tym gazem.

- Ha! Brak gazu, brak praca dla ciebie, kanaku!

Staùem z prawej strony pacjenta, pomiædzy chirurgiem a anestezjologiem. Caùa egzotyka jæzyka oraz bezcenne màdroúci, które gùosili, trafiaùy wprost do mnie.

Lekarz asystujàcy staù z boku z tajemniczym wyrazem twarzy.

Wszystko byùo juý gotowe. Chirurg uniósù skalpel i przeciàù skóræ z prawej strony poniýej ýeber. W trakcie ciæcia wszyscy zorientowali siæ, ýe znieczulenie nie jest caùkowite. Rzeczywiúcie, pacjent krzywiù siæ i wierciù, jakby dokuczaùo mu swædzenie ciaùa. Chirurg i anestezjolog równoczeúnie zaúmiali siæ nerwowo, chirurg nieco cynicznie. Zapewne chciaù powiedzieã anestezjologowi, ýe tamten nie wie, co robi. Nie wiem, dlaczego anestezjolog teý siæ úmiaù; chyba ýeby odparowaã sarkazm chirurga. Chirurdzy nie grzeszà taktem ani miùoúcià do anestezjologów.

- Hej, ty! Co siæ z tobà dziaã? Oszczædzaã gaz dla nastæpny? Facet, wiæcej gaz!

Anestezjolog nie odpowiedziaù.

- Chyba mu zrobiã ta robota bez pomocy gazmajster - ciàgnàù chirurg.

Musiaùem odgrywaã rolæ sædziego w tej sùownej szermierce toczàcej siæ miædzy nimi i odbijajàcej siæ od parawanu koùo chirurga. Zanim dotarli do wnætrza jamy brzusznej, dano mi uchwyt retraktora, caùà radoúã i brzemiæ staýysty. Jest mnóstwo rodzajów retraktorów, ale ich zadanie jest jedno: odciàgaã krawædzie rany i inne organy, aby chirurg mógù osiàgnàã swój cel.

Chirurg umieúciù jeden z retraktorów wedùug swojego uznania, kazaù mi go przejàã i podnosiã, zamiast odciàgaã. Przez dwie, trzy minuty mogùem podnosiã, ale póêniej na pewno odciàgnæ. Nie miaùem dobrej pozycji, ýeby wùaúciwie wywiàzaã siæ z naùoýonego mi zadania.

Dwie, trzy minuty to góra.

- Podnoú, cholera. Czekaj, pokaýæ ci.

Chirurg wyjàù mi retraktor z ràk.

- Patrz!

Wúród niestosownych uwag na mój temat uniósù retraktor na dwie sekundy; oddaù mi, a ja znów po dwóch, trzech minutach odciàgnàùem. Inaczej nie daùo rady. Pokaýcie mi, kto mógùby podnosiã retraktor, utrzymujàc go w górze przez piæã godzin w czasie wycinania pæcherzyka ýóùciowego, a ja pójdæ za takim na koniec úwiata.

Pæcherzyk ýóùciowy schowany jest pod wàtrobà, a staýysta przy takiej operacji potrzebny jest do odciàgniæcia wàtroby i górnego odcinka przeciæcia tak, ýeby chirurg przy pomocy asystujàcego lekarza mógù ten pæcherzyk wyjàã. Jest to organ bardzo kapryúny, toteý usuniæcie go jest jednym z najbardziej rozpowszechnionych zabiegów. Pamiætam jeden ze sloganów z czasów studenckich na temat typowej pacjentki poddawanej operacji wyciæcia pæcherzyka: g-p-40, czyli gruba, pierdzàca czterdziestolatka.

W czasie zabiegu moje ræce znajdowaùy siæ poniýej lewej ræki chirurga. Byù pochylony do przodu. Widziaùem jego plecy, które zupeùnie zasùaniaùy mi ciæcie.

Gdy anestezjolog wùàczyù swoje przenoúne radio i zaczàù przeglàdaã gazetæ, a chirurg pomrukiwaù i coú nuciù, zupeùnie bez wyczucia melodii, sceneria przestaùa przypominaã ciszæ zabiegów w akademii - z wyjàtkiem wybuchów niezadowolenia chirurga. To byùo niezmienne.

- Peters, patrz tu.

Wychylaùem siæ w stronæ ciæcia, czerwonej, sàczàcej dziury z taúmà chirurgicznà przytrzymujàcà organy wewnætrzne. Widziaùem pæcherzyk ýóùciowy, przewód pæcherzykowy, przewód ýóùciowy wspólny i

- Dobrze, starczy. Nie chcæ ciæ zepsuã.

Chirurg wyprostowaù siæ, odpychajàc mnie i zachichotaù wraz z anestezjologiem.

Na sali operacyjnej panuje feudalizm z bezwzglædnà hierarchià i systemem wartoúci, w którym chirurg jest bogiem i wùadcà, anestezjolog schlebiajàcym ksiæciem, a staýysta niewolnikiem, wdziæcznym za kaýdy ochùap ùaski - rzucenie okiem na otwarty brzuch czy szansæ zrobienia jakiegoú wæzùa. Przelotne spojrzenie na ciæcie byùo nagrodà za trzymanie retraktorów i oglàdanie pleców chirurga albo wskazówek úciennego zegara, które powoli przemierzaùy swój szlak.

Atmosfera byùa sympatyczna do czasu, gdy chirurg poprosiù o cholangiogram, wynik radiograficznego badania dróg ýóùciowych, ýeby siæ przekonaã, czy przewód ýóùciowy wspólny zostaù caùkowicie oczyszczony z kamieni. Polegaùo to na wprowadzeniu kontrastu do dróg ýóùciowych i przeúwietleniu.

Gdy na ýàdanie wùadcy nie pojawiù siæ ýaden z techników radiologii, gdyý byli zajæci innymi przypadkami, ten zaczàù klàã i wymachiwaã skalpelem, groýàc strasznymi konsekwencjami.

Pielægniarki okazywaùy caùkowità odpornoúã na zaistniaùà sytuacjæ, podobnie jak anestezjolog, którego radio nadawaùo muzykæ i wiadomoúci. Taka scena odgrywana byùa zawsze, gdy pojawiaùa siæ koniecznoúã skorzystania z usùug radiologów.

W koñcu technik przyszedù i zrobiù zdjæcie. Po paru minutach przyniósù kliszæ z jakimú zamazanym obrazem, który chirurg okreúliù jako najbardziej nieudane zdjæcie od czasów Roentgena. Czy zrobiã jeszcze jedno? Nie!

To dawaùo duýo do myúlenia. Byùem pewien, ýe chirurg przeczytaù o zdjæciach w jakimú artykule i sàdziù, ýe bædzie to dobrze wyglàdaã w opisie choroby. Praktyczny poýytek ze zdjæcia byù ýaden - przynajmniej przy takim sposobie korzystania z niego, jaki zaprezentowaù.

Na drugi dzieñ radiolog bædzie walczyù ze zdjæciem, usiùujàc okreúliã, gdzie jest góra, a gdzie dóù, i wyjaúniã, dlaczego kleszczyki hematostatyczne znalazùy siæ w úrodku dróg ýóùciowych. Jego opis bædzie po prostu zgadywankà.

Nieszczæúliwe zakoñczenie tego epizodu to sarkastyczne sùowa skierowane przez chirurga pod adresem radiologa, który uúmiechnie siæ z wymuszonym grymasem i powie, ýe gdyby chirurdzy byli bardziej zorganizowani, poýytek z radiologii byùby wiækszy. Chirurdzy czæsto sà na stopie wojennej ze wszystkim - radiologià, patologià, anestezjologià, harmonogramem operacji, lekarzami asystujàcymi, pielægniarkami, staýystami - jak twierdzà, otaczajà ich sami niewdziæczni nieudacznicy. Krótko mówiàc, wielu z nich to po prostu paranoicy.

Gdy juý moja rola przy retraktorach byùa skoñczona, poprosiùem o zwolnienie z reszty operacji, tùumaczàc siæ zabiegiem pani Takura.

Wychodzàc z sali na korytarz, zauwaýyùem, ýe chirurg nadal narzekaù na zdjæcie, a anestezjolog pochùoniæty byù czytaniem gazety.

Operacja pani Takura juý siæ zaczæùa, gdy drugi juý raz szorowaùem ræce. Widziaùem, jak szef zespoùu operacyjnego i Carno, pierwszy rok specjalizacji, zakùadali zaciski podskórne. Carno i ja przyjechaliúmy na Hawaje w tym samym czasie i z tych samych powodów - by uciec od stresów i odpræýyã siæ.

W pierwszych dniach udaùo siæ nam zrealizowaã zamierzenia, rozwaýaliúmy nawet, czy razem zamieszkaã. Póêniej jednak nasze plany zajæã uniemoýliwiùy bliýszy kontakt.

Przyjaêñ wúród lekarzy jest trudna i nieuchwytna, zupeùnie inaczej niý w college’u. Nie ma na nià czasu. Kaýdy pragnie wejúã coraz gùæbiej w ten úwiatek, staje siæ autystyczny - nawet gdy ma wolne.

Na póêniejszych latach studiów harmonogram praktyk i dyýurów jest taki, ýe nie moýna juý liczyã na niczyjà obecnoúã na kolacji czy przyjæciu. Nieraz nie mogùem nawet liczyã na siebie. Snuùem rozmaite plany, a póêniej byùem tak wypompowany, ýe nie miaùem siùy ich zrealizowaã.

Ponadto panowaùa nieunikniona konkurencja. Dopadùa nas od pierwszych dni, obsiadùa jak zarodniki grzybów. Zaczynaùo siæ od przesùanki, ýe medycyna na najwyýszym poziomie jest na uniwersytecie o sùawie oúrodka badawczego. Tam trafiajà „grzeczni” chùopcy. Aby dostaã siæ na piedestaù, trzeba byùo mieã etat w oúrodku uniwersyteckim i wczeúniej odbyã staý w jednym z prestiýowych szpitali. Powiedziano nam, ýe kilku najlepszych otrzyma propozycjæ pozostania w charakterze staýystów, co otworzy im drogæ do dalszego awansu. Ciàgùa presja! Byùo nas okoùo stu trzydziestu, wszyscy dobrzy studenci college’u. Popeùnialiúmy bùædy, posuwaliúmy siæ do przodu, przebijajàc siæ przez ogrom pracy. Chùonæliúmy wiedzæ i przyjmowaliúmy taki system wartoúci, który nakazywaù ciàgùe dàýenie do góry. Alternatywa, zbyt okropna, ýeby o niej myúleã, to niepowodzenie i koniec w jakimú prowincjonalnym szpitaliku. Nadawano temu wizjæ klæski podobnej do degradacji z gabinetu dyrektora do rozdzielni korespondencji.

Jeúli ktoú dawaù sobie dobrze radæ, nie miaù problemów. Kaýdy w grupie byù wystarczajàco zdolny. Byliúmy niczym konie trenowane do wyúcigów. Pædziliúmy przed siebie jak cholera. Chodziùo o to, ýeby uzyskaã lepszy wynik od kolegi. Nie sprzyjaùo to wytworzeniu atmosfery przyjaêni, szczególnie gdy brakowaùo na wszystko czasu. Gdy juý trafiùa siæ wolna chwila, trzeba byùo jà spædziã z dziewczynà.

System ów wpùywaù równieý na ten rodzaj kontaktów, szczególnie na ostatnich latach studiów. Sam fakt bycia studentem medycyny dodawaù pewnej mistyki na przyjæciach i koktajlach - kaýdy uwaýaù, ýe ma siæ pewnà drogæ do duýej forsy. Stopniowo jednak, z uwagi na zwariowany terminarz zajæã i obowiàzków, nie moýna byùo liczyã na przyjúcie gdziekolwiek na czas. Zainteresowanie nami opadùo. Wszystkie úlicznotki od Smitha i Wellesleya, do których byliúmy przyzwyczajeni, przeniosùy siæ na pewniejszy teren. Musieliúmy siæ przerzuciã na dziewczyny, które byùy na miejscu i pracowaùy wedùug takiego samego zwariowanego harmonogramu jak my. One myúlaùy w podobny sposób. Szpital byù peùen dziewczyn - laborantek, instruktorek, pielægniarek, praktykantek - w wiækszoúci bardzo ùadnych i raczej przystæpnych.

Nauka wcisnæùa nas w sztywnà formæ, zamknæliúmy siæ w sobie i w sztucznym úwiecie akademii medycznej oraz szpitala. Zmiany byùy niedostrzegalne, prawie nie uúwiadamiane, ale nastæpowaùy w sposób ciàgùy.

Przyjazd na Hawaje nie doprowadziù do rozdwojenia jaêni i nigdy nie doprowadzi. Nadal czuùem, ýe ciàgle jeszcze tkwiæ trochæ na Wschodzie. Nie byùem ýadnym rewolucjonistà ani buntownikiem; po prostu niepokoiùem siæ o to, dokàd zmierzam.

Wchodziùem teraz na salæ operacyjnà, gdzie leýaùa pani Takura. Ræce trzymaùem w górze, ýeby uùatwiã zaùoýenie ubioru operacyjnego i rækawic. Ekipa byùa juý na etapie dostawania siæ do jamy brzusznej. Szef zespoùu zaýyczyù sobie, ýebym zajàù miejsce z jego lewej strony. Wcisnàùem siæ miædzy niego a ekran, daù mi legendarne retraktory i zostaùem tam na osiem godzin.

Z trudem poznaùem miùà starszà panià Takura. Strasznie krwawiùa. Kilka lat temu przeszùa operacjæ wyciæcia pæcherzyka ýóùciowego i teraz nie byùo ùatwo przebijaã siæ przez zrosty i wùóknistà tkankæ. Po dwóch godzinach zrobiliúmy maùà przerwæ, ýeby zamknàã maùe nakùucie jelita i zlikwidowaã silny wypùyw krwi lejàcej siæ na klatkæ piersiowà Carno. Po spadku ciúnienia krwi szybko trzeba byùo zmieniaã pojemniki. Byùa to ciæýka, dùuga operacja, ale wyglàdaùo na to, ýe szef zespoùu úwietnie sobie radzi. W koñcu ogarnæùo nas zmæczenie i ulotniù siæ wczeúniejszy nastrój pewnej beztroski.

Humor odgrywa powaýnà rolæ na sali operacyjnej, chociaý nie zobaczy siæ tego w telewizji. Czæsto jest to przeraýajàce i odbywa siæ kosztem nieúwiadomego i bezbronnego pacjenta. Wiækszoúã chirurgów godzinami z rozkoszà raczy kolegów opowieúciami z przeszùoúci. Ja ze swoim krótkim doúwiadczeniem i niewielkim repertuarem siedziaùem przewaýnie cicho w czasie takich seansów, ale na chwilæ przed powaýnym zajæciem siæ panià Takura, gdy jeszcze wszyscy byli w dobrej formie, odwaýyùem siæ opowiedzieã mojà ulubionà historiæ z czasów studenckich. Wyjàtkowo korpulentna pani przyszùa do szpitala, skarýàc siæ na dokuczliwe bóle brzucha. Na oddziale operacyjnym byùo tylko dwóch staýystów i jeden mùody lekarz. Dzielna trójka zbadaùa jà poprzez zwaùy tùuszczu, naradziùa siæ, ponownie zbadaùa, przedyskutowaùa, ale nie mogùa uzgodniã diagnozy. W koñcu ten, który mówiù, ýe to zapalenie wyrostka robaczkowego, okazaù siæ mieã racjæ. Pacjentkæ zabrano na salæ operacyjnà i poùoýono na stole. Sùyszàc o tym przypadku, kolejnych kilku staýystów zgromadziùo siæ w sali, zanim chirurg zaczàù kroiã warstwy sadeùka, ýeby dostaã siæ do jamy otrzewnej. W miaræ jak docieraù coraz gùæbiej, przestawiaù retraktory, aý nagle przerwaù, ýeby poprawiã lampæ. Póêniej poprosiù o kleszcze. Wszyscy oczekiwali na rozwój sytuacji, a on nagle wyciàgnàù z pacjentki kawaù biaùego przeúcieradùa. Zapadùa kamienna cisza - do czasu, gdy wszyscy zorientowali siæ, ýe lekarz, dokonujàc kolejnych ciæã, dotarù do stoùu operacyjnego. Ogromny brzuch pacjentki zsunàù siæ na bok i operujàcy nie trafiù do jamy brzusznej.

Úmiech juý siæ dawno skoñczyù. Byliúmy juý w brzuchu pani Takura, a miæúnie moich ràk zdrætwiaùy od trzymania retraktorów w niewygodnej pozycji. Gdy minæùa pora lunchu, mój ýoùàdek zaczàù objawiaã niezadowolenie gùoúnym burczeniem. Do tego dochodziùo swædzenie nosa. Mój pæcherz byù tak przepeùniony, ýe nie odwaýyùbym siæ oprzeã o stóù operacyjny. Czas wlókù siæ powoli. Bardzo rzadko widziaùem ranæ, ale na podstawie uwag wypowiadanych przez chirurga wiedziaùem, co siæ dzieje. Zszyù naczynia krwionoúne - zespolenie boczne - a ostatni szew zaùoýyù prawie mdlejàcymi palcami. Ja nie mogùem otworzyã piæúci zaciúniætych na retraktorach. Musiaùem odginaã palec po palcu i rozprostowywaã je w ciepùej wodzie.

Dochodziùa juý czwarta, ale nie byù to jeszcze koniec. Musieliúmy zamknàã ranæ. Podobnie jak caùa reszta, byùem zmæczony, gùodny i w ogóle czuùem siæ kiepsko. Szew za szwem, igùa, niã, igùa, niã, powoli wzdùuý dùugiego ciæcia od doùu ku górze, stopniowo zwierajàc ranæ. Dobrze. Teraz sama skóra. Gdy úciàgnæliúmy rækawice byùo juý po piàtej. Zaczynaùa siæ dla mnie wolna noc.

Nareszcie mogùem siæ wysikaã, napisaùem zalecenia pooperacyjne, przebraùem siæ i coú zjadùem - taka byùa kolejnoúã. Gdy szedùem do jadalni, czuùem siæ, jakby rozdeptaùo mnie stado galopujàcych sùoni. Byùem zupeùnie wyczerpany i sfrustrowany. Asystowaùem przy operacjach przez dziewiæã bitych godzin. Osiem z nich stanowiùo najwaýniejszy okres ýycia pani Takura; ja nie sàdziùem, bym czegoú dokonaù. Znosiùem to wszystko, ale w rzeczywistoúci byùem jedynà osobà, bez której i tak daliby sobie radæ. Pewnie, potrzebowali kogoú do retraktorów, ale wystarczyùby jakiú katatoniczny schizofrenik.

Staýyúci nie bojà siæ pracy, nawet poúwiæcenia, ale chcà byã uýyteczni, chcà pokazaã swoje szczególne uzdolnienia; chcieliby siæ uczyã.

Nie czuùem ýadnej satysfakcji, jedynie wyczerpanie i gorycz.

Po kolacji, chociaý nie byùem na dyýurze, musiaùem zaùatwiã jeszcze kilka spraw na oddziale. Przeleciaùem pobieýnie przez opatrunki, dreny, szwy, przepisaùem zalecenia na kroplówki, przejrzaùem wyniki badañ laboratoryjnych i zrobiùem caùà papierowà robotæ przed operacjà kolejnego pacjenta; przepuklina.

U Roso znów zaczæùa siæ czkawka, gdy przebudziù siæ po dawce sparine. Udaùo mi siæ nie zwracaã uwagi na to, na co nie chciaùem, zwalajàc wszystko na zmæczenie. Nie zajrzaùem nawet do sali Marshy Potts.

Spanie nie wchodziùo w rachubæ, chociaý byùem na nogach przez dwadzieúcia cztery godziny. Wùaúciwie chciaùem gdzieú pójúã, z dala od szpitala, pogadaã z kimú. Moje gniewne i pomieszane myúli pætaùy siæ po gùowie i nie mogùem sobie pozwoliã na samotnoúã.

Nie mogùem nigdzie znaleêã Carno. Moýe wypuúciù siæ gdzieú ze swojà japoñskà dziewczynà. Dziæki Bogu, byùa jeszcze Jane. Chciaùa popùywaã. Zrobiùaby to, co ja chcæ.

Pojechaliúmy na wschód, w kierunku srebrnego fioletu nocy. Droga prowadziùa nas nad Pali, na nawietrznà stronæ wyspy. Powoli piæùa siæ w góræ, skàd mieliúmy widok na sùoñce opadajàce do oceanu. Sceneria byùa tak poetycka, ýe ýadne z nas nie odezwaùo siæ ani sùowem, dopóki nie wjechaliúmy do tunelu i nie dotarliúmy do Kailua. Znaleêliúmy opustoszaùà plaýæ. Wojownicze myúli powoli mnie opuszczaùy. Moje dzienne wiæzienie z wlekàcym siæ zegarem i zesztywniaùymi palcami wydawaùo siæ odlegùe, gdy zanurzyùem siæ w pùytkiej wodzie i pozwoliùem siæ koùysaã maùym falom. Póêniej poùoýyliúmy siæ na kocu i patrzyliúmy na gwiazdy.

Chciaùem usùyszeã gùos Jane. Zadawaùem jej pytania dotyczàce jej samej, rodziny, ulubionych ksiàýek, tego, co lubi i czego nie lubi. Nagle zapragnàùem dowiedzieã siæ o niej jak najwiæcej i sùyszeã, jak mówi tym swoim miækkim, cichym gùosem. Po chwili jà to znuýyùo i zapytaùa mnie o miniony dzieñ.

- Caùy czas byùem na chirurgii.

- Naprawdæ?

- Dziewiæã godzin.

- O, to úwietnie. Co robiùeú?

- Nic.

- Nic?

- Nic. To znaczy byùem retraktorem odciàgajàcym brzeg rany i wàtrobæ, ýeby prawdziwi lekarze mogli operowaã.

- Jesteú niemàdry - powiedziaùa. - To byùo waýne, wiesz przecieý.

- Tak, waýne. Caùy problem polega na tym, ýe mógù to zrobiã kaýdy, dosùownie kaýdy.

- Nie wierzæ.

- Wiem, ýe nie wierzysz. Nikt w to nie wierzy. Nikt nie pomyúli, ýe miejsce staýysty mógùby zajàã ktoú inny. Powiem ci coú. W tej sali operacyjnej nikt nie mógùby wykonywaã obowiàzków pielægniarki poza innà pielægniarkà, to samo jest z chirurgiem czy anestezjologiem. Ale ja? Mógùby mnie zastàpiã kaýdy! Ktoú z ulicy; obojætnie kto.

- Ale ty musisz siæ uczyã.

- Trafiùaú w sedno. Staýysta przywiàzany jest do jednej funkcji: odciàgania brzegu rany. To siæ nazywa uczenie? To oszustwo i mistyfikacja. Po jednym dniu wiesz juý wszystko na temat retraktorów i ich zastosowania. Nie potrzeba caùego roku. Tyle jest do nauki, ale dlaczego w tak úlimaczym tempie? To jest cholerny wyzysk! Powinni zaangaýowaã kogoú, kto by to robiù. Staýysta musi wiàzaã wæzùy i przyglàdaã siæ pracy chirurga.

- Czy umiesz juý wiàzaã dobre wæzùy? - spytaùa.

To mnie ostudziùo. Pamiætam, jak jej mówiùem, ýe nie bardzo sobie z tym radzæ. Odebraùem tæ uwagæ ze zniechæceniem. Oznaczaùo to, ýe nie udaje mi siæ przeùamaã bariery miædzy nami i chyba nie ma co próbowaã. Mimo wszystko czuùem siæ lepiej. To tak, jakby potwierdzaùa moje myúli. Powiedziaùem, ýe nie, ýe nie umiem robiã dobrych wæzùów, ale nauczæ siæ, jeúli mi dadzà szansæ.

Znów siæ do mnie przytuliùa, rozbudzajàc moje podniecenie. Skoñczyùo siæ to wszystko bieganiem po wodzie. Byùa taka ùadna, tak peùna ýycia. Chciaùo mi siæ wrzeszczeã z radoúci. Caùowaliúmy siæ i úciskaliúmy zawiniæci w koc. Strasznie jej chciaùem, wiedziaùem, ýe bædziemy siæ kochaã. Ona teý tego chciaùa. Czuùa, ýe musi najpierw porozmawiaã i powiedzieã mi coú o sobie, coú bardzo osobistego. Na przykùad to, ýe miaùa juý kogoú, ale okazaù siæ nie w porzàdku, naprawdæ jej nie kochaù. Mówiùa jeszcze przez jakieú piæã minut, powoli studzàc mój zapaù. Doszedùem do wniosku, ýe kochaã siæ z nià nie byùoby teraz najlepszym pomysùem. Nie chciaùa tego przyjàã do wiadomoúci, ýàdaùa wyjaúnieñ. Rzeczywisty powód - moja wewnætrzna frustracja - nie zadowoliùby jej. Powiedziaùem wiæc, ýe kochani poùysk jej wùosów i jej radoúã ýycia, ale nie wiem, czy jà juý kocham.

Trafiùo to do niej ze znakomitym skutkiem. O maùo nie wpùynæùa na zmianæ mojej decyzji. Gdy wracaliúmy, uprosiùem, by úpiewaùa Where Have All the Flowers Gone. Nareszcie poczuùem spokój.

- Myúlisz, ýe nic dziú nie zrobiùeú, ale nie masz racji - powiedziaùa nagle, przysuwajàc siæ do mnie.

- O czym mówisz? - zapytaùem.

- Uratowaùeú ýycie pani Takura. Po prostu pomogùeú jej, nawet jeúli uwaýasz, ýe powinieneú robiã coú innego.

Musiaùem siæ z tym zgodziã. Byùo to miùe. Dla pani Takura mógùbym staã i trzymaã retraktor tygodniami.

W szpitalu przebraùem siæ szybko w biaùy strój i popædziùem na intensywnà terapiæ, ýeby sprawdziã, jak ona siæ czuje. Ùóýko byùo puste. Spojrzaùem pytajàco na pielægniarkæ, nie chcàc dopuúciã najgorszej myúli.

- Nie ýyje. Zmarùa godzinæ temu.

- Co? Pani Takura?

- Nie ýyje. Zmarùa godzinæ temu.

Wróciùem do siebie, wszystkie myúli skùæbiùy siæ w jedno i przeistoczyùy w ùzy. Wypùukaùy caùy bagaý przemyúleñ. Zostaùo jedno. Ten dzieñ byù paskudnym niewypaùem, a akt miùoúci nie byù ýadnà zapùatà.

Wreszcie zasnàùem.

Dzieñ 172

NAGÙE WYPADKI

Nauczyùem siæ odróýniaã ten dêwiæk. Gdzieú z oddali nieomylnie rozpoznawaùem wysoki, wirujàcy, falujàcy odgùos, który uporczywie narastaù, gdy zbliýaùo siæ jego êródùo.

Zegar pokazywaù 9.15. Siedziaùem za pulpitem w sali nagùych wypadków, czekajàc na rozwój dnia.

Niektórzy, bædàcy nawet bliýej karetki niý ja, nie sùyszeli syreny, która mieszaùa siæ z haùasem ulicy. Inni, obawiajàcy siæ chorób lub beztroscy, byli zadowoleni, gdy zagùuszaù jà zgieùk samochodów, gwar rozmów czy radio. Stawaùa siæ czymú odlegùym, naleýaùa do kogoú innego.

Ja natomiast sùyszaùem jà coraz bliýej, jej ton stawaù siæ gùoúniejszy. Byùem staýystà wyznaczonym na salæ nagùych wypadków - NW dla tych, którzy jà znali i kochali.

Zakres moich obowiàzków moýna by okreúliã jako peùnienie funkcji komitetu powitalnego dla wszystkich, którzy tu napùywali. Przybywali róýni pacjenci - starzy i mùodzi, cierpiàcy na bezsennoúã i depresjæ, czasami nawet chorzy i ranni. Tu wùaúnie pracowaùem, czæsto w ogromnym podnieceniu i zaaferowany; czæsto jadùem i zdarzaùo mi siæ siedzieã. Prawie nigdy nie spaùem, gdy czekaùem na tæ przeraýajàcà karetkæ.

Syrena oznaczaùa kùopoty, a ja nie byùem do tego przygotowany, nawet nie myúlaùem, ýe kiedykolwiek to siæ zmieni. Byùem juý tu ponad miesiàc, a ùàcznie na staýu prawie póù roku. Nadal jednak ýyùem w ciàgùym strachu. Baùem siæ, ýe nastàpi coú, z czym sobie nie poradzæ i co spieprzæ. Jak na ironiæ, wùaúnie wtedy, gdy juý zaczynaùem siæ pewniej czuã na sali operacyjnej i na normalnych oddziaùach, znalazùem siæ w nowym miejscu, które wymagaùo caùkowicie odmiennych dziaùañ.

Co prawda mogùem liczyã na kilka úwietnych, kompetentnych pielægniarek, ale faktycznie zdany byùem na siebie, za wszystko ponosiùem peùnà odpowiedzialnoúã.

W ciàgu dnia, gdy w pobliýu byli jeszcze inni lekarze, nie byùo tak tragicznie, ale w nocy trzeba byùo czekaã piæã, moýe dziesiæã minut, aý ktoú siæ zjawi. Te minuty mogùy byã decydujàce. Czasami wszystko zaleýaùo ode mnie.

Sam system pracy na NW byù inny - dwadzieúcia cztery godziny dyýuru, dwadzieúcia cztery godziny wolne. Wszystko byùo dobrze, dopóki nie robiùo siæ tego przez peùny tydzieñ. Gdy zaczynaùo siæ tydzieñ roboczy o ósmej rano w niedzielæ, to do ósmej w úrodæ miaùo siæ juý czterdzieúci osiem przepracowanych godzin i zostawaùo kolejne czterdzieúci osiem. W rezultacie po dwóch tygodniach caùy ten misterny system zaczyna szwankowaã - pojawiajà siæ bóle gùowy, rozwolnienie, drgawki.

Po wysiùku organizm potrzebuje snu, nie wytrzymuje pracy przez dwadzieúcia cztery godziny. Wiækszoúã organów, szczególnie gruczoùów, musi odpoczàã. Ich funkcjonowanie zmienia siæ w ciàgu doby niezaleýnie od tego, czy siæ úpi, czy nie.

Po szesnastu godzinach dyýuru gruczoùy znajdujà siæ w stanie podobnym do úpiàczki, ale decyzje - niestety - nadal trzeba podejmowaã. W tym wzglædzie nie ma róýnicy miædzy czwartà rano a poùudniem. Ýycie moýe zawisnàã na wùosku o kaýdej porze.

Trudno zdobyã siæ na cierpliwoúã, wszystko jest walkà, a najmniejsze przeciwnoúci stajà siæ przyczynà gniewu i zdenerwowania.

Wydawaùo siæ, ýe syrena siæ przybliýa. Nasùuchiwaùem koñca narastania poziomu dêwiæku i osùabiania zjawiska Dopplera, co wskazywaùoby na to, ýe karetka pædzi w kierunku jednego z maùych szpitali w pobliýu. Tym razem nic z tego. Nie widziaùem jej, ale po sygnale mogùem rozpoznaã, ýe wjechaùa juý na teren szpitala. W ciàgu paru sekund podjechaùa tyùem do wejúcia, a ja juý tam byùem, ýeby wykonaã swà misjæ.

Przez maùà tylnà szybæ widziaùem, jak zaùoga karetki chaotycznie wykonuje zabiegi reanimacyjne. Jeden z ratowników zajæty byù masaýem serca i uciskaù mostek pacjenta, a drugi próbowaù bezskutecznie utrzymaã maskæ tlenowà na jego twarzy.

Gdy karetka siæ zatrzymaùa, szybko otworzyùem drzwi. Kilku przechodniów przystanæùo i spojrzaùo na tæ scenæ. Dla nich wszystko byùo w porzàdku. Karetka przyjechaùa, lekarz majàcy do dyspozycji caùy arsenaù dziwnych i tajemniczych narzædzi byù na miejscu - niebezpieczeñstwo zaýegnane.

Dla mnie to byù dopiero poczàtek. Dobrze, ýe nikt nie mógù czytaã z moich myúli, gdy staraùem siæ przygotowaã na to, co mnie czekaùo.

- Dawajcie go do sali A - krzyknàùem do ratowników, gdy zwolnili swoje dziaùania reanimacyjne. Pomogùem wystawiã nosze i przejechaã z nimi przez krótki korytarz. Spytaùem, od jak dawna pacjent nie oddycha, od kiedy nie daje znaku ýycia.

- Ýadnych oznak, a dojechaliúmy do niego jakieú dziesiæã minut temu.

Byù to brodaty mæýczyzna okoùo piæãdziesiàtki. Byù potæýnej budowy i wszyscy razem musieliúmy go wytaszczyã na stóù do badañ.

Sekundy rozciàgnæùy siæ w godziny, gdy przyszùa koniecznoúã podjæcia decyzji - takiej decyzji, o której nie mówi siæ poza szpitalami. Musiaùem albo stwierdziã ustanie akcji serca, albo wydaã orzeczenie, ýe pacjent byù juý martwy w chwili przybycia.

Ýàdanie podjæcia takiej decyzji tylko na podstawie wiadomoúci z podræczników byùo niesprawiedliwe! Nie byùo innej moýliwoúci, a czas nagliù.

Co by byùo, gdybym orzekù zatrzymanie akcji serca?

Szeúã tygodni wczeúniej przywróciliúmy do ýycia faceta po oúmiu minutach úmierci klinicznej. Leýaù póêniej na intensywnej terapii, jak kùoda, ýywy z punktu prawa, a wùaúciwie martwy pod kaýdym innym wzglædem.

Widziaùem go dzieñ po dniu i przyszùo mi na myúl, ýe szpikujàc go technikà, pozbawiamy go zupeùnie godnoúci. Przez szeúã tygodni jego organizm funkcjonowaù - serce biùo, pùuca mechanicznie nabieraùy powietrza, a oczy bez wyrazu wychodziùy na wierzch. Krewni byli wyczerpani nerwowo i doprowadzeni do granic wytrzymaùoúci finansowej. Czyja ræka mogùa siæ zdobyã na to, aby wyùàczyã aparat oddechowy, odciàã dopùyw kroplówki, kto mógùby sobie pozwoliã na zaniechanie kontroli odpowiedniego stæýenia jonów w strumieniu krwi, tak aby serce biùo bez udziaùu mózgu? Nikt nie chce zniszczyã tej odrobiny nadziei, która tkwi w najbardziej nawet racjonalnym umyúle.

Jest jeszcze problem samego ùóýka szpitalnego, miejsca w szpitalu. Potrzebne jest innym, moýe bardziej ýywym, a tak zajmowane jest przez kogoú, kto byùby prawie martwy, gdyby nie udostæpniono mu wszystkiego, czym dysponuje intensywna terapia. Wszystko siæ sprowadza do decyzji opartej na delikatnej, nieokreúlonej gradacji ýycia i úmierci. To nie jest kwestia czerni i bieli, ale róýnych odcieni szaroúci.

Co to znaczy byã ýywym? Skomplikowane pytanie, na które trudno uzyskaã odpowiedê z wyczerpanego umysùu.

Gdzie zmordowany staýysta szuka wsparcia w takich chwilach? Czy wraca do college’u, gdzie sterylne koncepcje prawdy, religii i filozofii nieodwoùalnie prowadzà do automatycznego przyjæcia ýycia jako przeciwieñstwa úmierci? Tam nie znajdzie pomocy. Do akademii medycznej? Moýe, ale w wieýy z koúci sùoniowej zùoýonoúã odruchu Schwartzmanna i ukùad aminokwasów zepchnæùy fundamentalne kwestie na dalszy plan.

Nie udzieli mu teý ýadnej pomocy inny lekarz. Taki zawsze siedzi cicho, moýe zmieszany i zakùopotany, ale uodporniony na tego rodzaju sytuacje, z którymi juý nie raz miaù do czynienia.

A ktoú z rodziny albo z przyjacióù stojàcych obok? Co powie, gdy oúmielisz siæ stwierdziã, ýe pacjent jest w poùowie drogi miædzy ýyciem a úmiercià? Niestety nie potrafi wznieúã siæ ponad konkret, którym byù, czy jest, wujek Charlie.

Staýysta, bez oparcia, po omacku, brnie w to, co wie, i podejmuje samowolne decyzje zaleýnie od tego, jak bardzo jest zmæczony, czy jest rano, czy wieczór, czy jest zakochany, czy samotny.

Póêniej próbuje o nich zapomnieã. Przychodzi mu to ùatwo, jeúli jest zmæczony. Zawsze jest zmæczony, zawsze zapomina - z wyjàtkiem tego, ýe póêniej pamiæã przywoùuje obrazy z podúwiadomoúci.

Zùy i niezdecydowany zostaù kolejny raz poddany próbie i okazaù siæ nie przygotowany.

Paradoksem byùo to, ýe nawet w towarzystwie szeúciu ludzi czuùem siæ samotny, stojàc przy cielsku brodacza, który nie oddychaù. Jego koñczyny byùy zimne, ale klatka piersiowa caùkiem ciepùa. Nie czuùem tætna ani oddechu. Êrenice byùy nieruchome. Jeden z ratowników z karetki ciàgle gadaù. Mówiù to, co usùyszaù od sàsiada, który byù z tym nieszczæúnikiem. Wezwaù lekarza po ataku astmy, ale póêniej poczuù siæ gorzej, tak êle, ýe jechaù do szpitala z tym sàsiadem. W czasie jazdy dostaù napadu dusznoúci, miaù kùopoty z oddychaniem. Zatrzymaù samochód, wyskoczyù na ulicæ, zrobiù kilka kroków i upadù. Sàsiad ruszyù po pomoc i wezwaù karetkæ.

- Martwy w chwili przybycia - powiedziaùem dobitnie, starajàc siæ nie okazaã wàtpliwoúci.

W gruncie rzeczy miaùem w gùowie zamæt i chaos, mnóstwo luênych skojarzeñ w poszukiwaniu jakiegoú wzorca. Dziwne, ýe rano na nagùych wypadkach staýyúci zawsze wykazujà sùabe punkty. Mimo krótkiego snu, wychodzi tu caùa niedogodnoúã i wyczerpanie dwudziestoczterogodzinnym cyklem. Doúwiadczenie zawodowe staýysty nie jest wystarczajàce do podjæcia istotnych decyzji, przy czym pewnoúã nie ma racjonalnego podùoýa, jest raczej odruchem. Przyjmuje siæ tu bez zastanowienia stary aforyzm mówiàcy, ýe rutyna osùabia wraýliwoúã. To prawda. Bardzo czæsto, w poczàtkach kariery, staýysta - nawet bùyskotliwy i bystry - ma do czynienia z sytuacjà, z której nie potrafi znaleêã wyjúcia, mimo ýe intensywnie go poszukuje.

Podobnie jak u schizofrenika, który nie radzi sobie z nadmiarem odbieranych wraýeñ, informacje pozostajà w jego umyúle bez ýadnych powiàzañ i odniesieñ. Staýysta wchùania natùok doúwiadczeñ, upycha je gdzieú w gùowie w postaci luênego konglomeratu, aý jest na tyle zmæczony, ýe odsyùa je do podúwiadomoúci. W koñcu dochodzi do takiego stanu, ýe doúwiadczenie przybiera postaã znajomoúci problemu, która wywoùuje akceptacjæ bez myúlenia i rozwaýania. Do tego czasu zagubi sporo swego czùowieczeñstwa

Caùy proces myúlenia zajàù mi uùamki sekund. Nie staùem i nie dumaùem oderwany od rzeczywistoúci, gdy brodacz tak leýaù. Nie minæùo wiæcej niý trzydzieúci sekund od chwili otwarcia drzwi karetki do orzeczenia zgonu. Wydawaùo mi siæ jednak, ýe trwa to znacznie dùuýej i zostawiùo na mnie úlad na wiele godzin.

Za jedno byùem wdziæczny - wystarczajàco duýo juý siæ nauczyùem, aby jeszcze raz sprawdziã puls.

Wciàý nurtowaùo mnie zasadnicze pytanie: dlaczego mam prawo podejmowaã takà decyzjæ? Czuùem siæ w jakiú sposób winny udziaùu w úmierci tego czùowieka. Prawdà jest, ýe gdyby nie ja, to i tak ktoú wydaùby orzeczenie zgonu. Nie byùem niezbædny w tym dramacie. Ùatwo powiedzieã, jeúli nie dotyczy to kogoú bezpoúrednio, ale ja nie mogùem wyzwoliã siæ z tego tak szybko.

Podjàùem decyzjæ, bez której brodacz nie byùby fizycznie zmarùym. Leýaùby podùàczony do aparatury, próbowalibyúmy masaýu serca, utrzymujàc go przy ýyciu w sensie prawnym. Miaùem wraýenie, ýe jestem caùkowicie odpowiedzialny za jego úmierã, gdyý pozbawiùem go takich moýliwoúci.

Czy zbyt pochopnie orzekùem, ýe nie ýyù w chwili przybycia do szpitala? Gdy wypowiedziaùem te sùowa, zatrzasnàùem za nim i za sobà wszystkie drzwi, odcinajàc odwrót.

Gdybym podjàù innà decyzjæ, o reanimacji, mojà pierwszà czynnoúcià byùoby wùoýenie rurki dotchawiczej i przejæcie za pacjenta funkcji oddychania. Moýe orzekùem, ýe przywieziono go juý po zgonie, ýeby oszczædziã sobie kùopotów. A moýe wiedziaùem, ýe na intensywnej terapii wszystkie ùóýka sà zajæte, i pomyúlaùem, ýe nawet gdybyúmy próbowali go reanimowaã, to i tak pozostaùby tylko bezwùadnà masà.

Sàdzæ, ýe sà to pytania bez odpowiedzi, ale kiedyú strasznie mnie dræczyùy i doprowadzaùy do szaleñstwa.

W takim stanie wyszedùem na korytarz, ýeby porozmawiaã z ýonà i dzieckiem zmarùego. Kobieta, którà spotkaùem, byùa wysoka i szczupùa, prawie chuda, z gùæboko osadzonymi, ciemnymi oczami. Nosiùa sandaùy i dùugà, staromodnà sukienkæ. Dziewczynka, moýe siedmioletnia, skryùa siæ prawie w jej obszernych faùdach.

Sytuacja zupeùnie przypominaùa program telewizyjny pod tytuùem Staýyúci lub Mùodzi lekarze - albo dramat, albo sentymentalna konfrontacja.

Rzeczywistoúã daleka byùa jednak od tego, co rozpoznaùby Ben Casey.

Spotkanie z przeraýonà ýonà pacjenta i dzieckiem nie byùo ani dramatyczne, ani sentymentalne. Stanowiùo tylko kolejnà przeszkodæ, którà musiaùem pokonaã.

Moýe ktoú inny, o wiækszej niý moja wiedzy, zaangaýowaùby siæ mocniej. Ja nie byùem taki. Wiedziaùem, co siæ zdarzyùo w sali za parawanem, ale nie miaùem pojæcia, o czym one myúlaùy i co chciaùy usùyszeã. Najgorsze, ýe byùem przytùoczony swymi wùasnymi zwariowanymi myúlami o úmierci i odpowiedzialnoúci, o tym, co mogùoby siæ zdarzyã. Chciaùem je bùagaã, ýeby wysùuchaùy moich wywodów o cyklu Krebsa czy innych màdrych zagadnieniach. Studia zupeùnie nie przygotowaùy mnie na takà ewentualnoúã. „Najwaýniejsze sà koncepcje, Peters. Reszta przyjdzie sama”. Resztæ - úmierã - trzeba byùo poznawaã metodà prób i bùædów, by w koñcu z poczuciem wdziæcznoúci posùuýyã siæ frazesami z telewizji.

- Bardzo mi przykro. Zrobiliúmy wszystko, co w naszej mocy, ale màý pani zmarù - powiedziaùem.

Banaùy gùadko przeszùy mi przez gardùo. Byùy zupeùnie wystarczajàce w tym okolicznoúciach. Moýe zrobiæ karieræ w telewizji. Najbardziej przykre byùo stwierdzenie, ýe zrobiliúmy wszystko, co w naszej mocy; przecieý nic nie zrobiliúmy. To, co powiedziaùem, byùo gùupià, samolubnà hipokryzjà. Ale staùo siæ; kobieta i dziecko pozostaùy w bezruchu, a ja odwróciùem siæ i odszedùem.

Dziæki Bogu, nie byùo juý ýadnego innego pacjenta. Podpisaùem oficjalne zaúwiadczenie, w którym wziàùem na siebie ciæýar odpowiedzialnoúci za úmierã brodacza.

Szybko poszedùem do pokoju lekarzy i zatrzasnàùem za sobà drzwi. Obraz ofiarowany przez firmæ farmaceutycznà, na którym grupa Inków dobieraùa siæ do otwartej czaszki jakiegoú biedaka, spadù ze úciany; kalendarz „Playboya” wiszàcy na przeciwlegùej úcianie jedynie zaszeleúciù pod wpùywem podmuchu powietrza. Panienka z grudnia prawie siæ nie poruszyùa. Opadùem na ogromny, skórzany fotel. Pokój byù duýy, z pustymi úcianami, na których nie byùo nic oprócz Inków i panienki z kalendarza. W jednym koñcu staù maùy regaù zapeùniony ksiàýkami, a w drugim, niewielkie ùóýko i lampa. Fotel, na którym siedziaùem, zwrócony byù w stronæ bladozielonej úciany z kalendarzem.

Strasznie chciaùem, ýeby ogarnæùa mnie taka pustka i spokój, jakie panowaùy w tym pokoju.

Panienka z kalendarza zdawaùa siæ mieã zbawienny wpùyw. Zupeùnie mnie zahipnotyzowaùa. Co „Playboy” miaù przeciwko owùosieniu? Oprócz bujnej fryzury, grudniowa dziewczyna byùa zupeùnie gùadka, jak marmur - ýadnych wùosów wokóù piersi, pod pachami, na nogach i najwyraêniej ani úladu zarostu w kroku, chociaý trudno byùo to stwierdziã z racji obszernych poñczoch, jak te na prezenty, które dzieci wieszajà na choince. Moýe „Playboy” nie doceniaù swoich czytelników. Nie sàdzæ, ýeby wùosy ùonowe mogùy komukolwiek przeszkadzaã. Siægajàc wspomnieniami do poprzedniej nocy, orzekùem, ýe wùosy ùonowe Joyce Kanishiro byùy jednym z jej atutów. Oczywiúcie, nie chcæ jej uraziã, ale ona ma po prostu úliczne owùosienie, i bardzo bujne. Gdy byùa rozebrana, widaã je byùo z kaýdej strony. Nie pasowaùaby do koncepcji kalendarza „Playboya”.

Grudniowa dziewczyna, Joyce i estetyka owùosienia nie mogùy mnie oderwaã od myúlenia o brodaczu. Nie byù to pierwszy zgon w NW. Pierwszego dnia mojego dyýuru, kiedy trzàsùem siæ nawet na samà myúl o zetkniæciu z pacjentem z lekkà astmà, przyjechaùa karetka na sygnale. Wyniesiono dwudziestoletniego chùopaka, któremu zaùoga karetki robiùa sztuczne oddychanie i masaý serca. Staùem na podjeêdzie, zaùamujàc ræce, majàc nadziejæ, ýe ktoú wezwie lekarza. To byù absurd; to przecieý do mnie pædzili, przejeýdýajàc czerwone úwiatùo z naraýeniem ýycia.

Spojrzaùem na chùopca i zauwaýyùem, ýe jego lewe oko jest rozerwane. Rozwarta êrenica zwrócona byùa donikàd. Cholera, co mogùem zrobiã z tym okiem? Nie miaùem duýo czasu do namysùu, bo nie oddychaù i serce przestaùo mu biã. Ratownicy powiedzieli mi w poúpiechu, ýe nie zrobiù najmniejszego ruchu od czasu, gdy go zabrali po wezwaniu karetki przez sàsiada.

Wtoczyli go na stóù do badañ i wtedy zauwaýyùem, ýe ma ranæ z tyùu gùowy. Próbowaùem przyjrzeã siæ dokùadniej i spostrzegùem, ýe kawaùek mózgu wydostaje siæ przez dziuræ o úrednicy cala. Zorientowaùem siæ, ýe chùopak zostaù zastrzelony, a kula przeszùa przez lewe oko i wyszùa z tyùu gùowy.

Pielægniarki i ratownicy stali koùo mnie, sapiàc z wysiùku, a ja wykonaùem rutynowe czynnoúci.

Nonsensem byùo odbywaã ceremoniæ ze stetoskopem - na nic by siæ to nie zdaùo - ale nie miaùem innego pomysùu, wiæc przyùoýyùem stetoskop do jego klatki piersiowej. Zastanawiajàc siæ, co dalej zrobiã, sùyszaùem tylko moje wùasne myúli.

Od staýysty wymaga siæ zrobienia kilku rzeczy, chociaý chùopak byù juý zimny.

- Nie ýyje - powiedziaùem w koñcu, badajàc tætno.

- To znaczy zmarùy w chwili przybycia, tak? To nie zatrzymanie akcji serca, prawda?

Tak, zmarùy w chwili przybycia. Medyczny ýargon dawaù uspokojenie: przynosiù poczucie bezpieczeñstwa.

Chùopak z dziurà w gùowie to zupeùnie co innego niý brodacz. Jasne, ýe ta dziura úmiertelnie mnie wystraszyùa, ale nie musiaùem juý siæ martwiã, co zrobiã z jego okiem. Najwaýniejsze, ýe miaù potæýnà dziuræ w gùowie, która byùa przyczynà úmierci, dziæki czemu nie czuùem brzemienia decyzji.

Z drugiej strony, brodacz, nawet bez przeúcieradùa, którym byù przykryty, wyglàdaùby caùkiem normalnie, zupeùnie jakby spaù. To byùa úmierã z powodu astmy. Sekcja nie wniesie wiele nowego, chyba ýe ofiara miaùa rozlegùy zawaù serca.

Siedzàc w pokoju lekarzy, próbowaùem wyobraziã sobie Joyce Kanishiro na rozkùadówce „Playboya”. To byùaby duýa rzecz. Miaùa nawet trochæ czarnych wùosów wokóù brodawek. Musieliby trochæ podretuszowaã zdjæcie.

Joyce pracowaùa w laboratorium, a harmonogram jej zajæã byù tak dziwaczny jak mój. Nie to byùo jednak najgorsze. Najwiækszym problemem byùa wspóùlokatorka, która zawsze tkwiùa w pokoju. Kiedy po kilku pierwszych spotkaniach jechaliúmy z Joyce do jej mieszkania, tamta zawsze siedziaùa i jadùa jabùka albo oglàdaùa telewizjæ. Byùa co prawda sypialnia, ale nigdy siæ nie skùadaùo, ýeby tam wejúã. Wspóùlokatorka, nocny marek, gapiùaby siæ w telewizor nawet wtedy gdybyúmy wychodzili o piàtej rano. Po kilku nocach komedii, wieczornych wiadomoúci i póênego filmu wiedziaùem, ýe Joyce i ja musimy zmieniã lokal.

Mojà zadumæ przerwaùo inne wspomnienie; epizod, do którego doszùo póênym popoùudniem, jakieú dwa tygodnie po rozpoczæciu mojego staýu na NW. Typowa sytuacja - syrena, migajàce czerwone úwiatùa - i facet, który teý wyglàdaù normalnie. Gdy ratownicy wyciàgali go z karetki i zabierali do úrodka, powiedzieli mi, ýe spadù z piætnastego piætra na samochód. Czy siæ ruszaù? Nie. Oddychaù? Nie. Ale wyglàdaù normalnie, spokojnie, zupeùnie jak brodacz, tylko byù znacznie mùodszy. Ile czasu trwaùo, zanim go przywieêli? Okoùo piætnastu minut. Zawsze podawali krótszy czas, ýeby nie moýna ich byùo krytykowaã.

Zajrzaùem mu do oczu za pomocà oftalmoskopu. Chciaùem zobaczyã naczynia krwionoúne. Skupiùem siæ na ýyùach i rozpoznaùem aglutynaty, które mogùy tylko úwiadczyã o skrzeplinach krwi.

- Zmarùy w chwili przybycia - oúwiadczyùem. - To nie zatrzymanie akcji serca.

Byùem bardzo zdenerwowany tym przypadkiem, chociaý upadek z piætnastego piætra na zaparkowany samochód nie dawaù ýadnych szans na przeýycie.

Póêniej falami zaczæùa schodziã siæ rodzina - nie najbliýsza, ale najpierw kuzyni, wujowie, a nawet sàsiedzi. Wyglàdaùo na to, ýe facet o nazwisku Romero straciù oparcie podczas malowania úcian budynku. Po telefonie pielægniarek do jego ýony, w którym informowaùy o krytycznym stanie, wieúã o wypadku rozeszùa siæ lotem bùyskawicy. Zanim przyszùa pani Romero, byùo juý mnóstwo ludzi chcàcych siæ dowiedzieã, jak czuje siæ ofiara wypadku i kiedy moýna zùoýyã jej wizytæ. Przekazaùem pani Romero wiadomoúã o úmierci, starajàc siæ zachowaã moýliwie najspokojniejszy ton gùosu. Ale na nic siæ to nie zdaùo; kobieta podniosùa ræce i zaczæùa lamentowaã. Pozostali takýe siæ rozpùakali. Przez niemal godzinæ byùem úwiadkiem niesamowitego i przeraýajàcego spektaklu w wykonaniu rodziny Romero i jego przyjacióù. Snuli siæ po oddziale i opanowali caùy teren.

Uderzali w úciany, rwali wùosy, wrzeszczeli, zawodzili, szarpali siæ miædzy sobà i w koñcu zaczæli demolowaã meble w poczekalni.

Nie miaùem czasu, ýeby dumaã nad metafizycznymi implikacjami tego przypadku. Musiaùem siæ zatroszczyã o wùasnà skóræ i resztæ personelu. Bywaùo, ýe staýyúci ginæli na oddziale nagùych wypadków - to wcale nie jest ýart.

W protokole sekcji zwùok przeczytaùem, ýe aorta Romero zostaùa przerwana. To trochæ poprawiùo mi samopoczucie. Wiedziaùem jednak, ýe patolog nie znalazùby niczego takiego u brodacza.

Dumajàc i drzemiàc w starym skórzanym fotelu, delektowaùem siæ takimi myúlami i wspomnieniami, a ogromny biust dziewczyny z kalendarza wydawaù siæ rosnàã.

Joyce nie miaùa takiego biustu. Przenieúliúmy siæ do mojego pokoju, ýeby uciec od tamtej telemanki. Pamiætam mgliúcie, jak obudziùem siæ o wpóù do piàtej. Tamtego ranka wyszùa tylnymi drzwiami, ýeby nie natknàã siæ na nikogo. To byù jej pomysù; ja teý byùbym taki ostroýny.

W taki sposób trzymaliúmy siæ z daleka od miùoúniczki jabùek i telewizji. Dopracowaliúmy idealny rozkùad.

W czasie moich dwudziestu czterech godzin poza dyýurem po poùudniu uprawiaùem surfing, wieczorem czytaùem, a póêniej, okoùo jedenastej, po zakoñczeniu swojej pracy przychodziùa Joyce i szliúmy do ùóýka. Byùa to potæýna dziewczyna, która uwielbiaùa wykorzystywaã caùà przestrzeñ. Jej moýliwoúci byùy nieograniczone.

Ùóýko szpitalne w moim pokoju byùo maùe i na dodatek skrzypiaùo. Po wyjúciu Joyce, okoùo 7.30, zawsze z rozkoszà wyciàgaùem siæ na nim, zajmujàc caùy, nagle luksusowy, teren. Na chwilæ wstawaùem razem z nià - byùa to jednak grzecznoúã - i kiwaùem jej rækà na poýegnanie. Ostatnio podnosiùem siæ tylko na ùokciu i patrzyùem, jak siæ ubiera. Nie czuùa siæ skræpowana. Tego ranka podeszùa jeszcze do ùóýka caùa w wykrochmalonej bieli i delikatnie mnie pocaùowaùa. Powiedziaùem, ýe niedùugo siæ spotkamy. Byùa úwietnym towarzyszem zabawy.

Gdy po trzech godzinach zbudziù mnie telefon, wydawaùo siæ, ýe upùynæùa zaledwie chwila i ujrzæ jeszcze Joyce w tym samym miejscu. Musiaùem zasnàã, zanim wyszùa z pokoju.

Sobota, najbardziej pracowity dzieñ tygodnia na NW, 7.30 rano. Spaùem osiem godzin, ale czuùem siæ fizycznie rozbity i nie do ýycia. Wszystko przez ten poprzedni dyýur.

Zrobiùem to co zwykle. Zaczàùem od umywalki, przyjrzaùem siæ swoim przekrwionym oczom, a potem doszedùem do NW minutæ po ósmej, jak zawsze. Dziwne - choã byùem raczej opieszaùy, zawsze przychodziùem na NW o czasie, ýeby zmieniã kolegæ, który wymykaù siæ z wyrazem wdziæcznoúci na twarzy. Jego ciuchy zachlapane byùy krwià, a powieki opadaùy ze zmæczenia.

Do czasu przywiezienia brodacza byùa to wzglædnie spokojna sobota, bez wiækszych problemów. Trwaùa procesja ludzi, którzy upuúcili sobie ýelazko na nogæ albo przeszli przez zamkniæte szklane drzwi. Wszystkich zaùatwialiúmy bardzo sprawnie.

Od przybycia brodacza minæùo póù godziny i oczywiúcie za drzwiami pokoju lekarzy nie zdarzyùo siæ nic szczególnego, bo w przeciwnym razie nie mógùbym siedzieã i dumaã. Na moim zegarku byùa dziesiàta i zdawaùem sobie sprawæ, ýe lada moment coú moýe zburzyã ten spokój.

Pielægniarka zapukaùa do drzwi i weszùa, ýeby powiedzieã o kilku czekajàcych pacjentach. Czuùem prawie ulgæ, odrywajàc siæ od wspomnieñ. Wróciùem do rzeczywistoúci i wziàùem kartki, które przygotowaùa siostra. Miaùem ogromny szacunek dla tych sióstr - prowadziùy pacjentów do pokoju badañ, odwalaùy caùà papierkowà robotæ, mierzyùy ciúnienie i temperaturæ, gdy uznaùy, ýe jest to konieczne. Innymi sùowy, znakomicie ochraniaùy pacjenta. Nie decydowaùy, kogo mam obejrzeã, bo i tak musiaùem zajàã siæ wszystkimi; ale ustalaùy kolejnoúã przyjæã, gdy byù duýy ruch. Dawaùy mi szansæ wytchnienia, jeúli byù spokój. Po przybyciu nowego staýysty pielægniarki zawsze usiùowaùy robiã wszystko same, bo wiækszoúã wypadków, którym ulegali zgùaszajàcy siæ ludzie, wcale nie naleýaùa do nagùych.

Byùem staýystà na dyýurze. Miaùem na sobie biaùy kitel, biaùe spodnie, biaùe buty, w lewej kieszeni tkwiù zùoýony w bardzo szczególny sposób stetoskop i oprócz paru kolorowych pisaków, paluszkowej latarki, mùotka neurologicznego i oftalmo-otoskopu miaùem jeszcze cztery lata studiów medycznych - czyli byùem przygotowany na wszystko. W rzeczywistoúci jednak tylko na dolegliwoúci i schorzenia, z którymi miaùem juý do czynienia.

Jeúli wziàã pod uwagæ nieskoñczonà róýnorodnoúã chorób, to w ogóle nie byùem przygotowany. Moja nieprzydatnoúã byùa jak cieñ, który padaù na salæ przyjæã, peùnà beczàcych dzieciaków i ran, które trzeba byùo zaszyã.

Po dziesiæciu godzinach przychodziùo z reguùy takie zmæczenie, ýe nie byùem juý w stanie myúleã - nawet jeúli nie byùo pacjentów. Najgorzej byùo nad ranem, bo trzeba byùo przetrwaã do popoùudnia; reszta to juý drobiazg.

Pierwszym z dwóch pacjentów byù facet, którego deska surfingowa uderzyùa w gùowæ i rozciæùa mu kilka centymetrów skóry nad lewym okiem. Widziaù normalnie, ale byù bardzo spiæty. Generalnie byù w dobrej formie, oczywiúcie z wyjàtkiem skaleczenia. Zadzwoniùem do jego prywatnego lekarza, który zgodnie z moimi przewidywaniami, powiedziaù mi, ýeby siæ zajàã poszkodowanym i zszyã ranæ. Tak to siæ odbywaùo. Pacjenci wchodzili, ja ich oglàdaùem, a póêniej dzwoniùem do prywatnych lekarzy. Jeúli nie mieli ýadnego lekarza, wskazywaliúmy kogoú, jeúli byli w stanie zapùaciã. W przeciwnym wypadku zostawali naszymi pacjentami i ktoú z lekarzy, lub ja, odpowiadaù za ich leczenie.

Niezmienna reakcja prywatnych lekarzy na skaleczenia i rozciæcia brzmiaùa: „zszyã”. Przez pierwsze dni zastanawiaùem siæ, czy wystawiajà póêniej rachunki za zszycie rany, ale nie kazano nam tego sprawdzaã.

Teraz byùem juý dobry w szyciu i zawiàzywaniu wæzùów dziæki udziaùowi w wielu operacjach, wúród których byùy trzy przepukliny, hemoroidy, wyciæcia wyrostka robaczkowego, wycinanie ýyù. Co prawda zazwyczaj trzymaùem tylko te cholerne retraktory i czasem wycinaùem jakieú wypryski.

Wycinanie róýnych brodawek jest nagrodà dla staýysty za dobre zachowanie; jest to równowaýne hemoroidom, chociaý sà one jakby wyýej w hierarchii. W czasie studiów na dermatologii usuwaliúmy mnóstwo brodawek, gdyý byùy to zabiegi bezpieczne i poniýej godnoúci chirurga.

Mój pierwszy tego typu zabieg na Hawajach przeprowadzony zostaù z chirurgiem o przezwisku Bùyskawica - z racji jego úlamazarnych ruchów. Przygotowaliúmy siæ razem do zabiegu, który normalnie nie zajmowaù wiæcej niý trzydzieúci minut, chyba ýe rzecz okazywaùa siæ zùoúliwa. Z Bùyskawicà odbywaùo siæ to zupeùnie inaczej. Grzebaù siæ prawie godzinæ, zanim wysùaù próbki tkanki na patologiæ. Staùem z nadziejà, ýe nie bædzie to nic rakowego - na szczæúcie nadzieje siæ speùniùy - i Bùyskawica zamknàù ranæ. Asystowanie przy biopsji piersi nie jest niczym niezwykùym - tym razem byùo nieciekawie, bo nie przyùoýyùem ræki nawet do retraktorów.

Bùyskawica skoñczyù ostatni wæzeù, cofnàù siæ, zdjàù rækawice i wspaniaùomyúlnie powiedziaù, ýe mogæ usunàã brodawkæ z przegubu ræki, co zrobiùem sumiennie za pomocà jego kiepskich rad. Nie mógù pojàã, dlaczego nie byùem bardziej wdziæczny.

Moja nastæpna operacja byùa powaýniejsza i wùaúciwie caùkowicie mnie wyczerpaùa. Chodziùo o wyciæcie ýyùy. Chirurgiem byù prywatny lekarz, z którym nigdy przedtem nie operowaùem. Gdy myliúmy ræce, powiedziaù, ýe liczy na mnie. Trochæ mnie to zaskoczyùo, bo wiedziaùem, ýe wziàù mnie za „starego” lekarza, ale nie wyprowadziùem go z bùædu. Powiedziaùem, ýe siæ postaram. On na to, ýe starania to za maùo i albo ma byã dobrze, albo lepiej siæ w ogóle nie braã do dzieùa.

Nie miaùem odwagi siæ przyznaã, ýe nigdy nie wycinaùem ýyù. Widziaùem tylko paræ takich zabiegów, ale spoza retraktorów. Ale bardzo chciaùem wreszcie spróbowaã.

Chcàc, by chirurg przejàù inicjatywæ, wstrzymywaùem siæ, aý on sam nabierze rozpædu.

Pacjentkà byùa kobieta w wieku okoùo czterdziestu piæciu lat, która miaùa ýylaki. Nie widziaùem jej przedtem, gdyý przydzielono mi ten przypadek kilka minut wczeúniej. Musiaùem siæ domyúliã, jak wyglàdajà jej ýyùy, gdy stoi. Teoretycznie miaùem pojæcie, ale w praktyce nie byùem mocny. Przypominaùo to rzucenie na gùæbokà wodæ kogoú, kto tylko czytaù o pùywaniu, znaù nazwy stylów i ruchy, widziaù pùywaków.

Moim zadaniem byùo wykonanie ciæcia w pachwinie, znalezienie ýyùy odpiszczelowej i podwiàzanie naczyñ dopùywowych. Nastæpnie miaùem zrobiã kolejne naciæcie w rejonie kostki, wyszukaã tæ samà ýyùæ i przygotowaã jà do usuniæcia za pomocà zgùæbnika. Jest to po prostu drut, który trzeba wprowadziã w ýyùæ aý do pachwiny; przywiàzujàc jego koñcówkæ do ýyùy, naleýy wyciàgnàã go wraz z ýyùà przez naciæcie w pachwinie.

Tego miaùem dokonaã - znaùem to na pamiæã, czytaùem o tym, widziaùem, jak siæ to robi, i myúlaùem o tym.

Ostry skalpel wszedù bez oporu w skóræ w okolicach pachwiny. Zaczàùem rozcinaã noýycami, ale nie szùo mi za dobrze. Wziàùem kleszczyki hemostatyczne - nie po to, ýeby zaciskaã naczynie, ale ýeby rozwieraã nimi tkanki po wepchniæciu ich w tùuszcz. Metoda ta zmniejszyùa krwawienie. Zaczàùem wgùæbiaã siæ w tkankæ tùuszczowà.

Nie widziaùem nic, co byùbym w stanie rozpoznaã; byùo to zupeùnie jak stàpanie w ciemnoúci. Natknàùem siæ na jakàú ýyùæ. Nie miaùem pojæcia, co to za ýyùa, ale powoli porzàdkowaùem pole walki. Przesuwaùem siæ do wiækszej, którà wedùug mnie byùa ýyùa udowa. Jeúli tak, to pierwsza musiaùa byã ýyùà odpiszczelowà, chociaý nie miaùem caùkowitej pewnoúci. Nie szùo mi zbyt zgrabnie - wypuszczaùem narzædzia z ræki i denerwowaùem siæ swojà rolà.

Co powiedziaùby ten chirurg, gdyby siæ dowiedziaù, ýe dotychczas usuwaùem jedynie brodawki i robiùem naciæcia do kroplówek? Pomyúlaùem, ýeby go spytaã, czy dobraùem siæ do wùaúciwej ýyùy, ale przyznanie siæ do niewiedzy spowodowaùoby odsuniæcie mnie od operacji.

Brnàùem dalej, majàc nadziejæ, ýe znalazùem ýyùæ odpiszczelowà, a nie nerw. Sytuacja stawaùa siæ coraz trudniejsza. Ciàgnàùem i przyciskaùem ýyùæ, usiùujàc jà wypreparowaã, rozwierajàc kleszczyki, wycierajàc ranæ gazà. Kilkakrotnie ýyùa pækùa i krew rozlewaùa siæ wokóù, ale kilkoma bezùadnymi ruchami kleszczyków udaùo mi siæ jà jakoú zatamowaã. Powstrzymanie krwawienia podniosùo mnie na duchu, bo úwiadczyùo o tym, ýe faktycznie doszedùem do ýyùy.

Najtrudniejszym zadaniem byùo zrobienie wæzùa przy kleszczykach, które umieúciùem gùæboko w ranie w celu zatrzymania krwawienia. Zaùoýenie nitki wokóù ich koñcówki byùo proste, ale utrzymanie naciàgu na pierwszym wæêle byùo zupeùnie niemoýliwe. Po rozwarciu kleszczyków wæzeù, który zrobiùem, rozluêniaù siæ i znów siæ pojawiaùo krwawienie.

Z technicznego punktu widzenia mogùem równie dobrze oprawiaã prosiaka. Spoglàdaùem nieúmiaùo na chirurga, ale nie przejmowaù siæ moimi poczynaniami i tym, co robiù sam, radzàc sobie zresztà bez zarzutu.

Niezùa lekcja, ale nie moýna inaczej. Gdyby wiedziaù, ýe jestem nowicjuszem w tej materii, nigdy by mi nie pozwoliù przeprowadziã zabiegu. Taka byùa prawda. Ciàgnàùem dalej, aý w koñcu odsùoniùem wszystkie dopùywy do ýyùy i podwiàzaùem je. Wciàý siæ baùem, ýeby nie przeciàã ýyùy. Zaczàùem nastæpnie przy kostce. Zrobiùem naciæcie, zlokalizowaùem ýyùæ odpiszczelowà. Poszùo mi ùatwo, bo byùa to ta sama ýyùa, którà nacinaùo siæ do kroplówki.

Wprowadziùem zgùæbnik, który wyszedù przez naciæcie w pachwinie. Po przywiàzaniu ýyùy przy kostce pociàgnàùem caùoúã i wyciàgnàùem górà. Trysnæùa struga krwi i ýyùa wyszùa na zewnàtrz naciàgniæta za zgùæbnik. Chirurg, skoñczywszy to, co na niego przypadùo, poszedù dawno na kawæ i pozostawiù mi zszycie. Nie sùyszaùem póêniej nic zùego na temat efektów mojej roboty, wiæc moýna przyjàã, ýe mój debiut byù udany.

Mimo ýe wczeúniej na chirurgii zaszyùem setki naciæã, pierwsze kilka ran na NW byùo sporym przeýyciem. Tu kaýdy pacjent jest bardzo przytomny i úwiadomy tego, co siæ dzieje. Na samym poczàtku nie miaùem pojæcia o niciach chirurgicznych. Wiedziaùem o nich tyle, ile na przykùad o liczbie mieszkañców Madagaskaru.

Chirurg na sali operacyjnej wybiera odpowiednie, zanim rozpocznie szycie, i spokojnie moýna braã to, co podaje pielægniarka, nawet jeúli tamten juý wyszedù.

Tu samemu trzeba dokonywaã wyboru nici - nylon, jedwab, mersylen, katgut - które sà róýnej gruboúci. Pielægniarka nie próbowaùa nikogo zrobiã na szaro, chciaùa najzwyczajniej wiedzieã.

- Jakich nici bædzie pan uýywaù, doktorze?

Nie miaùem pojæcia.

- Normalnych, siostro.

- Normalnych?

Oczywiúcie, nie byùo ýadnych normalnych.

- Tak, nylon - próbowaùem coú powiedzieã.

- Jakiej gruboúci?

- 4-0 - powiedziaùem, nie bardzo wiedzàc, co zamawiam.

Jasne, ýe szybko dowiedziaùem siæ czego trzeba o niciach chirurgicznych i szwach, ale drogà prób i bùædów. Za pierwszym razem zaùoýyùem za duýo szwów, a za drugim dojechaùem do koñca rozciæcia, úciàgajàc za duýo skóry na wierzchu. Powoli przyswoiùem sobie róýne sztuczki, jak podcinanie krawædzi czy zakùadanie zetoksztaùtnych szwów uýywanych w chirurgii plastycznej, które powodowaùy, ýe blizny byùy mniejsze.

Polubiùem szycie, bo byù to zawsze konkretny problem, dajàcy siæ ùatwo i jednoznacznie rozwiàzaã. Dawaùo mi to poczucie przydatnoúci, co byùo bardzo rzadkim i miùym doznaniem.

Caùà tæ naukæ miaùem juý za sobà. Miùoúnik surfingu czekaù z nakrytà gùowà. Poprzez maùy otwór w przeúcieradle oczyúciùem rozciæcie i dokonaùem znieczulenia ksylokainà. Po uùoýeniu krawædzi ustawiùem sobie igùæ z nylonowà nicià w poùowie dùugoúci rany, kilka milimetrów z boku. Sprawnym ruchem ræki przekùadaùem igùæ, przytrzymujàc imadùem do szwów. Zùapaùem krawædzie rany, wiàýàc wæzeù, nie za mocno, aby jej brzegi zeszùy siæ przy obrzæku; cztery dodatkowe wæzùy i koniec.

Kolejnym pacjentem byùa dwudziestoczteroletnia dziewczyna, trochæ tajemnicza i dziwna, która okazaùa siæ przewlekle chora. Mówiùa, ýe rozpoznano u niej i leczono jà na toczeñ rumieniowaty.

Juý sama nazwa brzmi ponuro i odstraszajàco; rzeczywiúcie jest to groêna przypadùoúã. Byùa to jedna z chorób, które do znudzenia waùkowaliúmy na akademii, z racji rzadkiego wystæpowania byùa úwietnym tematem akademickich spekulacji. Nie byùem tym razem zupeùnie zielony, chociaý pacjentka skarýyùa siæ na bóle brzucha, co nie byùo typowym objawem. Staraùem siæ wszystko jakoú powiàzaã; obmacaùem brzuch i zadaùem paræ pytañ dotyczàcych jej stanu, na które odpowiadaùa sama albo mówiùa jej matka. Póêniej potrzebowaùem trochæ czasu na zastanowienie, wiæc podszedùem do pulpitu na úrodku sali i gùowiùem siæ nad zwiàzkiem bólu z chorobà. Próbowaùem zaproponowaã jakieú badania laboratoryjne, ale matka z córkà przeszùy koùo mnie, twierdzàc, ýe bóle minæùy, i dziækujàc, wyszùy. Tak oto cztery lata studiów medycznych przygotowaùy mnie do stawiania tajemniczej diagnozy i do paru przypadków na NW.

W tym momencie szybko wszedù Ociàgalski, który o maùo nie upadù przede mnà, kùadàc czoùo na pulpicie, dyszàc bez tchu i charczàc. Naprawdæ nazywaù siæ Fogarty, ale mówiliúmy na niego Ociàgalski, bo zwlekaù do ostatniej chwili, zanim ze swojà astmà nie pojawiù siæ na oddziale nagùych wypadków po pomoc. To byùo jak zjazd na luzie do stacji benzynowej, gdy zabrakùo paliwa.

Pielægniarki wprowadziùy go - byù wyczerpany i stàpaù bardzo ciæýko. Przygotowywaùem aminofilinæ. Widziaùem juý Ociàgalskiego kilka razy, po raz pierwszy zaraz na drugi dzieñ po przybyciu na NW. Z czasów studiów sporo wiedziaùem o astmie, jeúli chodzi o gradienty ciúnienia w pùucach, zmiany pH, funkcje miæúnia gùadkiego i alergie, a nawet to, jakie leki byùyby dobre - adrenalina, aminofilina, dwuwæglan, THAM i steroidy.

Dawkowanie natomiast byùo dla mnie czarnà magià. Pierwszy raz, gdy Ociàgalski ùykaù powietrze z aparatu oddechowego, poszedùem do pokoju lekarzy i zajrzaùem do ksiàýki. Najwaýniejsze, ýeby nie pytaã pielægniarek. Wczeúniejsze przypadki na oddziaùach szpitalnych daùy mi wiadomoúci na temat tego, co i ile podawaã póùleýàcemu pacjentowi. Ten chodziù, nie leýaù w ùóýku, a to juý zasadnicza róýnica. Nie moýna stosowaã takich samych iloúci. Pytanie pielægniarek byùoby wræcz demoralizujàce. Jakkolwiek by na to patrzeã, Ociàgalski i ja przywykliúmy do siebie, a aminofilina zrobiùa swoje, jak zwykle.

Na NW nieraz byùo tylu pacjentów, ýe siedzieli na podùodze albo stali przy úcianach. Przewaýnie byù to ciàgùy strumieñ ludzi, dochodzàcy do stu dwudziestu na dobæ w zwykùe dni, a podwajajàcy siæ w soboty.

Byùa 10.30. Biegaùem od sali do sali, dzwoniùem do prywatnych lekarzy, nie zastanawiajàc siæ wiele, prawie wolny od strachu przed jakimú powaýnym przypadkiem.

Na jednej z kart przeczytaùem: „Uskarýa siæ na depresjæ”. Dotyczyùo to trzydziestosiedmioletniej kobiety. Wszedùem do sali, gdy zapalaùa papierosa. Osùaniaùa zapaùkæ jak na wietrze. Odrzuciùa gùowæ do tyùu, trzymajàc papierosa w kàciku ust, i spojrzaùa na mnie zmieszana.

- Przykro mi, ale nie moýe pani tu paliã. Tamte zielone metalowe butle wypeùnione sà tlenem.

- Dobrze, dobrze.

Podenerwowana zdusiùa papierosa w maùej, stalowej popielniczce, która przypadkowo znalazùa siæ na stole do badañ. Nic nie mówiùa. Po caùkowitym unicestwieniu papierosa spojrzaùa wojowniczo w mojà stronæ, gotowa eksplodowaã.

- Panna Carol Narkin, jeúli siæ nie mylæ?

- Zgadza siæ. Czy jest tu pan jedynym lekarzem? - spytaùa z pokorà.

- Tak, teraz tak. Ale wezwiemy pani lekarza. Wedùug informacji na karcie nazywa siæ Laine.

- Ma pan racjæ. To bardzo dobry lekarz - powiedziaùa, wycofujàc siæ obronnie.

- Czy byùa pani u niego ostatnio? - Chciaùem jà jakoú uspokoiã, zadajàc rutynowe pytania, ýeby siæ dowiedzieã, po co przyszùa.

- Niech pan nie bædzie taki cwany.

- Proszæ wybaczyã, panno Narkin, ale muszæ zadaã pani paræ pytañ.

- Na ýadne nie odpowiem. Niech pan dzwoni po mojego lekarza. - Odwróciùa wzrok ze zùoúcià.

- Co mam mu powiedzieã? Nie odezwaùa siæ.

- Panno Narkin?

Byùo jasne, ýe nie mogùem jej pomóc, wiæc wyszedùem, ýeby wróciã, gdy skoñczæ z nastæpnym pacjentem. Po co przyszùa? Nie byùo sensu dzwoniã do jej lekarza bez czegoú konkretnego.

Gdy wróciùem po paru minutach, juý jej nie byùo. To byùo typowe dla NW - krótkie, nie dokoñczone potyczki i mnóstwo zmarnowanego czasu.

Siostra wcisnæùa mi nastæpne piæã kart i wskazaùa zakùopotana na sàsiednià salæ, gdzie czekaùa na mnie caùa rodzina - matka, ojciec i trójka dzieciaków. Stali gotowi do badania.

- Doktorze, przyszliúmy, bo Johnny ma goràczkæ i kaszle - powiedziaùa matka.

Spojrzaùem na kartæ: „Temperatura 37,7”.

- A jak juý tu jesteúmy, to chyba nie bædzie miaù pan nic przeciwko temu, ýeby obejrzeã plamy na jæzyku Nancy. Nancy, pokaý jæzyk. A Billy przewróciù siæ w szkole w zeszùym tygodniu. Widzi pan jego kolano, widzi pan to otarcie? Byù caùy czas w domu i potrzebujemy usprawiedliwienia. George, mój màý, musi mieã podpis lekarza na zaúwiadczeniu do opieki spoùecznej, bo ma bóle krægosùupa, nie pracuje i niedawno przyjechaliúmy z Kalifornii. A ja mam kùopoty ze stolcem od trzech czy czterech tygodni.

Gapiùem siæ na nich. Ojciec rodziny nie patrzyù mi w oczy, dzieciaki zajæte byùy gramoleniem siæ na stóù do badañ, a matka byùa w swoim ýywiole, spoglàdajàc na mnie z werwà.

W pierwszym odruchu chciaùem ich wyrzuciã. Powinni pójúã do kliniki, nie tutaj. Naszym celem nie byùa rutynowa dziaùalnoúã ambulatoryjna. Gdybym sobie pofolgowaù, matka z pewnoúcià zùoýyùaby na mnie skargæ do administracji szpitala, ýe nie przyjàùem ich, gdy tego potrzebowali. Administracja zwróciùaby siæ do lekarzy odpowiedzialnych za szkolenie, a ja w koñcu zebraùbym ciægi. Tak moýna tu liczyã na pomoc.

Byùo jeszcze wczeúnie. Sùoñce wpadaùo przez okna i czuùem siæ úwietnie. Czemu by to zepsuã? Zamiast siæ denerwowaã, obejrzaùem te plamy i otarcie oraz daùem im kilka pastylek. Na zaúwiadczeniu zrobiùem kreskæ - nie mogùem nic stwierdziã o stanie krægosùupa na podstawie badañ zrobionych na NW; czæsto leczy siæ ich, a póêniej widzi, jak nazajutrz rozbijajà siæ na skuterach.

Nastæpnym pacjentem byù pijaczyna Morris, któremu w karcie zapisano: „Nietrzeêwy, liczne siniaki”. Opis doskonale do niego pasowaù. Najwyraêniej facet spadù ze schodów, co staùo siæ juý jego zwyczajem. Wszedùem do salki, a on z trudem oparù siæ na ùokciach. Powieki opadaùy mu na oczy.

- Nie chcæ ýadnego staýysty, chcæ doktora! - wrzeszczaù.

Takie uwagi zapadaùy gùæboko w úwiadomoúã i miaùy swój ciæýar. Naprawdæ zagraù mi na ambicji. Znów zdaùem sobie sprawæ z tego, ýe czæsto muszæ zaglàdaã do ksiàýek i sprawdzaã dawkowanie, ýe mam stale pietra, ýe spædziùem cztery lata, uczàc siæ róýnoúci na pamiæã, i nic nie wiem. Tym razem nie mogùem siæ powstrzymaã.

- Zamknij siæ, ty pijany pierdzielu! - krzyknàùem.

- Nie jestem pijany. Od dawna nie ùyknàùem nawet szklaneczki.

- Jesteú zalany i nawet nie moýesz otworzyã oczu.

- Wcale nie.

Zsunàù siæ ze stoùu do badañ, usiùujàc wskazaã na mnie palcem.

- Nie wciskaj kitu.

Nasza rozmowa nie toczyùa siæ na wysokim poziomie. Mimo to kontynuowaliúmy jà w czasie oglædzin.

O maùo nie zgiàùem mùoteczka neurologicznego przy badaniu jego reakcji i pukaniu w úciægna Achillesa. Wysùaùem go w koñcu na przeúwietlenie, chociaý bardziej niý na zdjæciach zaleýaùo mi na tym, ýeby siæ go pozbyã.

Mniej wiæcej w tym czasie liczba pacjentów zaczynaùa wzrastaã. Przyszùa grupa maùych dzieci, które rozdzielono do róýnych sal.

Niezbyt lubiùem takie maluchy. Przypominaùo to bardziej weterynariæ - ýadnej komunikacji z pacjentem. Poùowæ czasu musiaùem poúwiæcaã na próby wydobycia czegoú z matki. Co wiæcej, prawie niemoýliwe byùo usùyszenie czegokolwiek poprzez stetoskop, gdy taki dwulatek siæ wydzieraù. Typowe przypadki to przeziæbienia, rozwolnienia i wymioty - nic szczególnego. Tacy pacjenci w czasie badania potrafili siæ zsikaã lub zrobiã kupæ.

Ta sobota nie byùa ýadnym wyjàtkiem. Dzieciaki opanowaùy caùy oddziaù i wszystko byùo jak zwykle.

Pierwsze od kilku dni miaùo wycieki z prawego ucha. Matka sàdziùa, ýe mogùy one byã spowodowane niewùaúciwym odýywianiem, ale po zmianie diety nic siæ nie zmieniùo. Okazaùo siæ, ýe to ropa. Dziecko miaùo zapalenie ucha úrodkowego po obu stronach, za bùonami bæbenkowymi. Bùona z prawej strony pækùa, powodujàc wyciek; lewa byùa caùa, ale wydæùa siæ w wyniku ciúnienia. Dobrze byùoby przekùuã lewà bùonæ, ýeby zrobiã ujúcie dla ropy, ale nie miaùem pojæcia, jak siæ do tego zabraã. Gdy rozmawiaùem z prywatnym lekarzem, to chciaù jedynie leczenia farmakologicznego - penicylina, jak zwykle, oraz gantrysyna, sulfonamid. Zwróciùem uwagæ, ýe stan lewego ucha jest bardzo powaýny, ale powiedziaù, ýe zbada dzieciaka w poniedziaùek z rana i zakoñczyù dyskusjæ. W poczuciu dobrze speùnionego obowiàzku wypisaùem receptæ na penicylinæ i gantrysynæ.

Nastæpne dziecko od tygodnia nie miaùo apetytu. Teý mi wypadek. Kolejne miaùo rozwolnienie, ale tylko raz. Niewiarygodne, ýe matka ciàgnie dziecko do szpitala po stwierdzeniu luênego stolca. Przekonaùem siæ wkrótce, ýe tutaj moýna uwierzyã we wszystko. U innych dzieciaków stwierdziùem przeziæbienie, katar i niewielkà goràczkæ.

Musiaùem zajrzeã w kaýde gardùo i obejrzeã kaýde ucho. Czæsto byùo to bardziej podobne do zapasów niý do pracy lekarza. Dzieci, szczególnie bardzo maùe, sà nadspodziewanie silne. Zawsze prosiùem matkæ, ýeby podczas badania trzymaùa ràczki dziecka przy gùowie. Mimo to pozwalaùa maùemu chwytaã otoskop i wyciàgaã przyrzàd razem z kroplà krwi z przewodu sùuchowego. Wyglàdaùo to úmiesznie, ale ja musiaùem jeszcze raz zaglàdaã w maùy otworek u krzyczàcego i wyginajàcego siæ bobasa.

Jeúli któreú z nich miaùo naprawdæ wysokà goràczkæ, czterdzieúci stopni albo wiæcej, prosiùem o zrobienie zimnej kàpieli. Tego ranka byùy dwa takie przypadki. Oddziaù nagùych wypadków bywaù nieraz klinikà pediatrycznà. Zdarzaùy siæ naprawdæ groêne wypadki, wymagajàce natychmiastowej interwencji, ale nie tak czæsto, jak ludziom siæ wydaje. Przewaýnie problemy byùy trywialne i dzieci z powodzeniem mogùy byã leczone w przychodni.

Pewnego razu miaùem do czynienia z okropnym i osobliwym wypadkiem, który przygnæbiù i wytràciù personel z normalnego trybu pracy. Przyszùa do nas niska, ciemnoskóra kobieta z niemowlakiem zawiniætym w róýowy koc. Poczàtkowo nie zwróciùem na nià uwagi, gdyý byùem zajæty czymú innym. Pielægniarka wziæùa czystà kartæ i wyszùa razem z matkà. Za chwilæ pojawiùa siæ i kazaùa mi szybko obejrzeã dziecko. Poszedùem za nià. Dziecko byùo nadal zakutane w róýowy koc. Odwinàùem go i zobaczyùem sine dziecko z napuchniætym do ogromnych rozmiarów i twardym brzuszkiem. Nie miaùem pewnoúci, jak dùugo nie ýyùo, zapewne jednak co najmniej jeden dzieñ. Matka siedziaùa nieruchomo w rogu sali. Nikt nic nie mówiù. Spojrzaùem na maleñstwo, podpisaùem kartæ i wyszedùem.

Przynajmniej raz w tygodniu dwoje rozhisteryzowanych rodziców przychodziùo z dzieckiem cierpiàcym na padaczkæ. Byùo ono bardzo ùadne. Za pierwszym razem prawie zemdlaùem z przeraýenia. Dziewczynka miaùa okoùo dwóch lat. Leýaùa zgiæta, z rækami dociúniætymi do klatki piersiowej. Na ustach miaùa úlinæ i krew, a caùym ciaùem wstrzàsaùy rytmiczne, synchroniczne drgawki. Jak zwykle w takich stanach, dziecko nie kontrolowaùo wydalania moczu i kaùu.

Rodzice, ciàgle przestraszeni, ale juý bardziej uspokojeni dziæki obecnoúci lekarza, poùoýyli dziewczynkæ na stole. W zwiàzku z tym, ýe jeszcze histeryzowali i nie mogli mi w niczym pomóc, poprosiùem, ýeby poczekali za drzwiami. Nie chciaùem teý, by oceniali moje wysiùki albo ich brak - prawdà jest, ýe nie wiedziaùem, co robiã.

Jedna z tych kochanych pielægniarek wybawiùa mnie z opresji, podajàc strzykawkæ i oferujàc pomoc przy. trzymaniu maùej pacjentki. Przypomniaùo mi siæ - luminal. Kolejna trudnoúã to trafienie w ýyùæ. Nawet u spokojnego dziecka nie byùo to ùatwe, a w wypadku konwulsji graniczyùo z niemoýliwoúcià. Nastæpny dylemat - ile wstrzyknàã. Pomyúlaùem, ýe zacznæ od niewielkiej iloúci i sprawdzæ reakcjæ. W koñcu udaùo mi siæ dostaã do ýyùy po kilku bezowocnych próbach. Po zastrzyku drgawki nagle staùy siæ wolniejsze, a póêniej ustaùy. Oddech, dziæki Bogu, byù mocny, wyraêny.

Po tym wydarzeniu mój strach przed drgawkami u dzieci minàù, szczególnie ýe nauczyùem siæ podawaã fenobarbital, paraldehyd czy walium domiæúniowo. Ten pierwszy przypadek mógù siæ jednak zakoñczyã bardzo êle.

Jeszcze bardziej przeraziù mnie inny, zdawaã by siæ mogùo caùkiem rutynowy. Umocniù mnie tylko w przekonaniu, ýe zwyczajna sytuacja moýe siæ nieoczekiwanie przeksztaùciã w krytycznà i obnaýyã mojà bezsilnoúã.

Chùopiec miaù moýe szeúã lat, byù to maùy, miùy berbeã przyprowadzony przez nadopiekuñczych rodziców. Nie czuù siæ dobrze - to byùo widaã, gdyý trzykrotnie zwymiotowaù i wykazywaù inne wyraêne objawy grypy. Chcàc ulýyã jemu i rodzicom, zaaplikowaùem úrodek przeciwwymiotny o nazwie compazine.

Stosowaùem go z powodzeniem setki razy po operacjach. Tym razem spotkaùem siæ ze szkodliwym dziaùaniem ubocznym, o którym moýna przeczytaã na samym koñcu ulotki producenta. Jest to coú, o czym farmaceuci nie lubià gadaã, a z czym lekarze rzadko majà do czynienia.

Dwie minuty po zastrzyku chùopak dostaù drgawek, nie byù w stanie sam siedzieã. Byùo to najwyraêniej rytmiczne drýenie. Rodzice byli zdumieni, tym bardziej ýe wczeúniej mówiùem im, ýe to nic powaýnego. Szybko musiaùem daã mu trochæ fenobarbitalu. W takiej sytuacji powinienem teý zaordynowaã go rodzicom i sobie. Sprawa zakoñczyùa siæ przyjæciem chùopca do szpitala. Nie trzeba dodawaã, ýe ani rodzice, ani ja nie byliúmy zadowoleni z rozwoju wypadków.

Tak minæùo pierwszych kilka porannych godzin soboty - mieszanka sùawetnej przychodni pediatrycznej, pracowni szwalniczej i prawdziwego kryzysu.

Szycie przychodziùo mi juý rutynowo. Kùopot sprawiaù jedynie brodacz, ale czas i nuda zatarùy ten obraz, tak ýe dzieñ zrobiù siæ typowy i monotonny, przerywany nieczæstymi, ale pamiætnymi chwilami strachu i niepewnoúci.

Zaczynaùo mi siæ podobaã na NW. Ýaden pacjent nie wymagaù tak wielkiego poúwiæcenia, ýeby wzbudzaã gùæbokie uczucia. Pamiætam, ýe szeúã miesiæcy wczeúniej, na poczàtku staýu, byùo zupeùnie inaczej. Pani Takura, na przykùad, poruszyùa mnie do gùæbi.

Zaprzyjaêniliúmy siæ; jej dùuga operacja, kiedy trzymaùem retraktory, nie widzàc nawet jej ran, byùa ogromnym przeýyciem fizycznym i emocjonalnym. Gdy w koñcu po operacji pojechaliúmy na plaýæ razem z Jane, byùem spokojny, pewien, ýe przeýyje. Wiadomoúã o jej úmierci byùa przeùomowa i rozczarowaùa mnie jako staýystæ. Byùem nastawiony wojowniczo do caùego systemu - irytowaùy mnie maùo istotne codzienne potyczki, retraktory, brak opieki ze strony starszych kolegów i ciàgùa, dokuczliwa obawa o to, ýe coú siæ nie uda.

Potrzebowaùem sporo czasu, ýeby przetrawiã przypadek pani Takura i nie do koñca pogodziùem siæ z jej losem. Nie mogùem tak zwyczajnie zapomnieã i przyrzec sobie, ýe juý nigdy nie zaangaýujæ siæ emocjonalnie. Póêniej ùatwiej mi juý byùo nie martwiã siæ o kaýdego pacjenta. Zaczynaùem o nich myúleã w sposób kliniczny, odbierajàc ich jako „hemoroidy”, „wyrostki” czy „wrzody ýoùàdka”.

Roso teý byù szczególnym pacjentem. W odróýnieniu do pani Takura, moje stosunki z nim rozwijaùy siæ przez wiele miesiæcy. Podciàùem mu nawet wùosy, które podrosùy mu w czasie dùugiego pobytu w szpitalu. Nie miaù pieniædzy, wiæc zaproponowaùem mu, ýe to zrobiæ, jeúli nie ma nic przeciwko temu.

Byù zachwycony. Siedziaù na wysokim taborecie w zalanym sùoñcem maùym pokoiku na oddziale - dumny, ýe ciàgle ýyje. Kaýdy póêniej co prawda uwaýaù, ýe ostrzygùem go tak êle, jak tylko moýna sobie wyobraziã.

Roso byù zawsze uúmiechniæty - nawet wtedy, gdy czuù siæ fatalnie, a tak siæ czuù przez caùy czas. Trzeba powiedzieã, ýe przydarzyùy mu siæ wszystkie moýliwe komplikacje, o których w ogóle czytaùem w podræcznikach, a nawet wiæcej. Wymioty i czkawka trwaùy aý do kolejnej, koniecznej operacji. Zajmowaùem mojà zwykùà pozycjæ, trzymajàc ræce zaciúniæte na retraktorach i patrzàc przez szeúã i póù godziny na plecy szefa zespoùu operacyjnego, który przechodzi od Billrotha I do Billrotha II. Kikut ýoùàdka poùàczony byù z jelitem denkiem o dwadzieúcia piæã centymetrów poniýej normalnego miejsca. Wyraýano nadziejæ, ýe to wreszcie rozwiàýe wszystkie kùopoty Roso, poniewaý niedroýnoúã w jego ukùadzie trawiennym, która byùa ich przyczynà, powstaùa na samym poùàczeniu miædzy ýoùàdkiem i jelitem cienkim, wykonanym podczas pierwszej operacji. Po drugiej operacji wszystko na karcie oscylowaùo wokóù stanu krytycznego: przebieg zapisów przypominaù sinusoidæ. Czkawka, wymioty, utrata wagi i czæste straszliwe nawroty krwawienia do przewodu pokarmowego spædzaùy mi sen z oczu - szczególnie to krwawienie.

Tydzieñ po zabiegu Billrotha II wymiotowaù krwià i znalazù siæ w szoku. Siedziaùem przy nim kilka nocy z rzædu, przepùukujàc jego ýoùàdek lodowatym roztworem fizjologicznym i wyciàgajàc zgùæbnik nosowo-ýoùàdkowy, gdy siæ zatkaù, a nastæpnie znów wpychajàc go na miejsce.

Roso wciàý siæ trzymaù, mimo naszych bùædów i potkniæã oraz na przekór swemu ciæýkiemu stanowi.

Po krwotoku jego ýoùàdek nic by nie przyjàù, wiæc przeprowadziùem zgùæbnik przez zespolenie aý do jelita cienkiego. Karmiùem go tak specjalnà papkà. Co nieco pozostawaùo - ale dostaù biegunki. W koñcu wykrztusiù zgùæbnik. Przez kolejne cztery miesiàce byù z przerwami karmiony doýylnie. Musiaùem utrzymywaã bilans jonów sodu, potasu i magnezu. Przyplàtaùo mu siæ zakaýenie rany, zapalenie ýyù nóg, úlady zapalenia pùuc i zakaýenie moczowe.

Póêniej zwróciliúmy uwagæ na ropieñ pod przeponà, który byù przyczynà czkawki - kolejna operacja.

Jakoú nie tylko przeýyù to wszystko, ale nawet jego stan zaczynaù siæ polepszaã. Przygotowanie wypisu zajæùo mi cztery godziny - komplet jego kart waýyù dwa kilogramy - dwa kilogramy moich zapisków, czæsto z plamami krwi, úluzu i wymiocin.

Cieszyùem siæ, ýe wychodzi ze szpitala ýywy, a jednoczeúnie czuùem odpræýenie po tych karkoùomnych przejúciach. Przy jego krwotokach, podawaniu soli, doglàdaniu zgùæbnika zaczynaùem siæ zastanawiaã, czy ten przypadek nie staù siæ dla mnie wyzwaniem tylko dlatego, ýe wszyscy mówili, iý Roso nie przetrzyma. Moýe chciaùem go wykorzystaã, ýeby udowodniã, jak sobie radzæ w cholernie trudnej sytuacji. Ostatecznie przestaùem sprawdzaã moje motywacje i zaczàùem uwaýaã pacjentów za „przepukliny” czy to, co akurat im dolegaùo - byùo to mniej mæczàce.

Na oddziale nagùych wypadków taka postawa byùa ùatwa. Zawsze albo miaùem za duýo do roboty, albo byùem zmæczony, albo wystraszony - nie byùo miejsca na myúlenie

Zbliýaùa siæ pora lunchu. Byùa 11.45, gdy weszùa blada, mùoda kobieta po dwudziestce z dwiema przyjacióùkami. Po pospiesznej konsultacji pielægniarka z tà bladà poszùy do jednego z pokojów badañ. Pozostaùe usiadùy i nerwowo zapaliùy papierosy. Z pokoju badañ dochodziùy odgùosy nowojorskiego akcentu. Napisaùem ostatnie zdanie na karcie dziecka i wùoýyùem do koszyka z napisem „Zakoñczone”. Chciaùem szybko pójúã na lunch, wiæc wszedùem energicznie do pokoju, do którego pielægniarka zabraùa dziewczynæ. Z karty dowiedziaùem siæ o krwawieniu z pochwy i o skrzepach. Dziewczyna wyjæùa papierosa.

- Proszæ tu nie paliã.

- Przepraszam.

Delikatnie odùoýyùa papierosa i spojrzaùa na mnie przez chwilæ. Byùa normalnie zbudowana, ubrana w bluzkæ z krótkim rækawem i minispódniczkæ. Z odrobinà rumieñców byùaby caùkiem ùadna. Z rozmowy moýna byùo oceniã, ýe ukoñczyùa najwyýej szkoùæ úrednià.

- Od kiedy pani krwawi?

- Trzy dni - powiedziaùa. - Od czasu skrobanki.

Oboje byliúmy zdenerwowani. Zastanawiaùem siæ, czy moja niepewnoúã jest widoczna. Staraùem siæ nie ruszaã i wyglàdaã na bardzo màdrego.

- Dlaczego miaùa pani skrobankæ?

- Nie wiem. Lekarz mówiù, ýe muszæ, to miaùam. Starczy? - Udawaùa rozdraýenienie.

- Gdzie to byùo, tu czy w Nowym Jorku?

- W Nowym Jorku.

- Potem zaraz pani tu przyjechaùa?

- Tak - potwierdziùa.

Rzeczywiúcie miaùa ten akcent. Coú mi tu nie pasowaùo z tym szybkim przyjazdem na Hawaje. Dziesiæã tysiæcy kilometrów zaraz po skrobance to nic normalnego.

- Czy dokonaù tego ktoú fachowy? - zapytaùem.

- Oczywiúcie, kogo pan ma na myúli?

Co robiã? Jeúli usunæùa ciàýæ - a byùem przekonany, ýe tak - to wiedziaùem, ýe bædzie kùopot z zaùatwieniem prywatnego lekarza. Pamiætam teý z czasów akademii dziewczyny, które byùy w stanie wstrzàsu septycznego po niefachowo zrobionych skrobankach. Moýe on nastàpiã bardzo szybko; nerki odmawiajà posùuszeñstwa i zanika ciúnienie krwi. Ciúnienie u tej dziewczyny byùo akurat w porzàdku. Wszystko byùo w porzàdku, poza tym, ýe byùa podenerwowana i blada. Zastanawiaùem siæ, czy nadàýa za moim tokiem myúlenia. Nie musiaùa siæ martwiã. Niewaýne, jak doprowadziùa siæ do takiego stanu; istotne, jak jà z tego wyciàgnàã. Moje szansæ na znalezienie dokùadnej przyczyny krwotoku byùy bardzo maùe. Bædzie musiaùa chyba mieã jeszcze jednà skrobankæ. W takim razie bædzie konieczne znalezienie prywatnego ginekologa, ale niewielu podjæùoby siæ poprawienia po kimú innym. Tak czy owak czekaùo mnie badanie ginekologiczne, co przed lunchem nie naleýaùo do przyjemnoúci.

Przemknæùo mi przez myúl wspomnienie pierwszego badania. Byùo to na drugim roku studiów, na zajæciach z rozpoznawania na podstawie badania fizykalnego. Nie miaùem ýadnych uprzedzeñ - na szczæúcie, bo pacjentka okazaùa siæ doúã masywnà kobietà. Z poczàtku myúlaùem, ýe moja ræka nie jest wystarczajàco dùuga, ýeby dosiægnàã macicy, tym bardziej ýe koleú stojàcy za mnà powiedziaù, ýe zgubiù zegarek. Znalazù go póêniej w koszu, do którego wrzucaliúmy rækawice.

Nie byliúmy wtedy jeszcze po ginekologii czy poùoýnictwie i takie badanie byùo dla nas pewnym przeýyciem. Z czasem staùo siæ to najnormalniejszym zajæciem.

Jedyna trudnoúã to odszukanie szyjki macicy - wydaje siæ to absurdalne, bo przecieý musi tam byã. Jeúli jednak natrafia siæ na krew i skrzepy, a pacjentka nie jest przyjaênie nastawiona, mogà byã kùopoty. Ponadto nikt nie chce sprawiã bólu przez niepotrzebne manipulowanie. Opùaca siæ wiæc poúwiæciã nieco wiæcej czasu i nie spartaczyã roboty. Przed lunchem nie bardzo jednak ma siæ na to ochotæ.

- Jak dùugo byùa pani w ciàýy? - zapytaùem niespodziewanie dziewczynæ z Nowego Jorku.

- Co? - wybeùkotaùa zaskoczona.

Sprawa miaùa dla mnie duýe znaczenie, wiæc odczekaùem chwilæ w ciszy.

- Szeúã tygodni - wyznaùa.

- Czy byù to lekarz, czy ktoú inny?

- Lekarz w Nowym Jorku - powiedziaùa z rezygnacjà w gùosie.

- Zobaczymy, co siæ da zrobiã - odrzekùem, a ona kiwnæùa gùowà z wyraênà ulgà.

Wychodzàc z sali, poprosiùem pielægniarkæ, ýeby przygotowaùa jà do badania. Za paræ minut pielægniarka przyszùa, ýeby powiedzieã, ýe wszystko jest gotowe. Po powrocie zobaczyùem, ýe pacjentka jest okryta przeúcieradùem, a jej spódniczka byùa odwiniæta powyýej pasa.

Przygotowaùem wziernik, ale nie mogùem siæ powstrzymaã od przypomnienia sobie pewnej nocy sprzed szeúciu tygodni. Obudziùa mnie pielægniarka i powiedziaùa, ýe nie moýe przeprowadziã cewnikowania starszej pacjentki z przepeùnionym pæcherzem, bo nie potrafi znaleêã wùaúciwej dziurki. Na dobre rozbudziùem siæ dopiero w poùowie drogi, gdy zdaùem sobie sprawæ z komizmu caùej sytuacji. Jeúli pielægniarka nie mogùa sobie poradziã, to czego oczekiwaùa ode mnie? Udaùo mi siæ; byùa to tylko kwestia uporu.

To samo z odszukaniem szyjki macicy. Wytrwaùoúã. Szyjka ukazaùa siæ moim oczom otoczona krwià i skrzepami, które oczyúciùem. Ujúcie byùo zamkniæte i po dotkniæciu wacikiem nie pojawiaùa siæ úwieýa krew. Nacisnàùem na dóù brzucha, co nie sprawiùo dziewczynie przyjemnoúci, i nic. Nagle zobaczyùem kropelkæ krwi pojawiajàcà siæ powoli na tylnej wardze szyjki. To byùo chyba najistotniejsze. Zastosowaùem azotan srebra jako úrodek przyýegajàcy, wezwaùem ginekologa, opowiedziaùem mu o wszystkim i poszedùem na lunch z wyjàtkowym uczuciem dobrze speùnionego obowiàzku.

Dziwne, ale nie straciùem apetytu.

Lunch jadùem w poúpiechu; piætnaúcie minut na poùkniæcie dwóch kanapek i wypicie duýej szklanki mleka poúród pogaduszek o surfingu, chirurgii i seksie. Nic powaýnego - nie byùo na to czasu.

Próbowaùem siæ umówiã z Hastingsem na surfing nastæpnego dnia o 4.30. Carno paùaszowaù swój posiùek przy oddalonym od nas stole. Poza krótkimi rozmowami w szpitalu spotykaliúmy siæ teraz rzadko.

Przez chwilæ porozmawiaùem teý z Jane Stevens. Ostatnio siæ nie widywaliúmy, chociaý w lipcu i sierpniu, na poczàtku mojego staýu, pobalowaliúmy, czego kulminacjà byùa weekendowa niezwykùa wyprawa do Kauai.

Pierwszy dzieñ, sobota, byù kapitalny. Zapakowaliúmy samochód piwem, wædlinami, serem i pojechaliúmy nad kanion Kauai. Droga wznosiùa siæ i opadaùa, czasami wpadaliúmy w strugi deszczu, a przy szosie falowaùy pola trzciny cukrowej. Kanion byù ogromny i okazaùy, wiækszy niý oczekiwaliúmy. Znalazùem ustronne miejsce, a Jane zrobiùa mnóstwo kanapek.

Poprosiùem jà, ýeby nic nie mówiùa - gdy nasza znajomoúã siæ rozwinæùa, zawsze miaùa ochotæ gadaã.

Widok byù wspaniaùy - deszcz, wodospady, tæcza na obrzeýach stromych úcian dolin odchodzàcych od kanionu. Ogarnàù mnie bùogi spokój.

Póênym popoùudniem dojechaliúmy do koñca drogi na póùnocnym wybrzeýu, aý do Nepali.

W odosobnionym lasku wiecznie zielonych drzew rozbiùem poýyczonà paùatkæ. Sùoñce chyliùo siæ ku zachodowi wúród kùæbiastych chmurek nad horyzontem, a my pùywaliúmy nago w spokojnej wodzie osùoniætej rafà. Nie przejmowaliúmy siæ tym, ýe widzieli nas turyúci z drugiej strony plaýy. Zastanawiaùem siæ, dlaczego obozujà tak blisko wody, zamiast tam, gdzie my - wyýej, wúród sosen. Nieco zaýenowani pobiegliúmy do samochodu. Wùoýyùem biaùe dýinsy, a Jane wúliznæùa siæ w elastycznà bluzæ.

Kolejny zimny posiùek skùadajàcy siæ z kanapek i piwa nie mógù zmàciã wspaniaùej atmosfery. Noc zapadùa gwaùtownie, przynoszàc dêwiæk fal ùamiàcych siæ na rafie, który mieszaù siæ z szeptem wiatru w drzewach nad nami. Nocne stworzenia rozpoczæùy swà niesamowità symfoniæ z intensywnoúcià zagùuszajàcà nawet odgùos fal przyboju. Niebo na zachodzie byùo jednà czerwonà smugà.

Jane wyglàdaùa fantastycznie sexy w samej tylko bluzie. Zupeùnie oszalaùem na jej punkcie. Rozebraliúmy siæ znów i popædziliúmy na plaýæ. Zanurzyliúmy siæ w wodzie i wtedy zza drzew wyszedù hawajski ksiæýyc w peùni. Sceneria byùa nie z tej ziemi. Tym razem nie mogùem siæ powstrzymaã. Trzymajàc siæ za ræce, pobiegliúmy do namiotu i padliúmy na koce. Chciaùem jà pochùonàã, zachowaã tæ chwilæ w pamiæci.

Powoli wracaùem z otchùani mokrych uúcisków do rzeczywistoúci brzæczenia komarów. W naszym poýàdaniu nie zwracaliúmy na poczàtku na nie uwagi, ale zaczynaùy takýe kàsaã. Nie moýna byùo z tym wytrzymaã.

W ciàgu tych strasznych sekund zmysùowy nastrój prysù i skoñczyùo siæ na wyjúciu Jane do volkswagena, który stanowiù jakàú ochronæ.

Drýàc jeszcze z podniecenia, zdecydowaùem, ýe zostanæ w namiocie, ýeby nie spaã skurczony w samochodzie dla liliputów. Zawinàùem siæ w jeden z koców tak, ýe wystawaù mi tylko nos i usta. Komary ciæùy mnie bezlitoúnie, twarz mi spuchùa i w koñcu siæ poddaùem. Doczoùgaùem siæ do samochodu otoczony chmarà owadów, nienasyconych tak jak ja.

Zapukaùem do okna. Jane usiadùa. Jej oczy byùy szeroko otwarte, ale otwieraùa drzwi z ulgà, gdy mnie rozpoznaùa.

Wgramoliùem siæ do úrodka i powiedziaùem, ýeby spaùa dalej. Zabiùem paræ komarów, którym udaùo siæ przedostaã do samochodu i jakoú zasnàùem pod kierownicà, zgiæty jak scyzoryk.

Po dwóch godzinach obudziùem siæ caùy zlany potem. Temperatura i wilgotnoúã osiàgnæùy poziom ùaêni tureckiej. Para skraplaùa siæ na wszystkich szybach. Otworzyùem boczne okno. Poczuùem chùód, ale zaraz wpadùo z piæãdziesiàt komarów.

Co za pech. Uruchomiùem silnik, powiedziaùem Jane, ýeby siæ nie przejmowaùa. Wyjechaùem na gùównà drogæ, a póêniej ruszyùem w kierunku Lihue, aý znalazùem kawaùek miejsca na górze, gdzie trochæ wiaùo. Zdoùaùem siæ zdrzemnàã do wschodu sùoñca.

Na masce samochodu zjadùem úniadanie w postaci chleba i sera zmieszanego z mrówkami i piaskiem. Popiùem to wszystko ciepùym piwem. Póêniej obudziùem Jane i wróciliúmy do miasta.

Potem jakoú oddaliliúmy siæ od siebie. Nie zrzucaùem odpowiedzialnoúci za to, co siæ staùo, na tæ wyprawæ. Powodem byùo raczej to, ýe zasypywaùa mnie pytaniami, szczególnie gdy zaczæliúmy sypiaã ze sobà. Chciaùa wiedzieã, czy jà kocham, dlaczego nie i w ogóle o czym myúlæ.

Kochaùem jà czasem, ale na sposób, który trudno wyjaúniã. A jeúli chodzi o to, o czym myúlaùem, to przez wiækszoúã czasu spædzanego razem z nià moje myúli gdzieú siæ rozbiegaùy.

Nie mogùem sobie jakoú poradziã z tymi jej pytaniami. Wygodnie byùo pozwoliã, ýeby caùa zaýyùoúã przerodziùa siæ w zwyczajnà przyjaêñ. Nadal miùo byùo spotykaã jà w stoùówce. Ciàgle byùa kapitalnà dziewczynà.

W czasie piætnastu czy dwudziestu minut, podczas których jadùem lunch, sytuacja na NW zmieniùa siæ nie do poznania. Czekaùo oúmiu ludzi i kilka nowych kart w koszyczku. Nie byùo supernagùego wypadku, bo w takim razie pielægniarki by mnie wezwaùy. Po prostu normalka. Jednym z nowych byù staùy bywalec, przychodzàcy po zastrzyk ksylokainy, ýeby zmniejszyã rzekome bóle w krzyýu. Jego wizyty byùy tak regularne, ýe pielægniarki zawsze wiedziaùy, na kiedy przygotowaã strzykawkæ. Nazywaliúmy go Kid Ksylokaina. Doskonale czuù siæ w gabinecie, brylowaù, mówiàc, gdzie i jak wkùuã igùæ oraz ile wstrzyknàã.

Czuùem siæ ofiarà tego rytuaùu, ale i tak robiùem, co chciaù. Odetchnàù z ulgà i wyszedù.

Przechodzàc do pokoju B, natknàùem siæ znów na mojego pijaniutkiego Morrisa, który w koñcu wróciù z przeúwietlenia. Klapnàù na stóù do badania i zostaù doñ przywiàzany szerokim pasem. Trzymaù ogromnà szarà kopertæ z prawie ciepùymi zdjæciami.

- Zawsze mam pieprzone szczæúcie trafiã na staýystæ. Nie wiem, po co tu przychodzæ - powitaù mnie w taki sposób.

Po lunchu byùem nastawiony ùagodnie i mogùem zignorowaã takà paplaninæ. Wyjàùem zdjæcia z koperty i obejrzaùem pod úwiatùo. Nie oczekiwaùem ýadnych rewelacji, chyba ýe w okolicach górnej czæúci lewego ramienia, która byùa paskudnie posiniaczona. Wczeúniej, gdy podniosùem i obróciùem jego ramiæ, Morris obrzuciù mnie stekiem wyzwisk. Coú tam mogùo byã nie w porzàdku. Obejrzaùem dokùadnie wszystkie zdjæcia - lewe kolano, prawe kolano, miednica, prawy nadgarstek, lewy ùokieã, lewa stopa i tak dalej - nic szczególnego. Nic, tylko kazaã siostrze odesùaã Morrisa na radiologiæ.

- Doktorze Peters, chyba pana tam lubià - powiedziaùa. - Caùy ranek terroryzowaù radiologiæ i zuýyù dwie paczki filmu.

- Nic dziwnego - odrzekùem, bioràc kupæ nowych kart i wychodzàc do pokoju C.

Dzieciaki, które przyszùy po poùudniu, nie róýniùy siæ od tych z rana. Wiækszoúci dokuczaù katar albo biegunka. Jedno miaùo bardzo wysokà goràczkæ, ponad czterdzieúci stopni, a drugie rozciæty policzek wymagajàcy szycia.

Zszywanie ran u dzieci jest bardzo trudne. Ich strach przed szpitalem, krwawienie i ból wcale nie mijajà pod wpùywem gadania, które ma je uspokoiã. Najgorsze jest przykrycie przeúcieradùem z dziurà. Po zastrzyku ksylokainy niewiele juý czujà, najwyýej lekkie pociàganie nitki chirurgicznej, ale nadal wydzierajà siæ z nienawiúci do szpitala. Nienawidzà tego miejsca - jak ja.

Trzydziestodwuletni mæýczyzna w innej sali wymieniù caùy katalog dolegliwoúci, poczynajàc od zaschniætego gardùa, a koñczàc na stopach. Chciaù siæ dostaã do szpitala, ale gdy siæ zorientowaù, ýe nie wywarù na mnie wielkiego wraýenia, okazaùo siæ, ýe ma bóle z prawej strony klatki piersiowej. Ýeby go sprawdziã, powiedziaùem, ýe szpital jest juý przepeùniony, a on zaczàù krzyczeã, ýe gdy siæ potrzebuje ùóýka, to nigdy nie ma miejsca.

Popoùudnie minæùo w szybkim tempie. Przyjàùem dotàd okoùo szeúãdziesiæciu pacjentów, którzy w miaræ równomiernie wypeùniali caùy dzieñ i nie dali mi zbyt w koúã. Zbliýaùa siæ jednak sobotnia noc, czas powaýnych kùopotów.

Dwóch starszych facetów, astmatyków, weszùo razem i pielægniarki rozdzieliùy ich, by zaprowadziã do sal, gdzie byùy aparaty oddechowe.

Ten w sali C sapaù, jego koúcista klatka prawie wcale siæ nie poruszaùa. Przy peùnym wdechu siedziaù wyprostowany z dùoñmi na kolanach. Zapytaùem go, czy pali. Odpowiedziaù, ýe nie pali od lat. Wsadziùem powoli rækæ do jego kieszeni i wyjàùem stamtàd paczkæ cameli. Jego wzrok podàýaù za mojà rækà do czasu, gdy zobaczyù papierosy.

Gdy spojrzaù na mnie, rozeúmiaùem siæ, bo wyraz jego twarzy byù przekomiczny, ale bardzo ciepùy i ludzki zarazem.

To tak jakby przyùapaã maùego chùopca, który coú spsociù. Caùy urok tego oddziaùu polegaù na bogactwie róýnorodnoúci i szaleñstwa ludzkich cech.

Przychodzili starzy znajomi. Kolejny pijak, dobrze nam znany, wszedù i od razu rzuciù gromy na fotel na biegunach, który byù przyczynà wrzodu na nodze. Widziaùem ten sam wrzód paræ tygodni wczeúniej, gdy ten goúã byù pacjentem na oddziale - niezùy gagatek. Mimo ostrego regulaminu i úrodków bezpieczeñstwa ciàgle udawaùo mu siæ zalewaã robaka. Do jego szybszego zwolnienia przyczyniù siæ ordynator, który znalazù go za magazynkiem krwi, gdzie tamten wraz z jakàú pacjentkà biesiadowali przy dwóch butelkach

Old Crow. Tym razem zabandaýowaùem mu ranæ i kazaùem przyjúã do przychodni w poniedziaùek.

Miædzy pijakami i wrzeszczàcymi dzieciakami przyjeýdýaùa karetka. Bez sygnaùu i úwiateù, wiæc nie byùo to nic nagùego.

Po wyjæciu noszy zobaczyùem szczupùà kobietæ okoùo piæãdziesiàtki, ubranà w brudne, zùachmanione ciuchy. Poszedùem za jednà z pielægniarek, która powiedziaùa, ýe nie moýe wydobyã z pacjentki ani sùowa. Ja teý byùem bezsilny. Kobieta ciæýko oddychaùa i gapiùa siæ w sufit. Miaùa niewielkie rozciæcie na gùowie, z przodu, powyýej linii wùosów. Nie trzeba byùo nawet zakùadaã szwów. Wyglàdaùa na przytomnà, ale zupeùnie siæ nie ruszaùa.

Zaczàùem badanie neurologiczne. Sprawdziùem êrenice, a póêniej odruchy. Ýadnych zùych oznak. Gdy chciaùem sprawdziã objaw Babiñskiego poprzez delikatne podraýnienie podeszwowej czæúci stopy, praktycznie podskoczyùa aý pod sufit, krzyczàc, ýe nic jej siæ nie staùo w nogæ, ale w gùowæ i dlaczego draýniæ jej stopæ.

W koñcu wezwaliúmy policjæ i kogoú z administracji. Wyciàgnæli jà z pokoju krzyczàcà, ýe nic jej nie jest.

W pokoju F byù starszy pan, któremu skoñczyùy siæ úrodki wspomagajàce odwadnianie, przez co spuchùy mu nogi. Okazaùo siæ, ýe byù to jeden z gawædziarzy, którzy nieprzerwanie mówià, co prawda sensownie, ale wùaúciwie nie przekazujà ýadnej treúci. Gdy próbowaùem go zbadaã, zasypaù mnie potokiem sùów. Mówiù o swoich nadzwyczajnych zdolnoúciach percepcyjnych i o wielokrotnym ich wykorzystaniu do pozaziemskiego komunikowania siæ ze zmarùà przed wielu laty ýonà.

Mimo woli zaczàùem go sùuchaã, gdy opisywaù, jak wziàù butelkæ wody i przedestylowaù jà, tworzàc wùasny model wszechúwiata. Myúlaù, ýe Ziemia jest maùà czàstkà ogromnego obiektu z innej rzeczywistoúci i z innego wymiaru.

Trochæ mnie to oszoùomiùo, ale daùem mu tabletki, powiedziaùem, ýeby nie staù przez jakiú czas, i wziàùem kolejnà kartæ.

Trzeba byùo wysùuchiwaã tych pacjentów pomimo pomieszanych zmysùów i banalnoúci ich sùów. Moýliwoúã wygadania siæ nieraz bywaùa dla nich bardzo waýna.

Kiedyú, w klinice uniwersyteckiej, na oddziaù NW przyszedù goúã, który ýaliù siæ, ýe musiaù zjeúã popækane szklanki bez porcji chleba. Lekarz i staýysta zaczæli odprowadzaã go do drzwi, mówiàc, ýeby wróciù rano, gdy bædzie ktoú na psychiatrii. Mæýczyzna, widzàc ich niezdecydowanie, wyciàgnàù szybko probówkæ i drewnianà szpatuùkæ z kieszeni staýysty, po czym pogryzù je i poùknàù na oczach zdezorientowanego personelu.

Zawrócili go do pokoju badañ, delikatnie proszàc, ýeby pozostaù. Na zdjæciu rentgenowskim w jego brzuchu widaã byùo mnóstwo czegoú, co przypominaùo wyglàdem kamienie.

- Kurwa, co za szpital. Nigdy juý tu nie przyjdæ. Nastæpnym razem idæ do Úwiætej Marii. - To znów byù Morris, który dawaù o sobie znaã, gdy obracano go na stole.

Przeúladowaù mnie caùy dzieñ. Pojawiù siæ jednak cieñ nadziei, bo zajàù siæ zdjæciem lewej ræki. Moýe uda mi siæ go pozbyã.

- Doktorze, telefon na 84 - powiedziaùa jedna z pielægniarek.

Trzymaùem sùuchawkæ przy uchu, wsùuchujàc siæ w sygnaù po trzeciej próbie skontaktowania siæ z jakimú doktorem Wilsonem, którego pacjentka przyszùa z zakaýeniem dróg moczowych. Z uczuciem ogromnej frustracji przycisnàùem klawisz 84.

- Doktor Peters.

- Doktorze, mój syn ma bóle gùowy, a nie mogæ znaleêã mojego lekarza. Nie wiem, co robiã.

Jej sùowa docieraùy do mnie poprzez harmider powodowany przez dzieciaki. Niepotrzebny nam byù kolejny przypadek, który moýna wyleczyã aspirynà, ale nie mogùem jej powiedzieã, ýeby nie przychodziùa.

- Jeúli jest pani przekonana, ýe chùopiec jest chory, proszæ przyjúã do nas - odpowiedziaùem bez entuzjazmu.

- Doktorze, telefon na 83.

Poprosiùem, ýeby zaczekaùa chwilæ, a ja wykræciùem numer do doktora Wilsona, przygotowujàc siæ duchowo na to, ýe znów bædzie zajæty. Jednak uzyskaùem poùàczenie.

- Doktorze Wilson, mam tu pana pacjentkæ, niejakà Kimora.

- Kimora? Nie przypominam sobie. Czy jest pan pewien, ýe to moja pacjentka?

- Tak przynajmniej mówi.

Zdarzaùo siæ czæsto, ýe lekarze nie pamiætali nazwisk swoich pacjentów. Pomyúlaùem, ýe opis jej dolegliwoúci przywróci mu pamiæã.

- Ma zakaýenie dróg moczowych, pieczenie przy oddawaniu moczu i temperaturæ

- Niech jej pan da gantryzynæ i kaýe przyjúã do mnie w poniedziaùek - powiedziaù, przerywajàc mi.

Opanowaùa mnie nieodparta chæã odùoýenia sùuchawki. Dlaczego nie chciaù usùyszeã wiæcej - o temperaturze, analizie moczu, krwi?

- Co z posiewem? - spytaùem.

- Jasne, niech pan siæ tym zajmie.

- Dobrze.

Wcisnàùem 83, ýeby poùàczyã odùoýonà rozmowæ.

- Doktorze - odezwaù siæ pùaczliwy gùos z drugiej strony - przy wypróýnieniu zauwaýyùam krew w stolcu.

- Czy papier toaletowy zabarwiù siæ na czerwono?

- Tak.

Ustaliliúmy, ýe przyczynà krwawienia byùy najprawdopodobniej hemoroidy i stwierdziliúmy, ýe nie musi do nas przychodziã. Wystarczy, jeúli przyjdzie do lekarza w poniedziaùek.

Rozùàczyùa siæ, dziækujàc wylewnie, wyraênie uspokojona.

Pielægniarka trzymaùa kolejnà rozmowæ na 84; nie byùo to nic waýnego i mogùo czekaã. Wróciùem do pani Kimora i wyjaúniùem jej dokùadnie dawkowanie gantryzyny - dwie tabletki cztery razy dziennie. Pielægniarka pobraùa mocz na posiew.

Teraz kolej na Morrisa. Unieruchomiony na stole i juý nieco bardziej trzeêwy powitaù mnie krzykiem, jak zwykle.

- Chcæ stàd wyjúã!

Przynajmniej w tym byliúmy zgodni. Przeglàdajàc nowe zdjæcia, od razu zauwaýyùem, ýe - niestety - miaù wyraêne zùamanie koúci miædzy ùokciem a barkiem, jak po ciosie karate. Zostanie u nas trochæ dùuýej.

- Panie Morris, ma pan zùamanà rækæ. - Rzuciùem mu surowe spojrzenie.

- Jakie zùamanie? Gówno siæ znacie - odpaliù.

Chcàc uniknàã jaùowej dyskusji, ustàpiùem, wypisaùem zlecenie przekazania go na ortopediæ. Pielægniarka úciàgnæùa specjalistæ poprzez centralkæ telefonicznà.

W póêniejszych godzinach popoùudniowych ledwo nadàýaùem za tùumem zgùaszajàcych siæ pacjentów. Okoùo czwartej byliúmy zawaleni niefortunnymi miùoúnikami surfingu z rozciætymi gùowami, zaciætymi palcami i Bóg wie czym jeszcze. Koniec z surfingiem!

Dzieciaki z goràczkà, wymiotami i biegunkà wypeùniaùy kaýdy zakàtek. Zakùadaùem szwy w szalonym tempie, wysyùaùem ludzi na zrobienie zdjæã i rozpaczliwie próbowaùem zajrzeã do uszu maluchom, które w ogóle nie wykazywaùy zrozumienia. Pewna matka wpadùa jak oszalaùa, mówiàc, ýe jej synek spadù z trzeciego piætra zsypem na kupæ úmieci. Chciaùem poznaã wiæcej szczegóùów, ale zamiast pytaã, zbadaùem go i wyciàgnàùem plasterki cebuli z uszu i ziarna kawy z wùosów. Zadziwiajàce, ale nic mu siæ nie staùo. Wysùaùem go na przeúwietlenie, bo wydawaùo mi siæ, ýe coú jest nie tak z jego prawà rækà. Miaùem racjæ, bo miaù zùamanie podokostnowe koúci przedramienia - i tak upadek ten zakoñczyù siæ minimalnymi obraýeniami.

Tymczasem rosùy sterty wszelkich moýliwych zdjæã rentgenowskich, od czaszki aý do stóp. Trzeba przyznaã, ýe nie czuùem siæ zbyt mocny w odczytywaniu tych klisz. Coú w tym byùo - staýysta zawsze miaù do czynienia ze zdjæciami w nocy albo podczas weekendów. Nasze kiepskie przygotowanie do tej roli nie miaùo wiækszego znaczenia - musieliúmy daã z siebie wszystko. Zdajàc sobie sprawæ z mego niedouczenia, zawsze siæ baùem, ýe przeoczæ coú waýnego, szczególnie po tym upokarzajàcym zdarzeniu z palcem u nogi.

Doszùo do niego pewnego sobotniego wieczoru, gdy jakaú dziewczyna wkuútykaùa na NW, opierajàc siæ na ramieniu swego chùopaka. Potknæùa siæ i uderzyùa w palec u nogi. Wysùaùem jà na góræ na zdjæcie. Poszli razem. Po godzinie, w samym úrodku ogromnego rozgardiaszu, spojrzaùem na zdjæcia, szczególnie na úródstopie; powiedziaùem im, ýe nic nie widzæ. Chùopak przerwaù mi i powiedziaù, ýe chyba zauwaýyù jakieú pækniæcie.

- Widziaù pan coú? - zapytaùem z wahaniem.

Wskazaù na zdjæcie na podúwietlaczu, na kreskæ na úrodkowym paliczku trzeciego palca, która wydawaùa siæ podejrzana - i faktycznie byùo to pækniæcie. Coú takiego moýe siæ zdarzyã, gdy czùowiek uczy siæ w czasie pracy.

Morris byù juý na ortopedii i przynajmniej jego nie sùyszaùem. Po bezskutecznych poszukiwaniach ortopedy na dyýurze zajàù siæ nim ordynator, obejrzaù pacjenta i widoczne na zdjæciach pækniæcia.

Morris musiaù pozostaã w gabinecie ortopedycznym do czasu odszukania lekarza. Trzeba siæ byùo nim zajàã, przenosiã, ale przynajmniej nie byù juý na mojej gùowie. Zapomniaùem o nim.

Okoùo 17.30 zaczàù siæ korowód urazów odgiæciowo-zgiæciowych krægosùupa szyjnego. Byùy to typowe obraýenia po wypadkach samochodowych, które powstawaùy, gdy w duýym ruchu pojazdy najeýdýaùy na siebie. Kaýdemu zgùaszajàcemu siæ trzeba byùo obmacaã szyjæ, zrobiã dokùadne badanie neurologiczne i zdjæcia czæúci szyjnej krægosùupa, a dopiero potem moýna byùo wzywaã lekarza specjalistæ.

Wszystkie te zdjæcia wyglàdaùy prawie identycznie. Gdy wùoýyùem któreú do ogromnego podúwietlacza na úrodku sali, czuùem siæ tak samo wystawiony na widok publiczny jak to zdjæcie. Co wiæcej, pacjenci zawsze byli na miejscu i zaglàdali mi przez ramiæ, gdy analizowaùem ich klisze. Miaùem nadziejæ, ýe robiæ na nich wraýenie, odczytujàc tajemnicze plamy czerni, bieli i szaroúci kryjàce koúci i tkanki. Graùem pod publiczkæ i wymyúlaùem màdre analizy, przeciàgajàc nadmiernie opowieúci o niektórych czæúciach pokazanych na obrazie.

Potrafiùem zauwaýyã wyraêne zùamanie czy przemieszczenie, zajmowaùo mi to dziesiæã sekund. Wszystko inne mogùo byã tylko czystym trafem. Nie mogùem dopuúciã do zaùamania, wiæc patrzyùem na zdjæcia z màdrym wyrazem twarzy, mruczaùem coú pod nosem i robiùem zapiski, a pacjent niecierpliwiù siæ, oczekujàc najgorszego.

Okoùo szóstej ruch malaù, miaùem wiæc chwilæ wytchnienia. Nawet nadrabiaùem trochæ zalegùoúci, a po wyjæciu potæýnego haczyka na ryby z ciaùa mæýczyzny w úrednim wieku nie miaùem juý pacjentów. Na oddziale zrobiùo siæ nagle cicho i spokojnie. Na dworze zùote popoùudniowe sùoñce rzucaùo dùugie fioletowe cienie na parking. Byùa to cisza przed burzà, chwilowe zawieszenie broni pomiædzy bitwami. Czuùem siæ bardzo samotny poúród tylu otaczajàcych mnie ludzi, gdy powoli szedùem na kolacjæ. Po drodze spotkaùem paræ osób, które czekaùy na powrót do domu. Ci, którzy wyszli z NW, przyjaênie i z uúmiechem pozdrawiali mnie skinieniem gùowy. Odwzajemniaùem pozdrowienia, cieszàc siæ z ponownego spotkania, peùen nadziei, ýe zrobiùem coú poýytecznego.

Kontakt z pacjentami poza szpitalem przenosiù nas znów do rzeczywistoúci i zmniejszaù strach, w którym ciàgle tkwiliúmy.

Moýliwoúã siedzenia byùa ogromnym luksusem. Wyciàgnàùem nogi pod stoùem aý na stojàce naprzeciw mnie krzesùo. Nadeszùa Joyce i usiadùa obok. Byùo to przyjemne, chociaý nie mieliúmy sobie za wiele do powiedzenia. Miaùa w zanadrzu mnóstwo plotek z laboratorium i wyników badania krwi, ale nie opowiadaùa mi o tym, bo groziùy niestrawnoúcià; ja teý nie chciaùem mówiã jej o tych wszystkich przypadkach na NW.

Jadùem w poúpiechu. Wiedziaùem, ýe kaýdy kæs moýe byã ostatnim, bo mogæ nie mieã juý czasu, ýeby cokolwiek przegryêã. Przynajmniej ta czæúã telewizyjnego wizerunku medycyny jest prawdziwa.

Zakoñczyliúmy rozmowæ, rozmawiajàc o surfingu z innym staýystà, Joe Burnettem z Idaho.

Kaýdy ze staýystów potrzebuje czegoú dla odpræýenia, co byùoby jego zaworem bezpieczeñstwa. Dla mnie byù nim surfing. Nie chodzi tylko o zmianæ scenerii, dêwiæku, widoków i nastrojów: na fali, w czasie walki i koncentracji nie myúlaùo siæ o niczym innym. Z upùywem czasu moja pasja stawaùa siæ coraz mocniejsza. Zaczynaùem rozumieã, dlaczego ludzie pædzà za sùoñcem w poszukiwaniu doskonaùej fali.

Jest to zdrowsze niý alkohol i prochy, ale trzyma w swych szponach równie mocno. Nieodpowiedni ruch moýe byã nawet przyczynà úmierci. Na Hawajach nie podaje siæ jednak listy ofiar.

Pal szeúã, jeúli nawet fale nie sà zbyt dobre, to zawsze pozostaje piækno natury. Nigdy siæ nie wie, kiedy nagle przychodzi ta fala, która stanowi wyzwanie.

Surfing jest bardzo specyficzny, niepodobny do innych dyscyplin, z grubsza przypomina narciarstwo. Róýnica polega na tym, ýe stok pozostaje nieruchomy, a na fali wszystko jest w ruchu - zawodnik, morze, deska, powietrze - przy spadku z deski w kipiel wodnà nigdy nie wiadomo, gdzie siæ pædzi. Jedno jest pewne - nikt tego nie planowaù.

Tak wiæc Joe i ja rozmawialiúmy o surfingu z oýywieniem, opisujàc róýne przygody, opowiadajàc z gestykulacjà caùego ciaùa o kùæbiàcych siæ falach, zanurzaniu i wynurzaniu, o wszystkim. Zapomniaùem zupeùnie o NW.

Nie jest to sport towarzyski, chyba ýe siæ o nim opowiada na làdzie czy brzegu. Na desce czùowiek jest sam, nie rozmawia z nikim. Jest siæ czæúcià grupy rozdzielonych wodà ludzi. Nie myúli siæ o innych, aý do czasu, gdy ktoú wpada na twojà falæ. Klnie siæ wtedy, bo kaýda zùapana fala jest w pewnym sensie twoja, chociaý nie uprawia siæ surfingu w pojedynkæ. Zawsze jest jeszcze ktoú, ale nie prowadzi siæ rozmów.

Zadzwoniono po mnie i musiaùem skoñczyã rozmowæ z Joe. Coú siæ dziaùo na NW. Gdy wróciùem, nie byùo juý spokojnie. Przez pierwsze trzydzieúci minut po powrocie znów byùo peùno dzieci, które ryczaùy z normalnych powodów. Dziesiæcioletnia dziewczynka skarýyùa siæ na kurcze. Pytaùem, czy pomaga jej aspiryna. Okazaùo siæ, ýe w ogóle nie braùa dotàd aspiryny. Daùem jej dwie tabletki. Od razu nastàpiùo cudowne uzdrowienie, dla którego warto przez cztery lata studiowaã.

Byùo teý sporo osób z najzwyklejszymi przeziæbieniami - katar, podraýnione gardùo, kaszel; normalka. Dlaczego musieli tu przychodziã - przechodziùo to wszelkie pojæcie. Nabraùem po kolacji trochæ wiatru w ýagle, ale nie widziaùem w tym niczego zabawnego. Kilka osób czekaùo na zaùoýenie szwów, a ja musiaùem siæ zajàã zakatarzonymi nochalami.

Jeden z przypadków kwalifikujàcych siæ do szycia byù trochæ niezwykùy. Pewna kobieta odciæùa sobie noýem do miæsa koniec wskazujàcego palca. Byùa na tyle bystra, ýe uratowaùa ten maùy kawaùeczek, który po przemyciu doszyùem, uýywajàc cienkiej nici.

Wszystko odbyùo siæ wedùug precyzyjnych wskazówek, których udzieliù mi przez telefon prywatny lekarz pacjentki. Czy ja naprawdæ myúlaùem, ýe on przyjdzie i zrobi to sam?

W jednym z pokojów w tylnej czæúci oddziaùu oczekiwaù starszy mæýczyzna, który cierpiaù na bóle w krzyýu i nie mógù utrzymaã moczu. Ùatwo byùo to wyczuã w powietrzu. Gdy badaùem faceta, niemiùy zapach omal mnie nie przytùoczyù, wiæc robiùem przerwy na ùyk úwieýego powietrza, wychodzàc od czasu do czasu na korytarz. Wciàý byùem uczulony na wszelkiego rodzaju odory. Myúlaùem, ýe moýe naleýaùoby go przyjàã do szpitala. Miaù najwyraêniej zapalenie dróg moczowych i nie mógù sobie z tym poradziã. Pierwszy z lekarzy, których wezwaùem, znaù go, ale nie chciaù go przyjàã do siebie. Powiedziaù, ýebym znalazù kogoú innego. Wyglàdaùo na to, ýe staruszek znany jest jako uciàýliwy pacjent, który znika ze szpitala bez wypisu i zjawia siæ, jakby nigdy nic, w weekendy albo w úrodku nocy. Kolejny lekarz odmówiù i zaproponowaù jeszcze innego. W koñcu po rozmowach z piæcioma lekarzami znalazù siæ jeden, który wyraziù zgodæ. Jednak gdy pielægniarki przygotowywaùy dziadka na przyjæcie, dowiedziaùy siæ, ýe to byùy wojskowy. Wszystkie moje telefoniczne wysiùki trafiù szlag; musieliúmy odesùaã go do szpitala wojskowego.

Przechodzàc koùo wejúcia w drodze do kolejnego pacjenta, o maùo nie zderzyùem siæ z mùodà kobietà koùo dwudziestki, trzymajàcà kurczowo pudla i popychanà przez chùopaka w jej wieku. Krzyczaùa, ýe nie chce rozmawiaã z ýadnym pieprzonym lekarzem. W porzàdku, poszedùem dalej. Musiaùem jà jednak w koñcu przyjàã. Nie chciaùa wcale mówiã. Ùatwiej byùoby dogadaã siæ z tym pudlem, którego ciàgle úciskaùa.

Zdecydowaùem, ýeby sobie jeszcze przez chwilæ posiedziaùa, ale to byù bùàd. Paræ minut póêniej wypadùa na korytarz i zniknæùa. Byùem zbyt pochùoniæty swymi obowiàzkami, ýeby siæ tym zajmowaã - do czasu gdy psychiatra, znajomy rodziny, przyszedù niedùugo z rodzicami dziewczyny.

Ktoú wezwaù policjæ, gdy okazaùo siæ, ýe dziewczyna wyrywa kwiaty. Zdziwiùo mnie przybycie psychiatry - zawsze miaùem trudnoúci, ýeby któregoú úciàgnàã w weekendy albo po szesnastej. Mogùem liczyã na dwóch lub trzech úwirów w sobotæ w nocy. Byù to dla nich kiepski okres. W zwiàzku z tym, ýe nie byùo przewaýnie ýadnego psychiatry, sam staraùem siæ, jak umiaùem, takich pacjentów uspokoiã. Nie zawsze sùowa i úrodki uúmierzajàce przynosiùy oczekiwane skutki.

- Doktorze, 84 - krzyknæùa pielægniarka zza pulpitu. Podniosùem sùuchawkæ przy sali B i wcisnàùem klawisz 84.

- Peters, tu Sterling.

Sterling byù szefem ortopedii.

- Mam tu doktora Andrewsa, który w tym miesiàcu jest na ortopedii. Uwaýa, ýe Morrisowi trzeba zaùoýyã gips wiszàcy.

Nastàpiùa chwila przerwy. Zaczàùem bazgraã kóùka na kartce przy telefonie. Ten skurwiel Sterling wcale nie zamierzaù zejúã i zaùoýyã tego gipsu, który Bóg raczy wiedzieã, jak wyglàda.

- Peters, niech pan dziaùa. Gdyby miaù pan kùopoty, proszæ daã mi znaã.

- Mam tu jeszcze oúmiu pacjentów, którzy na mnie czekajà.

- No, jakby miaù czekaã za dùugo, proszæ zadzwoniã.

- Sterling, do jasnej cholery, ten facet jest tu od dziesiàtej rano. To nie dùugo? Dziewiæã godzin?

- Spokojnie, daj mu wytrzeêwieã.

Kùótnia ze Sterlingiem pochùonæùa mnie bardziej, niý chciaùem. Ponadto, wbrew sobie, nie staraùem siæ pozbyã tego problemu.

- Dobra, zajmæ siæ tym, gdy bædæ mógù. - Odùoýyùem sùuchawkæ i w myúlach przewidywaùem rozwój wypadków na najbliýsze póù godziny. - Siostro, proszæ poleciã, by przygotowano trochæ ciepùej wody i opatrunek gipsowy.

- Jaki opatrunek?

- Dwa i trzy cale, po cztery rolki z kaýdego.

Z udawanà nonszalancjà poszedùem do pokoju lekarzy i szybko przejrzaùem regaùy, szukajàc ksiàýki na temat ortopedii. Na szczæúcie znalazùem i szybko odszukaùem indeks - gips wiszàcy, patrz strona 148. Byùo to akurat to, czego szukaùem - omówienie zùamañ i pækniæã koúci ramienia. Mimo obaw, ýe znów znajdæ siæ w obliczu ciæýkiego zadania, byùem pod wraýeniem idei gipsu wiszàcego, który peùniù funkcjæ pewnego rodzaju wyciàgu. Nie byù nakùadany na caùy bark i ramiæ pacjenta, a jedynie powyýej i poniýej ùokcia, gdzie swym ciæýarem odciàgaù pækniætà koúã i uùatwiaù prawidùowe osadzenie. Caùa ræka byùa nastæpnie przyciàgana do klatki piersiowej i przywijana. Unieruchamiaùo to ramiæ, ale pozostawiaùo moýliwoúã ruchu w barku. Kapitalne!

Siostra wsadziùa gùowæ do pokoju.

- Doktorze, mamy dziewiæciu pacjentów.

Wiedziaùem, ýe gdyby nie byùo to nic powaýnego, pielægniarki nie wzywaùyby mnie. Nadszedù czas, ýeby raz na zawsze pozbyã siæ Morrisa. Po wùoýeniu ksiàýki na miejsce poszedùem do gabinetu ortopedii lepiej przygotowany do zaùoýenia gipsu wiszàcego niý przed piæcioma minutami. Po wejúciu wyjaúniùo siæ, dlaczego daùo siæ ùatwo zapomnieã o Morrisie przez ostatnià godzinæ. Spaù na stole do badañ, pochrapywaù úciúniæty szerokim skórzanym pasem.

Wcale siæ nie przebudziù, gdy podniosùem go do siadu i przytrzymaùem gùowæ, ýeby nie opadùa. Zasrany Sterling; to byùa robota dla niego. Gdy rozmawiaùem z nim przez telefon, sùyszaùem dêwiæki z telewizora. Po rozciæciu lewego rækawa koszuli Morrisa przymierzyùem kawaùek stokinetki pod gips i zaùoýyùem mu delikatnie na rækæ, nie chcàc ruszyã zùamania.

- Doktorze, telefon na 83.

Nawet nie odpowiedziaùem, majàc nadziejæ, ýe sprawa, obojætnie jaka, rozwiàýe siæ sama.

- Ochhh - zareagowaù Morris, gdy nastawiaùem rækæ przed zaùoýeniem gipsu. - Co mi robisz?

- Panie Morris, zùamaù pan sobie rækæ, spadajàc ze schodów, a ja zakùadam gips.

- Ale ja nie

- Tak, zùamaù pan rækæ. Teraz cicho!

Miaùem nadziejæ, ýe wyúwiadczæ kiedyú podobnà przysùugæ Sterlingowi. Zamoczyùem opatrunki w wodzie, aý przestaùy lecieã bàbelki, owinàùem je wokóù ramienia Morrisa warstwa po warstwie. Wyszedù mi gruby gips, na 2,5 cm. W zwiàzku z tym, ýe miaù oddziaùywaã swym ciæýarem, bædzie speùniaù swà funkcjæ.

- Niech siæ pan teraz nie rusza. Gips musi wyschnàã.

Przeszedùem do gùównej czæúci NW i podniosùem 83. Cisza. Dobra strategia. Byùa dopiero 19.30. Nazbieraùo siæ jedenastu pacjentów. Wiedziaùem, ýe bædzie jeszcze gorzej.

Chwyciùem plik kart i zaczàùem z wierzchu: „Wysypka”. Przypadùoúci dermatologiczne stanowiùy carte blanche mojej pamiæci, niezaleýnie od tego, ile razy czytaùem opisy grudkowoùuskowych rumieniowatych swædzàcych wysypek pæcherzykowych.

Teksty traciùy sens, bùàdzàc i gmatwajàc siæ w gùowie tak, ýe gdy zobaczyùem coú, co nie byùo tràdzikiem, byùem zgubiony. A tu przede mnà staù facet z rozlegùà rumieniowatà egzematycznà wysypkà pæcherzykowà. Wiedziaùem, co to jest, bo akurat takiej nazwy uýyù dermatolog na moje oparzenie sùoneczne, gdy w czasach studenckich wróciùem z tygodnia spædzonego w Miami. Chodziùo o coú swædzàcego, mokrego i czerwonego, ale widocznie nazwy powaýniej brzmià po ùacinie, w naukowym ýargonie.

Dermatologia jest wciàý tà czæúcià medycyny, gdzie w szerokim zakresie uýywa siæ ùaciny - w pewnym sensie jest to zrozumiaùe, bo dziedzina ta nie posunæùa siæ zbyt daleko od czasów alchemii. Terminologia i diagnozowanie schorzeñ skóry jest trudne, ale samo leczenie nie nastræcza kùopotów. Gdy zmiany chorobowe na skórze sà mokre, naleýy zastosowaã úrodek wysuszajàcy; gdy sà suche, trzeba utrzymywaã je w wilgoci. Jeúli stan siæ poprawia, kontynuuje siæ wczeúniejsze leczenie, w przeciwnym wypadku trzeba spróbowaã czegoú innego, aý do skutku.

Pacjent stojàcy przede mnà byù chudy, wymizerowany, niechlujny, a jego cera byùa ziemista. Patrzàc na jego dùonie i ræce, zdaùem sobie sprawæ z tego, jak uboga jest moja wiedza z zakresu dermatologii. Nie miaù prywatnego lekarza, co znaczyùo, ýe musiaùem jakiegoú znaleêã. Zastanawiaùem siæ, co powiedzieã, ýeby nie wyjúã na idiotæ.

Zauwaýyùem zmiany na dùoniach i zaczæùo mi coú úwitaã. Niewiele schorzeñ daje wysypkæ czy zaognienia na dùoniach. Jednym z nich jest syfilis. No tak, byùem tak mocno pochùoniæty swymi myúlami, ýe prawie nie sùyszaùem, co facet mówi. Powiedziaù, ýe ma neurodermit i potrzebuje wiæcej úrodków uspokajajàcych.

Ciàgle próbowaùem odtworzyã dokùadnà listæ schorzeñ, które zostawiajà úlady na dùoniach, gdy nagle jego sùowa dotarùy do mojej úwiadomoúci. Neurodermit. Praktyka nauczyùa mnie, ýeby nie okazywaã od razu zdziwienia czy wdziæcznoúci, gdy takie pomoce diagnostyczne spadajà jak z nieba. Dalej oglàdaùem jego ræce, pozwalajàc na przedùuýanie tej sytuacji. Poczuùem, ýe moja wiedza dermatologiczna dorównuje jego wiedzy, gdy poprawnie domyúliùem siæ, ýe zaýywa librium. Byù wdziæczny za kolejne dawki.

Wieczór przemieniaù siæ w noc. Moje kroki stawaùy siæ powolne, a obawy rosùy, dajàc upust wyobraêni przywoùujàcej beznadziejne przypadki, które miaùy na mnie spaúã. Liczba pacjentów nie malaùa. Ciàgle byùo piæciu czy szeúciu w kolejce. Coraz szybciej zszywaùem rany; wynikaùo to z poùàczenia koniecznoúci i malejàcego zainteresowania.

Zawsze przy szyciu czuùem presjæ czekajàcych, wiæc musiaùem siæ spieszyã i przestaùem zwracaã uwagæ na dokùadne dopasowanie krawædzi rany i inne drobiazgi. Nie zrobiùem tego na úlepo, po prostu mniej starannie, ùatwiej osiàgaùem zadowolenie z wyniku.

W ciàgu dnia na przykùad zszyùbym bardzo starannie gùæbokie rozciæcie ræki, wyciàùbym nadmiar skóry, a tak zaszyùem ranæ byle jak, starajàc siæ tylko o to, ýeby nic z niej nie wychodziùo.

W pomieszczeniu badañ laryngologicznych na stole siedziaù zrezygnowany czterolatek. Obok staù jego dziadek. Na mój widok chùopiec zaczàù popùakiwaã, wyciàgajàc ræce w stronæ dziadka, które je przytrzymywaù przez chwilæ. Przeczytaùem zapis na karcie: „Obce ciaùo, prawe ucho”. Po krótkiej rozmowie ubùagaùem chùopca, ýeby pozwoliù mi zajrzeã do ucha.

Gùæboko w przewodzie sùuchowym dojrzaùem coú ciemnego, co wyglàdaùo jak rodzynka albo kamyk.

Dziadek nie znaù ýadnego laryngologa, wiæc wybraùem ze spisu lekarzy kogoú o nazwisku Cushing i zadzwoniùem do niego.

- Doktorze Cushing, tu mówi doktor Peters z nagùych wypadków. Mam tu czteroletniego chùopca z jakimú obcym ciaùem w uchu.

- Jak siæ nazywa?

- Williams. Nazwisko ojca brzmi Harold Williams.

- Czy sà ubezpieczeni?

- Proszæ?

- Czy sà ubezpieczeni?

- Nie mam pojæcia.

- Proszæ sprawdziã, mùodzieñcze.

Ale numer, pomyúlaùem, gdy wracaùem do gabinetu laryngologicznego. Kupa czekajàcych pacjentów, a ja mam sprawdziã ubezpieczenie. Dziadek powiedziaù, ýe nie majà ubezpieczenia.

- Nie, nie majà ubezpieczenia, doktorze Cushing.

- Niech pan siæ zorientuje, czy rodzice pracujà.

Znów wróciùem do gabinetu, ýeby spytaã dziadka. Wùaúciwie zbieranie tych informacji byùo ùatwiejszym zadaniem niý wydzwanianie po lekarzach, aý znajdæ kogoú, komu nie zaleýaùoby tak bardzo na wynagrodzeniu - byùo to nieludzkie i raýàce, na jedno wychodzi.

- Oboje rodzice pracujà.

- Dobrze. To na czym polega problem?

- Maùy Dawid Williams ma coú czarnego w uchu.

- Czy moýe pan to wyjàã, Peters?

- Chyba tak; spróbujæ.

- Úwietnie. Niech wpadnà do mnie w poniedziaùek. Gdyby miaù pan kùopoty, proszæ zadzwoniã.

- Chwileczkæ, doktorze Cushing.

- Tak?

- Rano byùa tu dziewczynka z zakaýeniem obu uszu úrodkowych. Jeden bæbenek byù przerwany, a drugi wybrzuszony. Czy powinienem byù go przekùuã?

- Chyba tak.

- Jak to siæ robi?

- Potrzebne jest specjalne narzædzie, tak zwany nóý do nacinania bùony bæbenkowej. Robi siæ naciæcie w dolnej, tylnej czæúci bùony. Proúcizna; pacjent od razu czuje ulgæ.

- Dziækujæ panu.

- Drobiazg, Peters.

Dziæki za nic, doktorze Cushing. Po tej caùej bezsensownej gadaninie musiaùem sam wygrzebaã to coú z ucha.

Urwaùo siæ, gdy wyciàgnàùem szczypce. Obejrzaùem to, co wyjàùem, i nie mogùem uwierzyã wùasnym oczom. Byùa to tylna czæúã karalucha. Chùopczyk pochlipywaù, gdy wybieraùem to paskudztwo po kawaùku. Ýal mi byùo malucha i chciaùem juý teý mieã to za sobà, bo zbieraùo mi siæ na wymioty.

Ostatnie fragmenty wyleciaùy wraz ze strugà cieczy. Pùacz chùopca stopniowo ucichù. Wytarùem ucho watà ze úrodkiem odkaýajàcym. Wszystko byùo w porzàdku, ale ja byùem bliski omdlenia.

Podczas koñcówki tego zabiegu pielægniarka juý czekaùa ze zniecierpliwieniem. Powiedziaùa, doúã oziæble, ýe Morris ciàgle przebywa w gabinecie ortopedii.

Czasami te siostry mnie dobijaùy, szczególnie w nocy.

Miaùem poczucie winy w stosunku do Morrisa, ale byù tu juý przez dwanaúcie godzin i moja wina naùoýyùa siæ na zùoúã na pielægniarkæ. Goúã spaù, wiæc i tak mu nie zaleýaùo. Gips byù juý suchy. Musiaùem zbudziã kùopotliwego pacjenta, ýeby przymocowaã caùy ten opatrunek bandaýem do korpusu. Nasùuchaùem siæ przy okazji wiàzanki przekleñstw, chociaý lýejszego kalibru niý zwykle.

Martwiùo mnie trochæ, czy Morris bædzie mógù poruszaã barkiem, majàc rækæ przymocowanà do klatki piersiowej. Zrobiùem wszystko wedùug ksiàýki, ale gdyby byùo coú nie tak, to w poniedziaùek poprawià w przychodni. Wracajàc na gùównà salæ NW, powiedziaùem tej nerwowej strzykawie, ýe Morris moýe iúã do domu, gdy tylko ona znajdzie chwilæ czasu miædzy kolejnymi kawami na zrobienie mu zastrzyku przeciw tæýcowi.

Okoùo dwudziestej drugiej zrobiù siæ prawdziwy kocioù i tùok. W miaræ upùywu czasu kolejka wydùuýyùa siæ do dwunastu osób. Na samym úrodku poczekalni staùa spokojnie kobieta, która chciaùa, ýeby zbadaã jej maùà rankæ na grzbiecie nosa, którà zrobiùa sobie sekatorem osiem godzin temu. Nazywaùa siæ Josephs. Nie wiedziaùem, dlaczego czekaùa tak dùugo, ale w kaýdym razie jej lekarz wysùaù jà na NW na zastrzyk przeciw tæýcowi. Niech i tak bædzie. Anatoksyna wspomaga tylko organizm przy wytwarzaniu odpornoúci, ale dziaùa powoli. Dobrze jest uzupeùniã zastrzyk przeciwtæýcowy przeciwciaùami dla czasowej ochrony, szczególnie przy zranieniach sprzed ponad oúmiu godzin.

Dostaliúmy ostatnio dostawæ úwietnej surowicy o nazwie hypertet, ale nie mogùem jej tego podaã bez konsultacji z jej lekarzem, niejakim doktorem Sungiem. Byù on znany z ostrego jæzyka i staroúwieckiej medycyny, którà wyznawaù. Wykræciùem jego numer z drýeniem serca.

- Doktorze Sung, tu doktor Peters z NW. Jest tu pani Josephs i mam zamiar daã jej zastrzyk przeciwtæýcowy. Sàdzæ, ýe powinna dostaã coú, co zadziaùa wczeúniej.

- Racja, Peters. Niech pan jej zaaplikuje antytoksynæ koñskà i to szybko.

- Mamy u siebie globuliny odpornoúciowe o nazwie hypertet, doktorze. Czy nie byùoby to lepsze niý koñska antytoksyna? Dziaùa szybciej i ponadto

- Niech siæ pan ze mnà nie sprzecza. Nie jest pan encyklopedià. Gdybym chciaù hypertet, to bym powiedziaù.

- Doktorze Sung, po surowicy koñskiej istnieje niebezpieczeñstwo uczulenia; bædæ musiaù zrobiã próbæ, a to zajmuje duýo czasu.

- Cholera, za co panu pùacà? Do roboty.

Trzask odkùadanej sùuchawki zadêwiæczaù mi w uchu. Pierdoliã, stary Sung uprawiaù kiepskà medycynæ, ale kiedyú siæ przejedzie. Dlaczego mam siæ pieniã? Niewesoùo z hypertetem, chociaý tak ùadnie przygotowany do zastrzyku. Stawiam 10: l, ýe ten stary kutas nigdy o tym nie sùyszaù.

A, to za to dostajemy pieniàdze, pomyúlaùem ze zùoúcià, gdy studiowaùem dùugà instrukcjæ odnoúnie do testu uczuleniowego z boku butelki z koñskà surowicà, a piætnastu ludzi czekaùo sobie na swojà kolej.

Nie zdàýyùem wszystkiego przeczytaã, gdy usùyszaùem daleki odgùos syreny. Znów ogarnàù mnie strach. Na moje nieszczæúcie równoczeúnie nadjechaùy trzy karetki; kilka osób szybko wyciàgaùo z nich pokiereszowane ofiary tego samego wypadku drogowego i ukùadaùo w salach, gdzie juý byùo sporo czekajàcych pacjentów.

Jeden z pechowców wyglàdaù przeraýajàco, pozostaùych piæcioro byùo paskudnie poranionych. Usiùowaùem zrobiã cokolwiek, zanim caùa ta sytuacja nie odbierze mi wùadzy w nogach, a pielægniarki dzwoniùy po pomoc do lekarzy ze szpitala.

Mùody chùopak miaù caùkowicie zmasakrowany bok gùowy. Jego oddech byù chrapliwy i przerywany. Zaczàùem od kroplówki, ale byã moýe akurat tego od razu nie potrzebowaù. W koñcu z pewnoúcià i tak przyjdzie na to kolej. Oprócz tego pobraùem krew, aby zbadaã jej grupæ i zgodnoúã grupowà. Nastæpnie automatycznie wùoýyùem mu rurkæ dotchawiczà. Normalnie byùoby to dla mnie skomplikowane, ale w tym wypadku rzecz byùa ùatwa, gdyý dolna szczæka chùopca byùa tak poùamana, ýe tylko jà odciàgnàùem. Po wyjæciu kawaùków koúci z jamy ustnej i gardùa oraz usuniæciu krwi wepchnàùem rurkæ, ýeby umoýliwiã mu oddychanie.

Okazaùo siæ, ýe ciúnienie krwi ma w porzàdku. Chciaùem zostaã przy nim, chociaý nic wiæcej nie miaùem tu do zrobienia, ale leýàcy wokóù inni pacjenci woùali o pomoc. Neurochirurg juý schodziù do nas.

Po czasie dowiedziaùem siæ, ýe chùopak zmarù paræ minut po udzieleniu mu pomocy. Przez moment byùem tym bardzo poruszony, ale póêniej zdaùem sobie sprawæ, ýe wùaúciwie nie ýyù juý, zanim zostaù przywieziony.

Teraz, po upùywie tych wszystkich miesiæcy, ùatwiej mi byùo siæ opanowaã i nie angaýowaã emocjonalnie w kaýdy pojedynczy przypadek.

Czekaùy inne problemy, które wymagaùy uwagi. Kobieta w sali obok - teý byùa w stanie krytycznym. Duýy pùat skóry i wùosów, od lewego ucha aý do czubka gùowy, dawaù siæ odchyliã do tyùu, odsùaniajàc wielokrotne zùamanie koúci czaszki, która wyglàdaùa jak obtùuczona skorupka gotowanego jajka. Lewa gaùka oczna byùa znieksztaùcona.

Od czego zaczàã? Oglàdaùem czaszkæ, gdy kobieta nagle zwymiotowaùa krwià, która chlupnæùa po stole na moje spodnie i buty. Dziæki Bogu za kroplówkæ, która nadawaùa mym myúlom pewien tok i kierunek. W poúpiechu przekræciùem kurek, szybko wysùaùem próbki krwi do badania, ýeby przygotowaã wszystko do transfuzji. W zwiàzku z tym, ýe wymiotowaùa krwià, myúlaùem, ýe bædziemy potrzebowaã oúmiu butelek zamiast czterech, chociaý ciúnienie miaùa bardzo dobre. Sprawa normalnego ciúnienia krwi przy niewydolnoúci organizmu zaczynaùa zaprzàtaã mi gùowæ. We wszystkich ksiàýkach podawano, ýe ciúnienie krwi jest gùównym i znaczàcym wkaênikiem czynnoúci ogólnoustrojowych, ale moje dotychczasowe doúwiadczenia zupeùnie temu przeczyùy. Nie baczàc na to, obejrzaùem brzuch kobiety, ýeby siæ zorientowaã, jaka jest przyczyna krwotoku.

Po chwili pielægniarka pilnie wezwaùa mnie do innej sali, gdzie leýaù mæýczyzna z bardzo sùabà akcjà oddechowà. Jak twierdziùa, miaù teý konwulsje. Na pewno dostaù uderzenie w ýoùàdek. Siostra przyniosùa luminal, ýeby powstrzymaã drgawki, ale zanim mu go podaùem, zorientowaùem siæ, ýe nie sà to konwulsje, ale coú w rodzaju odruchów wymiotnych. Zwymiotowaù co nieco, nie krwià, ale alkoholem, który zabryzgaù mi buty.

W samym úrodku tego piekùa zadzwoniù doktor Sung, ýeby spytaã, czy daùem juý tæ surowicæ koñskà. Chciaùem siæ na nim wyùadowaã, ale powiedziaùem tylko, ýe jeszcze nie, bo jestem zajæty.

W tym samym wypadku ucierpiaù teý motocyklista. Byù prawie odarty ze skóry. Wyjàtek stanowiùa gùowa. Jako jeden z niewielu miaù w czasie jazdy kask.

W kaýdym tygodniu znajdzie siæ grupa szaleñców, którzy majà pecha na drodze. Trudno ich wtedy zùoýyã do kupy - kràýyù nawet dowcip o motocykliúcie, który tak siæ poharataù, ýe zostaù przywieziony do szpitala w kilku karetkach.

Najczæúciej przydarzaùy siæ im zùamania, stùuczenia, otarcia. Jeúli w ogóle byli potem w stanie cokolwiek powiedzieã, mówili, ýe motocykl nie jest niebezpieczny, bo przy zderzeniu czùowiek jest katapultowany bez ýadnego oporu. Wyrzucenie w powietrze przy prædkoúci ponad 100 km/godz. i upadek gùowà na beton, a potem przejechanie przez samochód nie pozostawia jednak chirurgowi szans na zrobienie czegokolwiek.

Ten nie byù tylko poocierany, ale miaù teý zmiaýdýonà dolnà czæúã lewej nogi. Wiszàce bezùadnie koúci trzymaùy siæ tylko na úciægnach. Spodnie, skarpety, czæúci butów na gumie i asfalt - wszystko to moýna byùo znaleêã w ranie. Ku memu zdziwieniu pacjent byù przytomny, choã oszoùomiony.

- Boli ciæ coú?

- Nie, nie boli. Ale coú mi wpadùo do prawego oka.

Kurde, przy takiej caùej siekaninie facet martwiù siæ jakimú paprochem w oku. Wyjàùem to. Ciúnienie krwi byùo bez zarzutu, puls trochæ za wysoki, 120. Przyùàczyùem kroplówkæ i wysùaùem próbki krwi do badania, sam decydujàc o przygotowaniu piæciu butelek na wszelki wypadek. Moýe w tej chwili krew nie byùa potrzebna, ale czekaùa go operacja koúci. Za pomocà kleszczyków hemostatycznych próbowaùem powstrzymaã krwawienie z odsùoniætych miæúni nogi. Byùem zdziwiony takà maùà iloúcià krwi, która sàczyùa siæ z rany.

Wróciùem do kobiety, która wymiotowaùa krwià, ale z ulgà przyjàùem fakt, ýe ciúnienie krwi utrzymuje siæ na staùym poziomie. Moýe poùykaùa krew. Rzeczywiúcie krwawiùa z nosa. Upùynæùo dwadzieúcia minut od przyjazdu karetki i przybyùo juý kilku lekarzy ze szpitala, którzy pomagali zajàã siæ pacjentami. Úciàgnàùem radiologów, ýeby zrobili zdjæcia gùów, klatek piersiowych i innych koúci.

Ýaden opis nie potrafi oddaã obrazu sytuacji, która wtedy panowaùa. Byù to kompletny chaos, w którym przeziæbienie, biegunki, maùe dzieci, astmatycy mieszali siæ ze zùamaniami i zmiaýdýonymi gùowami. Niewiele poprawy wniosùo przybycie kilku dodatkowych lekarzy. Na salæ operacyjnà, uprzedzonà zawczasu, zaczæto przekazywaã pierwsze ofiary wypadku drogowego.

Znów zadzwoniù doktor Sung, który straszyù mnie zùoýeniem skargi, jeúli nie zaùatwiæ sprawy tej koñskiej surowicy. Nie opieprzyùem go, ale odùoýyùem sùuchawkæ. Po dwudziestu minutach znów wisiaù na drucie i piekliù siæ, chcàc mnie wysùaã do diabùa akurat wtedy, gdy odsyùaliúmy ostatniego z powaýnie rannych na operacjæ. Staùem zapaãkany mieszankà wymiocin i krwi, prawie nie sùyszàc, co gada. Mógù mi napytaã biedy, wiæc ograniczyùem siæ do zachwalenia hypertetu i szybkoúci jego dziaùania. To wkurzyùo go jeszcze bardziej. Wúciekaù siæ, ýe zabierze od nas pacjentkæ. Pewne byùo, ýe dostanæ naganæ na piúmie. To tyle o sprawach zasadniczych.

Koùo jedenastej przeszedù prawdziwy huragan, pozostawiajàc mrowie pacjentów z nie tak powaýnymi obraýeniami, znacznie wiæcej niý zwykle, z uwagi na to, do czego doszùo wczeúniej. Byli dosùownie wszædzie - w úrodku, na zewnàtrz, siedzieli na rampie dojazdowej, podùodze, krzesùach.

Zaczàùem wædrówkæ od sali do sali; sùuchaùem po ùebkach tego, co mówili. Ruszaùem siæ jak przeciàýona maszyna.

Jakiú facet przewróciù siæ na przyjæciu koùo basenu, zùamaù sobie nos na desce do pùywania, a potem jeszcze rozciàù kciuk o szklankæ z drinkiem. Nos byù prosty, wiæc nic nie robiùem. Rozciæcie szybko zszyùem po powiadomieniu lekarza tego goúcia. Nawet i on wydawaù siæ po kielichu.

Byùa to rzeczywiúcie noc pijaków - wiækszoúã miaùa rozciæcia, siniaki lub najzwyklejszego kaca, z wymiotami i nudnoúciami. Poza tym nadal zjawiaùy siæ dzieciaki, zamiast juý spaã. Jak zwykle ich problemem byùa biegunka, katar i goràczka.

Wúród tych nieznoúnych maluchów byù jeden z temperaturà ponad 41 stopni, chociaý nie mogùem siæ doszukaã ýadnych przyczyn. Zaniepokoiùo mnie to. Bardzo ludzkim odruchem jest pragnienie udzielania pomocy; od lekarza wræcz siæ tego oczekuje. Rodzice prawie za kaýdym razem domagajà siæ penicyliny. Ja nie ulegam. Leczenie takiego objawu jak goràczka bez wiarygodnej diagnozy nie jest porzàdnà medycynà. Pobieýnie i krótko zaglàdaùem do uszu czy gardeù tych maùych rozdarciuchów. Czasami udawaùo mi siæ trafiã, czasem nie. Nadal byùem niedouczony.

Robiùa siæ typowa sobotnia noc. Tùum przerzedziù siæ okoùo pierwszej. Coraz mniej byùo spraw, które odrywaùy ludzi od telewizorów i pchaùy w stronæ NW - takich jak przeziæbienia, biegunki i jakieú drobne rany kùute.

Za jakàú godzinæ zacznà przychodziã ci, którzy nie mogà z jakichkolwiek powodów zasnàã. Te same dolegliwoúci, które nie przeszkadzaùy im w ciàgu dnia czy wieczorem, nagle zaczynajà urastaã do problemu, nie dajà im spaã.

Delikwenci pætajà siæ w úrodku nocy, ýeby spotkaã siæ z bystrym i wyrozumiaùym staýystà. Na przykùad przychodzà i uskarýajà siæ na swædzenie ud.

Kiedyú przysnàùem koùo piàtej, a obudzono mnie, bo jakiú upierdliwy pacjent nie mógù sobie poradziã z takim wùaúnie drobiazgiem.

Zaraz po pierwszej przyjechaùa karetka bez sygnaùu i przywiozùa dziewczynæ po dwudziestce, która byùa prawie w stanie gùæbokiej úpiàczki. Zaýyùa jakieú úwiñstwo. Jak siæ okazaùo, byùo to: dwanaúcie aspiryn, dwie tabletki seconalu, trzy librium i kupa witamin. Wszystkie te leki, z wyjàtkiem witamin, mogà byã niebezpieczne, szczególnie seconal, úrodek nasenny. Trzeba wziàã sporo, jeúli chce siæ uzyskaã tragiczny skutek. W innym razie jest to tylko pozerstwo, infantylna próba zwrócenia na siebie uwagi i wzbudzenia zainteresowania.

Typowe sà przypadki mùodych kobiet zagubionych w nierealnym úwiecie propagowanym przez „True Romance”. Mogà budziã zainteresowanie i wspóùczucie, ale nie w moim stanie; byùem tak zmæczony, ýe poczucie utoýsamienia siæ z takà osobà dawno juý zagùuszone zostaùo przez zùoúã. Jak mogùa odwaliã taki numer akurat w sobotnià noc? Nie mogùa poczekaã z tym przedstawieniem do wtorku rano?

Zaraz za karetkà przybyùa rodzina i przyjaciele, co jest raczej normalne. Zostali w poczekalni, rozmawiali nerwowo i palili papierosy. Patrzyùem, jak dziewczyna spokojnie úpi na stole. Nastæpnie poùoýyùem rækæ na jej policzku i wypowiedziaùem jej imiæ, Carol. Otworzyùa powoli oczy, tak ýe widaã byùo jedynie poùowæ êrenic, i pùaczliwym gùosem powiedziaùa:

- Tommy.

„Tommy, zasraniec”. Zdenerwowanie zamieniùo siæ w zùoúã, gdy moje wyczerpanie i wrogie nastawienie nazwaùo rzeczy po imieniu i wziæùo góræ. Powiedziaùem, ýe zrobiæ dziewczynie pùukanie ýoùàdka. Nie naleýaùo to do przyjemnoúci, ale chciaùem, ýeby zapamiætaùa pobyt na NW. Poza tym wiedziaùem, ýe jeúli zadzwoniæ do jej lekarza, ten bædzie pytaù, co miaùa w ýoùàdku.

Rurka do pùukania ýoùàdka ma póù cala úrednicy. Posadziùem dziewczynæ, a póêniej wepchnàùem rurkæ przez nos i gardùo. Nagle otworzyùa oczy i poprzez odruchy wymiotne usiùowaùa uwolniã siæ z uúcisku przytrzymujàcych jà sanitariuszy. Wokóù rurki pojawiùo siæ tylko trochæ wymiocin, ale po wprowadzeniu jej gùæbiej do ýoùàdka wyszùo wszystko, razem z nie rozpuszczonym seconalem i kawaùkiem kapsuùki librium. Przy wyjmowaniu rurki zwróciùa caùà resztæ treúci ýoùàdkowej. Po paru minutach zaczæùa dziaùaã wymiotnica. Dziewczyna zwracaùa kilkakrotnie, aý do caùkowitego opróýnienia ýoùàdka.

Do czekajàcych doùàczyù Tommy. Moýe teý chciaù trochæ wymiotnicy, ýeby odegraã swojà rolæ w melodramacie.

Po pobraniu próbki krwi do zbadania, czy aspiryna zmieniùa odczyn krwi, i przekonaniu siæ, ýe nie, zadzwoniùem do lekarza Carol. Powiedziaùem mu, co zaýyùa i ýe jest juý w dobrym stanie, caùkowicie wróciùa do normy.

- Co pan z niej wypompowaù?

- Seconal, trochæ librium, nic poza tym.

- Peters, dobra robota. Niech pan jà odeúle do domu i powie jej ojcu, ýeby zadzwoniù do mnie w poniedziaùek.

Wkrótce Carol zabrano do domu, w peùni chwaùy, pokrytà wymiocinami.

Nigdy sobie nie wyrzucaùem, ýe potraktowaùem jà tak szorstko, zwùaszcza ýe byùo to po osiemnastu godzinach dyýuru; chociaý nie byù to powód do dumy. Co zrobiã, taka jest prawda.

Okoùo póùnocy nastàpiùa zmiana pielægniarek. Przyszùy dwie, úwieýe i peùne zapaùu, zræczne i bardzo gadatliwe jak na tak póênà poræ. Ta odmiana jeszcze pogorszyùa moje wszawe samopoczucie. Kolejny pacjent nie zmieniù mojego nastroju. Byùa to kobieta, a na jej karcie widniaù zapis: „Depresja, kùopoty z oddychaniem”.

Po wejúciu do salki moje przeczucia znalazùy potwierdzenie. Zobaczyùem kobietæ w wieku dobrze ponad czterdzieúci lat, która miaùa na sobie bùækitny szlafrok. Leýaùa na stole i jednà rækà przyciskaùa obfite piersi. Pozostaùe dwie panie, stojàce tuý obok, histerycznie próbowaùy mi i pielægniarce wmówiã, ýe ich przyjacióùka nie jest w stanie oddychaã. Ja jednak, nawet z daleka, widziaùem, ýe oddycha bez problemu.

- Och, panie doktorze - bùagalnie cedziùa sùowa z akcentem gùæbokiego Poùudnia - mam kùopoty z oddychaniem. Musi mi pan pomóc.

Wyczuùem zapach przetrawionego alkoholu. Jedna z histeryczek wyjæùa buteleczkæ. Rzuciùem na to okiem - seconal.

- Ach, te czerwone, maùe pastylki. Przysiægam, ýe wziæùam tylko dwie. To dobrze?

Kobieta z Poùudnia spojrzaùa na mnie spod trzepoczàcych powiek. Byùa w cholernie dobrym nastroju jak na drugà w nocy. Miaùem ogromnà chæã wypieprzyã tæ neurotyczkæ na zbity ùeb. Úciàgnæùoby to na mnie gromy - a moýe nawet byùby to koniec mojej drogi zawodowej. Mimo rozczarowania tym caùym systemem nie posunàùem siæ aý tak daleko.

- Czy sùyszy pan coú podejrzanego, doktorze?

Zmusiùem siæ, ýeby osùuchaã jej pùuca, ale wszystko byùo w normie.

- Jak widzæ, ma pan zamiar zmierzyã mi temperaturæ i ciúnienie krwi - powiedziaùa rozradowana. - Czujæ siæ naprawdæ fatalnie. Nie wiem, co siæ ze mnà dzieje.

Po wùoýeniu termometru do ust i zaùoýeniu opaski ciúnieniomierza udaùo mi siæ jà na chwilæ uciszyã. Z zadowoleniem wykorzystaùem okazjæ, ýeby siæ od niej uwolniã, chociaý na moment. Wyszedùem, ýeby zadzwoniã do lekarza w hotelu, w którym zatrzymaùa siæ moja dama. Powiedziaù, ýeby daã jej librium.

Wróciùem i zmusiùem siæ, ýeby byã miùym.

- Lekarz hotelowy zasugerowaù, bym podaù pani librium.

- Librium, czy to sà takie maùe zielono-czarne tabletki? Obawiam siæ, ýe jestem na to uczulona. Mam po tym wzdæcia, a czasami nawet wypycha mi hemoroidy - powiedziaùa, wstajàc.

Zaczæùa opowiadaã o róýnych tabletkach i szczegóùach swych przypadùoúci stolcowo-trawiennych.

W poùowie tego wywodu, godnego Blanche Du-Bois, przerwaùem jej, mówiàc, ýe moýe pomarañczowy thorazine bædzie równie dobry.

- Pomarañczowy thorazine! - zapiszczaùa z zadowolenia. - Nigdy jeszcze tego nie braùam! Nie wiem, jak panu podziækowaã. Doktorze, jest pan wspaniaùy!

Wyszùy wszystkie, rozmawiajàc radoúnie o cudach medycyny. Jedna z pielægniarek, Karen Christie, przyszùa ze szpitala, lekko utykajàc. Spadùa ze schodów, lecz nie wyglàdaùo, ýeby staùo siæ coú powaýnego. Uwaýaùa, ýe lepiej jednak sprawdziã i przekonaã siæ o tym. Mimo braku úladów upadku na biodrze zasugerowaùem przeúwietlenie, aby nabraã zupeùnej pewnoúci, ýe wszystko jest dobrze.

Wszyscy w szpitalu sà przeczuleni, jeúli chodzi o jakieú obraýenia, których doznaje personel.

Po piætnastu minutach zdjæcie panny Christie byùo juý gotowe. Wùoýyùem je na podúwietlacz pomiædzy caùà taliæ czaszek i zùamanych koúci.

Mój wzrok byù juý nieco osùabiony, gdy przyglàdaùem siæ obrazowi koúci udowej, panewki, koúci biodrowej, koúci krzyýowej itd. Nie zauwaýyùem nic zùego, wszystko byùo w porzàdku. O maùo co pominàùbym coú zwiniætego, biaùego, na úrodku zdjæcia. Przyjrzaùem siæ dokùadniej i zdziwiùo mnie, jak technikowi udaùo siæ uzyskaã taki dziwny artefakt. Po chwili doszùo do mojej rozespanej ùepetyny, ýe patrzæ na spiralæ antykoncepcyjnà.

Przypadek panny Christie stawaù siæ przez to podwójnie ciekawy i poprawiù mi chwilowo kiepski nastrój.

Niestety, mój wisielczy humor powróciù wraz z kolejnym pacjentem. Siedziaù spokojnie, trochæ szlochajàc, poniewaý rozbiù sobie nos, gdy samochód, w którym jechaù, uderzyù w kolumnæ hydrantu. Wcale go nie przynaglaùem, a i tak opowiedziaù caùà historyjkæ. Nie wchodziù nikomu w drogæ - poderwaùa go jakaú lesbijka, która byùa tak wkurzona na swojà towarzyszkæ, ýe najechaùa na hydrant. Nie pytaùem, co z tà lesbijkà, bo ulýyùo mi, ýe tu jej nie ma.

Pomyúlaùem z niesmakiem, ýe ten frajer jest ofiarà nocy na kilka sposobów. Nie mogùem go strawiã; przy braku wspóùczucia byùo to ponad moje siùy.

Siedziaù, beczaù i bùagaù o „Wujka” Henry’ego. Okazaùo siæ, ýe nawet „Wujkowi”, po przyjúciu, nie udaùo siæ przekonaã tego bubka, ýe przeúwietlenie nie grozi úmiercià. W koñcu, po zapewnieniu, ýe Henry zostanie przy nim do koñca, udaùo siæ wysùaã go na zdjæcie.

Klisza wykazaùa zùamanie nosa, a prywatny lekarz wyraziù telefonicznie zgodæ na przyjæcie do szpitala. Nieco póêniej przyszedù policjant, który przedstawiù prawdziwà wersjæ zdarzenia. Byùa to najzwyklejsza bijatyka w pewnym barze dla pedaùów; lesbijka istniaùa tylko w wyobraêni ofiary.

Gdzieú w oddali znów usùyszaùem zùowrogi dêwiæk syreny. Miaùem nadziejæ, ýe tym razem karetka nas ominie. Jak na zùoúã, podjechaùa z ùoskotem na parking i cofnæùa siæ szybko pod rampæ.

Zupeùnie nie byùem przygotowany na to, co zobaczyùem - ludzkie wraki po kolejnym wypadku samochodowym. Dwie dziewczyny na noszach z pewnoúcià wyleciaùy przez przednià szybæ. Byùy zakrwawione od pasa w góræ, gùowy i twarze miaùy owiàzane bandaýem. Po wyjæciu dziewczyn z karetki o wùasnych siùach wyszli dwaj mæýczyêni z niewielkimi stùuczeniami.

Gejzer krwi oblaù mi twarz i klatkæ piersiowà, gdy zdjàùem bandaýe z twarzy jednej z dziewczyn. Szkolny przypadek krwawienia tætniczego - taka byùa moja pierwsza myúl, gdy zmieniaùem opatrunki.

Zaùoýyùem paræ wysterylizowanych rækawic i maskæ, a póêniej zerwaùem szybko bandaýe, wciskajàc w ranæ kawaùki gazy, czego wymagaùo szerokie rozciæcie zaczynajàce siæ na czole, przechodzàce miædzy oczami i koñczàce siæ prawie przy ustach. Naczynia krwionoúne sikaùy krwià we wszystkich kierunkach. Z ogromnym trudem zaùoýyùem kleszczyki hemostatyczne, ale zanim zdàýyùem coú wiæcej, dziewczyna zerwaùa je. Byùa pijana. Przez chwilæ toczyliúmy swoistà, okrutnà i krwawà walkæ - ja zakùadaùem kleszczyki, a ona je zrywaùa. W koñcu moja wytrwaùoúã wziæùa góræ, podwiàzaùem naczynia krwionoúne i zostawiùem trochæ roboty, ýeby podreperowaã kasæ chirurga plastycznego. W tym czasie jeden z lekarzy szpitalnych zajàù siæ drugà dziewczynà.

Okazaùo siæ, na szczæúcie, ýe obie odbywaùy sùuýbæ wojskowà, i z uwagi na to, ýe nie groziùa im úmierã w ciàgu nastæpnej godziny, zostaùy odesùane do szpitala garnizonowego.

Zostali ci dwaj z tego samego wypadku. Byli w gruncie rzeczy w niezùym stanie. Przemyùem ich otarcia, mechanicznie zszyùem paræ ran na gùowie, nie odzywajàc siæ przy tym w ogóle.

Okoùo 3.30 zostaù tylko jeden pacjent - szesnastomiesiæczne dziecko. Ledwo trzymaùem siæ na nogach i niezbyt dobrze przypominam sobie ten przypadek. Pamiætam, ýe rodzice przynieúli szkraba, bo nic nie jadù od tygodnia, czy coú w tym rodzaju. Obawiajàc siæ, ýe coú ujdzie mojej uwagi, poprosiùem ich, ýeby powtórzyli to kilkakrotnie. Caùy czas dziecko uúmiechaùo siæ i nie spaùo. Z pewnà dozà sarkazmu spytaùem, czy nie sàdzà, iý ich zachowanie jest trochæ dziwne. Chcieli wiedzieã, dlaczego dziwne; oni siæ martwili. Powoli zaczynaùa zalewaã mnie krew, gdy badaùem w ciszy to zupeùnie normalne dziecko. W chwilæ póêniej poleciaùem do telefonu, ýeby zadzwoniã do ich prywatnego lekarza. Byù równie podminowany, bo go obudziùem. Absurd, lekarz siæ piekliù, gdyý jego pacjent zawracaù mi gitaræ o 3.30 nad ranem. Zakoñczyùem wszystko, przekazujàc sprawæ w ræce pielægniarek, które odesùaùy caùà trójkæ do domu. Nie byùem juý w stanie znów z nimi rozmawiaã.

Wyszedùem na rampæ i wpatrywaùem siæ, zupeùnie otæpiaùy, w cichà ciemnoúã. Czuùem siæ omdlaùy i sflaczaùy, ale wiedziaùem z gorzkiego doúwiadczenia, o ile gorsze byùoby moje samopoczucie, gdyby ktoú obudziù mnie po piætnastu czy dwudziestu minutach snu z powodu pojawienia siæ kolejnego pacjenta.

Wszystkie pielægniarki zajæte byùy jakimiú drobiazgami - z wyjàtkiem jednej, która piùa kawæ. Ogarnæùo mnie uczucie dziwnego oderwania od otaczajàcych mnie spraw, jakbym nie dotykaù ziemi, oraz osamotnienia.

Gdzieú podziaù siæ mój strach, przepædzony wyczerpaniem. Gdyby teraz przydarzyùo siæ coú powaýnego, byùbym tylko zdolny staraã siæ utrzymaã pacjenta przy ýyciu, aý przyszedùby lekarz. Oczywiúcie, byùa to teý poýyteczna funkcja, jakkolwiek by na to patrzeã. Wciàý dokonywaùbym cudów z pijakami, desperatami i maùymi dzieciakami, które akurat nie wykazywaùy chæci do jedzenia - to przecieý mój wybór.

Zaczàù dobiegaã do mnie coraz bliýszy dêwiæk klaksonu volkswagena, który burzyù zùudny spokój NW. Gdy narastaù, przypomniaùem sobie bohatera pewnej kreskówki, który nazywaù siæ Road Runner - gùupie skojarzenie, ale w pewnym sensie adekwatne do stanu mojego umysùu.

Moýe to i byù Road Runner. Po trzydziestu sekundach fantazja zamieniùa siæ w rzeczywistoúã - volkswagen na sygnale, który podjechaù pod rampæ. Z samochodu wyskoczyù facet, który rozpaczliwym krzykiem informowaù, ýe jego ýona tam rodzi. Zawoùaùem siostræ, ýeby przyniosùa zestaw narzædzi do porodu, zbiegùem do volkswagena i otworzyùem prawe drzwi. Z tyùu leýaùa kobieta, najwyraêniej w ostatnim stadium akcji porodowej.

Oúwietlenie byùo bardzo kiepskie i ledwo byùo coú widaã. Wszystko trzeba bædzie zrobiã na wyczucie. Zaczæùy siæ kolejne skurcze i poczuùem, ýe w kroczu pojawiùa siæ gùówka noworodka. Musiaùem przeciàã noýycami majtki. W czasie skurczu kobieta wydawaùa jakieú pomruki. Caùy czas przytrzymywaùem gùówkæ dziecka, chroniàc jà przed wyskoczeniem. Przekonaùem rodzàcà, ýeby z boku przekræciùa siæ na plecy. Przesunàùem przednie siedzenie do przodu. Jednà nogæ kobiety przyparùem do tylnej szyby, a drugà uùoýyùem na siedzeniu.

Moje ræce poruszaùy siæ odruchowo, a w nie zaangaýowanym w to wszystko umyúle zaczæùy powstawaã absurdalne skojarzenia - na przykùad przypomniaù mi siæ stary dowcip: co jest trudniejsze od wpakowania ciæýarnej sùonicy do volkswagena? Zapùodnienie sùonicy w volkswagenie.

Po ustàpieniu skurczu powoli wyciàgnàùem gùówkæ, obracajàc i lekko ciàgnàc, ýeby wyszùo jedno ramiæ, póêniej drugie, aý w koñcu trzymaùem w rækach coú úliskiego. Gdy usiùowaùem wyjúã z samochodu, omal nie upuúciùem noworodka. Dziæki Bogu zaraz siæ zakrztusiù i zaczàù pùakaã.

Ojciec dziecka nie bardzo wiedziaù, co robiã, i zachowywaù siæ w doúã dziwny sposób. Przerwaù swoje gùoúne ubolewanie z powodu zabrudzonej tapicerki i spytaù, czy to chùopiec, czy dziewczynka. W ciemnoúci i tak nie zauwaýyùem. Chyba nie byùo to jego pierwsze dziecko.

Chciaùem odciàgnàã wody z buzi dziecka za pomocà gruszki, ale nie mogùem utrzymaã go na jednej ræce. Podaùem malucha jednej z pielægniarek i wyraênie powiedziaùem, ýeby trzymaùa go na wysokoúci matki. Odciàùem pæpowinæ po zaùoýeniu kilku zacisków. Wreszcie wszyscy - ojciec, lekarze, pielægniarki - pomogli mi wynieúã kobietæ z samochodu.

Ùoýysko z bùonami pùodowymi wyszùo bez komplikacji. Ze zdumieniem stwierdziùem, ýe nie byùo ýadnych naciæã.

Wszyscy przeszli na oddziaù poùoýniczy.

Noworodek wynagrodziù caùe trudy nocy. Moýe dadzà mu moje imiæ. Bardziej jednak prawdopodobne, ýe bædzie siæ zwaù Volkswagen.

Nie przejàùem siæ prawie tym, ýe podczas caùego zamieszania w zwiàzku z porodem przyszedù jakiú brudny pijaczyna. Miaù ranæ ciætà na gùowie. Zaszyùem jà bez znieczulenia, przy klàtwach, które na mnie rzucaù. Klàù zresztà i wymachiwaù w mojà stronæ, gdy tylko mnie zobaczyù. Byù tak pijany, ýe nie mógù nic czuã. Po zaùoýeniu ostatniego szwu wszedùem do pokoju lekarzy, walnàùem siæ na wyro i natychmiast zasnàùem.

Byùa wtedy 4.45, a o 5.10 zapukaùa pielægniarka, ýeby mnie obudziã. Czekaù kolejny pacjent. Najpierw byùem zupeùnie zdezorientowany. Nie mogùem sobie przypomnieã, gdzie jestem. Czuùem tylko ùomot serca. W ciàgu dwudziestu piæciu minut sen, wielki uzdrowiciel, odebraù mi zdolnoúã dziaùania, wprowadziù mnie w stan osùabienia i zawrotów gùowy. W polu mojego widzenia pojawiùy siæ bùyszczàce iskierki. Wszystko jednak przechodziùo, gdy zaczàùem siæ ruszaã. Mimo to moje lewe oko ciàgle nie byùo w stanie siæ skupiã. Otworzyùem drzwi i úwiatùo na korytarzu zdaùo mi siæ tysiàcem gorejàcych ýarówek. Byùem w najbardziej gównianym stanie, w jakim moýna siæ byùo w ogóle znaleêã.

Pacjent, gdzie jest pacjent? Na karcie, którà miaùem w ræce, ktoú napisaù: „Bóle brzucha, 12 godzin”. Boýe! Oznaczaùo to, ýe muszæ wszystko opisaã, a moýe jeszcze czekaã na wyniki badañ laboratoryjnych. Wszedùem do sali i spojrzaùem na chorego - wiek okoùo czternastu lat, miækkie, jedwabiste wùosy do ramion, duýy nos, szczupùa sylwetka. Matka usiadùa w rogu. Lista pytañ w razie podejrzenia o zapalenie wyrostka robaczkowego jest dùuga, wiæc zaczàùem od razu.

- Kiedy zaczæùy siæ bóle? Czy boli w jednym miejscu? Czy jest to coú, co przypomina skurcze ýoùàdka? Czy przechodzi, czy boli ciàgle?

Zadajàc pytania, sprawdzaùem, które miejsca brzucha reagujà na dotyk - obmacywaùem brzuch przez bermudy, które w hawajskim klimacie byùy typowà czæúcià ubioru. Pod spodem byùo coú dziwacznego, zarys paska? Gùupie.

- Czy dzisiaj dziecko coú jadùo? A wieczorem? Czy byùy wymioty?

Brzuch byù raczej miækki. Nie mógù byã za bardzo wraýliwy na ucisk, bo przesuwanie mojej ræki nie wywoùaùo ýadnej reakcji.

- Czy byùo ostatnio wypróýnienie? Czy stolec byù normalny? - Wyjàùem stetoskop. - Mocz? Normalny? Wùoýyùem koñcówki stetoskopu do uszu i przyùoýyùem sùuchawkæ do brzucha. Odpowiedzi na pytania docieraùy do mnie jak przez filtr. - Czy wczeúniej juý wystæpowaùy podobne bóle brzucha? Czy byùy jakieú schorzenia wrzodowe?

Z pewnych wzglædów zostawiaùem pytanie o cykl miesiàczkowy na koniec. To tylko maùa formalnoúã.

- Kiedy miaùaú ostatni okres?

- Jestem chùopakiem. - Usùyszaùem skruszony gùos.

Spojrzaùem na nià - niego. Moja pusta czaszka doznaùa maùego wstrzàsu.

Dùugie, jedwabiste wùosy, luêna, zamszowa koszula. Chociaý nie, to byùa bluzka. Pasek! Wsadziùem rækæ pod pasek i uniosùem praktycznie pacjenta nad stóù. Nie byùo wàtpliwoúci - mæski czùonek.

Matka odwróciùa wzrok. Nie byùem przygotowany na takie radykalne zmiany. Wszystko wydawaùo siæ wielkim, okrutnym ýartem. Siliùem siæ, ýeby postawiã màdrà diagnozæ, a nie okreúliùem poprawnie pùci. Nie ma co, ale i tak nie byùo to nic powaýnego, ýaden wyrostek. Moýe tylko zwykùe skurcze ýoùàdka. Pomyúlaùem, ýe gdybym powiedziaù mu, ýe to bóle miesiàczkowe, i tak byùby zadowolony.

Po tym wszystkim znów szybko zasnàùem. Bum! Otworzyùy siæ drzwi i czarujàca pielægniarka oznajmiùa, ýe mam pacjenta. Przeszedùem przez to, co poprzednio: koszmar przebudzenia, oúlepienie úwiatùem i powolne dochodzenie do siebie.

Tym razem byùa to úlicznotka z Samoa ciàgnàca swà cierpiàcà matkæ, która nie znaùa ani sùowa po angielsku.

Z reguùy korzystaliúmy z tùumaczy, gdyý liczba jæzyków, którymi posùugiwano siæ na okolicznych wyspach, byùa nieprzeliczona. Angielszczyzna córki byùa poniýej krytyki.

Pacjentka skarýyùa siæ na wszystko i chyba nie miaùa ýadnego zdrowego organu. Bolaùo jà tu i tam, ból gùowy, osùabienie, bezsennoúã i ogólnie czuùa siæ beznadziejnie, zupeùnie jak ja.

Zadaùem córce pytanie, mówiàc bardzo wyraênie, czy matka odczuwaùa jakieú pieczenie przy oddawaniu moczu, ale w odpowiedzi zobaczyùem tylko pusty wzrok. Powtórnie zapytaùem, czy jej matka odczuwaùa ból, gdy robiùa siusiu, lulu - szukaùem jakichú synonimów - gdy leciaùa z niej woda. Wydawaùo mi siæ, ýe nareszcie zaúwitaùa iskierka zrozumienia.

- Czy matka ma bóle, gdy leci z niej woda? - powtórzyùem.

Usùyszaùem znakomità odpowiedê, po której chciaùem rzuciã w diabùy caùà medycynæ. Dziewczyna powiedziaùa, ýe nie wie. W ýadnym sùowniku jæzyka angielskiego nie moýna znaleêã sùowa, które odzwierciedlaùoby mojà frustracjæ. Powiedziaùem, ýeby w koñcu jà o to zapytaùa. Zapytaùa.

- Tak - usùyszaùem.

W ten sposób przeszliúmy przez wszystkie pytania. Powoli i z namaszczeniem - za kaýdym razem odpowiedê byùa twierdzàca. Tak wiæc odczuwaùa ból przy oddawaniu moczu, sikaùa czæsto, wymiotowaùa, miaùa biegunkæ, upùawy, zaparcia, bóle w klatce piersiowej, kaszel, bóle gùowy

Starsza pani narzekaùa bardzo na bóle w klatce, wiæc chciaùem zrobiã elektrokardiogram, ale przyrzàd siæ zepsuù.

Gdy usùyszaùem za oknem úpiew ptaków, wydawaùo mi siæ, ýe chcà mnie zaatakowaã; ale one, oczywiúcie, oznajmiaùy tylko nadejúcie dnia. Byùem tak zmæczony, ýe nie bardzo przejmowaùem siæ stanem pacjentki ani czymkolwiek innym. Byùem zupeùnie pewien, ýe nie umrze w ciàgu paru nastæpnych godzin, wiæc daùem jej gelusin, który jej zasmakowaù, i wyznaczyùem wizytæ w przychodni.

Byù juý wspaniaùy poranek, gdy wyszùa. Zanim udaùo mi siæ pójúã do pokoju lekarzy, ujrzaùem starszego faceta i dziecko. Matka upuúciùa dziecko, które spadùo na ràczkæ - byùa teraz opuchniæta. Facet z kolei przed paroma dniami nadweræýyù sobie krægosùup. Wysùaùem ich na przeúwietlenie, a sam najzwyczajniej zasnàùem na krzeúle przy pulpicie.

Mój zmiennik nie budziù mnie. Po czterdziestu piæciu minutach sam siæ ocknàùem, ale czuùem siæ tak paskudnie jak przed zaúniæciem. Wiedziaùem jednak, ýe mogæ wreszcie iúã do swego ùóýka. Gdzie sà kamery, myúlaùem, czùapiàc do siebie i wyglàdajàc jak dzieùo sùynnego malarza Jacksona Pollocka namalowane za pomocà wymiocin, úluzu i krwi.

Po zrzuceniu ciuchów i wsuniæciu siæ do chùodnej, szorstkiej poúcieli czuùem siæ nadzwyczajnie.

Zaczynaùo siæ wolne. Po ponadmiesiæcznym pobycie na NW byùem fizycznym i psychicznym wrakiem.

Doszedùem do siebie koùo lunchu, gdy obudziùy mnie ptaki, sùoñce i gùód. Golenie i natrysk przywróciùy mi trochæ czùowieczeñstwa. Gdy przyczùapaùem na posiùek przez zalany poùudniowym sùoñcem úwiat, znów staùem siæ czæúcià rzeczywistoúci.

Po lunchu ulegùem nieodpartej pokusie, ýeby oderwaã siæ od szpitala. Rozsàdnie byùoby jeszcze trochæ pospaã, ale z doúwiadczenia wiedziaùem, ýe niezaleýnie od tego, jak byùem zmæczony, caùy popoùudniowy gwar jakoú trzymaù mnie na nogach. Wùoýyùem wiæc kàpielówki, zapakowaùem deskæ surfingowà do samochodu, do tyùu wrzuciùem paræ medycznych ksiàg i pojechaùem na plaýæ.

Jazda i caùa feeria barw i ruchu byùy úwietnym lekarstwem na skoùatanà duszæ. Wszædzie widziaùo siæ ludzi, caùych i zdrowych. W szpitalu nabiera siæ przekonania, ýe kaýdy czùowiek ma biegunkæ lub bóle w klatce piersiowej. Teraz wszyscy spacerowali, úmiech ùàczyù siæ z zabawà, opaleniznà i jaskrawymi bikini - zupeùna normalnoúã.

Ja ze swymi posæpnymi myúlami czuùem siæ jakoú obco, jakbym nie naleýaù do tej spoùecznoúci. Byùem zbyt zmæczony, ýeby popùywaã albo pograã w siatkówkæ. Poùoýyùem siæ na deskæ, odwróciùem do sùoñca i patrzyùem na otaczajàcy mnie úwiat.

Nie próbowaùem z nikim rozmawiaã i nikt mnie nie zaczepiù, co mnie wcale nie zmartwiùo. Byùem tak przesiàkniæty sprawami NW, ýe moje biadolenie o krwi i poùamanych koúciach kaýdemu odebraùoby ochotæ do pogawædki.

To nie byùby gùówny temat; gùównym byùbym ja sam - moja zùoúã, zmæczenie i strach. Daj spokój, pomyúlaùem. Doúã tych dramatycznych sùów, przestañ rozpaczaã nad samym sobà. Cóý z tego, ýe gówniano byã staýystà? Chcesz, to zmieñ zajæcie, ale skoñcz ze wspóùczuciem dla siebie. To nic nie pomoýe, nikomu, a najmniej tobie.

Ciàgle pragnàùem, ýeby ludzie przestali wywieraã na nas takà presjæ, ýeby zdali sobie sprawæ z tego, ýe kitel i stetoskop nikomu nie przydajà màdroúci.

Okay, starczy tego - trzeba siæ zdrzemnàã. Zasnàùem na sùoñcu, sam, otoczony radoúcià i úmiechem. Sypiaùem kaýdego popoùudnia, gdy miaùem wolne. Spanie rano, jedzenie, spanie po poùudniu, jedzenie. Nie robiã nic przez jakiú czas, potem spaã, obudziã siæ i przekonaã, ýe zaczyna siæ nowy dwudziestoczterogodzinny kierat, zdziwiã siæ, ýe czas tak szybko przeleciaù.

Obudziùem siæ póênym popoùudniem. Ludzi byùo znacznie mniej i sùoñce nie grzaùo tak mocno. Nikt mi nie przeszkadzaù, siedziaùem i patrzyùem na sùoñce odbijajàce siæ w wodzie, zupeùnie jak ognisko. Ruch sùoñca byù wytùumaczeniem dla moich bezproduktywnych myúli i bezczynnoúci.

Nie to, ýe byùem nieprzytomny; wszystko do mnie docieraùo - ruch, dêwiæk, barwy. Po prostu nie kontaktowaùem.

Hastings musiaù kilkakrotnie pomachaã rækà tuý przed moim nosem, zanim go spostrzegùem i rozpoznaùem. Surfing? Pewnie, dlaczego nie, jeúli bædæ w stanie wejúã z deskà do wody. Byùem zupeùnie bez siù, jakby sùoñce wyciàgnæùo ze mnie resztki energii. To byùa kolejna czæúã moich zajæã wolnego dnia. Hastings przychodziù do mnie na plaýæ, doúã póêno, i pùywaliúmy na desce w milczeniu, z wyjàtkiem okrzyku „uwaga”, gdy nadchodziùa duýa fala. Nie rozumiem, dlaczego dùugo uzgadnialiúmy, gdzie mamy siæ spotkaã, a potem nie zwracaliúmy na siebie najmniejszej uwagi. Obu nam to bardzo odpowiadaùo.

Wypùywanie na szerokà wodæ byùo najwaýniejszà czynnoúcià, swego rodzaju katharsis. Znów wszystkie czæúci ciaùa i myúli stanowiùy jedno. Wiosùowaùem za pomocà ràk i nóg, czuùem przypùyw energii i dotyk zimnej, ùagodnie przepùywajàcej pode mnà wody. Bezmiar wód oceanu, siægajàcy niemal w nieskoñczonoúã, rodziù úwiadomoúã wùasnej maùoúci, bardzo realnej, poczucie, ýe tkwi siæ w úrodku tego bezkresu. Ludzie znikali, ich gùosy cichùy i w koñcu fale przesùaniaùy ich zupeùnie. Zachodzàce sùoñce przemieniùo caùe niebo w miliony bùyszczàcych punkcików w kolorze ùagodnego pomarañczu i czerwieni, które odbijaùy siæ od wody jak na obrazach Claude’a Moneta. Bardziej na wschód, wúród róýu i morskiej zieleni, zaczynaùy siæ pokazywaã plamy srebrnego bùækitu i fioletu. Ýaglówki znaczyùy swojà obecnoúã kolorowymi plamkami na tle nieba i morza. Wyspa wynurzaùa siæ z wody, sùoñce rzucaùo cienie wúród kanionów, które nabieraùy ùagodnego, aksamitnego wyglàdu. Strzeliste pasma przypominaùy przypory gotyckiej katedry.

Niskie, fioletowe chmury staùy nad wyspà, przykrywaùy szczyty, tworzàc pryzmatyczne odbicia tæczy w zacienionych dolinach. To piækno dziaùaùo na mnie kojàco, oczyszczaùo moje wnætrze i dawaùo mi siùæ.

Fale ze swoim impetem i rytmem - przez chwilæ uporzàdkowane drgania harmoniczne, a zaraz potem bezùadna, wirujàca masa - przydawaùy piækna caùemu úwiatu.

Zùapaùem jednà z nich. Czuùem jej potægæ, wiatr i dêwiæk. Deska zareagowaùa, musiaùem zbalansowaã, ýeby nie spaúã - wszystko w uùamku sekundy. W dóù na fali, póêniej obrót ciaùa, gùowa przy úcianie wody; zawirowania i grzmot. Ciàgle na desce, stopy skàpane w szalonej pianie, wreszcie wyrzut z kontrolowanym obrotem w tyù - chciaùo siæ wrzeszczeã z radoúci, ýe ciàgle ýyjæ.

Zapadajàca ciemnoúã zacieraùa obraz otaczajàcego nas úwiata i zmusiùa do powrotu na brzeg.

Hastings pojechaù swojà drogà, a ja swojà do szpitala wziàã prysznic. W tym geometrycznym, odkaýonym úwiecie czystych podùóg, utylitarnych natrysków i úwietlówek ubraùem siæ i wyjechaùem.

Wybieraùem siæ na Mount Tantalus i z przyjemnoúcià oczekiwaùem nadejúcia nocy.

Dziewczyna nazywaùa siæ Nancy Shepard i poznaùem jà - jakýeby inaczej - w szpitalu. Jej ojciec miaù problemy z pæcherzem, a ja opiekowaùem siæ nim po asystowaniu przy operacji, którà przeprowadziù prywatny lekarz.

Za kaýdym razem, gdy zmieniaùem opatrunek, wspominaù, ýe chciaùby, abym poznaù jego córkæ. Opowiadaù o jej nauce u Smitha, o roku spædzonym na uniwersytecie w Bostonie, gdzie robiùa dyplom z historii Afryki. Szczerze mówiàc, miaùem juý trochæ doúã tych opowiadañ, ale w dalszym ciàgu byùem zainteresowany poznaniem dziewczyny. W koñcu, dzieñ przed jego wyjúciem ze szpitala, przyszùa - i okazaùo siæ, ýe jest naprawdæ ùadna. Byùa podobna do innej dziewczyny od Smitha, z którà chodziùem, gdy byùem w college’u. Poszliúmy paræ razy na plaýæ, co nam obojgu bardzo odpowiadaùo. Potrafiùa mówiã dosùownie o wszystkim - przyjemnie byùo przebywaã w towarzystwie kogoú wyksztaùconego i inteligentnego. Studiowaùa politologiæ i sprzeczki o drobiazgi na temat rzàdzenia, szczególnie gdy dotyczyùy Afryki, sprawiaùy jej frajdæ.

Mimo wielu udanych randek i mojego podziwu dla niej, nie mogùem jej zbyt czæsto proponowaã spotkañ, gùównie z powodu braku czasu i ospaùoúci.

Zaproszenie na kolacjæ trochæ mnie zaskoczyùo. Nie miaùem nic przeciw spotkaniu siæ z Nancy. Dotychczas nie mogùem jakoú znaleêã czasu, a ponadto zaczàùem juý kræciã z Joyce.

Kolacja byùa znakomita. Rodzice Nancy i jej dwaj bracia teý tam byli; wszyscy bardzo rozmowni. Po kawie wyszliúmy z Nancy na ogromne, zaroúniæte podwórze i zaczæliúmy rozprawiaã o Jomo Kenyatcie i Tanzanii. Dlaczego w Afryce nie pojawiùo siæ wiæcej takich polityków? Bardzo emocjonowaùa siæ tym problemem. Miùo byùo patrzeã na jej rumieñce, gdy coraz zapalczywiej przedstawiaùa róýne argumenty. Dodawaùo to jej urody.

Póêniej zaczæùa zadawaã mi pytania na temat medycyny. Staraùem siæ odpowiadaã wyczerpujàco, ýeby nie pozostawiaã ýadnych niejasnoúci, bo przejawiaùa rzeczywiste zainteresowania, a nie pytaùa tylko z chæci zabicia czasu. Nie obyùo siæ bez pytania, dlaczego poszedùem na medycynæ. Staýysta ma zawsze wiele odpowiedzi. Wiækszoúã z nich to wymijajàce póùprawdy. Zdecydowaùem, ýe nic nie bædæ przed nià ukrywaù.

- Cóý, Nancy. Chyba nigdy nie bædæ dokùadnie wiedziaù. Na poczàtku miaùem nie sprecyzowany zamiar pomagania ludziom poprzez wykonywanie szlachetnego zawodu. Ale teraz, skoro juý mam trochæ tej medycyny poza sobà, mogæ powiedzieã, ýe w równej mierze kierowaùo mnà to, iý bycie lekarzem daje pewnà wùadzæ, której nie majà inni: nad ludêmi i chorobà. Dla Amerykanów niewiele spraw jest waýniejszych od zdrowia. Ci, którzy mogà lub rzekomo mogà je daã, sà automatycznie kimú.

- Cóý to znaczy wùadza i autorytet?

- Wùaúnie to. W prymitywnych plemionach szaman czy uzdrowiciel teý ma wùadzæ. Zajmuje na tyle wysokà pozycjæ, na ile jest w stanie wykorzystaã strach wspóùplemieñców i przekonaã ich, ýe panuje nad úwiatem. Jest to uzasadnione oszustwo, uzasadnione, bo peùni, jakkolwiek by byùo, poýytecznà funkcjæ, a oszustwo, bo nie panuje nad niczym, poza psychologià plemienia. Uwaýam, ýe wspóùczesna medycyna jest szczæúliwà spadkobierczynià takiego psychologicznego nieporozumienia.

Moi pacjenci nie padajà na ziemiæ przed piorunem i bùyskawicà, ale sà úmiertelnie przeraýeni rakiem i tysiàcem innym chorób, których nie rozumiejà. Gdy przychodzà do szpitala, szukajà na gwaùt kogoú, kto siæ zna na medycynie. Zanim zaczàùem studia medyczne, byùem taki jak wszyscy, to znaczy wierzyùem w potægæ medycyny, która moýe wszystko, chciaùem tej mocy, chciaùem, ýeby uwaýano mnie za kogoú, kto jà posiada.

- Z pewnoúcià masz na myúli wùadzæ pomagania ludziom? - Nadal nie chciaùa zrozumieã.

- Jasne, mogæ pomóc. Nie tyle, ile bym chciaù, i nie tyle, ile oczekujà. Taka wùadza jest bardzo ograniczona. Medycyna jest wciàý prymitywna. Po prostu za maùo wiemy. Tu chodzi o innà wùadzæ, bardziej abstrakcyjnà, prawie nieograniczonà. Na przykùad: w szkole úredniej uprawiaùem futbol. Na treningu jeden chùopak zùamaù nogæ. Byùem zaraz koùo niego w kupie graczy. Patrzyùem na niego, chciaùem mu pomóc, coú zrobiã, ale byùem caùkowicie bezradny. Kiedy myúlaùem o tym póêniej, to w pamiæci zostaùa mi tylko zazdroúã, którà czuùem w stosunku do lekarza. Wiem teraz, ýe nie zrobiù on nic wielkiego: powiedziaù paræ uspokajajàcych sùów, podaù úrodek przeciwbólowy i odtransportowaù niefortunnego zawodnika. Dla mnie, dla nas wszystkich, byù prawie bogiem. Im wiæcej o tym myúlaùem, tym bardziej chciaùem posiadaã czæúã takiej mocy.

- Ale zaczàùeú mówiã o medycynie jak o zaszczytnym zawodzie, o pomaganiu chùopcu ze zùamanà nogà. Co siæ z tym staùo?

- Pomieszaùo siæ z poczuciem boskiej wùadzy. W kaýdym razie poszedùem do college’u z zamiarem zostania lekarzem. Chociaý potem otwieraùy siæ inne moýliwoúci, nie byùo nic, co zmieniùoby moje plany. Ostatecznie znalazùem siæ w akademii medycznej, nie majàc ýadnej innej motywacji, chcàc obu rodzajów wùadzy i zdajàc sobie sprawæ, ýe w zawodzie lekarskim mogæ je mieã, wraz ze statusem spoùecznym i godziwymi zarobkami. Teraz, gdy juý wùaúciwie jestem lekarzem, wszystkie te abstrakcyjne pojæcia gdzieú mi siæ zapodziaùy. Mój status spoùeczny nie jest wysoki, pieniàdze kiepskie, boska moc ýadna, a wùadza nad chorobami mam nadziejæ, ýe Bóg sprawi, iý nie bædæ musiaù poddaã siæ operacji. Za duýo wiem o granicach moýliwoúci medycyny.

Powinienem byù byã bystrzejszy i zauwaýyã, jak nastrój Nancy powoli przygasaù. Czekaùa z pewnoúcià na opowieúci w stylu: „Juý od najmùodszych lat”, które byùy tak istotne w serialach telewizyjnych czy innych formach przedstawiania medycyny. Nancy sprawiùa, ýe siægnàùem bardzo gùæboko do mego wnætrza w poszukiwaniu odpowiedzi, ale nie byùo tam maùego chùopczyka.

- Nie uwaýasz, ýe masz jakieú specjalne cechy, które przyczyniùy siæ do twojej decyzji? Na przykùad powoùanie? - Wciàý szukaùa we mnie Bena Caseya.

- Nie, to zupeùnie nie jest tak jak przy powoùaniu do kapùañstwa. Po prostu w college’u byùem dobry z przedmiotów úcisùych i humanistycznych, a medycyna jest ich logicznym poùàczeniem: tyle mojego powoùania.

- Z tego, co mówisz, wnioskujæ, ýe nie masz takiej motywacji jak inni lekarze, których znam.

Szùa na caùoúã, ja teý.

- Nancy, ilu lekarzy znasz? Mój úwiat jest peùen lekarzy. Ýyjæ wúród nich: staýyúci, praktykanci, lekarze specjaliúci, studenci i sùuchacze róýnych szkóù. Mogæ ci powiedzieã, ýe w przewaýajàcej mierze to, co staùo siæ ze mnà, staùo siæ z nimi, a to, co ja czujæ, pokrywa siæ z ich odczuciami. Potwierdzà to, jeúli tylko zdoùasz ich przekonaã, ýeby siæ do tego przyznali.

- Myúlæ, ýe to obrzydliwe.

- Co jest obrzydliwe?

- Ýe spoùeczeñstwo daùo ci okazjæ zajúã tak daleko. Nie jesteú wart szkolenia na lekarza, bo nie poúwiæcasz siæ pomaganiu innym.

- Mówiùem ci juý, ýe chcæ pomagaã ludziom i pomagam, ale to wszystko jest bardziej skomplikowane. Do diabùa, jestem taki sam jak caùa reszta. Nie mam jednego celu, który niweczy pozostaùe. Chcæ teý ýyã. Poza tym mój idealizm zostaù w duýej mierze stùamszony w akademii. Nie jest juý równie silny.

- Nie podoba ci siæ rola staýysty? - wtràciùa bùyskawicznie.

- Nie, wcale nie.

Znów byùa zaskoczona.

- Dlaczego nie?

- Przede wszystkim czujæ siæ zmæczony, naprawdæ wykoñczony, caùy czas. Ponadto brakuje mi poczucia przydatnoúci. Widzæ, ýe duýo rzeczy, które robiæ, mógùby robiã ktoú bez mojego wyksztaùcenia. Do tego ciàgle siæ bojæ, myúlæ, ýe jeúli mi siæ coú nie uda, wyjdæ na wariata. Akademia medyczna nie daùa mi dobrego przygotowania.

Postanowienie, ýeby trzymaã jæzyk za zæbami, rozwiaùo siæ zupeùnie.

- To zrozumiaùe, akademia to nie wszystko - przyznaùa.

- Moýe byã zrozumiaùe z pewnego dystansu, ale jeúli siæ jest w samym úrodku, to nie wiadomo, co siæ dzieje. Gdy naprawdæ przestajæ myúleã i dociera do mnie przeraýajàcy fakt, ýe jeúli chodzi o opiekæ nad pacjentami, to cztery lata studiów poszùy na marne, ýe byùem wykorzystywany pod pùaszczykiem uczenia siæ, wtedy obciàýenie psychiczne staje siæ za duýe. Wúciekam siæ na ten system: sposób poùàczenia akademii i staýu, i na spoùeczeñstwo, które za tym stoi.

- Wúciekùoúã to najgorsza rzecz, która moýe charakteryzowaã lekarza - dodaùa chùodno.

- Popieram; chciaùbym, ýeby establishment teý zdaù sobie z tego sprawæ. W koñcu znajdziesz siæ w sytuacji bez wyjúcia. Czasem, gdy w nocy, w úrodku nocy, ktoú ciæ wzywa, bo ustaùa akcja serca, chciaùoby siæ, ýeby facet kipnàù i moýna byùo wróciã do ùóýka. To znaczy chcæ powiedzieã, ýe zmæczenie siæga zenitu i nic siæ juý nie chce. Moýna przyjàã, ýe nie myúlæ o pacjentach jak o ludziach, a to zwiæksza tylko mojà winæ.

Spoglàdajàc na nià, czuùem, jak jej system wartoúci etycznych ugina siæ pod ciæýarem moich sùów. Parùem jednak naprzód.

- Najgorzej bædzie wytùumaczyã to, ýe nie myúli siæ o pacjentach jak o ludziach. Moýe niektórzy lekarze majà jakieú empatyczne umiejætnoúci, potrafià siæ wczuwaã w poùoýenie innych osób. Ja nie. Nie mogæ. Ýeby zachowaã resztki úwiadomoúci, muszæ rozpoznawaã pacjentów tylko w kategoriach ich schorzeñ; pæcherze, przepukliny czy wrzody. Oczywiúcie, mieúci siæ w tym wszystko, co bezpoúrednio dotyczy ich choroby, i jestem przekonany, ýe w kategoriach technicznych jestem coraz lepszym lekarzem, ale nie chcæ wykraczaã poza to. Nie jestem do tego przystosowany. Miaùem kiedyú pacjenta o nazwisku Roso; tak byùem do niego uwiàzany, ýe gdy go wypisano, bardziej siæ cieszyùem z tego, ýe wyszedù ze szpitala, niý z tego, ýe ýyje.

Zapadùa zupeùna cisza. Gapiùem siæ w niebo, celowo odwracajàc od niej wzrok. Póêniej ciàgnàùem dalej:

- Jeszcze jedno. Bardzo waýne. Jako staýysta jestem wykorzystywany w taki sam sposób, jak jakiú niedorozwiniæty kraj przez mocarstwo kolonialne. Na przykùad to, co robiæ na sali operacyjnej, to w dziewiæãdziesiæciu procentach trzymanie retraktorów, czæsto dla zafajdanego lekarza ogólnego, który w ogóle nie powinien siæ braã do chirurgii. Jestem po to, ýeby moýna mnie byùo eskploatowaã. Jeúli czegokolwiek siæ uczæ, to wbrew systemowi, a nie w ramach systemu. Jeúli nie zrobiæ tego, co mi kaýà, albo ponarzekam za duýo na ten úredniowieczny system, uchowaj Boýe, pryúnie szansa specjalizacji w dobrym szpitalu. Gdy wiæc mówiæ, ýe bojæ siæ popeùniã bùàd, to nie martwiæ siæ za bardzo o pacjenta, chociaý trochæ tak, ale o to, ýe mogæ dostaã kopa i wylàdowaã w zapadùej dziurze, gdzie bædæ robiù zastrzyki przeciw durowi brzusznemu. To medyczny odpowiednik úmierci za ýycia.

Na dodatek jest masa prawdziwych i powaýnych problemów, o których nikt nam nie mówi i nie udziela ýadnej rady. Na nagùych wypadkach nie wiadomo, kiedy pacjenta cuciã, a kiedy nie ruszaã. Jako staýyúci nie mamy doúwiadczenia i nie wiemy, co wtedy robiã. A etyka? Ratujemy kogoú, czyj mózg nie funkcjonuje. To znaczy, ýe zajmuje bardzo potrzebne ùóýko na intensywnej terapii, trzeba wiæc kogoú stamtàd usunàã, moýe kogoú, kto miaùby wiæksze szansæ przeýycia. To juý jest decyzja o boskim charakterze. W akademii nie uczono nas odgrywaã roli Boga. A póêniej

Chodziùem po ogrodzie, patrzàc poprzez ciemne drzewa, skùadajàc te przemyúlenia do kupy po raz pierwszy w ýyciu. W pewnym sensie przemawiaùem do siebie, a gdy odwróciùem siæ i spojrzaùem na Nancy, wprost eksplodowaùa, przerywajàc mi w poùowie zdania.

- Jesteú nieprawdopodobnym egoistà. - Usùyszaùem.

- Nie sàdzæ, ýyjæ po prostu w realnym úwiecie.

- Dla mnie jesteú egoistà - wyrachowanym, nieludzkim, nieetycznym, niemoralnym i bez empatii. A nie sà to walory, których szukam u lekarzy.

Umiaùa doùoýyã, jeúli tylko chciaùa.

- Nancy, posùuchaj. To, co ci powiedziaùem, to prawda, nie tylko moja prywatna prawda. Jestem zwierciadùem wiækszoúci staýystów, których znam.

- To caùà waszà zgrajæ trzeba wyrzuciã.

- Úwietnie, dziecino. Jeúli ciæ to tak rusza, to czemu nie zorganizujesz strajku siedzàcego na NW? Wspóùczucie to nie jest wielka rzecz, gdy úpisz po osiem godzin na dobæ. Ja nie mogæ sobie pozwoliã na poùowæ tego czasu. Reszta doby to badanie hemoroidów pani Dupiastej. Nie praw mi tu moraùów.

No i doszedùem do koñca, doprowadzajàc nas oboje do ataku wúciekùoúci. Odjechaùem z wymuszonà obietnicà, ýe kiedyú zadzwoniæ.

Po powrocie do biaùego kanciastego pokoju poùoýyùem siæ wúciekùy, rozdraýniony, majàc w zapasie niecaùe dziewiæã godzin, zanim zacznie siæ kolejny holocaust na NW. O zaúniæciu nie byùo mowy. Zadzwoniùem do laboratorium, a Joyce odebraùa telefon. Zapytaùem, czy moýe wpaúã przed jedenastà. Powiedziaùa, ýe tak. Poczuùem siæ znacznie lepiej.

Dzieñ 307

CHIRURGIA OGÓLNA: PROGRAM SZKOLENIOWY

Dla staýysty na praktyce w drugiej poùowie XX wieku Alexander Graham Bell jest figlarnym huncwotem. Winà trzeba obarczyã nie tylko samego wynalazcæ telefonu, ale takýe sadystæ, który wymyúliù dzwonek. Nie moýna tu zapominaã o facetach pracujàcych w Ma Bell, którzy przyczyniajà siæ do przedùuýania brzæczenia w nieskoñczonoúã. Jak szpitale mogùy funkcjonowaã przed pojawieniem siæ telefonu? Czæsto nie uwaýaùem siebie za nic wiæcej niý tylko przedùuýenie tego kawaùka czarnego plastyku. Jego dzwonek byù tak samo poraýajàcy jak sygnaù karetki i trochæ bardziej niespodziewany - mimo ýe zawsze gdzieú tam w podúwiadomoúci oczekiwany, to jednak spadajàcy znienacka. Na caùym úwiecie nie ma nic bardziej zakùócajàcego ciszæ i spokój jak dêwiæk telefonu.

Mój spokój oznaczaù wtedy ùagodne zasypianie u boku Karen Christie w jej mieszkaniu po, jak mi siæ wydaje, zadowalajàcym obie strony spotkaniu przeciwnych pùci. Telefon zadzwoniù o drugiej w nocy. Oboje siægnæliúmy po sùuchawkæ. Pozwoliùem jednak jej odebraã - nie dlatego, ýe moýe byù do niej. W zwiàzku z tym, ýe byùem na dyýurze, mogùa to byã centrala szpitalna i przekazywane mi zaproszenie do powrotu. Równie dobrze jednak mógùby to byã, powiedzmy, tak zwany chùopak Karen.

Faktycznie, okazaùo siæ, ýe to z centrali, która poùàczyùa mnie z pielægniarkà.

- Doktorze, czy mógùby pan szybko przyjúã? Jeden z pacjentów doktora Jarvisa ma problemy z oddychaniem i doktor chciaùby, ýeby pan siæ tym zajàù.

Przekræciùem siæ na plecy, wpatrzyùem w sufit i klàùem w myúlach, trzymajàc sùuchawkæ z dala od ucha. Dr Jarvis. Wszystko wiedziaùem. To nie kto inny jak nasz stary znajomy, Doùadowara, znany ze swych wyczynów na sali operacyjnej, szczególnie przy biopsji piersi.

- Panie doktorze, czy pan mnie sùyszy?

- Tak, siostro. Sùucham uwaýnie. Czy doktor Jarvis zamierza przyjúã?

- Nie wiem.

Typowe, nie tylko dla Doùadowary, równieý dla wiækszoúci prywatnych lekarzy afiliowanych przy szpitalu. Staýysta obejrzy pacjenta, przygotuje zalecenia, zadzwoni do lekarza, który oczywiúcie powie, co naleýy wedùug niego zrobiã. Zazwyczaj ci goúcie nawet nie pomyúlà o tym, aby ulýyã staýystom.

Kiedyú przez godzinæ badaùem jednego z pacjentów Doùadowary. Zadzwoniùem póêniej, ýeby zùoýyã mu sprawozdanie. Nie byùo go w gabinecie i musiaùem zostawiã sekretarce wiadomoúã z proúbà, ýeby siæ ze mnà skontaktowaù. Zadzwoniù, a jakýe, ale do dyýurnej pielægniarki, a nie do mnie. Gdy mu powiedziaùa, ýe pilnie chcæ z nim mówiã, stwierdziù, ýe nie ma czasu dla kaýdego staýysty w tym szpitalu. Goniã, goniã za dolcami - to byùo motto Doùadowary.

Doùadowara miaù jeszcze jeden nawyk. Przyjmowaù prawie wszystkich swoich pacjentów na tak zwany program szkoleniowy. Moýna by pomyúleã, ýe program taki rzeczywiúcie speùni zadania edukacyjne, przynajmniej w maùym stopniu. Bóg jedyny wie, jak my, staýyúci, potrzebowaliúmy czegoú takiego. W praktyce jednak program szkoleniowy byù ponurym ýartem. Oznaczaù tylko, ýe ja albo inny staýysta odwalaliúmy caùà robotæ przy przyjæciu pacjenta i fizycznà harówæ. W nagrodæ mogliúmy sporzàdziã wypis. Nie wolno nam byùo wydawaã poleceñ, a na sali operacyjnej dopuszczano nas tylko do przytrzymywania retraktorów, usuwania kùykcin, czasem do zawiàzania paru wæzùów, jeúli lekarz byù na tyle ùaskawy.

Szczyt tupetu Doùadowara osiàgnàù przy biopsji piersi, którà paskudnie sknociù. Na karcie przyjæcia, podajàc szczegóùy choroby, napisaù krótkà notkæ, ýe gdy personel szpitala, to znaczy staýysta, zajmie siæ przypadkiem, ma nie badaã piersi. Jak miaùem zrobiã wùaúciwy opis biopsji piersi bez zbadania piersi? Úmieszne.

Teraz ýàdaù, abym wstaù o drugiej nad ranem i poprawiù kolejnà fuszeræ.

Siostra ciàgle czekaùa na linii.

- Czy pacjent byù operowany? - zapytaùem.

- Tak, rano. Przepuklina. Nie czuje siæ najlepiej. Od kilku godzin wystæpujà problemy z oddychaniem.

- Bædæ tam za paræ minut. Proszæ tymczasem úciàgnàã przenoúny aparat rentgenowski i zrobiã zdjæcie klatki piersiowej. Potrzebne bædzie takýe badanie krwi. Proszæ sprawdziã, czy jest na oddziale aparat tlenowy i elektrokardiograf.

Nie uúmiechaùo mi siæ czekaã resztæ nocy na caùy ten sprzæt. Moýe nie bædzie potrzebny, ale lepiej mieã wszystko pod rækà.

Karen ani drgnæùa, gdy wyszedùem z ùóýka. Nie szkodzi. Ubierajàc siæ, znów pomyúlaùem, jak mi to odpowiada. Jej mieszkanie byùo zaraz naprzeciw szpitala, o wiele bliýej niý mój pokój. Miaùa wszystko, czego czùowiek potrzebuje - telewizor, gramofon, lodówkæ z piwem i ýarciem.

Karen i ja spotykaliúmy siæ od czterech miesiæcy. Wszystko zaczæùo siæ od przeúwietlenia miednicy tego wieczoru, gdy spadùa ze schodów. Potem przeszùa na dziennà zmianæ. Znów siæ spotkaliúmy i zaczæliúmy wspólnie spædzaã przerwy na kawæ. Jedno pociàgaùo nastæpne, aý przychodzenie do jej mieszkania weszùo mi w nawyk - mniej wiæcej wtedy, gdy skoñczyùem z Joyce.

Joyce teý przeszùa na dziennà zmianæ, ale zaczæùa odgrywaã turystkæ i polubiùa nocne wycieczki. Do tego doszedù nacisk z jej strony, aby poznaã jej rodziców, i rosnàca awersja do tych ukradkowych porannych wyjúã. Próbowaùem jakoú temu zaradziã, ale jej wspóùlokatorka, maniaczka telewizyjna, zawsze siedziaùa w pokoju. Nasz zwiàzek, niezbyt fortunny od samego poczàtku, w koñcu staù siæ zupeùnie bezbarwny. Podjæliúmy z Joyce decyzjæ, aby daã sobie na razie spokój i zostawiã trochæ czasu na przemyúlenia.

Karen miaùa jakiegoú chùopaka, który mnie intrygowaù. Spotykaùa siæ z nim na okràgùo, dwa albo trzy razy w tygodniu, gdy szli do kina albo nocnego klubu. Mówiùa, ýe chce siæ z nià oýeniã, ale ona nie moýe siæ na to zdecydowaã. Nie znaùem go ani wiele o nim nie wiedziaùem, chociaý raz zdarzyùo mi siæ z nim krótko porozmawiaã, gdy zadzwoniù do Karen. Nie chciaùem wystawiã na niebezpieczeñstwo tego naszego ukùadu przez jakieú dochodzenie.

W drodze do pacjenta Doùadowary zauwaýyùem, ýe ta noc jest wyjàtkowo spokojna, bez wiatru, chociaý ùawica niskich chmur zawisùa nad wyspà i przesùaniaùa niebo. Padaùo caùy tydzieñ. Idàc w stronæ zachodniego skrzydùa szpitala, rzuciùem okiem na NW i wspomnienie mojej wyczerpujàcej bieganiny szybko odýyùo. Widziaùem typowe tùumy pacjentów i pielægniarki, które wpadaùy i wypadaùy z tego pozornego rozgardiaszu. Wyglàdaùo na to, ýe ruch jest wiækszy niý w normalny wtorkowy wieczór. Miaùem nadziejæ, ýe bædzie na tyle spokojnie, ýebym nie musiaù tu przychodziã. Telefon z NW w nocy oznaczaù przewaýnie koniecznoúã przyjæcia do szpitala i prawdopodobnie operacjæ, a to byùoby fatalnie.

Korytarz na oddziale byù cichy i ciemny. Na salach widaã byùo tylko maùe lampki, które jaúniaùy, gdy przechodziùem koùo drzwi w drodze do dyýurki pielægniarek. Dyýurka byùa na samym koñcu i z kaýdym krokiem úwiatùo stawaùo siæ coraz bardziej intensywne. Przywykùem juý do tego - do przechodzenia ciemnymi korytarzami, do ciszy przerywanej brzækniæciem statywu do kroplówek albo czyimú pojækiwaniem. Byùy to dêwiæki, które wzmagaùy moje poczucie osamotnienia. Inni lekarze mówili, ýe teý czujà to samo. Przestaùem wùaúciwie analizowaã szpital i jego wpùyw na mnie po tym, jak zaczàùem nie zauwaýaã tego, co mnie otacza. Zupeùnie jak úlepiec szedùem, orientujàc siæ wedùug zakrætów i drzwi. Czæsto trafiaùem do celu, nie pamiætajàc, jakà drogà szedùem i o czym myúlaùem.

Kilka miesiæcy temu zostaùem wezwany telefonicznie we wczesnych godzinach rannych z powodu zatrzymania akcji serca u pacjenta. Wstaùem, ubraùem siæ i pobiegùem do szpitala, zanim dotarùo do mnie, ýe dziewczyna z centrali nie powiedziaùa mi, na którym oddziale leýy pacjent. Na szczæúcie, dziæki szóstemu zmysùowi, jakoú domyúliùem siæ, gdzie to jest. Po pewnym czasie nabiera siæ juý rutyny i po przebudzeniu od razu przeùàcza siæ na wùaúciwà informacjæ, zanim jeszcze ktoú zdàýy cokolwiek powiedzieã.

Moýe to jednak mieã pewne wady - jak na przykùad przy czæstych telefonach wzywajàcych do pacjenta, który w nocy wypadaù z ùóýka. Pædziùem szaleñczo na oddziaù i znajdowaùem go w úwietnej formie. Po rozmowie z jego lekarzem zostawiùem polecenie zrobienia zastrzyku seconalu, ýeby uùatwiã zaúniæcie, i powlokùem siæ do wyra. Wracajàc, prawie caùy czas spaùem. Chwilæ póêniej zadzwoniùa ta sama pielægniarka, ýeby powiedzieã, ýe tym razem pacjent spadù ze schodów. Znów wstaùem i poszedùem na oddziaù - zaczynaùo siæ od nowa. W úrodku drogi, wchodzàc po schodach, nadepnàùem na coú leýàcego na podeúcie. Stojàc tak, oszoùomiony, potrzebowaùem dziesiæciu sekund, ýeby skonstatowaã, ýe to wùaúnie pacjent, o którego chodzi, leýy przede mnà. Powinien byã piætro wyýej! Oczywiúcie, byù, gdzie byù, bo przecieý spadù ze schodów. W czasie upadku byù zupeùnie bezwùadny i nic mu siæ nie staùo.

Okazaùo siæ, ýe wszystkie zastrzyki - úrodek uúmierzajàcy ból, przeciwhistaminowy, lek zwiotczajàcy miæúnie i seconal z mojego polecenia - zostaùy zrobione równoczeúnie i zadziaùaùy w tym samym czasie, gdy zaczàù schodziã.

Posiadùem niesamowità umiejætnoúã spania po drodze do jakiegoú gùupiego zajæcia, które wypadùo w úrodku nocy. Szpital nasz cierpiaù na epidemiæ pacjentów wypadajàcych z ùóýka, wiæc nauczyùem siæ wypeùniaã tæ misjæ na póù úpiàc. Nie zawsze jednak poruszaùem siæ na úlepo. Inaczej byùo wtedy, gdy wzywano mnie do czegoú powaýniejszego albo gdy byùem zùy.

Dyýurka byùa rozúwietlona niczym studio telewizyjne, przynajmniej tak mi siæ zdawaùo po dùugiej wædrówce w ciemnoúci. Pielægniarka byùa przesadnie miùa i szybko zrelacjonowaùa, co zostaùo wykonane; krew pobrana, zdjæcie zrobione, elektrokardiograf i aparat oddechowy w sali, gdzie leýy pacjent. Wziàùem kartæ z jej ràk i przeleciaùem opis, który zrobiony byù oczywiúcie przez staýystæ. Z sàsiedniego biurka kusiùo pudeùko czekoladek. Wsadziùem kilka do ust. Temperatura normalna, ciúnienie podwyýszone i wysokie tætno. Szczególnie smakowaùy mi pralinki z nadzieniem rumowo-wiúniowym. Nie mogùem niczym wytùumaczyã kùopotów z oddychaniem. Wszystko wydawaùo siæ mniej wiæcej normalne jak na stan po przepuklinie.

Odwróciùem siæ i przeszedùem tæ samà trasæ prawie do koñca. Wszedùem do sali, zapaliùem úwiatùo i zobaczyùem bladego mæýczyznæ, prawie siedzàcego na ùóýku, który z trudem wciàgaù powietrze. Podszedùem bliýej i zauwaýyùem, ýe jest strasznie spocony; na czole lúniùy kropelki potu. Patrzyù na mnie przez chwilæ, póêniej odwróciù wzrok, jakby koncentrujàc siæ na oddychaniu. Ukradkiem spojrzaùem na budynek mieszkalny przed szpitalem i okno Karen, drugie z prawej na trzecim piætrze. Zastanawiaùem siæ, czy wie, ýe wyszedùem.

Zaùoýyùem stetoskop, zgiàùem pacjenta do przodu i osùuchaùem pùuca. Szmery oddechowe w najlepszym porzàdku - ýadnych trzasków, rzæýenia, úwistów. Zupeùnie nic. Moýe dêwiæk byù nieco wysoki, lecz to chyba miaùo zwiàzek z tym, ýe brzuch byù obrzmiaùy i twardawy. W kaýdym razie nie byù miækki. Osùuchanie brzucha przyniosùo znane bulgotanie. Tony serca normalne - ýadnych oznak zakùóceñ w pracy. Pozostaùo mi tylko sprawdziã, czy ýoùàdek jest wypeùniony powietrzem. Ostra rozstrzeñ ýoùàdka byùa typowym problemem po narkozie. Poprosiùem pielægniarkæ o zgùæbnik nosowo-ýoùàdkowy i podùàczyùem elektrokardiograf. Caùa ta maszyneria mogùa doprowadziã do pasji, gdy chciaùo siæ jà podùàczyã w nocy, bez pomocy techników. Nigdy nie udaùo mi siæ jej dobrze uziemiã i zapis lataù po caùej szerokoúci papieru. Tym razem wszystko byùo dobrze - skuteczne uziemienie po doùàczeniu przewodu do rurki kanalizacyjnej umywalki zapewniùo poprawnoúã wykresów. Pacjent w tym czasie leýaù, z trudem ùapiàc powietrze. Poprawa nastàpiùa po wùoýeniu zgùæbnika, zanim jeszcze skoñczyù siæ zapis EKG.

Przy smarowaniu zgùæbnika nie mogùem sobie wyobraziã, jak ten lekarz moýe spokojnie spaã w domu, gdy ja tu robiæ takie powaýne rzeczy.

Jedno przynajmniej towarzyszyùo mi nieprzerwanie od dziesiæciu miesiæcy, a nawet ostatnio staùo siæ silniejsze - satysfakcja z osiàgniæcia szybkiego, poýàdanego wyniku. Czuùem wielkà ulgæ, gdy uwolniùem powietrze i jakàú ciecz z ýoùàdka pacjenta. Moja ulga w porównaniu z tym, co odczuù pacjent, byùa minimalna. Nadal jeszcze miaù pewne trudnoúci, ale jego oddech staù siæ ùatwiejszy. Gdy mi dziækowaù, musiaù dwukrotnie zaczerpnàã powietrza, ýeby wydobyã z siebie zdanie. Osùuchaùem pùuca ponownie, ýeby sprawdziã, czy juý w nich niczego nie ma. Wszystko byùo w porzàdku. Nogi w normie, nie wykazywaùy obrzæków ani úladów zakrzepowego zapalenia ýyù. Zajrzaùem pod opatrunek i wedùug mnie rana wyglàdaùa bardzo dobrze, nie byùo nadmiernych wycieków. Wróciùem do dyýurki z zapisem EKG i poprosiùem pielægniarkæ, ýeby zrobiùa porzàdek ze zgùæbnikiem.

Nadal nie byùem specem w odczytywaniu EKG, ale ten wyglàdaù dobrze. Przynajmniej nie byùo arytmii. Moýna byùo zauwaýyã pewne oznaki przeciàýenia prawej komory, ale nie drastyczne. Dla úwiætego spokoju postanowiùem poprosiã o konsultacjæ specjalistæ. Po wysùuchaniu mojego niezdarnego opisu, gdy siliùem siæ na przedstawienie sytuacji, kardiolog powiedziaù, ýe nie przyjdzie, bo chodzi o prywatnego pacjenta chirurgii.

Rozumiaùem jego niechæã. Przypominaùa mojà, gdy staýysta bædàcy na dyýurze zadzwoniù w nocy z proúbà o pomoc dla prywatnego pacjenta, który miaù ranæ ciætà czy coú w tym rodzaju. Gdyby lekarze przekonali nas, ýe chodzi o odwzajemnionà wspóùpracæ i wypeùnienie swoich obowiàzków, ùatwiej byùoby wùàczaã siæ w te wszystkie drobiazgi.

W medycynie amerykañskiej zasadnicza róýnica miædzy staýystà a w peùni dojrzaùym lekarzem jest taka, jak miædzy nocà a dniem. Pozwalajà nam robiã dosùownie wszystko po zachodzie sùoñca, gdy nie ma juý szans na ýadnà naukæ, a nie wolno robiã nic w ciàgu dnia, gdy jeszcze moýna coú podpatrzeã. Jak zawsze paræ wyjàtków potwierdzaùo reguùæ, ale byùo ich diabelnie maùo.

Na poczàtku staýu okazywaùem wielkà naiwnoúã w kwestii stosunków niewolnik-pan i nie miaùem pojæcia o swoich prawach. Staraùem siæ zbadaã i obejrzeã kaýdego pacjenta, prywatnego albo bez ubezpieczenia, w ramach programu szkoleniowego albo nie - niewaýne, jak powaýne byùy schorzenia - dopóki mnie to nie wypraùo z ideaùów. W koñcu byùa to kwestia mojego utrzymania siæ, przeýycia w zawodzie.

Teraz, kiedy miaùem telefon w nocy w sprawie typowych historii dotyczàcych prywatnego pacjenta - na przykùad chodziùo o podwyýszonà temperaturæ - zawsze pytaùem o nazwisko lekarza. Jeúli coú nie graùo, a przewaýnie tak byùo, kazaùem siostrze oddzwoniã i powiedzieã, ýe staýyúci nie majà obowiàzku zajmowaã siæ przypadkami prywatnych pacjentów, jeúli nie sà to nagùe wypadki. Nie dotyczyùo to oczywiúcie prywatnych pacjentów objætych ramami programu szkoleniowego. Wtedy musiaùem iúã, bez wzglædu na nazwisko lekarza.

Lekarze w úrednim wieku lub starsi lubili porównywaã nasze, jak mówili, lekkie ýycie z czasami ich spartañskiej mùodoúci. Gdy siæ sùuchaùo ich opowieúci sprzed trzydziestu lat, moýna byùo siæ dowiedzieã, ýe staýysta ýyù poniýej granicy ubóstwa. Nasze obecne wspaniaùe zarobki, które wedùug mnie wynosiùy poùowæ pensji pomocnika hydraulika, doprowadzaùy ich do wúciekùoúci.

Dziwili siæ, do czego zmierzamy. „My musieliúmy robiã dosùownie wszystko - mówili - zajmowaã siæ wszystkimi pacjentami, niezaleýnie od ich statusu, nie dosypialiúmy, nie mieliúmy tych wszystkich aparatów i przyrzàdów - i tak dalej”.

Ich postawa w stosunku do nas przepeùniona byùa zawiúcià: oni cierpieli, zatem nam teý siæ to naleýy. Do tego prowadzi szkolenie medyczne w tych oúwieconych czasach przy zmianie pokoleñ: kaýdy korzysta z prawa sùodkiej zemsty.

Gdzie w tym wszystkim byù pacjent? Osaczony w úrodku, najmniej bezpiecznym miejscu, gdzie wokóù padajà bomby i ùuski walk na polu medycyny.

Jak na ironiæ, wszystkie przepisy prawne wychodzàce z Waszyngtonu tylko pogarszaùy sytuacjæ. Obserwowaùo siæ ogromny nacisk na zapewnienie prywatnej opieki na koszt pañstwa - bez wypróbowania tego systemu, bez kontroli poziomu opieki medycznej czy wyksztaùcenia potencjalnego pacjenta. Ubodzy pacjenci, nagle wyposaýeni w dolary, zostali wypchniæci na rynek usùug medycznych, nie majàc pojæcia, jak wybraã lekarza. Powodowani szkodliwymi opiniami ganiali do tych maùo kompetentnych konowaùów, których praktyka oparta byùa na iloúci, a nie jakoúci.

Natychmiastowym efektem byli pacjenci, którymi zajmowali siæ staýyúci i lekarze ze szpitali, pojawiajàcy siæ na prywatnych oddziaùach pod opiekà takich sùaw jak Doùadowara, który w ogóle nie potrafiù leczyã, a miaù szkoliã. Nawet stary Roso znów przyszedù do szpitala z uwagi na jakiú drobiazg, a zajmowaù siæ nim lekarzyna, który nawet nie chciaù, aby personel zaglàdaù do karty.

Staýyúci, przewaýnie biedni, wpadali w szpony tych archaicznych lekarzy, ýeby nabraã nieco doúwiadczenia w róýnych sytuacjach. Kaýdy na tym cierpiaù. W dawnych czasach, gdy przyjmowano pacjentów do szpitala, zajmowali siæ nimi najlepsi specjaliúci. Mogùo siæ nawet okazaã, caùkiem zresztà logicznie, ýe wúród instruktorów znaleêli siæ teý najlepsi mùodzi lekarze, bo komitet do spraw szkolenia i zespóù lekarzy kierowaùy siæ przy doborze ich umiejætnoúciami. Mùodzi, którzy byli zainteresowani prowadzeniem szkolenia, byli zazwyczaj najlepiej wyksztaùceni. Gdy kiedykolwiek w nocy miaùem siæ zajàã jednym z ich pacjentów, szedùem bez wzglædu na przyczynæ wezwania.

Teraz, zamiast byã przyjmowani przez personel szpitala, który gwarantowaù prawidùowà opiekæ - lepszà niý w jakimkolwiek innym miejscu - ci pacjenci gnali do neandertalczyków.

Jak opieka i szkolenie mogùy siæ tak popieprzyã? Szczególnie niedobrze to wyglàda w odniesieniu do chirurgii. Na przykùad sytuacja w Anglii, Szwecji i Niemczech jest znacznie bardziej uporzàdkowana, a zabiegi stojà na wyýszym poziomie. W krajach tych operacje mogà byã przeprowadzane tylko przez specjalistów.

W USA kaýdy palant z dyplomem lekarskim moýe robiã operacje chirurgiczne, jeúli tylko szpital na to pozwala. Wiem, jak niedostateczne byùy moje umiejætnoúci po studiach, jeúli chodzi o opiekæ nad pacjentami; wiem teý, ýe mogùem uzyskaã licencjæ upowaýniajàcà do praktyki medycznej w kaýdym z piæãdziesiæciu stanów.

Co siæ dzieje z umysùami Amerykanów, ýe wydajemy miliardy dolarów na utrzymanie pozycji úwiatowego mocarstwa, a zachowujemy zacofany system opieki zdrowotnej i ksztaùcenia medycznego? Podobnie jak wiele istotnych pytañ w czasie mojego staýu i to nie doczekaùo siæ odpowiedzi. Zaczàùem akceptowaã ten stan rzeczy, jakby nie byùo alternatywy. Rzeczywiúcie, nie istnieje obecnie ýadna alternatywa, a problem ten zaczàù mi znów zaprzàtaã gùowæ, gdyý narastaùa trudna sytuacja. Wiedziaùem, ýe bædà kùopoty z Doùadowarà o te zdjæcia rentgenowskie i inne badania, które zleciùem w zwiàzku z zabiegiem przepukliny. Znów zaczàùem siæ zastanawiaã, dlaczego nie zajàùem siæ pracà naukowà.

Zanim zadzwoniùem do Doùadowary i zbudziùem go, chciaùem obejrzeã zdjæcia zrobione przenoúnym rentgenem. Chyba rozerwaùoby go ze zùoúci, gdyby dowiedziaù siæ o tym rano, ale co tam.

Korytarz ciemniaù z kaýdym krokiem, który stawiaùem w szpitalnym labiryncie, idàc do sali przeúwietleñ. Byùo tam tak cicho i ciemno, ýe nie mogùem znaleêã technika.

W koñcu, nie majàc juý innego wyjúcia, podniosùem sùuchawkæ i wykræciùem jeden z numerów oddziaùu radiologicznego. Wokóù mnie zabrzæczaùo nagle mnóstwo telefonów. Gdzieú ktoú odebraù jeden z nich i wyciszyù resztæ. Powiedziaùem mojemu rozmówcy, ýe jestem na jego oddziale i chcæ zobaczyã zdjæcia, które zrobiono przenoúnym aparatem jakàú godzinæ temu, gdy nagle wyszedù z drzwi o kilka metrów ode mnie, mruýàc oczy i poprawiajàc koszulæ. Poszedùem za nim w stronæ podúwietlaczy i poczekaùem, aý znajdzie klisze.

Na radiologii nigdy nie wiedzieli, gdzie co jest. Zdjæcie, które mnie interesowaùo, zostaùo zrobione dopiero przed godzinà, a facet nie mógù go znaleêã. Powiedziaù, ýe nie rozumie, co siæ staùo. Zawsze tak mówià, a ja musiaùem siæ z tym godziã.

Sekretarki w ciàgu dnia úwietnie radziùy sobie przy szukaniu zagubionych rzeczy, ale tylko one. Technik przerzucaù zdjæcie po zdjæciu, a ja oparùem siæ o pulpit i czekaùem. Wyglàdaùo to na oglàdanie nieskoñczonego replayu niedokùadnego podania. W koñcu wydobyù kliszæ z kupy zdjæã, które jakoby juý wczeúniej zostaùy przeanalizowane. Umieúciù je na podúwietlaczu i wùàczyù lampæ, która po kilku mrugniæciach daùa ciàgùe úwiatùo. Klisza byùa odwrócona, musiaùem jà ustawiã w prawidùowym poùoýeniu.

Straszny nieùad - oczywiúcie chodziùo o kliszæ, nie o pacjenta. Zdjæcia robione przenoúnym aparatem nie byùy wcale dobre, ale byùem pewien, co by powiedziaù radiolog. Stwierdziùby, ýe úmieszne byùo zamawianie aparatu przenoúnego, jeúli pacjent mógù byã wysùany na góræ na normalne przeúwietlenie. Nie próbowaùem wyjaúniaã, ýe aparat przenoúny mogæ zamawiaã od siebie z pokoju i mieã gotowe zdjæcie - jeúli nie zginie - gdy dojdæ do pacjenta. W przeciwnym wypadku muszæ siedzieã na tyùku przez godzinæ i czekaã na zwykùe przeúwietlenie. Nie docieraùo to do kogoú takiego, jak ten radiolog.

Zdjæcie, jak na zrobione przenoúnym aparatem, wyglàdaùo zupeùnie normalnie, to znaczy byùo zamazanà plamà z wyjàtkiem gazu w ýoùàdku i uniesionej przepony. Ale nawet to byùo zwodnicze, bo jeúli facet leýy w ùóýku, to nie wiadomo, pod jakim kàtem technik robi zdjæcie. Mimo wszystko wyglàdaùo nieêle.

Nastæpnie zadzwoniùem do laboratorium i poprosiùem o wyniki badania krwi. Laboratorium analityki byùo znakomite; z reguùy szybko odnajdywali wyniki.

Dziú laborantka chciaùa, ýebym siæ przedstawiù, gdyý szpitalowi nie wolno udzielaã informacji osobom nie upowaýnionym. Co za gùupie pytanie? Kto inny dzwoniùby w sprawie wyników badania krwi o trzeciej rano? Powiedziaùem, ýe nazywam siæ Ringo Starr, co wystarczyùo zupeùnie, ýeby dziewczyna nie miaùa wàtpliwoúci. Wynik teý byù normalny.

Uzbrojony w komplet informacji, zadzwoniùem do Doùadowary. Dêwiæk telefonu dochodzàcy z drugiej strony sprawiaù rozkosz moim uszom. Dùugo nie podnosiù sùuchawki. Doùadowara rzeczywiúcie miaù twardy sen. W koñcu siæ jednak odezwaù.

- Tu doktor Peters ze szpitala. Obejrzaùem pañskiego pacjenta, po przepuklinie, który miaù trudnoúci z oddychaniem.

- Jak siæ czuje?

- O wiele lepiej. Wystàpiùa rozstrzeñ ýoùàdka, ale wypuúciùem mnóstwo gazów i prawie póù litra cieczy przez zgùæbnik.

- Tak, to chyba byùo przyczynà.

Ale kræci; Doùadowara nie miaù ýadnego pojæcia, jaka byùa przyczyna. Nie przestawaùem jednak mówiã.

- Pomyúlaùem, ýe dobrze byùoby sprawdziã inne ukùady, wiæc mam wyniki badania krwi, zdjæcie klatki piersiowej i EKG. Wyglàda na to, ýe sà w normie. Wszystko, poza przeponà, która

W sùuchawce rozpætaùa siæ burza.

- Na Boga, mùodzieñcze, nie potrzebujesz tych wszystkich podkùadek. Mój pacjent nie jest milionerem, a to nie jest Mayo Clinic. Co, do cholery, wyprawiasz? Mógùbym ci powiedzieã, co byùo zùego w tym, ýe stosowaliúmy tylko stetoskop i opukiwanie. Wy, gówniarze, myúlicie, ýe úwiat zostaù stworzony dla maszyn. Dawniej, gdy ja byùem na twoim miejscu, my nie

Mogùem sobie wyobraziã jego rozpalonà ze zùoúci twarz, nabrzmiaùe ýyùy na karku. Miaùem szczerà nadziejæ, ýe nie bædzie mógù zasnàã.

- A co zrobiùeú ze zgùæbnikiem, Peters?

- Zostawiùem na ssaniu, wewnàtrz.

- Zgùupiaùeú? Dostanie zapalenia pùuc z takim paskudztwem. Wyciàgnij to zaraz.

- Doktorze, pacjent nadal ma kùopoty z oddechem. Istnieje powaýna obawa o rozstrzeñ.

- Nie sprzeczaj siæ ze mnà. Wyciàgnij ten zgùæbnik. Ýaden z moich pacjentów po przepuklinie tego nie potrzebuje. To jedna z moich ýelaznych zasad, Peters.

Trzask, trzymaùem w ræce gùuchy telefon.

Wróciùem na oddziaù i wyciàgnàùem zgùæbnik. Pacjent dalej ciæýko ùapaù powietrze, ale nie z takim trudem jak wczeúniej. Gdy wychodziùem, weszùa pielægniarka, trochæ zdziwiona i zaskoczona moim widokiem. Trzymaùa strzykawkæ. Z poczuciem winy powiedziaùa, ýe Doùadowara dzwoniù do niej i zaýàdaù wiæcej úrodków uspokajajàcych. Miaùem tak doúã, ýe nawet nie spytaùem, co to jest.

Musiaùem zdecydowaã, dokàd pójúã - do siebie czy do mieszkania Karen. Karen z pewnoúcià juý smacznie spaùa. Poza tym nie miaùem u niej maszynki do golenia. Nie chcieliúmy wzbudzaã podejrzeñ tego drugiego. Gdybym poszedù do siebie, mógùbym ogoliã siæ rano, po paru godzinach snu.

Byùo juý po trzeciej. Wróciùem do pokoju, zadzwoniùem na centralæ i powiedziaùem, ýe nie bædzie mnie pod tym drugim numerem. Telefonistka odpowiedziaùa, ýe rozumie. Ciekawe, ile zrozumiaùa.

Ledwie przyùoýyùem gùowæ do poduszki, znów zadzwoniù telefon. O Boýe, chyba pacjent do przyjæcia na oddziaù z NW. Co za kurewska wtorkowa noc! Byùa to jednak ta sama pielægniarka, która mówiùa, ýe temu z przepuklinà ponownie siæ pogorszyùo. Prywatny lekarz pacjenta chce, ýebym tam natychmiast poszedù. Miaùem juý po uszy tego rytmu - góra, dóù, góra, dóù, pacjenci, wobec których zakres mojej odpowiedzialnoúci byù tak nieprecyzyjny, ýe nigdy nie wiedziaùem, co do mnie wùaúciwie naleýy. Ileý byùo w tym ironii!

Nie tak dawno Doùadowara skoñczyù wydzieraã siæ na mnie za polecenie zrobienia paru analiz i pozostawienie zgùæbnika, a zaraz potem zadzwoniù do pielægniarki, zamiast do mnie, ýeby powiedzieã, co podaã pacjentowi. Teraz ma dla mnie polecenie. Nie miaùo to sensu, jeúli nie uúwiadamiaùo siæ sobie, ýe jest siæ tylko wygodnym úrodkiem podtrzymujàcym sen lekarza. Pacjent oczywiúcie nie otrzymywaù tego, za co pùaci. A ja? Nie zapewniano mi nawet odrobiny szkolenia. Kiedyú, jeúli bædæ miaù szczæúcie, zostanæ takim lekarzem jak on i wcale nie bædæ siæ przejmowaù staýystà, pacjentem czy w ogóle opiekà medycznà.

Nie pozostawaùo nic innego, jak jeszcze raz zjechaã windà, przejúã dùugim korytarzem, wejúã w granatowà ciemnoúã otulajàcà szpital. Moje kroki wyraênie rozbrzmiewaùy w ciszy, jak w próýni.

Na razie byùo spokojnie, ale o 7.30, przed operacjà, bædæ w sùabej formie. Czuùem siæ jak przy przyjmowaniu do szpitala na badania. Od poczàtku staýu schudùem o siedem kilo.

Nagle bùogi nastrój zostaù brutalnie zakùócony dobiegajàcym gdzieú z tyùu ùomotem szkùa i metalu. Odwróciùem siæ i zobaczyùem staýystæ z NW, który pædziù w mojà stronæ, úciskajàc laryngoskop i rurkæ dotchawiczà. Siostra pchaùa za nim brzæczàcy wózek.

- Zatrzymanie akcji serca - powiedziaù przerywanym gùosem, dajàc mi znak, ýebym poszedù za nim.

Zaczæliúmy biec. Zastanawiaùem siæ, czy chodzi o pacjenta po przepuklinie.

- Które piætro? - spytaùem.

- Prywatna chirurgia na tym piætrze.

Z impetem przeszedù przez obrotowe drzwi. W sali, w której niedawno byùem, paliùo siæ úwiatùo. Wpadliúmy do úrodka. Pacjent leýaù na podùodze przy umywalce. Wyciàgnàù przewód kroplówki i wyszedù z ùóýka. Byùy tu juý dwie pielægniarki. Jedna próbowaùa robiã masaý serca poúredni. Chwyciùem deskæ przyniesionà przez pielægniarkæ i rzuciùem na ùóýko, ýeby przygotowaã twarde podùoýe do masaýu.

- Poùóýcie go tu - wrzasnàùem i caùà czwórkà uùoýyliúmy go na desce. Nie byùo tætna ani oddechu. Pacjent miaù otwarte oczy z szeroko rozwartymi êrenicami, a jego usta byùy groteskowo rozdziawione. Staýysta z NW mocno uciskaù klatkæ piersiowà; brak reakcji. Úcisnàùem nos pacjenta, przyùoýyùem usta i wtùoczyùem mu powietrze w pùuca. Nie czuùem ýadnego oporu, a klatka piersiowa lekko siæ uniosùa. Znów porcja powietrza i daùem znak, ýeby podano mi laryngoskop. Staýysta z NW zaczàù robiã masaý serca; wszedù na ùóýko i uklàkù obok chorego, ýeby zajàã odpowiednià pozycjæ.

Za kaýdym razem, gdy naciskaù klatkæ, gùowa pacjenta gwaùtownie odskakiwaùa.

- Czy moýe pani przytrzymaã gùowæ? - poprosiùem jednà z pielægniarek.

Próbowaùa, ale bezskutecznie. Pomiædzy tymi wyrzutami gùowy udaùo mi siæ wùoýyã mu do gardùa laryngoskop. Nagùoúnia pojawiaùa siæ i znikaùa. Przy wpychaniu koñcówki wyciàgnàùem przy tym wszystkim caùy przyrzàd, który obijaù siæ o zæby. Nic. Nie mogùem siæ poùapaã w czerwonych faùdach bùony úluzowej. Po wyjæciu laryngoskopu, pomiædzy kolejnymi uciskami, wdmuchaùem jeszcze trochæ powietrza. Staýysta z NW odwalaù kawaù dobrej roboty; mostek unosiù siæ i zapadaù o kilka centymetrów. Musiaùo to przepychaã przez serce mnóstwo krwi. Ponowiùem próbæ wùoýenia laryngoskopu do nagùoúni, a póêniej nieco dalej. Przez chwilæ widziaùem struny gùosowe.

- Rurka dotchawicza.

Siostra podaùa przyrzàd. Nie odrywaùem oczu od gardùa.

- Naciúnij krtañ! - wskazaùem pielægniarce miejsce. Nacisnæùa.

- Mocniej!

Znów pokazaùy siæ struny gùosowe i wcisnàùem rurkæ.

- Powietrze!

Podùàczyùem worek Ambu i obserwowaùem klatkæ piersiowà po wciúniæciu powietrza. Usùyszaùem tylko bulgotanie w ýoùàdku.

- Cholera, nie trafiùem.

Wyciàgnàùem rurkæ, zakryùem mu usta swoimi i znów wtùoczyùem powietrze, dwukrotnie wiæcej. Ponownie chwyciùem laryngoskop. Tym razem muszæ trafiã.

- Naciúnij na krtañ!

Staraùem siæ ze wszystkich siù, ýeby byùo dobrze. Pomiædzy kolejnymi cyklami ucisku klatki widziaùem struny gùosowe.

- Dobrze, przestañ na chwilæ.

Staýysta z NW przerwaù masaý, a ja w tym czasie wùoýyùem rurkæ. Natychmiast wznowiù ucisk.

Klatka piersiowa, wspomagana przez worek Ambu i ucisk, zaczæùa siæ wznosiã. Pielægniarka, która przyszùa z NW, podùàczyùa przewody do EKG i monitor siæ oýywiù. Nie byùo dobrego uziemienia.

- Przeùàcz EKG na dwójkæ - powiedziaù staýysta z NW.

Poprawiùo siæ. Úciskaùem worek Ambu, gdy przyszùa pielægniarka od narkozy. Przejæùa ode mnie Ambu.

- Kaniula.

Pielægniarka podaùa mi cewnik. Mocno zacisnæùa gumowà opaskæ na lewym ramieniu pacjenta. Kaniula doýylne to niebezpieczna zabawka, szczególnie wtedy, gdy robi siæ wszystko w poúpiechu. Efekt jednak przychodzi szybciej niý przy nacinaniu. Kaniula jest po prostu przepychana przez skóræ do ýyùy i nie wymaga ýadnego ciæcia. Wcisnàùem jà w rækæ pacjenta, aý - jak mi wydawaùo - przebiùem ýyùæ: na szczæúcie w zbiorniku strzykawki pojawiùa siæ krew. To dopiero poùowa sukcesu. Naùoýyùem plastykowy cewnik na igùæ; miaùem nadziejæ, ýe zostanie w ýyle. Póêniej, poruszajàc igùà w przód i w tyù, staraùem siæ wepchnàã przewód gùæbiej. Po wyciàgniæciu igùy po ræce pacjenta wypùynæùo na ùóýko trochæ bràzowej krwi. Pielægniarka ciàgle grzebaùa siæ z rurkami kroplówki. Nie tamowaùem krwi, bo po co. Po przyczepieniu koñcówki rurki do cewnika krew zniknæùa i spùynæùa do ýyùy pod wpùywem ciúnienia kroplówki. Zerwaùem opaskæ uciskowà i przestawiùem kroplówkæ na maksymalny przepùyw.

- Taúma.

Przymocowaùem cewnik do ramienia. EKG wykazywaù gwaùtowne, ale chaotyczne migotanie.

- Adrenalina - warknàùem.

Sàdziùem, ýe úrodek pobudzajàcy akcjæ serca wygùadzi migotanie, zanim spróbujemy oddziaùywaã elektrycznie.

- Moýe bezpoúrednio w serce? - zasugerowaù ten z NW.

- Spróbujemy najpierw doýylnie, przez rurki kroplówki.

Nie byùem zwolennikiem metody dosercowej. Pielægniarka podaùa mi strzykawkæ z dziesiæcioma centymetrami roztworu l:1000. Wstrzyknàùem go szybko poprzez krótki odcinek plastykowego przewodu i úcisnàùem odsiebny kawaùek rurki, ýeby adrenalina nie wróciùa do butelki z kroplówkà.

- Dwuwæglan - zwróciùem siæ do pielægniarki, wyciàgajàc wolnà rækæ.

Podaùa mi strzykawkæ z czterdziestoma czterema milirównowaýnikami.

- Jak ci idzie z pompowaniem? - spytaùem kolegæ po fachu.

- W porzàdku.

Wstrzyknàùem dwuwæglan w to samo miejsce i przy okazji ukùuùem siæ w palec, przebijajàc igùà caùy gumowy odcinek. Ssàc palec wskazujàcy, obserwowaùem monitor EKG. Powoli migotanie robiùo siæ bardziej zdecydowane.

- Moýe juý czas na defibrylacjæ? - zasugerowaù ten z NW.

Defibrylator byù naùadowany. Pielægniarka trzymaùa elektrody posmarowane úrodkiem przewodzàcym. Kolega z NW przerwaù pompowanie i wziàù elektrody; jednà poùoýyù w okolicach serca, drugà z boku klatki piersiowej.

- Odsunàã siæ.

Pielægniarka od narkozy zostawiùa worek Ambu. Bum! Pacjent podskoczyù, jego ræce zatrzepotaùy w powietrzu, zniknàù impuls z monitora. Pojawiù siæ po chwili - bez zmian. Wpadù zdyszany lekarz i szybko przejàù dowodzenie.

- Zatrzymajcie piæcioprocentowy dwuwæglan i dajcie mi ksylokainæ.

Siostra daùa mu 50 mg ksylokainy. Wræczyù mi jà i wstrzyknàùem. Ponowiliúmy defibrylacjæ. Po czterech próbach migotanie ustaùo. Zamiast normalnego rytmu serca nastàpiùa cisza, przebieg wykresu na monitorze byù zupeùnie pùaski.

- Cholera! Asystolia - powiedziaù lekarz, spoglàdajàc na monitor.

Adrenalina, izuprel, atropina, rozrusznik - próbowaliúmy wszystkiego, co byùo dostæpne. W tym czasie êrenice pacjenta zmniejszyùy siæ do normalnych rozmiarów po tym rozwarciu, które nastàpiùo na samym poczàtku. Oznaczaùo to, ýe do mózgu docieraù tlen - przynajmniej masaý serca okazaù siæ skuteczny.

Przyszedù kolejny staýysta, który przejàù na siebie masaý serca. Biedaczysko z NW mógù wróciã do swoich normalnych obowiàzków. Póêniej przyszùa moja kolej.

- Spróbujemy wapna? - odezwaù siæ ten nowo przybyùy staýysta.

Lekarz wstrzyknàù wapno.

Poprosiùem o kolejny zgùæbnik nosowo-ýoùàdkowy, ale nie mogùem go wùoýyã, dopóki kolega-staýysta nie zmieniù mnie przy masaýu. W ýoùàdku nie byùo za wiele, z wyjàtkiem powietrza, które najprawdopodobniej wtùoczyùem pomyùkowo przez êle wùoýonà rurkæ dotchawiczà. Powiedziaùem lekarzowi, ýe pacjent jest tym, o którego EKG rozmawialiúmy przez telefon. Powiedziaùem mu teý, ýe zdjæcie zrobione przenoúnym aparatem rentgenowskim jest, ogólnie rzecz bioràc dobre.

Ze zdziwieniem zauwaýyùem Doùadowaræ, który spokojnie obserwowaù nasze goràczkowe wysiùki. Pielægniarki musiaùy po niego zadzwoniã. Zrobiù kilka dosercowych zastrzyków adrenaliny. Nadal nie mogliúmy przerwaã asystolii, chociaý wypróbowaliúmy wszystkie moýliwoúci. Pompowanie i oddychanie, pompowanie i oddychanie; przez kolejne piætnaúcie minut widzieliúmy tylko prostà kreskæ na monitorze.

- Starczy. Przerwijcie.

Doùadowara wreszcie siæ odezwaù - po trzydziestu minutach ciszy. Jego sùowa tak nas zaskoczyùy, ýe nie przerywaliúmy, jakby nic nie powiedziaù.

- Dosyã - powtórzyù.

Pierwsza przerwaùa siostra od worka Ambu. Nastæpnie staýysta, który akurat wykonywaù masaý. Wszyscy byliúmy kompletnie wyczerpani i pragnæliúmy wreszcie siæ poùoýyã. Wiedzieliúmy, ýe mogliúmy przestaã wczeúniej, gdyby nie êrenice. Zwæýenie êrenic jest jednà z oznak przywracania do ýycia - to nas mobilizowaùo.

Okazaùo siæ, ýe tym razem byù to faùszywy znak. Przestaliúmy - facet nie ýyù.

Doùadowara wyszedù i zniknàù w korytarzu, idàc do dyýurki pielægniarek, gdzie zaùatwiù wszystkie papiery i skàd zadzwoniù do rodziny zmarùego. Pielægniarki odùàczyùy EKG, a ja wyjàùem duýà igùæ dosercowà.

- Jak sobie dajesz radæ z trafieniem w serce? - spytaùem.

- Udawaùo mi siæ za kaýdym razem, ale miaùem tylko dwie próby - odpowiedziaù.

- Moja skutecznoúã to tylko piæãdziesiàt procent - wyznaùem.

Po zaùoýeniu dziesiæciocentymetrowej strzykawki podszedùem do pacjenta i ustawiùem jà pod kàtem Louisa, poniýej mostka. Daùo mi to odpowiednie uùoýenie w stosunku do klatki piersiowej. Nastæpnie trzeba byùo znaleêã czwarte miædzyýebrze z lewej strony. Igùa weszùa gùadko, a gdy wyciàgnàùem tùoczek, zbiornik strzykawki wypeùniù siæ krwià. Trafiùem.

- Myúlæ, ýe caùy problem polega na tym, ýe przechodziùem dotàd przez trzecie miædzyýebrze - stwierdziùem.

Spróbowaùem jeszcze raz, ale przez trzecie. Faktycznie, po wyciàgniæciu tùoczka nie byùo úladów krwi.

- To jest to. No, teraz ty.

Podaùem mu strzykawkæ i trafiù bez pudùa.

Wyciàgnàùem rurkæ dotchawiczà z gardùa zmarùego i wytarùem gæsty úluz z koñcówki o przeúcieradùo, na którym pozostaù szary úlad.

- Trudno mu byùo wùoýyã tæ rurkæ. Chcesz spróbowaã?

Ostroýnie podaùem mu rurkæ trzymanà miædzy kciukiem a palcem wskazujàcym. Teraz byùem juý dobry, bo przez ostatnie miesiàce zawsze wykorzystywaùem takie przypadki nieskutecznej reanimacji, które byùy niestety doúã czæste, do treningu.

Wziàù laryngoskop i wùoýyù do úrodka. Powiedziaù, ýe nic nie widzi. Spojrzaùem mu przez ramiæ i stwierdziùem, ýe nie podciàga wystarczajàco koñcówki ostrza.

- Podnoú, aý bædzie ci siæ wydawaùo, ýe zwichnàùeú mu szczækæ.

Ræka mu zadrýaùa, gdy ciàgnàù. Jeszcze niedobrze.

- Moýe ja spróbujæ.

Podciàgnàùem i prawà rækà nacisnàùem krtañ. Moýna juý byùo zobaczyã struny gùosowe.

- To wszystko jest pod bardzo ostrym kàtem. Spróbuj jeszcze raz, ale naciúnij na krtañ.

Pielægniarka wsadziùa gùowæ do sali i powiedziaùa, ýe potrzebuje monitor, ýeby oddaã caùy wózek na NW. Ruchem ræki pokazaùem, ýeby przez chwilæ nie przeszkadzaùa i patrzyùem koledze przez ramiæ, jak mu idzie. Z zadowolenia aý westchnàù, gdy zobaczyù struny gùosowe. Wychodzàc, przekazaù monitor pielægniarce, która cmoknæùa z niesmakiem.

Nagle zostaùem sam. Caùy ruch, jak ponura parada, przeniósù siæ w stronæ ýywych w innych czæúciach szpitala. Znów myúlaùem, gdzie pójúã - do siebie czy do Karen. Czuùem siæ osamotniony, szczególnie teraz, po úmierci tego mæýczyzny. Byùem jednym z ostatnich, który widziaù go ýywego. Zrobiùem, co mogùem - wszyscy zrobiliúmy, co byùo w naszej mocy. Byùem przekonany, ýe daliúmy z siebie wszystko. W dodatku to Doùadowara kazaù mi wyjàã zgùæbnik i daù mu jakieú úrodki. To nie byùa moja wina, chociaý on moýe tak myúlaù. Bez wàtpienia zrzuci wszystko na te drogie badania. To byù jeden z problemów tego ukùadu z prywatnymi pacjentami. Mogùem zbadaã i obejrzeã pacjenta, ale nie miaùem moýliwoúci podejmowania decyzji, a lekarza prowadzàcego, który miaù ostatecznà wùadzæ, nie byùo na miejscu. To stawiaùo mnie w niejasnej sytuacji, ýeby nie powiedzieã na ostatniej pozycji. Byùo to zbyt skomplikowane jak na czwartà rano. Wciàý jednak ciekawiù mnie ostatni zastrzyk Doùadowary. Pielægniarka powiedziaùa, ýe byù to úrodek uspokajajàcy. Gdybym poszedù sprawdziã kartæ, znów musiaùbym siæ spotkaã z tym skurwysynem, a on na pewno sypnàùby wtedy uwagami na temat kosztownych badañ krwi. Idàc korytarzem, zdecydowaùem jednak, ýe gra jest warta úwieczki.

Doùadowary juý nie byùo. Ulýyùo mi; to teý úwiadczyùo o jego zainteresowaniu programem szkolenia. W karcie byù zapisany seconal. Nie rozwiewaùo to moich wàtpliwoúci. Czytajàc raport, zauwaýyùem, ýe mæýczyzna nie miaù ýadnych zapisów o chorobach serca. Ýoùàdek i nerki teý bez zastrzeýeñ. Póêniej przeczytaùem o przepuklinie, duýej jak piùka do koszykówki - to teý nie wyjaúniaùo przebiegu choroby. Coú musiaùo siæ przyczyniã do zakùócenia pracy ukùadu oddechowego i doprowadziã ostatecznie do zaburzeñ sercowych. Rozstrzeñ ýoùàdka, którà usunàùem, pogorszyùa ten stan, ale go nie wywoùaùa. Narkoza? Zajrzaùem do opisu. Znalazùem tam informacje o pentothalu i podtlenku azotu - ýadnych komplikacji. Daremnie usiùowaùem zùoýyã wszystko do kupy, ale nie mogùem sobie poradziã z tym zamætem. Byùem zbyt wypompowany. Lepiej popædziã do ùóýka, pomyúlaùem cynicznie, ýeby byã u siebie, gdy rano telefonistka z centrali zadzwoni, aby mnie obudziã. Bardzo zabawne.

Byùa to paskudna, iúcie paskudna wtorkowa noc. Z reguùy coú siæ w te noce dziaùo. Podobnie jak w poniedziaùki, chociaý zarówno poniedziaùki, jak i wtorki byùy wypeùnione operacjami, co oznaczaùo opatrunki, ból, dreny; udawaùo siæ jednak zùapaã trochæ snu. Nie tym razem: zdàýyùem dotknàã gùowà poduszki, gdy znów zadzwoniù telefon. Sala operacyjna: amputacja, potrzebny byùem do pomocy.

Amputacja, zwùaszcza nogi, wytràcaùa mnie z równowagi. Wyciæcie wyrostka robaczkowego lub pæcherzyka ýóùciowego albo inne operacje narzàdów wewnætrznych nie naruszaùy zewnætrznej otoki czùowieka. Zabranie ræki czy nogi ze stoùu operacyjnego po oddzieleniu od pacjenta byùo aktem nieodwracalnym. Niezaleýnie od tego, jak byùem zmordowany, nie byùem w stanie traktowaã odjæcia koñczyny jako zwykùego zabiegu.

Trzeba to byùo jednak zrobiã. Wstaùem, zupeùnie bez motywacji, i powlokùem siæ na salæ operacyjnà. Szorowanie ràk, ubiór operacyjny, czepek i maska. Po zaùoýeniu maski úciàgnàùem jà z twarzy pomimo zawiàzanych sznurków i przyjrzaùem siæ sobie w lustrze. Nie mogùem rozpoznaã zmarnowanego faceta, który mi siæ przyglàdaù.

Na szczæúcie, gdy wszedùem na wùaúciwà salæ operacyjnà, okazaùo siæ, ýe nie bædzie to amputacja, ale próba uratowania nogi po zmiaýdýeniu kolana przez ciæýarówkæ.

Nerwy i ýyùy, nietkniæte, spinaùy przestrzeñ po kolanie. Tætnice, koúci - nie byùo po nich úladu. Ku memu zdziwieniu zobaczyùem dwóch prywatnych chirurgów, speców od naczyñ krwionoúnych. Spytaùem, czy bædæ potrzebny, i usùyszaùem w odpowiedzi: „Moýe”. Nie miaùem wyboru, musiaùem zaùoýyã rækawice i sterylny ubiór.

Moim zadaniem byùo stanàã przy koñcu stoùu naprzeciw anestezjologa i przytrzymywaã stopæ dùoñmi. Obaj chirurdzy teý musieli byã z tej strony, ýeby zajàã siæ kolanem. Jak zwykle odwróceni byli do mnie plecami, szczególnie ten z lewej, który pochylaù siæ nad stoùem. Nie mogùem niczego zobaczyã. Wiszàcy z prawej strony zegar wskazywaù prawie piàtà, gdy operacja zaczynaùa siæ na dobre. Z ich rozmowy dowiedziaùem siæ, ýe robià przeszczep gùównej tætnicy biegnàcej za kolanem do stopy. Powoli przeszùa godzina, wskazówka minutowa wlokùa siæ naokoùo tarczy. Umieúcili przeszczep, zaznaczyùo siæ tætno w stopie, ale w ciàgu kilku minut nie byùo juý po nim úladu. Oznaczaùo to koniecznoúã otwarcia przeszczepu i usuniæcia úwieýego skrzepu. Znów pojawiùo siæ tætno, kolejny skrzep, otwarcie. Powtarzaùo siæ to bez koñca. Byùem caùkowicie zdumiony ich spokojnym uporem i cierpliwoúcià.

Nie majàc nic innego do roboty poza trzymaniem nieruchomo ràk w jednej pozycji i patrzeniem na zegar, zaczàùem bezwiednie przysypiaã. Odgùos rozmowy chirurgów wpadaù i wypadaù z mojej gùowy wraz z obrazem sali operacyjnej. Na póù przytomny staraùem siæ ze wszystkich siù nie zasnàã, ale przegraùem. Zasnàùem, trzymajàc nadal stopæ. Nie upadùem. Moja gùowa pochyliùa siæ powoli, aý uderzyùem lekko czoùem w plecy chirurga. To mnie obudziùo. Oczy miaùem tuý przy jego ubiorze, tak ýe widziaùem splot poszczególnych nitek. Chirurg odwróciù siæ i popchnàù mnie ùokciem, aý wróciùem do pionu.

Jego niebieskie oczy úciæùy mnie twardym spojrzeniem znad maski. Nie myúlaùem o tym, co robiæ, ale zdarzenie to przyczyniùo siæ do podtrzymania moich poglàdów, bo przywróciùo mi ujarzmionà wúciekùoúã.

Dochodziùa ósma rano, a ja staùem po nie przespanej nocy, majàc przed sobà dzieñ wypeùniony zabiegami i przytrzymujàc stopæ jak odwaýnik.

Robota dobra dla worków z piaskiem. Moýe zrobiùyby to nawet lepiej - nie zùoszczà siæ i zachowujà jednakowà formæ. Nie byù to pierwszy raz, ýe zasnàùem na sali operacyjnej. Zdarzyùo mi siæ to juý kiedyú, gdy po bezsennej nocy trzymaùem retraktory w czasie operacji tarczycy. Trwaùo to uùamek sekundy, ale drgniæcie, które mnà zatrzæsùo, gdy siæ obudziùem, przelækùo chirurga. Zapytaù ýartem, czy to poczàtek napadu epilepsji. Nie sàdzæ, aby zauwaýyù, ýe zasnàùem.

Ten zauwaýyù i byù zdenerwowany, chociaý wraz z partnerem dalej mnie ignorowali. Wreszcie, gdy wszystko siæ skoñczyùo i przygotowywaùem siæ do wyjúcia, nie wytrzymaù.

- Peters, jeúli zasypianie w czasie operacji úwiadczy o twoim zainteresowaniu chirurgià, to sàdzæ, ýe o caùej sprawie trzeba zawiadomiã dyrekcjæ.

Zamiast wysùaã go do diabùa, pokornie siæ tùumaczyùem brakiem snu i moýliwoúci obserwacji pola operacji. Nie przekonaùem go.

- Radziùbym, ýeby siæ to nie powtórzyùo.

- Tak jest, proszæ pana.

Wyszedùem przepeùniony bezpùodnymi morderczymi zamiarami.

Normalny tok zabiegów chirurgicznych zaczàù siæ póù godziny wczeúniej. Wùaúciwie nie zdàýyùem juý na pierwszy, chociaý nie zdenerwowaùem siæ tym. Nie byùo to nic ciekawego - drugi asystent przy wyciæciu pæcherzyka ýóùciowego. Na popoùudnie byùem wyznaczony do dwóch czy wiæcej takich operacji.

Zszedùem do úwietlicy chirurgów i zwædziùem paræ kawaùków chleba - wreszcie coú do ýarcia po piætnastu godzinach.

Jeúli chodzi o sen, to zaliczyùem jednà godzinæ w ciàgu ostatnich dwudziestu szeúciu. Czuùem siæ z lekka osùabiony. Myúl o caùym dniu wypeùnionym zabiegami nie byùa wcale zachæcajàca.

W úwietlicy natarù na mnie szef zespoùu, który chciaù wiedzieã, gdzie byùem w czasie obchodu. Na poczàtku staýysta dowiaduje siæ, ýe nie moýna zadowoliã wszystkich. Ostatnio dotarùo do mnie to, ýe nikt nie jest ze mnie zadowolony, a najmniej ja sam. Opowiedziaùem mu o paru pacjentach, ale w zwiàzku z tym, ýe byùem teraz wùàczony w prywatny program szkolenia, nie miaùem wielu pacjentów ogólnych - tylko tych, przy których operacjach miaùem asystowaã.

Oba przypadki przepukliny majà siæ dobrze, wyciæcie ýoùàdka juý je, ýyùy w porzàdku i chodzà, hemoroidy nie oddaùy stolca. Nazwy chorób sypaùy siæ jak z rækawa, nie byùy nam potrzebne nazwiska pacjentów.

Prawie zapomniaùem o chorym z tætniakiem, który miaù na ten dzieñ wyznaczonà aortografiæ. Przysùano go z jednej z wysp, bo przeúwietlenie wykazaùo podejrzanà plamæ na lewym pùucu. Mógù to byã tætniak na gùównej tætnicy. Bez operacji taki tætniak po mniej wiæcej szeúciu miesiàcach pæka i pacjent wykrwawia siæ na úmierã. Szybkie dziaùanie jest niezbædne, a diagnozæ moýe potwierdziã aortogram. Robi siæ to na radiologii po wstrzykniæciu kontrastu w tætnicæ powyýej serca. Przez chwilæ, dopóki krew go nie rozprowadzi, kontrast daje zarys ksztaùtu tætniaka, a zdjæcia robione jedno po drugim pokazujà najdrobniejsze szczegóùy. Dopiero wtedy wiadomo, czy potrzebna jest operacja. W zwiàzku z tym, ýe robiùem caùy opis i badania wstæpne, chciaùem uczestniczyã we wszystkim. Poprosiùem szefa zespoùu o zgodæ.

- Jasne - powiedziaù. - Jeúli bædzie pasowaù harmonogram.

Ta czæúã systemu nie zmieniùa siæ przez ostatnie dziewiæã miesiæcy. W koùowrocie harmonogramu zabiegów my, staýyúci, ciàgle byliúmy rzucani od pacjenta do pacjenta. Zbyt czæsto zdarzaùo siæ, ýe nawet nie trafialiúmy na swoich wùasnych. Jeúli dostaje siæ chorego, przyjmuje i przeprowadza wszelkie niezbædne badania wstæpne, powinno siæ prowadziã go przez caùy proces diagnozowania, aý do operacji. Nikt nie powinien podawaã tego w wàtpliwoúã, ani z akademickiego punktu widzenia, ani bioràc pod uwagæ dobro pacjenta. Mimo to, jeúli kiedykolwiek ktoú potrzebowaù dodatkowej pary ràk przy operacji pæcherzyka ýóùciowego (na nasze gùowy nie byùo nigdy zapotrzebowania), byliúmy skùadam w ofierze bez wzglædu na aspekt edukacyjny czy oddziaùywanie psychologiczne na naszych pacjentów. Byù to kolejny sposób wywierania na nas zùudnego wraýenia, ýe jesteúmy niezbædni.

Szef zespoùu odszedù, a po kilku minutach otrzymaùem telefon z sekretariatu chirurgii, ýe zostaùem przydzielony do pomocy przy wyciæciu ýoùàdka, który to zabieg juý trwaù. Najwidoczniej potrzebna byùa dodatkowa para ràk. Skoñczyùem jeúã mój czerstwy chleb i poczùapaùem znów w stronæ oddziaùu operacyjnego, rozplanowujàc w myúli resztkæ mojego dnia na chirurgii. Po tym wyciæciu ýoùàdka miaùem jeszcze usuniæcie nerki w sali numer 10 i dwie operacje pæcherzyka ýóùciowego. Przechodzàc koùo sali numer 10, zorientowaùem siæ, ýe operacja nerki juý trwa i przejdzie mi koùo nosa. Nakano, drugi staýysta, miaù szczæúcie tam byã. Ale mu siæ udaùo. Usuniæcie nerki byùo ciekawsze niý wszystkie inne przypadki razem wziæte. Pacjent miaù guz na nerce; trzeba byùo to wyciàã, chociaý nie byù to nowotwór zùoúliwy. Jeszcze do niedawna chirurg wycinaù w takim wypadku caùà nerkæ, teraz zaú, przy postæpie radiologii, lokalizuje siæ guz bardzo dokùadnie i wycina tylko zaatakowanà czæúã. Ale o tym innym razem.

Szedùem korytarzem w stronæ przydzielonego mi przypadku wyciæcia ýoùàdka. Normalnie byùbym przeraýony operacjà wyciæcia pæcherzyka, ale dzisiaj miaùem szczæúcie, bo zabieg miaù przeprowadziã úwietny chirurg. Byù jak oaza na pustyni konserwatyzmu. Groziùo co prawda niebezpieczeñstwo, ýe operacja wyciæcia ýoùàdka przedùuýy siæ i zazæbi czasowo z pierwszym zabiegiem pæcherzyka, który przeprowadziã miaù ten wymarzony chirurg. Miaùem nadziejæ, ýe tak siæ nie stanie.

Nie zwaýajàc na to, co siæ wokóù mnie dzieje, szedùem powoli w stronæ sali numer 4, bez poúpiechu, przymuszajàc siæ do stawiania kroków. Rzut oka na tablicæ ogùoszeñ wywoùaù mojà rozpacz. Podobnie jak Doùadowara, ten lekarz ogólny byù facetem w zaawansowanym wieku, o kiepskich kwalifikacjach, bez úladów skromnoúci. Byù teý jedynym bohaterem swych nie koñczàcych siæ, zabarwionych egoizmem historii o mozolnej pracy w dawnych latach. Najwidoczniej przez lata dêwigaù na swoich barkach ciæýar amerykañskiej sùuýby medycznej, dokonujàc bohaterskich czynów, które niszczyùy umysù; przynajmniej jego umysù. Jakiú dowcipas nazwaù go Herkulesem i tak zostaùo.

Herkules byù kolejnym lekarzem, który przyjmowaù swoich pacjentów w ramach programu szkolenia, wiæc historiæ choroby i badania fizykalne bædzie robiù personel szpitala.

Jeúli zaýyczysz sobie, by zrobiono zdjæcia albo dodatkowe badania krwi, Herkules wúcieknie siæ tak, ýe prawie uderzy gùowà o sufit, zwymyúla za nadmierne koszty badañ laboratoryjnych. Od czasu, gdy skoñczyù akademiæ medycznà, a byùo to w epoce pierwszych prób maùýeñstwa Curie z rudà uranu, wymyúlono dziewiæãdziesiàt dziewiæã procent stosowanych obecnie badañ. Co wiæcej, miaù ulubiony zwyczaj przepisywania penicyliny lub tetracykliny przy kaýdym przeziæbieniu, z którym przychodzili pacjenci na NW - byùa to praktyka, którà wszystkie autorytety medyczne uznajà za coú gorszego od zupeùnej bezczynnoúci. To, ýe miaù byã jednym z naszych instruktorów, zakrawaùo na niesmaczny ýart.

Wiele miesiæcy wczeúniej byùem z Herkulesem przy usuwaniu kamieni nerkowych. Wùaúnie wtedy, jak twierdziù, skoñczyù czytaã artykuù w fachowym, chirurgicznym piúmie o ostatnich zaleceniach w sprawie usuwania kamieni. Miaùem wàtpliwoúci, czy przeczytaù go w ogóle albo wystarczajàco uwaýnie, ale artykuù ten zaintrygowaù go, chociaý nie pamiætaù ani nazwiska autora, ani nazwy czasopisma, ani nawet miejsca, gdzie ten nowatorski zabieg przeprowadzono.

W czasie operacji, delektujàc siæ znajomoúcià nowoúci, miaù zwyczaj ciæcia tætnic na oúlep i odstæpowania ze sùowami: „Zajmij siæ tym krwawcem, chùopcze”. Lekarz penetrowaù ranæ, zakùadaù kleszczyki hemostatyczne i tampony z gazy, a chirurg celebrowaù zabieg.

Nowa metoda Herkulesa obejmowaùa naùoýenie chromowego szwu 2-0 (duýy rozmiar) przez nerkæ, a póêniej - gdy juý zostaù uchwycony za oba koñce - pociàgniæcie i wykorzystanie go w roli tæpego noýa. Miaùo to zmniejszyã krwawienie. Brzmiaùo to jakoú dziwnie i zbyt prosto. Jak siæ okazaùo, mój sceptycyzm byù uzasadniony. Herkules zapomniaù o jednej istotnej rzeczy, na którà artykuù wielokrotnie kùadù nacisk: przed „piùowaniem” za pomocà szwu chirurg musi najpierw zajàã siæ szypuùkà, która stanowi êródùo krwi dla nerki, i zablokowaã jej przepùyw przez organ. Nasz innowator robiù ogromne kroki do przodu, nie baczàc na opanowanie strumienia krwi, tnàc za to nonszalancko w celu „ograniczenia krwawienia”. Skutkiem byù silny krwotok, najpowaýniejszy, jaki widziaùem na sali operacyjnej z wyjàtkiem wypadniæcia pacjentowi przedsionkowego cewnika przy pùuco-sercu. Ale to byù tylko bùàd, natomiast operacja nerki staùa siæ katastrofà. Krew z naczyñ nerkowych momentalnie wypeùniùa ranæ i zalaùa stóù operacyjny oraz caùy zespóù, który operowaù. Zaczæliúmy przepuszczaã krew przez ukùad kroplówki; spùywaùa jak do studni bez dna. Po upùywie czterech litrów udaùo siæ zatamowaã krwawienie przy nerce, osuszyã ranæ na tyle, ýeby usunàã kamieñ i zaùoýyã potæýny szew poprzez koræ. W organizmie czùowieka jest okoùo szeúciu litrów krwi, wiæc moýna powiedzieã, ýe praktycznie opróýniliúmy z niej tego biedaka i wlaliúmy w niego z powrotem. Wszyscy potwornie siæ wystraszyli. Nawet anestezjolog, który siedziaù za swoim ekranem z jednym okiem wlepionym w aparat oddechowy i gazetà w rækach, byù poruszony.

Nie paliùem siæ do wycinania ýoùàdka z Herkulesem. Widziaùem go przy robocie, gdy szorowaùem ræce przed zabiegiem; miaùem nadziejæ, ýe nie przeczytaù o ýadnych najnowszych osiàgniæciach chirurgii. Byù teý lekarz o nazwisku O’Toole, ale nie widziaùem staýystów. Po wejúciu mogùem stwierdziã, ýe nie panuje tam sympatyczna atmosfera.

- Potrzebujæ przyzwoitych kleszczy! - ryczaù Herkules do pielægniarki po wyrzuceniu narzædzia za plecy. Ràbnæùo z brzækiem w biaùà, wykafelkowanà úcianæ.

- Peters, wùaê tu. Jak moýna operowaã bez pomocy? Niektórzy juý tacy byli. Wiækszoúã czasu zachowywali siæ jak rozdraýnione dzieciaki, szczególnie gdy chodziùo o narzædzia, które rozrzucali wokóù albo uýywali nie do tego, do czego byùy przeznaczone - na przykùad przecinali drut noýycami chirurgicznymi. Nastæpnym razem, gdy podano im coú, co zapewne sami wczeúniej uszkodzili, pomstowali i krzyczeli, zwalajàc caùà swojà fuszeræ na brak odpowiednich narzædzi.

Nikt nie mówiù sùowa o tych napadach. Po jakimú czasie moýna siæ byùo przyzwyczaiã.

Stanàùem koùo Herkulesa, a ten zacisnàù moje ræce na retraktorach i kazaù mi unosiã, a nie odciàgaã. Znana rzecz. Mogùem udawaã, bo wùaúciwie nie byùo chwilowo czego przytrzymywaã. Ýoùàdek, który Herkules operowaù, byù na samym wierzchu rozciæcia, zupeùnie odsùoniæty.

Herkules bædzie potrzebowaù mojej pomocy przy ùàczeniu uchyùka z poczàtkiem dwunastnicy. Miaùem nadziejæ, ýe przeciàù juý nerwy, które czæúciowo odpowiedzialne sà za wydzielanie kwasów. Te nerwy bùædne biegnà wokóù przeùyku. Aby. chirurg mógù je odciàã, staýysta musi unieúã klatkæ piersiowà. Nie lubiùem tego.

Znów byùem na swoim posterunku w sali operacyjnej, obserwujàc minutowà wskazówkæ zegara, która wydawaùa siæ przyklejona do jednego miejsca. Walczyùem, ýeby nie usnàã, mój wzrok byù nieostry po kaýdym ziewniæciu, czuùem swædzenie z lewej strony nosa, nieco poniýej oka, jakby atakowaù mnie maùy, sadystyczny owad.

Uùoýenie mojej maski to kolejna mæczarnia. Za kaýdym razem, gdy ziewnàùem, usuwaùa siæ w dóù po nosie, moýe o centymetr. Po piæciu ziewniæciach spadaùa i zakrywaùa tylko usta. To powodowaùo przeciwdziaùanie ze strony pielægniarki. Podchodziùa z boku i podnosiùa maskæ z takà ostroýnoúcià, jakby caùa moja twarz byùa czymú zakaýona. Robiùa to tak szybko, ýe nawet nie byùa w stanie dotknàã skóry mojego nosa.

Herkules byù nawet bardziej nerwowy i narwany niý zwykle. Nikt wokóù stoùu nie umiaù przewidzieã, jaki bædzie jego nastæpny ruch. Na szczæúcie ja byùem przykuty do retraktorów i nikt nie oczekiwaù ode mnie ýadnych innych czynnoúci, ale biedny O’Toole biegaù jak szczur w labiryncie, dokonujàc cudów, ýeby wyprzedziã zamiary Herkulesa.

- O’Toole, czy pan jest ze mnà, czy przeciwko mnie? Trzymaj pan ten ýoùàdek nieruchomo.

Zadajàc to retoryczne pytanie, Herkules pacnàù lewà rækæ O’Toole’a noýyczkami Mayo. O’Toole zacisnàù zæby i poprawiù chwyt ýoùàdka.

- Peters, na Boga, nie uczyli ciæ, jak trzymaã retraktory?

Szósty raz chwyciù mój przegub, ýeby poprawiã retraktory, chociaý wcale nie byùo to konieczne przy tym, co akurat byùo robione. Wùaúciwie w ogóle nie byùem do niczego potrzebny; to on mnie potrzebowaù. Byù jak wielu chirurgów, którzy czuli siæ zlekcewaýeni bez asysty lekarza i staýysty, niezaleýnie od rzeczywistych potrzeb. Byùem symbolem statusu.

Herkules okræciù siæ przede mnà tak, ýe gdy zaczynaù zakùadaã drugà warstwæ szwów na uchyùek, widziaùem tylko jego plecy. Nie dostrzegaùem ani pola operacyjnego, ani wùasnych ràk.

Nagle odezwaù siæ anestezjolog.

- Peters, proszæ siæ nie pochylaã nad pacjentem. Przeszkadza pan w prawidùowej wentylacji.

Popchnàù moje plecy przez swój ekran, ýeby mnie odsunàã od tych wszystkich rurek. Nie miaùem miejsca, bo juý byùem dociúniæty do Herkulesa.

Po chwili O’Toole gwaùtownie odskoczyù, z wyraênie przestraszonà minà trzymajàc w górze rækæ. Zauwaýyùem paræ kropelek krwi wyciekajàcych z ùadnego ciæcia poprzez rækawicæ na boku palca wskazujàcego.

- O’Toole, gdybyú trzymaù palce tam, gdzie naleýy, nic by siæ nie staùo. Zbudêmy siæ! - zagrzmiaù Herkules.

O’Toole nie odezwaù siæ ani sùowem, gdy odwracaù siæ do pielægniarki, która zaùoýyùa mu drugà rækawicæ. Myúlæ, ýe cieszyù siæ z tego, iý jeszcze ma palce.

Mimo wszystko chirurg doprowadziù caùoúã do koñca. Zaczæliúmy zamykaã ranæ. Jednym z moich zajæã byùo przepùukiwanie jej gruszkà po zamkniæciu powiæziowej warstwy powùoki brzusznej szwem jedwabnym kùadzionym mniej wiæcej w centymetrowych odstæpach.

O’Toole i ja oýywiliúmy siæ trochæ, a gdy Herkules myù ræce, podniosùem gruszkæ ponad ranæ, nad pacjenta, i strzyknàùem strumieniem ciepùego roztworu soli poprzez stóù, trafiajàc w brzuch O’Toole’a. Spojrzeliúmy na siebie porozumiewawczo; byliúmy wspólnikami w nieszczæúciu.

Herkules wróciù do stoùu i nagle staù siæ jowialny. Oczywiúcie, znów myúlaù, ýe dokonaù czegoú niemoýliwego.

- Niedobrze, ýe caùy mój kunszt schowany jest pod skórà i pacjent nie moýe zobaczyã mego dzieùa. Zostanie mu tylko to maùe naciæcie.

O’Toole wywróciù oczy na znak udawanego przeraýenia.

W zwiàzku z tym, ýe O’Toole i Herkules zostawali na placu boju, zdobyùem siæ na odwagæ, ýeby wyjúã.

- Panie doktorze, czeka mnie jeszcze kilka operacji. Czy wybaczy pan?

Zdenerwowaùo go to lekko, ale wykonaù przyzwalajàcy gest rækà, znaczàcy zapewne: „szlachectwo zobowiàzuje”.

Najpierw dùugo i mocno drapaùem siæ po nosie; zmysùowe doznanie. Póêniej kolej na szczanko - równie rozkoszne. Byùa 11.45 i z uwagi na to, ýe pacjent po usuniæciu nerki wùaúnie wyjeýdýaù z sali numer 10, miaùem kilka chwil do pierwszej operacji wyciæcia pæcherzyka ýóùciowego.

Przy drzwiach sali pooperacyjnej zauwaýyùem Karen, mojego anioùa miùosierdzia i seksu w biaùym stroju. Przyszùa, ýeby zabraã pacjenta na oddziaù. Uúmiechnæùa siæ szeroko, gdy mnie zobaczyùa. Zapytaùa z nutkà sarkazmu, czy dobrze mi siæ spaùo ostatniej nocy. Powiedziaùem jej, ýe jeúli bædzie miùa, to którejú nocy wypadniemy razem z ùóýka. Uciszyùa mnie, rozglàdajàc siæ wokóù. Dodaùa, ýe powiedziaùa swojemu chùopakowi, iý nie ma ochoty na ýadne wyjúcie. Bædzie w domu od jedenastej, gdybym byù wolny. Przyjàùem to do wiadomoúci, ale nie wiedziaùem, czy skorzystam.

Mój tætniak miaù wyznaczony radiogram aorty o 11.50, wiæc zszedùem zobaczyã, co siæ dzieje. Wchodzàc na fluoroskopiæ, zobaczyùem, ýe szef zespoùu juý prawie wszystko sam przygotowaù.

- Peters, spóêniùeú siæ o dziesiæã minut. Przydaùbyú siæ do wùoýenia cewnika w opuszkæ aorty.

- Nie spóêniùbym siæ, gdybym nie miaù innej operacji - úwiadomie nie dodaùem „dziæki panu”.

- No, cewnik na miejscu. Zaùóý najpierw ten oùowiany fartuch. Fluoroskopia daje duýe promieniowanie. Trzeba chroniã jaja.

Idàc za jego radà, zaùoýyùem ciæýki fartuch ochronny. Po zgaszeniu úwiateù fluoroskop wùàczyù siæ automatycznie z cichym trzaúniæciem. Obraz byù wyjàtkowo sùaby, jak zwykle. Ýeby dobrze widzieã, trzeba najpierw przystosowaã wzrok, noszàc specjalne okulary ochronne przez mniej wiæcej trzydzieúci minut. Nie mogùem nic szczególnego powiedzieã o tætniaku, bo nie miaùem okazji przyzwyczaiã oczu, ale zauwaýyùem úlad nieprzepuszczalnego dla promieni pasma na cewniku.

- Tu jest koniec cewnika. - Koniec palca szefa rzucaù cieñ na ekran. - Jest w aorcie, powyýej serca. Widzisz, jak skacze przy kaýdym skurczu serca?

Zauwaýyùem bez trudnoúci.

- Dla uzyskania obrazu trzeba wstrzyknàã kontrast do tætnicy, wiæc musimy siæ posùuýyã wtryskiwaczem ciúnieniowym.

Wskazaù na maùe urzàdzenie przypominajàce leýàcà na boku pompkæ rowerowà. Miaùo na koñcu trzy albo cztery kurki - wedùug mnie jeden lub dwa zupeùnie by starczyùy.

- Teraz tylko pchniemy tæ dêwigniæ, która z duýà szybkoúcià wstrzykuje kontrast do serca pod ciúnieniem czterystu paskali. Jednoczeúnie kamera Schonadera bædzie robiã zdjæcie rentgenowskie co póù sekundy przez dziesiæã sekund. Zobaczymy to wszystko na ekranie.

Poczyniù ostatnie przygotowania: zadzwoniù, ýeby sprawdziã, czy technicy sà gotowi, i ustawiù siæ za dêwignià wtryskiwacza. Chcàc uzyskaã maksymalne zabezpieczenie przed promieniowaniem, wcisnàùem siæ za oùowiany ekran wraz z technikiem, który stanowiù doúã pokaêny obiekt. Oglàdaliúmy wszystko przez kwarcowe okienko.

Na hasùo dane przez szefa zespoùu technik wùàczyù kameræ Schonadera, która obracaùa siæ i wydawaùa gùoúne dêwiæki, robiàc szybko kolejne zdjæcia. Szef natomiast obsùugiwaù wtryskiwacz. Strumieñ barwnika przeszedù przez kurki, a póêniej zamiast do serca pacjenta, strzeliù gejzerem w sufit, rozlewajàc siæ i opryskujàc szefa, pacjenta i caùà aparaturæ. Zapomniaù otworzyã ostatni kurek. Szef byù w stanie szoku poùàczonego z wúciekùoúcià. Trzeba byùo wszystko powtórzyã. Byùem juý nieco spóêniony na operacjæ pæcherzyka, wiæc skorzystaùem z okazji i dyskretnie wyszedùem, ýeby popædziã na salæ operacyjnà.

Praca z prawdziwym specjalistà to coú zupeùnie innego niý asystowanie Herkulesowi czy Doùadowarze, a doktor Simpson byù najlepszy w caùym szpitalu. Myliúmy siæ wspólnie przed operacjà, rozmawialiúmy i opowiadaliúmy sobie dowcipy.

Simpson opowiedziaù kawaù o profesorze z Uniwersytetu Columbia, który wynalazù sposób na poczæcie ýycia w laboratorium. Wszystko szùo úwietnie, dopóki ýona go nie przyùapaùa.

Taki sobie kawaù, wcale nie najlepszy, ale na wspomnienie mæki z Herkulesem, barwnika na suficie radiologii i zmæczenia, rozúmieszyù mnie prawie do histerii. Chichotaliúmy jeszcze przy wchodzeniu na salæ operacyjnà, ale nastrój zmieniù siæ natychmiast i skoncentrowaliúmy siæ przed zabiegiem, jeszcze w dobrym humorze, choã juý úwiadomi czekajàcych nas obowiàzków.

Pielægniarka podaùa Simpsonowi skalpel. Zaczynaù operacjæ w bardzo ciekawy sposób. Nie byùo chwili wahania. Nóý wchodziù aý po obsadkæ i przesuwaù siæ po przekàtnej brzucha. Simpson nie przerywaù, ýeby zakùadaã kleszczyki hemostatyczne.

- Po co rozdrapywaã jak kurczak - mówiù, koñczàc szybko ciæcie, przemyúlanym ruchem rozdzielajàc tkanki.

Asystujàcy lekarz chwytaù tkankæ z boku, chirurg z drugiej strony, obaj uýywali szczypczyków zàbkowanych. Ostatni ruch noýa i byli juý we wnætrzu. Dopiero wtedy ùapano i zwiàzywano naczynia krwionoúne. Od rozciæcia skóry do wejúcia do jamy otrzewnej minæùo niewiele ponad trzy minuty.

Tym razem Simpson nie zrobiù pierwszego ciæcia. Zdziwiù nas, oddajàc nóý lekarzowi.

- Pana pæcherzyk - powiedziaù. - Jeden faùszywy ruch, a bædzie pan przez miesiàc robiù lewatywy.

Pod jego fachowym okiem wykonane zostaùo ciæcie tego samego rodzaju, z równie duýà szybkoúcià. Chirurg pierwszy zajrzaù do úrodka, póêniej lekarz i ja. Ýoùàdek, dwunastnica, wàtroba, pæcherzyk ýóùciowy (wyczuwaùem kamienie), úledziona, jelita. Badanie byùo delikatne, ale szczegóùowe: z rækà w czyimú brzuchu kaýdy stara siæ byã delikatny. Powiedziaùem Simpsonowi, ýe mam problemy z odnalezieniem trzustki. Objaúniù, jak szukaã. Udaùo siæ.

Stosujàc technikæ Simpsona, lekarz ostroýnie rozùoýyù chusty nasàczone roztworem soli, które stosuje siæ w celu oddzielenia pæcherzyka od plàtaniny jelit. Ja otrzymaùem retraktory. Po uwadze przekazanej przez Simpsona lekarz przesunàù siæ trochæ, umoýliwiajàc mi obejrzenie rany. Wszystko przebiegaùo sprawnie, przy zachæcie ze strony Simpsona, ale bez jego pomocy. Pæcherzyk wyszedù czyúciutko, dóù byù zamkniæty, zaraz po tym skóra. Caùoúã nie trwaùa dùuýej niý trzydzieúci minut. Byùem w dobrej formie. Pogratulowaùem starszemu koledze w drodze do sali pooperacyjnej. Wykonaù profesjonalnà robotæ.

Mieliúmy póù godziny do nastæpnego zabiegu. Simpson i ja poszliúmy obejrzeã paru jego pacjentów, jednym z nich, po wyciæciu ýoùàdka, zajmowaùem siæ po operacji. Daù mi peùnà swobodæ w pisaniu zaleceñ dotyczàcych przypadku, chociaý staraùem siæ nie wymyúlaã niczego, czego by nie zaakceptowaù.

Wiedziaùem, ýe zna siæ na rzeczy. Gdy zmieniaù moje zalecenie, co czasem siæ zdarzaùo, zawsze pisaù krótkie wyjaúnienie, opiniæ na temat leku albo procedury. Byù urodzonym nauczycielem.

Po wycieczce na oddziaù zaùoýyliúmy nowe ubiory operacyjne, zaczæliúmy szorowaã ræce w ten sam sposób, ýartujàc przy okazji, tym razem juý bez mojego histerycznego úmiechu. Postanowiùem uýyã betadine zamiast pHisoHexu, który byù bezbarwny w porównaniu z pierwszym úrodkiem. Wchodzàc na salæ, zauwaýyliúmy typowà hierarchizacjæ - ræcznik najpierw dla Simpsona, póêniej dla lekarza i dla mnie. To samo z rækawicami.

Podeszliúmy do pacjenta, pielægniarka przekazaùa skalpel Simpsonowi, a ten - ku memu ogromnemu zaskoczeniu - podaù go mnie.

- No, Peters. Bierz siæ do tego pæcherzyka i ciachnij go za pierwszym razem, bo inaczej wytnæ twój bez znieczulenia.

Chociaý widziaùem setki takich zabiegów, nigdy sam nie przeprowadzaùem operacji wyciæcia pæcherzyka i takiego rozwoju wypadków mój scenariusz nie przewidywaù. Spodziewaùem siæ, ýe znów wystàpiæ w roli widza obserwujàcego dwóch profesjonalistów w akcji. Miaùem jednak do speùnienia misjæ jako uczestnik - gùówny aktor. Nagle mæýczyzna na stole operacyjnym i skalpel w ræce przerodziùy siæ w nowà rzeczywistoúã. Przepeùniony wewnætrznà niepewnoúcià zdaùem sobie sprawæ, ýe jeúli siæ zawaham, zawsze bædæ siæ baù kolejnej próby.

Udaùo mi siæ pokonaã drýenie prawej ræki, mocno chwyciùem nóý i spróbowaùem powieliã pierwsze ciæcie Simpsona w górnej czæúci brzucha, wbijajàc ostrze po rækojeúã, a póêniej po przekàtnej aý pod ýebra z prawej strony.

Caùy czas staraùem siæ utrzymywaã nóý prostopadle do powierzchni skóry. Chciaùem sprawiã przyjemnoúã Simpsonowi, tak jak syn ojcu.

- Bædà z ciebie ludzie - powiedziaù ýartem, nie wiedzàc, jakà przyjemnoúã sprawiùy mi te sùowa.

Po powtórzeniu tego manewru miæúnie i tùuszcz rozdzieliùy siæ. Pojawiùo siæ nieznaczne krwawienie.

- Kleszcze.

Pielægniarka podaùa jednà paræ mnie, a drugà chirurgowi. Uniosùem jednà stronæ naciæcia, on drugà. Byliúmy teraz przy samej otrzewnej, która tworzy wykùadzinæ jamy brzusznej. Unosiliúmy jà, ýeby zabezpieczyã znajdujàce siæ pod nià organy przed przebiciem, gdy bædæ prowadziù po niej ostrze skalpela. Ukazaùa siæ dziura i wùoýyùem kleszcze.

- Trzymaj kleszcze - radziù Simpson - i tnij, gdy wszystko zobaczysz.

Przesuwaùem skalpel ostroýnie, gdyý wyraênie juý w poszerzajàcym siæ rozciæciu widoczna byùa wàtroba i jelita. Szùo mi dobrze. Póêniej, przy dolnym koñcu, musiaùem zmieniã technikæ. Odùoýyùem kleszcze, wùoýyùem rækæ w ranæ i otworzyùem resztæ otrzewnej ciæciem miædzy palcami. Serce biùo mi jak szalone. Nie czuùem zmæczenia, nie zwracaùem uwagi ani na zegar, ani na radio, ani na anestezjologa. Byùem przeraýony, ale peùen determinacji.

Simpson obejrzaù wszystko, póêniej ja, a potem ten starszy lekarz, który wziàù retraktory, gdy odsunàùem siæ, ýeby mógù dobrze widzieã. Chciaùem teý zastosowaã technikæ Simpsona przy przylepcach. Pomógù mi przy ostatnim, a nastæpnie odwinàù dwunastnicæ rækà, ýebym mógù zobaczyã gùadkà krzywiznæ tkanki rozciàgajàcej siæ od dwunastnicy do pæcherzyka ýóùciowego. Po uchwyceniu pæcherzyka i podciàgniæciu go do góry pchnàùem delikatnie tkankæ w dóù przy uýyciu noýyc Metzenbauma. W pobliýu musiaùa byã tætnica, tætnica pæcherzykowa, doprowadzajàca krew do pæcherzyka ýóùciowego. Nie wolno jej przeciàã.

Miæúnie karku miaùem twarde jak kamieñ, gdyý caùy czas byùem nachylony, ýeby dobrze widzieã. Simpson kazaù mi siæ wyprostowaã, bo nie wytrzymam nastæpnych piætnastu minut. Ukazaùa siæ tætnica, typowych rozmiarów, którà zacisnàùem.

Pierwszy szew, wæzeù w palcach. Dobrze. Drugi. Ile naciàgnàã? Starczy; nie mogæ zerwaã. Jeszcze jeden dla pewnoúci. Za pomocà kleszczy zaùoýyùem kolejny szew wokóù tætnicy. Musiaùem úciàgnàã go w dóù blisko tætnicy wàtrobowej. Widziaùem nawet odgaùæzienie odchodzàce do prawej czæúci wàtroby. Poczuùem siæ pewniej, bo zawsze istniaùo niebezpieczeñstwo pomylenia tego kawaùka z tætnicà pæcherzykowà.

Myúlaùem z zaangaýowaniem o drugim wæêle na tætnicy pæcherzykowej. Byù to najwaýniejszy pojedynczy wæzeù w caùej operacji. Gdyby popuúciù za paræ dni, pacjent úmiertelnie by siæ wykrwawiù. Majàc to na uwadze, spojrzaùem na pierwszy, a potem w otwór. Wyglàdaùo dobrze. Bezwiednie rzuciùem okiem na Simpsona, który nie miaù ýadnych uwag. Skoñczyùem wæzeù, przeciàùem tætnicæ pomiædzy wæzùami i zaczàùem oddzielaã pæcherzyk.

Nastæpnie przyszùa pora na przewód pæcherzykowy, którym normalnie spùywa ýóùã. Postàpiùem tak samo - dwa wæzùy i ciæcie pomiædzy nimi. Po wyizolowaniu pæcherzyka przejechaùem skalpelem wokóù nasady tak, ýe oddzieliùa siæ tylko zewnætrzna warstwa bùyszczàcej tkanki. Wziàùem noýyce i zaczàùem odrywaã pæcherzyk od wàtroby.

- Robi wraýenie, ýe to skomplikowane - ýartowaù Simpson. - Jak siæ bædzie guzdraù, rozwinie siæ gangrena.

Nie wszystko usùyszaùem. Caùa operacja trwaùa dwadzieúcia piæã minut.

Jeszcze jedno delikatne naciæcie, pociàgniæcie - i pæcherzyk usuniæty. Upuúciùem go na tackæ podsuniætà przez pielægniarkæ. Drugà rækà podaùa mi imadùo do igieù z chromowym szwem 3-0.

Zebraùem tkankæ z nasady pæcherzyka, pociàgnàùem jà nad odkrytym przewodem wàtrobowym i prawà tætnicà wàtrobowà, zrobiùem szew i úciàgnàùem go. Za mocno; zerwaù siæ. Nastæpny, w tym samym miejscu, zawiàzaùem staranniej, stosujàc mniejszy naciàg. Ciàgùym úciegiem zamknàùem nasadæ pæcherzyka.

Po usuniæciu serwet operacyjnych sùuýàcych do wydzielania obszaru pæcherzyka od innych organów zaczàùem zamykaã caùà ranæ. Siostry zaczæùy liczenie narzædzi i gazików, ýeby siæ upewniã, czy czegoú nie zostawiùem. Wszystko graùo.

Starannie ukùadaùem wszystkie poziomy úciany brzucha, szczególnie twardà warstwæ powiæziowà, która byùa odciàgniæta poza zasiæg wzroku. Zakùadaùem szew po szwie przy wydatnej pomocy pozostaùych. Zanurzaùem wygiætà igùæ pod spód, przeciàgaùem przez ciæcie, przestawiaùem lewà rækà, a póêniej przetykaùem górà. Zamykaùem ranæ warstwa po warstwie, zupeùnie jak przy tasowaniu talii kart, gdy nachodzà na siebie. Na koñcu skóra. Gdy skoñczyùem, poczuùem pewnoúã siebie; jak wtedy gdy deska wynurza siæ z biaùej, spienionej wody. Po úciàgniæciu rækawic lekarz, ten ze szpitala, odwzajemniù moje wczeúniejsze uznanie dla niego. Úwiat naleýaù do mnie.

Towarzyszyùem pacjentowi w jego drodze do sali pooperacyjnej, ciàgle czujàc siæ wspaniale. Zajæùy siæ nim dwie pielægniarki, a ja wypisywaùem zalecenia pooperacyjne i dyktowaùem opis zabiegu. Póêniej przyszùo zmæczenie. Byùem gùodny, miaùem ochotæ coú zjeúã. Nie miaùem w ustach nic prócz dwóch kawaùków chleba od kolacji zjedzonej zeszùego wieczora, od której minæùo dziewiætnaúcie godzin. Byùa juý 14.00.

Na dworze laùo; padaùo wùaúciwie caùy dzieñ, bo wszædzie w zagùæbieniach byùy kaùuýe. Na niebie kùæbiùy siæ szare chmury, które goniù silny poùudniowo-zachodni wiatr. Deszcz byù tak gæsty, ýe ledwo byùo widaã kafeteriæ odlegùà o paræset metrów. Pechowo siæ zùoýyùo, bo w úrodku zauwaýyùa mnie Joyce i natychmiast podeszùa. Wokóù nas byùo duýo ludzi, którzy rozmawiali o deszczu, Hula Bowl i wielu innych sprawach. Poczàtkowo Joyce nie mówiùa duýo, co mi bardzo odpowiadaùo. Póêniej, jak na komendæ, wszyscy wyszli i zostaliúmy sami.

- Czy duýo rozmyúlaùeú? - spytaùa.

- O czym? - wyraziùem zdziwienie.

- O nas, jak obiecaùeú.

- Aha. Tak, trochæ myúlaùem.

- Ja teý - rzekùa, siadajàc bliýej. - Powinniúmy byã bardziej szczerzy ze sobà.

- Tak uwaýasz? - próbowaùem byã uszczypliwy, ale nie na tyle, ýeby siæ zorientowaùa.

- Nie mówiliúmy sobie o wszystkim, co czujemy i myúlimy - dodaùa.

Nie miaùa racji. Mówiùa za duýo, szczególnie o tym, jakie to okropne skradaã siæ tylnymi schodami. Z niepokojem zdaùem sobie sprawæ, ýe byùa tylko o krok od zaproponowania mi najlepszego lekarstwa - maùýeñstwa. Nie moýna jej byùo opanowaã.

- Mówiùaú mi o tym, co ciæ niepokoiùo - powiedziaùem. - Nigdy nie przestaniesz wracaã do tych przeklætych schodów.

- To nie byùo przyjemne - stwierdziùa sùusznie.

- Nieprzyjemne, zgoda. Ale czemu nie zrobisz nic ze swojà tele-jabùkowà lokatorkà, ýebyúmy mogli przychodziã do ciebie jak normalni ludzie?

- Ona nie ma z tym nic wspólnego.

- Ma, i to duýo. Gdyby nie ona, moglibyúmy dùuýej byã u ciebie i nie musiaùabyú skradaã siæ po schodach.

- Wcale ci na mnie nie zaleýy - stwierdziùa rozýalona.

- Oczywiúcie, ýe zaleýy. Ale nie o to chodzi. Jeúli ty

- Wùaúnie o to chodzi - przerwaùa.

- Zmieniasz temat - zaprotestowaùem.

- Jest tylko jedna rzecz, która mnie interesuje - powiedziaùa z powagà w gùosie, wstajàc i odstawiajàc krzesùo. - Moýesz przestaã o nas myúleã, mam to gdzieú.

Wyszùa oburzona.

Mam to gdzieú! Niezùe rozwiàzanie. Faktycznie byùo to coú chorego. Mæczyùo mnie. Po wyjúciu Joyce obraz caùej sali jakby odjechaù ode mnie. Przy innych stoùach nadal siedziaùo sporo ludzi, ale byli dla mnie zupeùnie niematerialni. Dêwiæki róýnych gùosów zlewaùy siæ, byùy dalekie i niezrozumiaùe. Gapiùem siæ bezmyúlnie na deszcz, rozmyúlaùem roztargniony i przytùoczony samotnoúcià. Nic nie pozostaùo z tego úwietnego nastroju po udanej operacji wyciæcia pæcherzyka; teraz zapanowaùa pustka. Spojrzaùem na zegar. Zorientowaùem siæ, ýe byùem na peùnych obrotach od trzydziestu godzin. Pomyúlaùem o przychodni, o tym, ýe muszæ tam pójúã. Staýyúci majà pomagaã przy przyjæciach w klinice, jeúli majà „wolne”. W takim stanie nie bædzie ze mnie poýytku. Chrzaniã klinikæ.

Krople deszczu tañczyùy pod balkonami, gdy zacinajàcy wiatr wpychaù je w osùoniætà przestrzeñ. Niespodziewanie zrobiùo siæ zimno. Jeúli jest siæ zmæczonym, organizm nie znosi zmian temperatury. Chùód, który przeszywaù moje ciaùo, byù bardziej wynikiem fizycznego zmæczenia niý pogody. Spieszyùem siæ, myúlàc tylko o ùóýku, o czekajàcej mnie przyjemnoúci. Wszyscy staýyúci doceniajà proste, zwykùe rzeczy, które innym wydajà siæ zupeùnie naturalne - swobodne ruchy miæúni, prawo podrapania siæ, oddanie stolca, opróýnienie pæcherza, mniej wiæcej regularne posiùki, przyzwoità iloúã snu. Leýàc w ùóýku, czuùem, jak powoli tonæ, moje ciaùo roúnie i wypeùnia caùy pokój, ùàczy siæ z nim w jedno. W koñcu zasnàùem.

Ropieñ byù poczàtkowy maùy, nie wiækszy niý pryszcz. Teraz staù siæ juý ogromny, pokrywaù caùe lewe ramiæ i rósù. Obojætne, ile bym wyciàù, rozrastaù siæ. Rozszerzyù siæ na bark. Za sobà sùyszaùem szept Herkulesa do Doùadowary: „Nigdy mu siæ nie uda, ani pacjentowi”. Szukajàc wsparcia, spojrzaùem na Simpsona.

- Zaùatw to za pierwszym razem, Peters, bo inaczej wyúlemy ciæ na zadupie.

Jednym zdecydowanym ciæciem dojechaùem przez tkanki do koúci i ku mojemu przeraýeniu uszkodziùem nerw ùokciowy, unieruchamiajàc caùà rækæ na zawsze. Czas minàù. Usùyszaùem dzwonek: nie udaùo siæ. To byù oczywiúcie telefon. Siægnàùem po sùuchawkæ, jeszcze na póù we únie i zdezorientowany úwiatùem. Czy zapomniaùem o obchodzie? Nie, nie byùo obchodów przed piàtà, a mój zegarek wskazywaù trzecià. To byùa operacja. Przydzielono mnie do zabiegu, który zaczynaù siæ za piætnaúcie minut.

Odùoýyùem sùuchawkæ i powoli dochodziùem do siebie. Dlaczego musiaùem siæ obudziã taki przeraýony? Skojarzyùem sen z wczorajszym wyciæciem i drenowaniem olbrzymiego ropnia. Po otwarciu ostrym skalpelem, które spowodowaùo obfity wypùyw ropy, wùoýyùem w ranæ kleszcze hemostatyczne, ýeby zapewniã odpowiednie sàczkowanie. Ropieñ siægaù gùæbiej, niý przypuszczaùem; moýe nawet do nerwu ùokciowego. Wycinaùem coraz gùæbiej i gùæbiej, wcale nie siægajàc koñca ropnia, aý zaczàùem siæ obawiaã, ýe przetnæ nerw ùokciowy, jeúli juý tego nie zrobiùem. W kaýdym razie postanowiùem przerwaã te przeraýajàce rozwaýania i sprawdziã przypadek w drodze na chirurgiæ.

Przebùysk strachu wypædziù mnie z ùóýka, ale póêniej znów mnie ogarnàù stan fizycznego rozkùadu. Po tak dùugim okresie aktywnoúci godzina snu jeszcze pogarszaùa samopoczucie. Nie funkcjonowaùem normalnie: czuùem zawroty gùowy i mdùoúci, gdy wstaùem po zaùoýeniu butów. Na nieszczæúcie spojrzaùem w lustro - bùàd, zdaùem sobie sprawæ, ýe koniecznie muszæ siæ ogoliã, ýeby wyglàdaã jak czùowiek. Ræka mi siæ trzæsùa i zaciàùem siæ kilka razy, nie mocno, ale na tyle, ýe krew leciaùa mimo chusteczek, zimnej wody i przykùadania kamienia.

Poleciaùem na oddziaù. Deszcz przestaù padaã, chociaý nad wzgórzami wisiaùy jeszcze zwaliste chmury. Mój pacjent z ropniem musiaù byã nieco przestraszony, gdy wpadùem do sali i poprosiùem go, ýeby wyciàgnàù ræce i rozstawiù palce. Potem spróbowaùem úcisnàã palce razem i okazaùo siæ, ýe napotkaùem przy tym na opór. Oznaczaùo to, ýe nerw ùokciowy nie jest uszkodzony. Nie miaùem czasu, ýeby zajàã siæ jeszcze kimú poza moim pacjentem z obrzækiem, który leýaù tuý obok. Pytaù o tabletki moczopædne i nie mogùem tego bagatelizowaã.

Do przypadków obrzæku odnosiùem siæ z wielkà rozwagà, gdyý byùy powaýne i wymagaùy zmniejszenia iloúci pùynów w organizmie jakimkolwiek sposobem. Moje ockniæcie byùo nagùe i brutalne - pacjentka chora na raka, przekazana z normalnego oddziaùu w stanie obrzæku tkanki podskórnej. Wydawaùo mi siæ, ýe jej stan byù wynikiem pewnego niedopatrzenia: zawsze dochodziùo do pewnych tarã miædzy tymi, którzy tnà, chirurgami, a tymi, którzy leczà tabletkami. Pacjentka miaùa raka, co stwierdzono na podstawie biopsji wæzùów chùonnych. Nie okreúlono dokùadnej lokalizacji ani rodzaju raka, ale ktoú zdecydowaù, ýeby poddaã jà radioterapii, która nie przyniosùa efektu, a póêniej chemioterapii, która okazaùa siæ równie niepotrzebna. Pacjentka byùa na kroplówce, a lekarze interniúci pozwolili, ýeby w jej organizmie nazbieraùo siæ zbyt wiele wody. Zawartoúã sodu i chlorków spadùa tak bardzo, iý pacjentka byùa praktycznie w stanie majaczeñ. Ponadto nikt nie zwracaù uwagi na zmniejszenie siæ iloúci biaùek osocza. Gdy pacjentka znalazùa siæ pod mojà opiekà, postanowiùem jakoú usunàã wodæ z jej organizmu. Podaùem jej albumin oraz úrodek moczopædny, co spowodowaùo zwiækszone wydalanie moczu i w konsekwencji niewielkà poprawæ, jeúli chodzi o obrzæk. Chciaùem wiækszych zmian. Nikt nie wykazywaù zainteresowania udzieleniem mi pomocy. Mocz miaù odczyn zasadowy, wiæc dodaùem do úrodka moczopædnego chlorku amonu. Nastàpiùa znaczna poprawa. Co za diureza! Woda zostaùa usuniæta po zwiækszeniu iloúci oddawanego moczu. Byùo to zadziwiajàce, niesamowite - z wyjàtkiem tego, ýe nie daùo siæ owego procesu zatrzymaã. Przez noc wyschùa jak úliwka. Natychmiast wdaùo siæ odoskrzelowe zapalenie pùuc. Pacjentka zmarùa w ciàgu póùtora dnia. Nie rozmawiaùem wiæcej na ten temat z internistami, ale teraz podchodziùem z wielkà rozwagà do úrodków moczopædnych. Byùem niezwykle ostroýny, jeúli chodzi o pacjenta leýàcego obok tego z ropniem. Braù tylko piguùki.

Nauczyùem siæ teý powaýnie traktowaã ropnie. Byù pewien pacjent, nie mój, chociaý widywaùem go codziennie na obchodzie, który zostaù przyjæty do szpitala z uwagi na zwiàzane z ropniem rozlegùe zapalenie tkanki ùàcznej w prawej nodze. Gdy do nas przyszedù, wiæksza czæúã miæúni jego ùydki byùa zupeùnie pùynna. Wszelkie bakterie, które siæ tam rozwinæùy, wywieraùy szkodliwy wpùyw na organizm. Któregoú dnia, gdy inny staýysta zachorowaù, musiaùem przeprowadziã drenowanie. Smród byù nie do opisania. Znów przypomniaùo mi siæ zakùadanie potrójnej maski, ýeby nie zwymiotowaã. Przy próbie otwarcia jamy ropnia okazaùo siæ, ýe zaatakowaù wszystkie strony. Codzienne obchody koñczyùy siæ dyskusjami, czy tæ nogæ amputowaã, ale zwolennicy nowej metody ciàgùej perfuzji zwyciæýyli - przynajmniej wygrali debatæ - i wpuszczali litry antybiotyków w tæ nogæ, co na paræ dni przyniosùo, jak siæ wydawaùo, pewnà stabilizacjæ stanu. Nagle, w czasie jednego z obchodów, stwierdziliúmy, ýe nie ýyje. Podeszliúmy do ùóýka i jeden staýysta zaczàù mówiã, ýe u pacjenta nie zaszùy „istotne zmiany”. Zastanawiajàce, jak czæsto w czasie obchodów uýywaliúmy sùowa „istotny”. Wszystkie najwaýniejsze narzàdy przestaùy funkcjonowaã - wàtroba, serce, nerki; caùkowita klapa. Akurat w czasie, gdy staýysta deklamowaù swojà kwestiæ o stanie zdrowia pacjenta, ten tylko ciæýko sapnàù i byùo po wszystkim. Wyglàdaùo to jak akt niezwykle zùego smaku. Staliúmy oniemiali. Nikt nie próbowaù go reanimowaã, bo wszyscy przywykliúmy uwaýaã jego stan za beznadziejny. Nasze leki podtrzymaùy go na krótko, aý wszystko runæùo jak przy tych wszystkich zatruciach bakteriami Gram-ujemnymi, które omawialiúmy w czasie studiów.

Moýna powiedzieã, ýe mæýczyzna ten nie miaù ýadnych mechanizmów odpornoúciowych. Tak wùaúnie nauczyùem siæ traktowaã serio wszystkie ropnie. Z biegiem czasu zaczàùem tak podchodziã do kaýdej choroby, nawet wtedy gdy wydawaùa siæ niegroêna.

Pædziùem wiæc na chirurgiæ, juý byùem spóêniony. Wokóù trwaùa normalna, codzienna praca. Przechodziùem koùo staýystów i lekarzy, którzy stali przy ùóýkach i rozmawiali, jeúli nie przesiadywali w úwietlicy.

Wiækszoúã dyskusji toczyùa siæ wokóù leczenia i stosowanych medykamentów. Gdy juý dochodziùo do porozumienia, ktoú zazwyczaj podnosiù kwestiæ dziaùañ ubocznych, na które znów naleýaùo znaleêã úrodek, który z kolei teý wywieraù dziaùanie uboczne. Co byùo gorsze? Wtórne dziaùania uboczne czy pierwotne? Czy drugi lek pogarsza objawy, które wystæpowaùy poczàtkowo, a poprawiùy siæ po zastosowaniu pierwszego? Dyskusja przeciàgaùa siæ, aý stawaùa siæ tak skomplikowana, ýe najlepiej byùoby jà ponownie rozpoczàã przy kolejnym pacjencie. Czy tylko ja tak postrzegaùem typowy oddziaù szpitalny?

Gadanina, gadanina, gadanina. Przynajmniej na chirurgii coú siæ dziaùo. Interniúci co prawda podkreúlali, ýe wycinamy to, czego nie moýemy wyleczyã, w czym mieli trochæ racji. My replikowaliúmy, ýe czasami wyciæcie jest najlepszym lekarstwem. Spory trwaùy na okràgùo, zawsze prowadzone w przyjaznej, nawet humorystycznej atmosferze, chociaý ich materia byùa bardzo powaýna.

Wbijanie siæ w kolejny czysty ubiór byùo jak déjà vu. Zaczynaùem z tym ýyã. Brakowaùo úredniego rozmiaru, wiæc zakùadaùem duýy, a troki od spodni mogùem dwukrotnie owinàã w pasie. Nastæpnie przez wahadùowe drzwi wchodziùo siæ na salæ operacyjnà. Przy zakùadaniu brezentowych butów zawsze patrzyùem na tablicæ ogùoszeñ, ýeby siæ zorientowaã, kto operuje. Aha, tym razem nie kto inny, jak Wszechmocny Kardiochirurg. Ale cóý on tu robi? Operacja dotyczyùa „brudnego ropnia brzusznego”, a Wszechmocny przewaýnie operowaù klatkæ piersiowà. Dawno jednak przestaùem siæ czemukolwiek dziwiã.

Podniosùem wzrok. Zauwaýyù mnie i przyjaênie pozdrowiù po imieniu. Mimo to nie mogùem zmniejszaã czujnoúci.

To byù tylko pierwszy ruch, ùaskawy gest na poczàtku spektaklu, szczególnie ýe musiaù krzyczeã przez poùowæ dùugoúci korytarza, ýeby wszyscy zobaczyli, jaki jest przyjacielski i jaki ma úwietny humor.

Niechætnie wspominam, jak wraz z lekarzem na specjalizacji byliúmy wyznaczeni do operacji serca z dwoma takimi wùaúnie chirurgami. Ci faceci, zupeùnie podobni w sposobie zachowania i ukryci za maskami, dali siæ rozróýniã po sylwetce - jeden byù znacznie grubszy od drugiego.

Poczàtek przebiegù bez zakùóceñ, byùy nawet uprzejmoúci; poklepywanie po plecach. Nagle, zupeùnie bez ostrzeýenia, jeden z chirurgów zaczàù przytykaã lekarzowi, ýe daù krew pacjentowi umierajàcemu na raka pùuc. Fakt, decyzja byùa dyskusyjna, ale nie na tyle powaýna, ýeby wyciàgaã wszystko wobec zebranych. Byùo oczywiste, ýe chciaù podbudowaã swój wizerunek i pochwaliã samego siebie. Tak to trwaùo przez caùà operacjæ; pochwaùy, nagany, wszystko przesadzone, aý doszliúmy do szalonego crescendo inwektyw, które stopniowo wygasùo i powróciù dobry humor. Przypominaùo to dom wariatów.

Jest coú takiego u wiækszoúci chirurgów - swego rodzaju niemoýliwe do okreúlenia na póù bierne, na póù agresywne podejúcie do ýycia. W jednej chwili jesteú bliskim i cenionym przyjacielem, a zaraz - kto to wie? Wyglàdaùo to prawie tak, jakby czekali w zasadzce, aý przekroczysz niewidzialnà granicæ, by obrzuciã ciæ gradem obelg.

Moýe jest to naturalny skutek systemu, koñcowy rezultat zbyt duýego napiæcia i koniecznoúci tùumienia go przez zbyt wiele lat szkolenia.

Miaùem podobne odczucia. Staýysta, który chce do czegoú dojúã, musi nauczyã siæ milczeã. Póêniej, juý po staýu, pobiera lekcjæ, która staje siæ czæúcià jego wnætrza. W gùæbi jest caùy czas rozgniewany. Niewaýne, jak oczyszczajàco mogùoby zadziaùaã powiedzenie, ýeby siæ wypchaã. Ja tego nie robiùem i nikt inny teý nie.

Gdy jest siæ na úwieczniku, zawsze chce siæ byã docenionym, a to zmusza do swoistej gry.

W tej grze strach ýyje w symbiozie z gniewem. Ta czæúã, którà stanowi strach, jest bardziej zùoýona. Na staýu ýyje siæ ciàgle pod strachem; przynajmniej ja tak ýyùem. Po pierwsze, jak maùy dobry humanista, ýyjesz w obawie przed popeùnieniem bùædu, gdyý moýe on zaszkodziã pacjentowi, a nawet kosztowaã go ýycie. Przez szeúã miesiæcy stan pacjenta moýe siæ pogorszyã, ale staje siæ on dla ciebie mniej waýny, bo w tym czasie zmieniùeú juý podejúcie do tego, co robisz. Nabraùeú przekonania, ýe ýadnemu staýyúcie nie grozi cofniæcie prawa wykonywania zawodu z powodu oficjalnej dezaprobaty jego dziaùañ, niezaleýnie od tego, jak bardzo byùby niekompetentny czy niedouczony. Niedozwolone jest natomiast poddawanie krytyce samego systemu. Nie liczy siæ to, ýe jesteú wyczerpany albo niezbyt pojætny, albo w ogóle nic ci nie wchodzi do gùowy i byùeú nadmiernie wykorzystywany. Jeúli chcesz dobrej posady, a ja bardzo chciaùem, wszystko przyjmujesz bez szemrania.

Mnóstwo dobrze zapowiadajàcych siæ goúci czekaùo tylko na zajæcie twojego miejsca. Podciàgaùem retraktory, przytrzymywaùem nogi i robiùem inne gówna. A caùy czas zýeraù mnie gniew. Wiækszoúã z nas nie wierzyùa w ýadne teorie historyczne na temat diabùa czy znaczenia grzechu pierworodnego; wiedzieliúmy, ýe ci starzy ramole, których nienawidzimy, musieli kiedyú byã tacy jak my. Najpierw idealiúci, póêniej gniewni, póêniej zrezygnowani i w koñcu cholernie ýaùosni.

Gniew i frustracja tùumione przez dùugie lata objawiaùy siæ ogromem pobùaýania samemu sobie. Czyim kosztem? Kto bædzie nastæpny? Cierpieliúmy za grzechy ojców i dziadów, my, dzieci systemu. Czy to bædzie mnie dotyczyã? Chyba tak. Juý siæ wùaúciwie zaczæùo, bo zostawiùem za sobà idealizm akademii medycznej. Nie dziwiùo mnie, ýe wúród chirurgów jest tak maùo dýentelmenów; najbardziej zastanawiaùo mnie to, ýe ýaden z lekarzy nie jest w peùni istotà ludzkà.

Na pewno nie byù nià Wszechmocny, z którym wùaúnie miaùem siæ zetknàã. Klepnàù mnie po ramieniu i zaczàù wypytywaã o wszystko. Byùo to tak, jakby chciaù mi daã cukierka albo pocaùowaã moje dziecko, niczym skorumpowany polityk zbierajàcy gùosy wyborców. Zbieraù punkty jaêni. Byùem tak zmæczony, ýe zupeùnie nie reagowaùem na to, co robi czy mówi. Ze zwieszonà gùowà powoli przygotowywaùem siæ do operacji. Zaùoýyùem ubiór operacyjny, póêniej rækawice. Sceneria wokóù mnie byùa zupeùnie nierzeczywista. Gùos chirurga huczàcego o wszystkim i o niczym byù o kilka decybeli gùoúniejszy od pozostaùych.

Anestezjologa cechowaùa niezwykùa odpornoúã, a moýe miaù skutecznie tùumiàce ten haùas wkùadki do uszu, bo nie zwracaù uwagi na chirurga i robiù swoje. Nawet pielægniarka ignorowaùa Wszechmocnego. Niezaleýnie od tego, czy poprosiù grzecznie o kleszcze, czy wydarù siæ, i tak wræczaùa mu je w ten sam sposób, z rezerwà, i dalej zajmowaùa siæ narzædziami. Najwyraêniej sam stanowiù swoje jedyne audytorium.

Zabieg okazaù siæ kolejnà operacjà w zwiàzku z zapaleniem kieszonek, które wystæpuje czasem u starszych osób w dolnej czæúci okræýnicy. Ten pechowy pacjent byù juý przed miesiàcem operowany na zapalenie uchyùka. Normalnie zaleca siæ operacjæ trójstopniowà, ale pierwszy chirurg spróbowaù zrobiã wszystko za jednym razem. Efektem tego byù potæýny ropieñ, który mieliúmy zdrenowaã, oraz przetoka kaùowa, prowadzàca przez poprzednie ciæcie do okræýnicy, która odprowadzaùa ropæ i kaù.

Na szczæúcie zabieg nie byù dùugi. Zawiàzaùem kilka wæzùów, wszystkie, wedùug chirurga, niedobrze. Z drugiej strony caùy czas byùem cicho i nie ruszaùem siæ, gdy on opowiadaù o zmiennych kolejach swego ýycia z czasów staýu. Dochodziùy do mnie strzæpki jego wypowiedzi.

- Naprawdæ byùo ciæýko w tamtych czasach robiã historiæ choroby i badania fizykalne kaýdy pacjent przez drzwi ponadto ãwierã pensji a wy, oszuúci, dostajecie

Moje zmæczenie staùo siæ úcianà, która odbijaùa wszystkie jego uwagi.

Wreszcie skoñczyliúmy; wyszedùem i przebraùem siæ w normalne ciuchy. Byùa prawie 16.00. Trochæ sùoñca wymykaùo siæ zza chmur i wpadaùo przez okno. Promienie zaùamywaùy siæ i iskrzyùy na kropelkach deszczu tkwiàcych na szybie. Zaraz pomyúlaùem o surfingu, ale czekaù mnie jeszcze popoùudniowy obchód.

Zszedùem na jeden z prywatnych oddziaùów chirurgicznych i obejrzaùem mojego pacjenta po wyciæciu pæcherzyka ýóùciowego. Czuù siæ úwietnie. Ciúnienie krwi, puls, mocz - wszystko w normie. Kroplówka schodziùa dobrze i zalecenia na noc byùy juý zrobione. Dokonaùem wpisu w karcie i poszedùem do kolejnego pæcherzyka, chociaý byùem przekonany, ýe lekarz juý tam byù. Miaùem racjæ.

Zatrzymaùem siæ przy radiologii. Poprosiùem sekretarkæ, ýeby znalazùa aortogram zrobiony rano z tætniakiem. Chciaùem nañ rzuciã okiem. Szef zespoùu dokonaù dzieùa z niemaùym trudem. Sekretarka szybko przyniosùa klisze i zaczàùem zakùadaã je na przeglàdarkæ. Byùo ich tak duýo, ýe wszystkie nie mieúciùy siæ na ekranie. Na szczæúcie byùy ponumerowane i mogùem je obejrzeã po kolei. Trzeba znaleêã problem - nieùatwa sprawa. Teraz byùem juý w stanie wyodræbniã spore wybrzuszenie aorty nieco powyýej lewej tætnicy podobojczykowej. Radiolog, widzàc, ýe stojæ przed ekranem ze zdjæciami, zawoùaù mnie, ýeby mi przekazaã klisze robione przenoúnym aparatem. Chodziùo o pacjenta z przepuklinà z zeszùej nocy. Tym razem ja miaùem ostatnie sùowo. Radiolog dowiedziaù siæ, ýe mæýczyzna zmarù. Moýe teraz uwierzy, ýe nie mogùem pacjenta wysùaã na normalne zdjæcia. Rozkoszowaùem siæ zwyciæstwem, chociaý zdjæcia, dobre czy zùe, nie miaùy tu juý ýadnego znaczenia.

Kaýdy z pacjentów na oddziale otrzymywaù wùaúciwà opiekæ. Obie przepukliny byùy w dobrym stanie; pacjenci juý chodzili. Wyciæcie ýoùàdka - przyjàù juý peùny posiùek, ýyùy - zwolniony rano do domu, jeden z hemoroidami - wypróýnienie.

Mój tætniak, nie bez powodu, chciaù wiedzieã, czemu musiaùem úcisnàã mu palce, a pacjent z obrzækiem pytaù znów, jak to siæ dzieje, ýe tabletki powodujà wydalanie wody. Udzieliùem im odpowiedzi, starajàc siæ, aby nie byùy zbyt skomplikowane.

Zostaù juý tylko jeden problem, który musiaùem rozwiàzaã - nowy pacjent, a wùaúciwie nowy-stary pacjent. Byù to mæýczyzna z odleýynami, majàcy bogatà historiæ chorób - obejmowaùa dwadzieúcia piæã wczeúniejszych pobytów w szpitalu. Poùkniæcie ýyletek, usiùowanie popeùnienia samobójstwa metodami tradycyjnymi, symulowanie chorób psychicznych, konwulsje, alkoholizm, wrzód ýoùàdka, zapalenie wyrostka robaczkowego, bóle brzucha, niewydolnoúã wàtroby - jego karta stanowiùa przeglàd wszelkich chorób pierwotnych i wtórnych. Dziesiæã lat przebywaù w szpitalu dla umysùowo chorych. Akurat taki pacjent byù mi potrzebny, bioràc pod uwagæ mój úwietny humor i rzeúkoúã. Co gorsza, nie moýna siæ byùo z nim dogadaã - byù tak odurzony, ýe pamiætaù zaledwie strzæpki tego, co siæ dziaùo w ciàgu ostatnich godzin. Potrzebowaùem wiæcej niý godzinæ, ýeby go zbadaã i przejrzeã kartæ. Póêniej musiaùem siæ zabraã do odleýyn i czyúciã rany.

Nachyliùem siæ nad jego poúladkami i przyglàdaùem siæ cieknàcym i czarnym ranom, których nabawiù siæ, leýàc w jednej pozycji. Ýaùowaùem, ýe nie studiowaùem prawa. Po prawie byùbym juý dwa lata na swoim. Szafa ciuchów, úwietne biuro, szeleszczàce, czyste papiery, sekretarka, duýo snu - wszystko moje. Teraz nic takiego nie miaùem. W zamian gimnastykowaùem siæ nad úmierdzàcà dupà jakiegoú alkoholika, wycinajàc martwà tkankæ i usiùujàc nie zwracaã uwagi na fetor i wzbierajàce mdùoúci.

Zaùoýenie biaùego fartucha pierwszy raz, jeszcze w akademii, byùo imponujàce - zdawaùo mi siæ, ýe jestem czæúcià wspaniaùej, ruchliwej machiny szpitalnej. Jakýe wtedy zazdroúciùem kolegom ze starszych lat i staýystom; mieli stetoskopy, czarne notatniki, wiedzieli, co naleýy robiã. Powoli piàùem siæ po szczebelkach medycyny, niekiedy - jak biegacz przeskakiwaùem przez pùotki - aý w peùni ukazaùa siæ rzeczywistoúã. Przybraùa postaã poúladków - odwrotnej strony ýycia.

W trakcie wycinania wrzód zaczàù trochæ krwawiã. Gdy kostki ràk úciskajàcego poúciel pacjenta zbielaùy i zaczàù klàã, a takýe grzmociã w poduszkæ, staùo siæ jasne, ýe doszedùem do ýywej tkanki. Strzyknàùem trochæ elase, aby oczyúciã ranæ przez enzymatyczny rozkùad martwej tkanki, i naùoýyùem gazæ z jodoformem. Taka gaza nie pachniaùa jak chanel nr 5; smrodliwy odór ustàpiù nieprzyjemnemu zapachowi úrodka chemicznego. Wolaùem jednak to drugie. Elase? Nie wiedziaùem, czy to pomoýe, ale ostatnio czytaùem coú na ten temat. Miaùem poczucie, ýe dokonaùem wyczynu o charakterze naukowym.

Teraz zostaùa tylko sama przyjemnoúã popoùudniowego obchodu. Nikt nie lubiù tych obchodów, a tylko niewielu uwaýaùo, ýe jest to coú niezbædnego, poniewaý tak uznaùa rada, która zajmowaùa siæ naszym programem. W kaýdym razie obchody byùy jednym z naszych dziesiæciu przykazañ.

Sterczeliúmy nad pacjentami, przestæpujàc z nogi na nogæ, dyskutujàc i gestykulujàc; tu hemoroidy, tam wyciæcie ýoùàdka. Oglàdaliúmy wszystkie rany, sprawdzajàc, czy sà zamkniæte i czy siæ nie zaogniùy. Opatrunki zmieniane byùy w poúpiechu i na úlepo, a pacjenci odgrywali role niemych ofiar skùadanych na oùtarzu. Gdy któryú z nich oúmieliù siæ zadaã pytanie, przewaýnie byùo ono lekcewaýone, ginæùo wúród odklepywanych rutynowych pytañ w rodzaju: „Ile dni po operacji?”, „Czy przechodzimy na dietæ papkowatà, lekkà, czy zostajemy przy podawaniu pùynów?”

Podobnie jak inni, ja teý przedstawiaùem moich pacjentów bardzo lapidarnie.

- Hemoroidy, dwa dni po operacji, tampony zdjæte, brak krwawienia, dieta normalna, jeszcze bez wypróýnieñ.

Przechodziliúmy do nastæpnego ùóýka. Paru lekarzy okazywaùo wyraêne zainteresowanie pækniæciem tynku na suficie koùo lampy.

- Wyciæcie ýoùàdka, szeúã dni po operacji, dieta papkowata, gazy odeszùy, stolca brak, rana goi siæ dobrze, zdjæcie szwów jutro, niedùugo zwolnienie.

Ktoú zapytaù, czy ta operacja to byù Billroth I, czy II. Tak naprawdæ zrobiù to tylko dlatego, ýeby w ogóle coú powiedzieã.

- Billroth II.

Ktoú inny zapytaù, czy dokonano przeciæcia nerwu bùædnego.

- Tak, zrobiliúmy wagotomiæ, okazaùo siæ, ýe wszystko jest w porzàdku, jeúli chodzi o tkankæ nerwowà.

Pacjent nagle chciaù siæ wùàczyã do dyskusji i zapytaù, co to jest wagotomia, ale nikt nie zwróciù na niego uwagi. Natomiast lekarz spytaù, czy byùa to wagotomia selektywna - kolejna kwestia zabierajàca czas i prowadzàca donikàd.

- Nie, nie selektywna. Koñcowy raport na temat wrzodu potwierdziù wstæpnà diagnozæ, ýe chodzi o schorzenie ukùadu trawiennego.

Nagùe wtràcenie konkretnej informacji nie zwiàzanej bezpoúrednio z przebiegiem rozmowy zmieniaùo temat i przechodziliúmy dalej.

Ruszaliúmy siæ ospale, coraz bardziej zmæczeni i zniecierpliwieni; pozostawialiúmy wszystkie opatrunki w nieùadzie. Opiekun naszej grupy powiedziaù, ýe wszystko jest w porzàdku i spotkamy siæ jutro o tej samej porze. Zupeùnie jak w szóstej klasie, gdy bawiliúmy siæ w berka i wszyscy rozbiegali siæ w róýnych kierunkach. Oprócz mnie. Ja i tak dobrze siæ bawiùem, staùem, nie myúlaùem specjalnie o niczym, patrzyùem na naroýnik stoùu, który byù jakoú przechylony i znieksztaùcaù perspektywæ.

Po wytràceniu z tego póùtransu nie wiedziaùem, co zrobiã. Mogùem jeszcze raz obejrzeã wszystkich prywatnych pacjentów albo posiedzieã na oddziale i poczekaã na nowe przyjæcia, albo teý wróciã do siebie i zdrzemnàã siæ. Tej ostatniej ewentualnoúci nie wziàùem pod uwagæ. Z prostego powodu: gdybym zasnàù, z pewnoúcià byùbym wezwany do przyjæã, natomiast jeúli zostanæ na oddziale, moýe nikt nie przyjdzie. Bardzo naukowy punkt widzenia. Zostaùem wiæc w dyýurce pielægniarek i przeglàdaùem ostatnie numery „Glamour”, które zostawiùa któraú z dziewczyn.

Nie docieraùo do mnie nic z tego, co zobaczyùem. Przerzucajàc kartki, patrzàc na kolorowe plamy obrazków przemieszane z drukiem, czuùem siæ zagubiony w swoim zamkniætym úwiatku. Docieraùy do mnie dêwiæki i ruchy, ale byùy mi zupeùnie obojætne. Jedno przebiùo siæ do mojej úwiadomoúci - znów zaczæùo padaã. Ciekawe, szum deszczu wywoùaù chæã popùywania na desce: kilka dobrych fal moýe zmyã moje przygnæbiajàce myúli. Byùem za bardzo zmæczony, ýeby myúleã o únie - nie zasnàùbym i tak. Zostaùo jeszcze trochæ jasnego dnia.

Zimny deszcz padaù na moje goùe plecy, gdy mocowaùem deskæ na dachu volkswagena. Wùàczyùem ogrzewanie. Musiaùem wytrzeszczaã oczy, ýeby coú zobaczyã przez szybæ. Padaùo doúã mocno i wycieraczki nie nadàýaùy ze zbieraniem wody. Nigdy nie zapewniaùy dobrej widocznoúci. Byù to sùaby punkt úwietnego skàdinàd samochodu.

Po drodze na plaýæ rozpadaùo siæ jeszcze bardziej. Nie widziaùem nic poza plamami szaroúci i czerni. Od czasu do czasu wystawiaùem gùowæ przez boczne okno, ýeby coú zobaczyã. Wycieraczka po stronie pasaýera lepiej zbieraùa wodæ i zorientowaùem siæ, ýe mogæ nieco odchyliã siæ w prawo i widzieã znacznie lepiej. Deszcz zaczynaù podnosiã mnie na duchu, zawæziù úwiat i zdominowaù mojà úwiadomoúã.

Gdy úciàgaùem deskæ z bagaýnika na dachu, znów zabæbniù mi po plecach. Wydawaù siæ jeszcze zimniejszy. Wùàczenie ogrzewania w samochodzie nie byùo jednak za dobrym pomysùem. Deska úwietnie peùniùa funkcjæ parasola chroniàcego mojà gùowæ przed lodowatymi kroplami. Szybko przetruchtaùem przez ulicæ w stronæ plaýy, bo chciaùem jak najprædzej zobaczyã fale. W tej szaroúci nieba i powietrza nie widziaùem dalej niý na paræ metrów. Pierwszy raz w ýyciu zobaczyùem opustoszaùà plaýæ. Wrzuciùem deskæ do wody, wskoczyùem na nià i klæczàc zaczàùem wúciekle mùóciã rækami, ýeby przy okazji rozgrzaã zziæbniæte koúci. Deszcz waliù mocno, aý rozbolaù mnie nos. Musiaùem schyliã gùowæ i spoglàdaã przed siebie spod brwi. Powierzchnia wody stawaùa siæ coraz bardziej wzburzona. Im dalej wypùywaùem, tym trudniej byùo utrzymaã prædkoúã i kierunek, stawiajàc czoùo silnemu wiatrowi. Wiosùowaùem i wiosùowaùem, prawie caùy czas patrzàc w dóù na deskæ. Woda kotùowaùa siæ w wirach. Gdy przód deski wynurzaù siæ, wyglàdaùa na suchà, bo byùa nawoskowana. Gdy jednak nachylaùem siæ, ýeby zrobiã kolejny ruch, zaraz zapadaùa siæ w kipiel.

Plaýa i caùa wyspa zniknæùy gdzieú za úcianà deszczu. To byù sztormowy przebój, z wiatrem, falami, caùkowicie nieobliczalny. Gdy zùapaùem falæ, nie wiedziaùem, jak siæ zachowa, czy zaùamie siæ, czy najzwyczajniej siæ oddali. Nie byùo typowych harmonijnych ruchów ani znajomych mi punktów orientacyjnych. Mogùem juý byã tysiàce mil od brzegu. Sùyszaùem tylko wiatr, deszcz i fale. W myúlach widziaùem fantastyczne ksztaùty na falach i w otaczajàcej mnie kurtynie szaroúci. Pomyúlaùem o rekinach patrolujàcych wody zaraz pod powierzchnià i szybko wyciàgnàùem ræce i nogi na deskæ. Poùoýyùem siæ pùasko, ale nagùa fala z tyùu wywróciùa mnie. W panice wgramoliùem siæ z powrotem, jak kot tulàc uszy ze strachu. Poddaùem siæ dziaùaniu fal i wiatru, które spychaùy mnie w stronæ brzegu, i szukaùem znaków úwiadczàcych o zbliýaniu siæ do wyspy, poczucia pewnoúci, ýe nie jestem sam na peùnym morzu. Ulýyùo mi, gdy ujrzaùem niewyraêne zarysy budynków. Pùetwa denna deski zahaczyùa o rafæ. Póêniej ukazaùa siæ wyludniona plaýa, jej powierzchnia pokryta byùa milionami malutkich kraterów utworzonych przez uderzenia kropel deszczu. Kilkoro ludzi biegùo po piasku; groteskowe, anonimowe plamy usiùujàce schroniã siæ przed deszczem i wiatrem.

W samochodzie wùàczyùem ogrzewanie zgrabiaùymi z zimna palcami i delektowaùem siæ ciepùym nawiewem. Zanim dojechaùem do szpitala, zatrzæsùy mnà dreszcze i byùem w zùym nastroju. Caùy czas musiaùem siæ teý przechylaã w stronæ miejsca pasaýera, ýeby coú widzieã przez rozmazanà szybæ. Ciàgle laùo, a úwiatùa innych samochodów omiataùy chodniki i mokrà drogæ.

Goràcy prysznic to peùnia szczæúcia. Kùæby pary wypeùniùy kabinæ, woda zmywaùa sól, zimno i mój maùy strach, który ogarniaù zmæczone myúli. Siedziaùem pod prysznicem prawie dwadzieúcia minut. Woda spadaùa mi na czubek gùowy i spùywaùa po wszystkich zakàtkach ciaùa.

Gdy siæ odpræýyùem, zaczàùem myúleã, jak spædziã wieczór. Spaã. Powinienem siæ przespaã. Wiedziaùem o tym. Czuùem teý koniecznoúã wyrwania siæ ze szpitala, ýeby siæ z kimú spotkaã. Karen. Mówiùa, ýe nie wychodzi z domu. Karen. To bædzie tak: usiàdæ przed jej telewizorem, wypijæ piwo i pozwolæ moim myúlom na wszystko. Dotychczas, gdy miaùem wolne, telefon nie dzwoniù. Zapowiadaù siæ spokojny wieczór. Úwietnie!

Wytarùem siæ, powoli i z namaszczeniem, a potem spokojnie wróciùem do pokoju z ræcznikiem owiniætym wokóù bioder. Ùóýko wyglàdaùo kuszàco. Baùem siæ, ýe jeúli zasnæ na paræ godzin, a póêniej wstanæ, nie bædæ juý mógù normalnie spaã. Lepiej bædzie, jeúli siæ nie poùoýæ. Zadzwoniù telefon. Odebraùem, nie przeczuwajàc niczego zùego. Nie powinienem tego robiã. Byù to staýysta na dyýurze. Miaù jakieú kùopoty i musiaù na godzinæ wpaúã do domu, najwyýej na dwie godziny. Sprawa nie mogùa czekaã.

- Peters, gùupio mi, ale nie mam wyjúcia. Zastàpisz mnie?

- Masz w planie jakàú operacjæ?

- Nie, ýadnej. Ogólnie spokój.

Perspektywa zastàpienia go nie byùa zachæcajàca. Nie mogùem jednak odmówiã. Kto wie, moýe i ja bædæ potrzebowaù rewanýu?

- Dobra, zaùatwione.

- Peters, wielkie dziæki. Zgùoszæ na centrali, ýe mnie zastæpujesz, i wracam jak najszybciej. Jeszcze raz dziækujæ.

Odkùadajàc sùuchawkæ, pomyúlaùem, ýe gdybym miaù braã udziaù w jakimú zabiegu, odmówiùbym. Byùem úwiæcie przekonany, ýe umarùbym fizycznie albo psychicznie, gdybym miaù jakàú dùugà operacjæ, szczególnie z kimú takim jak Doùadowara, Herkules albo Wszechmocny.

Na wszelki wypadek przebraùem siæ na biaùo, ýywiàc nadziejæ, ýe odpædzi to zùe przeznaczenie. Zadzwoniùem do Karen, ale nikt nie odpowiadaù. Przypomniaùem sobie, ýe mówiùa coú o jedenastej, ale nie pamiætaùem dokùadnie. Nie miaùem nic do roboty, wiæc poùoýyùem siæ i otworzyùem podræcznik chirurgii, opierajàc go na klatce piersiowej. Byù strasznie ciæýki. Trochæ utrudniaù oddychanie. Nie bardzo mogùem siæ skupiã na ksiàýce, wiæc wróciùem myúlami do Karen. Co robi o siódmej, jeúli nie jest ze swoim chùopakiem? Nie powiem, ýebym miaù powody, ýeby jej ufaã. A wùaúciwie co rozumiem przez zaufanie? Po co w ogóle uýywaã tego sùowa? Mówienie o zaufaniu brzmiaùo trochæ mùodzieñczo, gdy po prostu chodziùo o naszà wygodæ.

Myúli te ukoùysaùy mnie do snu, ale zadzwoniù telefon i obudziù mnie. Ciàgle miaùem ciæýkà ksiægæ na piersi i oddychaùem dziæki miæúniom brzucha. To byùo NW.

- Doktorze Peters, tu siostra Shippen. Centrala mówi, ýe zastæpuje pan doktora Greera.

- Tak, to prawda - stwierdziùem bez entuzjazmu.

- Staýysta, który jest tu na dyýurze, nie daje sobie rady ze wszystkimi pacjentami. Czy mógùby pan tu przyjúã i pomóc?

- Ile kart czeka?

- Dziewiæã. Nie, dziesiæã.

- Czy staýysta prosiù o pomoc?

Cholera, w kaýdy piàtek czy sobotæ, gdy byùem na NW, miaùem dziesiæciu pacjentów w kolejce.

- Nie, ale idzie mu powoli i

- Gdy bædzie miaù z piætnastu pacjentów i jeúli sam poprosi, ýebym przyszedù, niech pani wtedy przedzwoni.

Odùoýyùem sùuchawkæ. Te gówniane pielægniarki z NW zawsze chcà graã pierwsze skrzypce i decydowaã o wszystkim. NW byùo akurat dziaùkà tamtego staýysty i mógùby siæ wkurzyã na mój widok. Byùa w tym odrobina prawdy i okruch rozsàdku. Gdy ja byùem przez dwa miesiàce na NW, nigdy nie prosiùem o pomoc dyýurnego staýystæ. Nie mogùem sobie wyobraziã, by akurat w úrodæ byù aý taki tùum, ýe nie moýna go opanowaã. Próbowaùem jeszcze czytaã, ale nie posuwaùem siæ do przodu i byùem coraz bardziej zdenerwowany. Gdy przytrzymywaùem podræcznik, zauwaýyùem, ýe zaczæùy mi siæ trzàúã ræce - coú nowego. Moje myúli biegaùy chaotycznie od chirurgii do Karen i do ostatniego pùywania na desce. I znów do chirurgii. Poszedùem do toalety. Miaùem lekkie rozwolnienie - nic dziwnego w tych dniach.

Gdy znów zadzwoniù telefon, usùyszaùem tæ samà gorliwà pielægniarkæ; mówiùa z satysfakcjà w gùosie, ýe staýysta poprosiù o pomoc. Wkurzyùo mnie to tak, ýe nic nie odpowiedziaùem i trzasnàùem sùuchawkà. Zanim zdàýyùem wyjúã z pokoju, ponownie zadzwoniù telefon. Ta sama pielægniarka oúmielaùa siæ pytaã, czy przyjdæ, czy nie. Kàúliwie powiedziaùem, ýe jeúli sobie dadzà radæ, zanim zaùoýæ buty, to zaraz bædæ. Nie wywarùo to na niej ýadnego wraýenia. Nie daùa siæ obraziã.

Nie chciaùo mi siæ wcale spieszyã. Moýe, gdy juý tam dojdæ, wszystko siæ uspokoi. Nie miaùbym nic przeciwko zaùoýeniu paru szwów lub czemuú w tym rodzaju. Byùem jednak przekonany, ýe zwali siæ na mnie jakaú ofiara wypadku drogowego albo ktoú, kto ma konwulsje.

Deszcz ustaù i miædzy czarnofioletowymi kùæbami niskich chmur pojawiùo siæ kilka migocàcych gwiazd. Wiatr zmieniù siæ.

Gdy dotarùem na NW, musiaùem przyznaã, ýe nie byùo tak spokojnie. Staýysta i dwóch lekarzy zajmowaùo siæ robotà. Dodatkowo czterech czy piæciu innych badaùo swych prywatnych pacjentów. Jedna z pielægniarek daùa mi kartæ i powiedziaùa, ýe facet czeka juý jakiú czas; nie mogli siæ skontaktowaã z jego prywatnym lekarzem. Wziàùem kartæ i czytaùem, idàc do pokoju badañ. Gùówna dolegliwoúã: nerwowoúã, brak tabletek. Niemoýliwe! Zatrzymaùem siæ i spojrzaùem dokùadniej. Prywatny lekarz byù psychiatrà; nic dziwnego, ýe nie mogli go znaleêã. Pacjent, mæýczyzna w wieku 31 lat, byù w gabinecie psychiatrycznym. To byùo z drugiej strony, na prawo. Ale traf, mam úwirusa. Czemu nie rozciæta gùowa, coú, co mógùbym zaùatwiã, zamiast jakiegoú wewnàtrzmózgowego przypadku?

Wszedùem do gabinetu i usiadùem zwrócony w stronæ mùodego z wyglàdu mæýczyzny, który siedziaù na ùóýku. Ùóýko i krzesùo z prostym oparciem, byùy jedynymi meblami w tym pustym pokoju o biaùych úcianach. Zarówno jedno, jak i drugie przymocowano do podùogi. Byùo nieskazitelnie czysto i jasno od úwietlówek wbudowanych w sufit. Rzuciùem okiem na kartæ i spojrzaùem na niego. Byù w miaræ przystojnym szatynem, miaù bràzowe oczy i starannie przyciæte wùosy. Splecione ræce trzymaù przed sobà. Ich ruchy, przypominajàce ugniatanie gliny, byùy jedynà oznakà nerwowoúci.

- Nie czujemy siæ dobrze? - zapytaùem.

- Nie, a wùaúciwie tak. Nie czujæ siæ dobrze - odpowiedziaù, kùadàc ræce na kolanach i odwracajàc ode mnie wzrok. - Jest pan staýystà, jak przypuszczam. Czy mój lekarz nie przyjdzie?

Przyglàdaùem siæ mu przez chwilæ. Uczono mnie, ýe najlepiej daã takim moýliwoúã wygadania siæ. Ten jednak wyraênie czekaù na odpowiedê.

- Tak, jestem staýystà - powiedziaùem, zajmujàc pozycjæ obronnà. - Nie, nie moýemy siæ z nim skontaktowaã. Ale mam nadziejæ, ýe moýemy teraz panu w czymú pomóc, a z lekarzem zobaczy siæ pan póêniej, choãby jutro.

- Jest mi potrzebny teraz - nalegaù i wyjàù papierosa.

Pozwoliùem mu zapaliã. Úwiry mogùy paliã, jeúli chciaùy. W pokoju nie byùo butli z tlenem.

- Moýe mi pan powie, co panu jest, a wtedy ktoú bædzie mógù pomóc.

Wiedziaùem, ýe nie da siæ tu úciàgnàã psychiatry, ale prawdopodobnie dodzwoniæ siæ do niego.

- Jestem nerwowy - powiedziaù. - Jestem caùy zdenerwowany, nie mogæ spokojnie siedzieã. Bojæ siæ, ýe coú zrobiæ.

Nastàpiùa chwila przerwy. Patrzyù znów na mnie. Nie podniósù zapalonego papierosa do ust, ale trzymaù go miædzy palcami, a smuga dymu wiùa siæ ku jego twarzy. Jego szeroko otwarte oczy miaùy rozszerzone êrenice. Nad czoùem skrzyùy siæ kropelki potu.

- Czego siæ pan boi zrobiã? - Chciaùem zùapaã z nimi jakiú kontakt. Poza tym nie obchodziùo mnie juý, ýe siedzæ tu zbyt dùugo. Inne przypadki w tym piekle NW zostanà opanowane beze mnie. Peùniùem poýytecznà funkcjæ, zajmujàc siæ úwirem.

- Nie wiem, co mogæ zrobiã. To poùowa problemu. Jak coú zacznæ, nie mogæ opanowaã myúli myúli Myúli.

Skierowaù wzrok przed siebie, na biaùà úcianæ; gapiù siæ bez mruýenia oczu. Póêniej zrobiù nagùy grymas; úciúniæte usta utworzyùy cienkà kreskæ.

- Od kiedy ma pan tego typu problemy? - zapytaùem, aby przerwaã odrætwienie i zmusiã go do mówienia. - Od jak dawna jest pan pod opiekà psychiatry?

Poczàtkowo sprawiaù wraýenie, ýe mnie w ogóle nie sùucha i juý chciaùem powtórzyã pytanie, gdy odwróciù siæ w mojà stronæ.

- Od okoùo oúmiu lat. Stwierdzono, ýe jestem osobnikiem paranoidalnym i schizofrenicznym. Byùem dwa razy w szpitalu. Jestem pod opiekà psychiatry od czasu pierwszego pobytu w szpitalu i ostatnio wszystko jest dobrze, gdzieú od dwóch lat. Ale dzisiaj czujæ siæ tak jak kiedyú, kilka lat temu. Róýnica polega na tym, ýe teraz wiem, co siæ dzieje. Dlatego potrzebujæ librium i muszæ siæ spotkaã z moim lekarzem. Muszæ to powstrzymaã, zanim wymknie siæ spod kontroli.

Ta wnikliwoúã zaskoczyùa mnie. Domyúlaùem siæ, ýe byù intensywnie leczony, moýe nawet pod opiekà psychoanalityka. Niewàtpliwie byù inteligentny. Byùem co prawda nowicjuszem, jeúli chodzi o tego typu przypadki, ale wiedziaùem, ýe trzeba go zmuszaã do mówienia i nawiàzywania kontaktu. Podanie librium byùoby zbyt proste. Teraz czæúciowo interesowaùem siæ samym pacjentem, a czæúciowo tym, na jak dùugo bædzie w stanie oderwaã mnie od reszty NW. Gdzieú w tle usùyszaùem lament pùaczàcego dziecka.

- Byùem w college’u, w Nowym Jorku - odpowiedziaù z oýywieniem. - Miaùem trochæ problemów z naukà. Mieszkaùem z matkà. Ojciec zmarù, gdy byùem jeszcze maùym dzieckiem. Byùem na drugim roku, a matka zaczæùa kræciã z tym facetem, co nie dawaùo mi spokoju, chociaý poczàtkowo nie wiedziaùem dlaczego. On byù bardzo kulturalny, przystojny, sympatyczny i w ogóle. Powinienem byù go polubiã, ale nic z tego. Teraz to wiem. Wùaúciwie to go nienawidziùem. Najpierw wmawiaùem sobie, ýe go lubiæ. Mam na myúli to, ýe zwracaùem na niego uwagæ. To teý teraz wiem.

Powoli rysowaù siæ taki sam obraz jak przedstawiony mu przez psychiatræ; podstawa i przyczyna jego læków. Mówiù dalej:

- Jeúli chodzi o matkæ, to teý jej nienawidziùem, z wielu powodów. Byùa to oczywiúcie nienawiúã podúwiadoma. Pierwszy powód to rozpoczæcie romansu, nawiàzanie z nim znajomoúci i pozostawienie mnie w cieniu. Innym byùo jej ciàgùe przebywanie koùo tego faceta. Wydaje mi siæ, ýe miaùem pewne utajone skùonnoúci homoseksualne. Ale matkæ bardzo kochaùem. Byùa jedynà bliskà mi osobà. Nigdy nie miaùem wielu przyjacióù, a chodzenie z dziewczynami nie sprawiaùo mi ýadnej frajdy. A póêniej zostaù zabity prezydent Kennedy, przez jakiegoú mùodego czùowieka, jak usùyszaùem. Wracajàc do domu metrem, wszædzie widziaùem tytuùy w gazetach: PREZYDENT KENNEDY ZABITY PRZEZ MÙODEGO MÆÝCZYZNÆ. Byùem zdenerwowany, trwaùo to przez kilka dni, gdy nagle uúwiadomiùem sobie - niech pan nie pyta czemu - ýe to ja zabiùem Kennedy’ego. Kolejne dni byùy prawdziwym piekùem. Ýyùem w strachu, ýe kaýdy czùowiek chce mnie zùapaã; co gorsza, ludzie byli poruszeni tym wydarzeniem. Mæczyùo mnie, ýe moja rola zabójcy wyjdzie na jaw. Uciekaùem przez dwa dni ze strachu przed kaýdym, kogo zobaczyùem. Niech pan mi wierzy, ýe nieùatwo uciec przed drugim czùowiekiem w Nowym Jorku. Na szczæúcie wylàdowaùem w szpitalu. Potrzebowaùem prawie roku, ýeby dojúã do siebie. Kolejny rok intensywnej terapii pozwoliù mi zrozumieã, co siæ ze mnà staùo. Póêniej

Przerwaù w póù sùowa i zapatrzyù siæ w úcianæ. Nastæpnie spojrzaù na mnie i spytaù:

- Nie zmierzyùby mi pan ciúnienia? Bojæ siæ, ýe jest za wysokie.

Nie miaùem nic przeciwko temu, ale w sali nie byùo przyrzàdu. Wyszedùem nieco otumaniony niespodziewanà, zwiæzùà i przytùaczajàcà historià paranoidalnego schizofrenika. Po drodze pielægniarka chciaùa mi wræczyã kolejnà kartæ, ale skinieniem ræki daùem jej znaã, ýe jeszcze nie skoñczyùem ze swoim pacjentem.

Wciàý siedziaù w gabinecie i miaù juý podwiniæty rækaw. Przyglàdaù siæ z ogromnym zainteresowaniem, jak zakùadam opaskæ i przypatrywaù wskazaniom, gdy pompowaùem powietrze. Miaù ciúnienie 142/96. Powiedziaùem, ýe jest trochæ podwyýszone, ale normalne w takim stanie. W rzeczywistoúci byùem zaskoczony wysokoúcià jego ciúnienia. Zapytaùem, co byùo, gdy wyszedù ze szpitala.

- Który raz?

- Byù pan w szpitalu wiæcej razy?

- Dwa, juý mówiùem.

- Co siæ staùo po pierwszym razie?

- Wszystko ukùadaùo siæ dobrze. Chodziùem regularnie do psychiatry. Póêniej, nie wiedzieã czemu, zaczàùem robiã siæ nerwowy, tak jak teraz, stan siæ pogarszaù, aý musiaùem znów pójúã do szpitala na cztery miesiàce.

- Ile czasu trwaùa przerwa miædzy pierwszym a drugim pobytem w szpitalu?

- Póùtora roku. Zasadniczy problem polegaù na tym, ýe za drugim razem nie mogliúmy znaleêã przyczyny. To byùa zwykùa nerwowoúã, ýadna paranoja. Nazywali to przepeùnieniem lækowym. Mój psychiatra zaczàù mówiã o schizofrenii pseudonerwicowej. Nie wiedziaùem za bardzo, co to jest, chociaý sporo na ten temat czytaùem; dlatego to mnie martwiùo. Teraz jestem nerwowy, naprawdæ nerwowy. Ogarniajà mnie te same læki co przed drugim pobytem w szpitalu i nie mogæ tego znieúã. Nie chcæ, ýeby wszystko znów siæ pomieszaùo. Nie wiem, dlaczego muszæ siæ tak czuã jak teraz. Ostatnio wszystko byùo w porzàdku, nawet moja praca.

Zdawaùem sobie sprawæ, ýe z punktu widzenia psychologii musiaù byã ostatnio zrównowaýony. Zaùoýyù na Hawajach dom, firmæ. Zastanawiajàce, ýe i ja trochæ siæ denerwowaùem, ale z innych powodów i nie w takim wymiarze. Ja byùem wyczerpany i mój organizm wymagaù jedynie wypoczynku i snu. U niego zaú byùo to zjawisko dùugotrwaùe i niepokoiù siæ, ýe nagle moýe przestaã panowaã nad sobà.

Pielægniarka otworzyùa drzwi, ale zaraz je zamknæùa, widzàc, ýe rozmawiamy.

- Czy ma pan tu przyjacióù? - zapytaùem.

- Wùaúciwie nie. Nigdy nie miaùem wielu przyjacióù. Lubiæ byã w domu i czytaã. Nie lubiæ nigdzie chodziã i przesiadywaã po lokalach. Uwaýam to za stratæ czasu. Jestem chyba trochæ inny niý reszta. Lubiæ trochæ popùywaã na desce. Jest paru chùopaków, z którymi razem pùywam, ale nie zawsze. Przewaýnie chodzæ sam.

To mnie ubawiùo. Úwirniæty deskarz. W pewnym sensie byù podobny do mnie.

- Co siæ teraz dzieje z pana matkà? Gdzie jest?

- W Nowym Jorku. Wyszùa za tamtego faceta, z którym chodziùa. Mój psychiatra poleciù mi oderwaã siæ od tego wszystkiego i dlatego przyjechaùem na Hawaje. Zmieniùo to moje ýycie na lepsze.

Wstaùem i przeszedùem siæ po sali. Zdrætwiaùa mi noga i chciaùem jà rozruszaã.

- Co pan teraz robi?

- Zajmujæ siæ fotografikà - odpowiedziaù. - Jestem wolnym strzelcem, ale mam teý trochæ staùych zleceñ. To mi wypeùnia czas.

Podniósù siæ, przeciàgnàù i przeszedù na drugà stronæ, obok krzesùa. Obróciùem siæ, zaùoýyùem ræce do tyùu i oparùem siæ o drzwi. Sprawiaù wraýenie spokojniejszego, odpræýonego, uwolnionego od læków.

- A kobiety? - zapytaùem z wahaniem, zastanawiajàc siæ nad jego ukrytymi skùonnoúciami homoseksualnymi, o których wspominaù wczeúniej.

Spojrzaù na mnie natychmiast, jak tylko skoñczyùem mówiã, usiadù na krzeúle i wbiù wzrok w podùogæ.

- W porzàdku, wszystko dobrze, jak nigdy przedtem. Ýeniæ siæ wkrótce z ùadnà dziewczynà. Dlatego chcæ mieã pewnoúã, ýe wszystko jest dobrze. Nie mam zamiaru trafiã ponownie do szpitala. Nie teraz.

Rozumiaùem jego zaniepokojenie. Mówiàc o tym, skierowaù rozmowæ na bardziej osobiste tory. Nie znaczy to, ýe dotychczas nie poruszaliúmy spraw osobistych. Poùàczenie pragnienia zawarcia maùýeñstwa z kùopotami psychicznymi pozwalaùo mi ùatwiej go zrozumieã i wczuã siæ w jego sytuacjæ. Gdyby udaùo mu siæ oderwaã od tego wszystkiego, nawiàzaã rzeczywisty kontakt z narzeczonà, mogùaby byã dla niego prawdziwym lekarstwem. Przynajmniej dawaùo to szansæ. W odróýnieniu od innych ludzi z zaburzeniami psychicznymi, ten facet naprawdæ walczyù i to mi siæ podobaùo.

Usiadùem na ùóýku koùo krzesùa.

- Úwietnie - stwierdziùem. - Pokonuje pan swój gùówny problem.

- Tak, to wspaniale - potwierdziù bez entuzjazmu. Przypomniaùo mi siæ z dawnych wykùadów z psychiatrii, ýe schizofrenicy nie okazujà uczuã w bardzo wylewny sposób. Daùo mi to chwilowe poczucie zrozumienia i akademickiej przyjemnoúci.

- Kiedy úlub? - zapytaùem, ýeby sprawdziã, czy nastàpi z jego strony jakaú reakcja nacechowana uczuciem.

- To jeden z moich problemów - odrzekù. - Ona jeszcze nie ustaliùa terminu.

Ta uwaga ostudziùa mój zapaù.

- Ale zgodziùa siæ na maùýeñstwo, tak?

- Oczywiúcie. Na razie nie zdecydowaùa, kiedy mamy siæ pobraã. Wùaúciwie chciaùem jà o to zapytaã wieczorem. Chciaùbym, ýebyúmy siæ pobrali w lecie.

- Czemu nie? - spytaùem.

Zaczynaù powstawaã obraz jego przypadku jako schizofrenicznej nadwraýliwoúci na wszelkie oznaki odrzucenia i odmowy. Moýe narastajàcy læk spowodowany byù obawà o odrzucenie przez dziewczynæ. Wszystko na to wskazywaùo.

- Nie, wieczorem nie mogæ - powiedziaù.

- Dlaczego?

To byù punkt kulminacyjny. Jeúli wszystko poszùoby bez przeszkód, byùby uratowany, ale jeúli odrzuciùaby go, spowodowaùoby to katastrofæ. On teý zdawaù sobie z tego sprawæ.

- Zadzwoniùa do mnie rano i powiedziaùa, ýe nie moýemy siæ spotkaã wieczorem. Zapytaùem dlaczego, a ona powiedziaùa, ýe w planie ma coú waýnego. Czæsto tak robi.

Wiedziaùem, ýe jest w trudnej sytuacji. Im usilniej nalegaù, tym bardziej jego równowaga psychiczna zaleýna byùa od narzeczonej. Znaleêliúmy siæ w swego rodzaju impasie. Pomyúlaùem, ýe moýe przyszedù czas na librium. Znów zaczàù mówiã.

- Moýe jà pan zna. Jest pielægniarkà w tym szpitalu.

- Jak siæ nazywa?

- Karen Christie. Mieszka niedaleko, po drugiej stronie ulicy.

Jego sùowa byùy niczym uderzenie rozbijajàce wznoszony starannie mur obronny i zmiatajàce wszystko, co stoi na drodze. Poczuùem, jak opadùa mi szczæka i coú zaszùo mi na oczy. Byù to wyraz mojego wewnætrznego zaýenowania i niedowierzania. Usiùowaùem zachowaã zimnà krew. Na szczæúcie byù zbyt mocno pochùoniæty swymi wùasnymi kùopotami, ýeby zauwaýyã moje zmieszanie.

Kontynuowaù swój wywód, opisujàc zwiàzek z Karen. Po dwudziestu sekundach od wybuchu tej bomby byùem spokojny na zewnàtrz i mogùem go sùuchaã, ale mój wewnætrzny niepokój pozbawiaù jego sùowa wszelkiego znaczenia. Byliúmy dwoma mæýczyznami rozmawiajàcymi na ten sam temat w róýnych jæzykach.

Mieszaùy siæ sùowa „narzeczony”, „narzeczona”. Dzieliùem Karen ze schizofrenikiem. Od niej zaleýaùa jego równowaga psychiczna. Jego úwiat zawaliù siæ, gdy odmówiùa mu wsparcia. To Karen zadecydowaùa siæ pozostaã wieczorem w domu ze mnà. W groteskowy, ale rzeczywisty sposób role siæ odwróciùy: on byù teraz terapeutà, a ja pacjentem. Pasowaùo nawet to, ýe ja siedziaùem na ùóýku, a on na krzeúle. Póù godziny wczeúniej to ja czuùem siæ odrzucony, bo Karen mogùa siæ ze mnà spotkaã dopiero po jedenastej. Jednoczeúnie, zupeùnie nielogicznie, bùogosùawiùem los za to, ýe ona ma kogoú, z kim wychodzi, ale zwraca mi jà po to, ýeby mogùa wypiã ze mnà piwo i uprawiaã miùoúã. To, ýe dzieliùem jà ze schizofrenikiem, kusiùo, aby identyfikowaã siæ z nim i zobaczyã siebie w takim samym úwietle.

Zastanawiaùem siæ, na ile sam jestem schizofrenikiem. Na pewno nie jestem, za mocno stojæ na ziemi. Nie wierzyùem w ýadne urojenia, byùem realistà, szczególnie jeúli chodzi o mojà rolæ staýysty. Poza tym nigdy nie miaùem halucynacji; wiedziaùbym o tym, nie?

Nagle zorientowaùem siæ, ýe patrzy na mnie, jakby czekaù na odpowiedê.

- Zna jà pan? - powtórzyù.

- Tak - odpowiedziaùem machinalnie. - Pracuje na dziennej zmianie.

Znów zaczæliúmy mówiã i myúleã w róýnych jæzykach. On dalej kreúliù obraz swego pseudoýycia z Karen, a ja powracaùem do spekulacji. Nie, na pewno nie jestem schizofrenikiem, ale niewykluczone, ýe zmierzam w kierunku osobowoúci schizoidalnej. Siægajàc pamiæcià do wykùadów i podræczników, próbowaùem sobie przypomnieã charakterystykæ takiej osobowoúci. W wiækszoúci przypadków, jeúli dobrze pamiætaùem, obserwuje siæ unikanie bliskich lub dùuýszych zwiàzków. Czy to pasuje do mnie? Tak, zdecydowanie, szczególnie jeúli chodzi o ostatni okres. Nikt nie uznaùby moich zwiàzków z Karen, Joyce czy nawet z Jane za bliskie albo charakteryzujàce siæ szacunkiem i miùoúcià. Byùy to raczej ukùady tworzone dla obopólnej wygody, bez zaangaýowania uczuciowego czy przywiàzania. Dziewczyny te byùy dla mnie po prostu chodzàcymi piczkami. Nie byùy drogà do zbliýenia osobowoúci, lecz sposobem ucieczki. To samo dotyczyùo pacjentów. Z biegiem czasu moja postawa w stosunku do nich ulegùa zmianie. Kaýdy z nich staù siæ organem, konkretnà chorobà lub zabiegiem. Od sprawy Roso unikaùem bliskich kontaktów, zaýyùoúci i zaangaýowania. Nawet to wydaje siæ teraz schizoidalne.

Paskudne, wstrætne myúli napùynæùy mi do gùowy jak trucizna i uúwiadomiùem sobie, ýe muszæ szybko wyjúã z tego pokoju, uciec od szpitala gdzieú, gdzie mógùbym swobodnie oddychaã. Zbierajàc myúli, skupiùem siæ na rzeczywistoúci, którà miaùem przed sobà.

- Jakie úrodki uspokajajàce pan bierze? - zapytaùem w poúpiechu.

- Librium, dwadzieúcia piæã miligramów - odpowiedziaù zaýenowany.

Najwyraêniej wybiùem go z rytmu.

- Dobrze - powiedziaùem. - Dam panu trochæ na póêniej, ale proszæ, ýeby pan siæ skontaktowaù ze swoim lekarzem jeszcze dziú wieczorem albo jutro. Tymczasem zapiszæ panu zastrzyk z librium, ýeby poczuù siæ pan lepiej.

Podniosùem siæ szybko, zanim zdàýyù cokolwiek powiedzieã, otworzyùem drzwi i wyszedùem na ruchliwy i oúwietlony korytarz NW. Mechanicznie wypisaùem receptæ: „Librium, 25 mg, tabletki, doustnie, 4 razy dziennie, 10 tabletek”, i powróciùem w myúli do tej absurdalnej sytuacji, w której pacjent zostaù terapeutà. Juý samo to wydaje siæ schizofrenicznà halucynacjà.

Pielægniarka chciaùa mi wetknàã kolejnà kartæ, ale odmówiùem. Powiedziaùem drugiej, ýeby daùa pacjentowi w gabinecie psychiatrycznym 50 mg librium domiæúniowo.

Nie bardzo docieraùo do mnie to, co siæ wokóù dziaùo. Przed wyjúciem musiaùem wróciã i zobaczyã tego schizofrenika jeszcze raz, sprawdziã, czy nie jest zjawà. Otworzyùem drzwi. Byù w úrodku w dobrej formie, gapiù siæ na mnie.

Zamknàùem drzwi i ruszyùem dùugim ùàcznikiem w stronæ swojego pokoju. To wszystko byùo zbyt prawdziwe - wszystko, co myúlaùem o sobie w tych krótkich chwilach, gdy wymieniù imiæ Karen. Byùem wyrachowanym gnojkiem i robiùem siæ coraz gorszy. Wszystko, o czym myúlaùem, tylko to potwierdzaùo. Na przykùad znajomoúã z Carno: rozleciaùa siæ pod pozorem niedogodnoúci. W rzeczywistoúci byùem zbytnim egoistà i leniuchem, aby jà podtrzymywaã. Surfing byù najwaýniejszym argumentem, szczególnie gdy korzystaùem z niego przy wyszukiwaniu powodów mojego samotniczego trybu ýycia. Karen - pusty, nic nie znaczàcy zwiàzek, jeúli w ogóle zasùugiwaù na takà nazwæ. Pustka i tæsknota za niczym to uczucia, którymi chciaùem wypeùniã znajomoúã z Karen, Joyce, a nawet Jane.

Siedziaùem po ciemku w swoim pokoju, szukajàc odpowiedzi. Wszystko stawaùo siæ przeraêliwie jasne. Nie zawsze byùem taki. W college’u ùatwo nawiàzywaùem przyjaênie, które trwaùy. Czyýby samotnoúã staùa siæ moim udziaùem dopiero teraz? Moýe nieco w czasach pierwszego roku college’u, ale nie póêniej. Potem przyszùy studia. Czy tam zasiano ziarno zmian? Tak, to w czasach studiów medycznych przyjaciele zaczæli siæ odsuwaã; podobnie zmieniaù siæ mój stosunek do kobiet, w wyniku kùopotów finansowych i braku czasu. Ziarno nie kieùkowaùo do staýu. Teraz pod wzglædem towarzyskim i seksualnym staùem niewiele wyýej od wùóczægi. Jedyny wyjàtek stanowiùo to, ýe kràýyùem w szpitalu, a nie w normalnym úwiecie.

Zadzwoniù telefon, ale nie podnosiùem sùuchawki. Zdjàùem biaùe ubranie. Zaùoýyùem jasne dýinsy i czarny golf.

Dlaczego tak siæ staùo? Czy winiã tylko harmonogram zajæã? Moýe ùàczy siæ to ze strachem i gniewem, które we mnie tkwià? Czy wstræt do samego siebie bierze siæ stàd, ýe siedziaùem cicho i nie mówiùem nic, gdy uwaýaùem, ýe caùy ten system jest zepsuty? Ýe dusiùem to w sobie? Czy zmæczenie odbieraùo mi dar logicznego myúlenia? Nie wiem. Im wiæcej myúlaùem, tym bardziej byùem zbity z tropu i przygnæbiony, nie skutkami, ale przyczynami. Skutki byùy oczywiste: staùem siæ prawdziwym skurwysynem.

Nagle pomyúlaùem o Nancy Shepard, jak jà odepchnàùem, odrzuciùem jej oskarýenia i wszystkie pytania. Wtedy, kiedy rozmawialiúmy, próbowaùa powiedzieã mi to, czego dowiedziaùem siæ od mojego terapeuty - terapeuty-schizofrenika. Co za trójkàt: pielægniarka dziaùajàca na dwa fronty, nie bardzo zrównowaýony schizofrenik i pieprzony staýysta. Nancy nazwaùa mnie niesamowitym egoistà, samolubnà kreaturà zmierzajàcà tam, gdzie miùoúã jest juý niemoýliwa. Miaùa racjæ. Co z tego, ýe byùo jeszcze gorzej, ýe byùem wræcz zachæcany do unikania czystego emocjonalnie zaangaýowania, bo takie postæpowanie byùo jedynym úrodkiem obrony przed gniewem, wrogoúcià i wyczerpaniem? Jakie to miaùo znaczenie, ýe codziennoúã staýysty to bezsensowna monotonia, a caùy system jest nastawiony na wykorzystanie i nækanie mùodego adepta? Dla Nancy Shepard, dla kaýdego, byù istotny rezultat. Potraktowaùa mnie prawdà, a ja za to wyrzuciùem jà z mojego ýycia, sprawiajàc jej ból.

Leýàc w ùóýku, zastanawiaùem siæ, co robiã. Najpierw pospaã. Ile jeszcze mostów przede mnà? Nie wiem. A Karen? Moýe jà jeszcze spotkam, moýe nie. Mam nadziejæ, ýe nie, ale wiem, ýe mnie to czeka.

Dzieñ 365

WYJAZD

Wyrostek robaczkowy leýaù z jednej strony pùaskiego naczynia, gdzie wùoýyùem go przed chwilà, nim oddaùem na stóù. Chirurg koñczyù zszywaã to, w czym wyrostek siæ znajdowaù. Byliúmy tak zajæci, ýe nikt nie zauwaýyù ræki, dopóki nie weszùa w pole operacyjne i nie zaczæùa bùàdziã po omacku, dotykajàc mokrych, miækkich wnætrznoúci. Ræka bez rækawicy - spoza naszego sterylnego pola. Sprawiaùa wraýenie obcego ciaùa ze strefy póùcienia poniýej przeúcieradeù i serwet. Chirurg i ja spojrzeliúmy na siebie zatrwoýeni, potem na Strausa, úwieýego staýystæ, ale ten nie mógù oderwaã oczu od ræki. Kilka nastæpnych sekund upùynæùo na doszukiwaniu siæ zwiàzku ræki intruza z kimú z zespoùu operacyjnego. Gdy wypuúciùem igùæ i nici, siægajàc po tæ rækæ, aby odsunàã jà od ciæcia, chirurg zorientowaù siæ, o co chodzi.

- Na Boga, Georgie! Facet trzyma rækæ w brzuchu.

George, anestezjolog, wysunàù nos spoza osùony i skwitowaù wydarzenie sùowami:

- Ale mi siæ dostanie.

Zaraz z powrotem usiadù na swoim taborecie. Wstrzyknàù szybko sukcynylocholinæ do kroplówki, mimo ýe jak zwykle byù doúã senny. Po tym úrodku paraliýujàcym ræka pacjenta opadùa na przeúcieradùo.

- Jak mówiùeú, ýe uúpisz faceta, nie myúlaùem, ýe bædæ siæ z nim musiaù wziàã za bary - powiedziaù chirurg.

Zamiast odpowiedzieã, George prawà rækà podkræciù sukcynylocholinæ, a lewà odkræciù o kilka obrotów zawór podtlenku azotu. Po kilku úciúniæciach worka, ýeby przyspieszyã przepùyw gazu do pùuc, George byù gotów do boju.

- Wiesz, George, to twoje nadtwardówkowe znieczulenie to úwietna sprawa. Cofa chirurgiæ w czasie. Ten przypadek to dokùadnie szesnastowieczna operacja.

- No, nie wiem - odparowaù George. - Dawniej pacjenci nie tylko atakowali rækami, potrafili teý kopnàã. Czy zauwaýyùeú, jaki ten facet jest spokojny? Robimy jednak postæpy, jeúli chodzi o narkozæ.

Byù to prawdziwy ogieñ zaporowy i chirurg postanowiù nie odpowiadaã kolejnà salwà. Zamiast tego zwróciù swà uwagæ na ratowanie pola operacyjnego. Przykryùem ranæ wyjaùowionà serwetà namoczonà w roztworze soli, a chirurg przytrzymywaù tæ kùopotliwà rækæ. Straus, pielægniarka i ja wciàý byliúmy sterylni, naturalnie wedùug reýimu sali operacyjnej.

Przerwanie sterylnoúci pola operacyjnego jest powaýnym problemem, poniewaý znacznie zwiæksza prawdopodobieñstwo pooperacyjnego zakaýenia gronkowcami. Niektórzy chirurdzy sà w tej sprawie maniakalnie przeczuleni, ale chyba nigdy z racjonalnych pobudek. Na przykùad jeden z profesorów w akademii medycznej ýàdaù, aby staýyúci, lekarze i studenci szorowali ræce przed operacjà przez dziesiæã minut z zegarkiem w ræku. Ktokolwiek chciaùby wejúã na salæ operacyjnà wczeúniej, musiaù zaczynaã od nowa. Rygory te nie dotyczyùy oczywiúcie samego profesora, a jego przygotowania trwaùy trzy lub cztery minuty wedùug hojnego szacunku. Naleýy przypuszczaã, ýe pozostali byli bardziej skaýeni, a jego bakterie mniej wytrzymaùe.

Jego wymagania dotyczàce sterylnoúci zwiàzane sà z jednym pamiætnym wydarzeniem. Przypadek byù ciekawy: rana postrzaùowa lewego pùuca. Staýyúci i mùodzi lekarze potrójnym wianuszkiem otaczali stóù operacyjny. Pewien niski wzrostem zaradny student chciaù dokùadnie wszystko widzieã. Ustawiù piramidæ z taboretów, stanàù na niej i trzymajàc siæ lampy wychyliù siæ nad pole operacyjne. Punkt obserwacyjny úwietnie speùniù swojà funkcjæ, dopóki okulary dociekliwego mùodzieñca nie spadùy prosto do rany. Tak to zdeprymowaùo profesora, ýe po prostu kazaù kontynuowaã operacjæ.

Na szczæúcie Gallagher, chirurg, który przeprowadzaù zabieg usuniæcia wyrostka robaczkowego, byù bardziej opanowany niý profesor z akademii. Byù oczywiúcie wkurzony, ale nadal panowaù nad sytuacjà.

- George, zobacz, czy moýesz wyciàgnàã tæ rækæ spod przeúcieradùa i przytrzymaã - powiedziaù Gallagher, patrzàc na mnie i przewracajàc oczami po tym, jak anestezjolog skryù siæ gdzieú miædzy serwetami.

- Straus, odsuñ siæ od stoùu - powiedziaùem.

Biedny Straus byù skoùowany. Jego oczy biegaùy od chirurga trzymajàcego nadal rækæ pacjenta do drýàcej masy przeúcieradeù znaczàcych postæpy dziaùañ anestezjologa albo ich brak.

- Straus, podnieú ræce i trzymaj je przy klatce piersiowej.

Straus cofnàù siæ wdziæczny za instrukcje.

Z pewnymi trudnoúciami anestezjolog uùoýyù rækæ pacjenta we wùaúciwym poùoýeniu i próbowaù przytrzymaã jà na stole. Chirurg cofnàù siæ i pielægniarka zdjæùa mu rækawice i ubiór operacyjny, a siostra operacyjna zaùoýyùa nowe.

Ale zakoñczenie staýu! To byùa moja ostatnia wyznaczona operacja, moýe ostatni raz staùem na sali operacyjnej jako staýysta, chociaý miaùem pozostaã na dyýurze pod telefonem i mogùo mi siæ jeszcze coú trafiã. Ten przypadek to cyrk od samego poczàtku. Pacjent dostaù úniadanie, bo zapomniaùem napisaã „Nic do jedzenia”, a pielægniarki, które powinny lepiej wiedzieã o zaleceniach przedoperacyjnych, teý o tym zapomniaùy.

- Straus, pomóý mi z tymi serwetami.

Nachyliùem siæ nad pacjentem w kierunku nowego staýysty. Nasze staýe nakùadaùy siæ na siebie; jego pierwszy dzieñ byù moim ostatnim. Oficjalnie byùem jeszcze staýystà, chociaý po przybyciu wszystkich nowych wykonywaùem zadania etatowego lekarza.

Nowi wyglàdali na niezùà ekipæ, zapaleni i zieloni jak my. Straus i ja byliúmy wyznaczeni na ten sam dyýur, wiæc pomagaùem mu rozejrzeã siæ we wszystkim. Byliúmy teý obaj pod telefonem.

- Trzymaj wysoko - mówiùem, unoszàc swój koniec serwety do poziomu oczu i nakùadajàc jà na starà.

- Dobrze, góra na ekran.

Szùo mu dobrze, podaùem dolnà serwetæ. Chirurg przebrany w nowy ubiór i rækawice okazaù zniecierpliwienie. Zabraù serwetæ Strausowi, który pomagaù mi jà zaùoýyã. Odbyùo siæ to gwaùtownie i bez sùów.

Zegar z duýà tarczà pokazywaù 14.15. Nie mieúciùo mi siæ w gùowie, ýe za dwadzieúcia cztery godziny bædzie juý po staýu. Jak szybko przeleciaù ten rok. Niektóre wspomnienia wydajà siæ o wiele starsze. Na przykùad Roso. Czyý nie byù zawsze czæúcià moich losów? I

- Peters, moýesz pomóc?

Gallagher juý prawie wymachiwaù imadùem do igieù, które prowadziùo cieniutkà niã. Nie mógù zaczynaã, bo sterylna serweta, którà naùoýyùem na rozciæcie, jeszcze tam byùa.

- Duýe kleszcze i basen.

Wyciàgnàùem ræce w stronæ pielægniarki operacyjnej, a ona wbiùa mi kleszcze w dùoñ. W czasie operacji byùa demonem. Najwidoczniej naoglàdaùa siæ telewizji, bo wymachiwaùa narzædziami i waliùa nimi w ræce, aý bolaùo, a zakùadajàc rækawice ciàgnæùa je prawie pod pachy.

Zdjàùem serwetæ kleszczami bez dotykania rækà i wrzuciùem do basenu. Ta zabawa w sterylnoúã sali operacyjnej wprawiaùa mnie w zakùopotanie, obawiaùem siæ, ýe popeùniæ bùàd. Nie wiedziaùem, czy Gallagher myúli, ýe serweta jest skaýona, ale dla wszelkiej pewnoúci nie dotykaùem jej. Oczywiúcie, przy pacjencie szperajàcym w brzuchu goùà rækà caùy ten korowód byù nonsensem.

Po zdjæciu serwety Gallagher znów zabraù siæ do kikuta wyrostka. Pacjent wybraù dobrà poræ na swoje wygùupy: Gallagher nie tylko usunàù wyrostek, ale i odwróciù kikut. Juý prawie zaczynaù zamykaã drugà warstwæ, gdy pojawiùa siæ tajemnicza ræka. Anestezjolog George odzyskaù swój pierwotny nastrój i rytm. Wszystko szùo juý po jego myúli - przenoúne radio panasonic konkurowaùo z odgùosem pracy automatycznego aparatu oddechowego, który przyniesiono po sukcynylocholinie. To nie tylko zwykùy úrodek ostroýnoúci. Sukcynylocholina jest tak silna, ýe pacjent byù teraz caùkowicie znieczulony, a aparat oddechowy wykonywaù pracæ jego organizmu. Atmosfera wróciùa do stanu przedkryzysowego, gdy Gallagher zaùoýyù pierwszy szew po rundzie zapasów. Przerwaliúmy nawet na moment, ýeby wysùuchaã prognozy dla amatorów surfingu, która dochodziùa poprzez ekran z radia George’a: Ala Moana, 3-4, gùadko”.

Ja juý sprzedaùem swojà deskæ. Gallagher byù jednym z tych mùodszych chirurgów, którzy czasami pùywali na desce. Widziaùem go paræ razy przy „trójce” koùo Waikiki, ale byù zdecydowanie lepszym chirurgiem niý deskarzem, szczególnie dobrym przy operacjach serca. Miaù sùynny juý zwyczaj trzymania narzædzi chirurgicznych: odchylaù maùy palec jak paniusie w dawnych latach, gdy chwytaùy filiýanki z herbatà.

W podobny sposób zakùadaù szew, odchylajàc maksymalnie maùy palec od reszty dùoni i zræcznie prowadzàc nitkæ z imadùa do mojej ræki. Ja miaùem wiàzaã, gdyý byùem pierwszym asystentem. Straus trzymaù retraktory. Pierwszy rzàd poszedù dobrze, bardzo szybko, jak zwykle przy zupeùnie odruchowych czynnoúciach. Úcianki jelita grubego przeszùy nad odwróconym kikutem wyrostka. Gallagher udawaù, ýe nie patrzy, jak wiàýæ szew, ale jestem pewien, ýe i tak spoglàdaù kàtem oka. Nic nie mówiù, co znaczy, ýe nie miaù zastrzeýeñ. Wziàù imadùo od siostry operacyjnej i zaczàù drugi szew, úwieýà nitkà.

- Hej, Straus, podciàgnij te retraktory, ýebym widziaù wæzeù.

Zaskoczyùo mnie, ýe Straus popatrzyù do úrodka. Wspóùpracowaùem przy zakùadaniu drugiego szwu, a on spojrzaù w ranæ i podciàgnàù prawà rækæ, rozszerzajàc ciæcie. Umoýliwiùo mi to przesuniæcie nitki wskazujàcym palcem tak, ýeby graùa z pierwszym rzædem, póêniej úciàgnàùem wæzeù. Wydawaù mi siæ bardzo poprawnie zrobiony. Kolejny wæzeù, z pomocà drugiej ræki, teý dobrze mi wyszedù. Piæã takich szwów i obszar kikuta wyrostka byù gotowy do zamkniæcia.

- Straus, úwietna robota - powiedziaù Gallagher, mrugajàc do mnie, gdy wziàù retraktory od nowego staýysty. - Jak byúmy sobie bez ciebie poradzili.

Nie wiedzàc, czy Gallagher nie ýartuje, Straus po prostu zachowaù milczenie.

- Straus, gdzie siæ nauczyùeú trzymaã retraktory?

- Braùem paræ razy udziaù w operacjach w akademii - odparù spokojnie.

- To widaã - odpowiedziaù Gallagher. Spod maski wymykaù mu siæ lekcewaýàcy uúmieszek.

- Peters, czy moglibyúcie razem z naszym mùodszym kolegà zamknàã ranæ?

- Myúlæ, ýe tak, doktorze Gallagher.

Gallagher zawahaù siæ, patrzàc na ciæcie.

- Moýe jednak zostanæ. Jeúli pacjent dostanie zakaýenia pooperacyjnego, chciaùbym obarczyã odpowiedzialnoúcià jak najmniej osób, jedynie George’a. George, sùyszysz?

- O co chodzi? - George spojrzaù znad swojej aparatury, ale Gallagher zignorowaù go i odsunàù siæ, aby umyã ræce w basenie.

- Straus, znasz siæ na wæzùach?

- Chyba nie za bardzo.

- Spróbujesz?

- Dobrze.

- Twoja kolej, jak dojdziemy do skóry.

Szùo nam bùyskawicznie. Wiàzaùem prawie tak szybko, jak szyù Gallagher. Siostra operacyjna musiaùa siæ spieszyã, aby dotrzymaã nam kroku. Rana zwarùa siæ po zaùoýeniu i zawiàzaniu szwów podskórnych.

- Straus, zobaczmy, co potrafisz - rzekù Gallagher po zaùoýeniu pierwszego szwu skórnego na úrodku rany i wyprowadzeniu nitki nad brzuchem pacjenta.

Pierwszy szew na skórze w úrodku ciæcia jest najtrudniejszy, bo zanim poùoýy siæ kolejne, przenosi duýe obciàýenia i nieùatwo go zwiàzaã tak, aby miaù odpowiedni naciàg. Gallagher mrugnàù do mnie porozumiewawczo, gdy Straus chwyciù za koñce nitki. Nie miaù nawet dobrze naciàgniætych rækawic - z palców zwisaùy mu faùdki gumy. Nie patrzyù w góræ, co byùo dobrym nawykiem. Wiedziaùem, co go czeka, i dlatego na mojej twarzy zagoúciù szeroki uúmiech.

Biedny Straus. Zanim naùoýyù drugi szew, byù juý mokry jak mysz, a miædzy krawædziami skóry nadal byùa kilkunastomilimetrowa szczelina. Ponadto palce zaplàtaùy mu siæ w nici w taki sposób, jakby pokazywaù jakiú komiczny numer. Nie odrywaù wzroku - dobry znak, bædzie dobrze.

- Straus, jak widzæ teoria jest twojà mocnà stronà. To prawda, skórne szwy nie mogà byã za úcisùe - Gallagher tùumiù úmiech - zbyt duýa szczelina jest jednak daleka od ideaùu.

- Chùopaki, macie jeszcze kupæ czasu. Sukcynylocholina dalej go trzyma - rzuciù George.

Przeciàùem nitkæ na tym szwie i rzuciùem jà na podùogæ. Gallagher zaùoýyù innà, bùyskawicznym ruchem ræki úciàgajàc niã z igùy. Straus w milczeniu wziàù oba koñce i zaczàù swojà grzebaninæ.

- To nie jest pierwsza goùa ræka w brzuchu, jakà widziaùem - powiedziaùem, spoglàdajàc na Gallaghera. - Kiedyú na studiach byùo nas oúmiu studentów na sali operacyjnej. Próbowaliúmy coú zobaczyã, gdy chirurg powiedziaù:

- Proszæ tego dotknàã i powiedzieã mi, co o tym sàdzicie.

Wszyscy lekarze dotknæli i pokiwali gùowami. Nagle miædzy stojàcymi przemknæùa ræka bez rækawicy i teý dotknæùa rany.

- Czy to byù student? - spytaù anestezjolog.

- Moýliwe. Nigdy siæ tego nie dowiedzieliúmy, bo wszyscy zostaliúmy wyrzuceni przez naszego opiekuna, który staraù siæ uspokoiã chirurga.

Straus wciàý siæ mæczyù z drugim szwem, wypuszczaù koñcówki, zwiàzywaù sobie palce i wyginaù siæ, sprawiajàc wraýenie, ýe gestykuluje, proszàc o pomoc. Nie wiem co prawda, jak w jego wykonaniu wyglàdaùa proúba o pomoc wyraýona poprzez gestykulacjæ, ale ja przeýywaùem kiedyú to samo.

- Czy pacjent dostaù zakaýenia pooperacyjnego? - spytaù Gallagher.

- Nie, przeszedù przez wszystko bez komplikacji.

- Miejmy nadziejæ, ýe i z naszym tak bædzie.

Nic nie mówiàc, wyplàtaùem niã z ràk Strausa, szybko zaùoýyùem wæzeù, úciàgnàùem na bok od rany. Straus wytrwale patrzyù w dóù, a Gallagher dalej zakùadaù szwy.

- A co powiesz o tym, nadziejo chirurgii? - spytaù Gallagher z odwróconymi dùoñmi i splecionymi palcami. Jedna albo dwie pætle pækùy.

Ten Straus byù naprawdæ spokojny; nie powiedziaù ani sùowa, gdy byù skoncentrowany na szwie skórnym. Wùaúciwie to miaùem doúã patrzenia, jak siæ mæczy. Dochodziùa piætnasta, miaùem kupæ roboty - tamponada i inne sprawy. Spojrzawszy na Gallaghera, znów rozplataùem dzieùo Strausa. Zaùoýyùem szybko nowy szew, przybliýajàc obrzeýa rany bez naciàgania.

- Myúlæ, ýe dacie juý sobie radæ. Pamiætajcie, za opatrunek ma sùuýyã tylko kawaùek taúmy.

Gallagher demonstracyjnie podszedù do drzwi, úciàgnàù rækawice i zniknàù. Straus pierwszy raz od poczàtku szycia podniósù wzrok.

- Chcesz wiàzaã czy szyã? - spytaùem, spoglàdajàc na jego wymizerowanà, spoconà twarz. Nie mogùem siæ zdecydowaã, co bædzie dla niego gorsze: wiàzanie czy szycie. Najlepiej byùoby w ogóle wyjúã.

- Bædæ szyã - odpowiedziaù i wyciàgnàù rækæ w kierunku pielægniarki, która wcisnæùa mu imadùo igùowe do ræki. Ostry dêwiæk metalu na naciàgniætej gumie rozszedù siæ echem po pustych úcianach sali operacyjnej. Straus aý podskoczyù z wraýenia. Potem skrzywiù siæ, zebraù do kupy i patrzàc na mnie, spróbowaù wbiã igùæ w skóræ górnej czæúci naciæcia.

- Straus.

- Tak?

Jego twarz rozluêniùa siæ.

- Trzymaj igùæ tak, ýeby jej koniec byù prostopadùy do skóry, a nastæpnie pracuj przegubem; innymi sùowy odwzoruj krzywiznæ igùy.

Spróbowaù, ale gdy obracaù nadgarstek, skræciù imadùo bez uwzglædnienia odlegùoúci od zakoñczenia imadùa do koñcówki zakrzywionej igùy. Efektem byù metaliczny trzask, gdy igùa zùamaùa siæ zaraz przy samej skórze. Jego ræka zastygùa w powietrzu, a wzrok, peùen læku i niedowierzania, zatrzymaù siæ na mnie. Nieêle, pomyúlaùem.

- Dobrze, Straus, niczego nie dotykaj.

Wedùug „Big Bena” byùo piæã po trzeciej. Odszukanie koñcówki, a wùaúciwie caùej igùy, byùo prawie niemoýliwe. Na szczæúcie zauwaýyùem górny koniec tkwiàcy w skórze.

- Kleszczyki.

Nie odrywajàc oczu od ledwie widocznej koñcówki igùy, wystawiùem dùoñ po narzædzie i nagle w ræce poczuùem falæ uderzeniowà, aý zadrýaùo moje pole widzenia. Zùamana igùa zniknæùa. Spojrzaùem piorunujàco na pielægniarkæ. Byùo to grube babsko, waýàce dobre paræ kilogramów wiæcej ode mnie. Jej peùen zùoúliwoúci wzrok powstrzymaù mnie od jakichkolwiek uwag.

Skupiùem siæ na delikatnych kleszczykach leýàcych w mojej piekàcej dùoni. Byùy caùe. Wùoýyùem palec wskazujàcy lewej ræki w rozciæcie i podciàgnàùem w góræ pod zùamanà igùæ. Poczuùem opór, zanim spróbowaùem uchwyciã wbity kawaùek stali. Pierwsze podejúcie skoñczyùo siæ tylko wepchniæciem tego gówna gùæbiej. Wtedy postanowiùem dokoñczyã szycia i wiàzania wæzùów. Druga próba byùa pomyúlna. Wyciàgajàc kleszczyki, zobaczyùem z ulgà lúniàcà koñcówkæ igùy i z zegarmistrzowskà precyzjà odùoýyùem jà na tackæ z narzædziami. Sprawdziùem, czy nie brakuje ýadnej czæúci. Z zadowoleniem poprosiùem o niã, unikajàc spojrzenia Strausa.

Igùa wgniataùa skóræ pod naciskiem, aý przebiùa jà. Wyginajàc ùukowo nadgarstek, aby na koñcówkæ igùy nie dziaùaù ýaden moment (o czym zapomniaù Straus), przeciàgnàùem igùæ pod skórà na drugà stronæ. Przytrzymaùem palcem wskazujàcym i dwoma palcami úrodkowymi lewej ræki, a zdecydowanym ruchem prawej popchnàùem koñcówkæ. Wyciàgniæcie igùy imadùem zakoñczyùo zakùadanie szwu. Zdjàùem niã przez podniesienie imadùa tak, ýeby ucho igùy skierowane byùo ku górze; pociàgniæcie koñcówki wystajàcej ze skóry uwolniùo niã z przyrzàdu. Zgodnie z przyjætym sposobem, poùoýyùem puste imadùo na serwetæ miædzy nogami pacjenta. Pielægniarka operacyjna wziæùa przyrzàd i zaùoýyùa nowà niã. W tym czasie chwyciùem koñcówkæ nici, zrobiùem cztery naroýniki wæzùa kwadratowego i zakoñczyùem dwoma wystajàcymi kawaùkami.

- Straus, moýe obetniesz?

Ruszyù siæ bez sùowa, uciàù niã i dalej patrzyù w ranæ. Zaùoýyùem kolejne dziesiæã szwów w podobny, szybki sposób, nie rozmawiajàc ze Strausem. Po przyciæciu kawaùka taúmy i naùoýeniu na zamkniætà ranæ zwróciùem siæ do niego.

- Czemu nie piszesz zaleceñ pooperacyjnych? Musisz kiedyú zaczàã. Przejrzæ je, jak siæ przebioræ. Potem przedstawiæ ciæ pacjentom, dobrze?

- Dobrze - rzekù w koñcu bezbarwnie.

- Poza tym - kontynuowaùem - pokaýæ ci to, co wiem o szyciu i wiàzaniu.

Straus wciàý milczaù. Fatalna sprawa - jeúli juý jest przemæczony, bædzie mu siæ dùuýyã. Ale to jego sprawa. Jego postawa to nie mój interes. Mam za duýo roboty. Wyrzuciùem rækawice do worka przy drzwiach. Ostatni raz wychodziùem z sali operacyjnej jako staýysta, bez najmniejszych úladów nostalgii. Wùaúciwie byùem w euforii. Czuùem, ýe ten okres mam za sobà. Byùem gotów do objæcia posady. Praktyka lekarska byùa juý blisko.

Idàc korytarzem, zastanawiaùem siæ, czy kupiã mercedesa, czy porsche. Zawsze chciaùem porsche, ale mimo wszystko sà one trochæ niepraktyczne. Cadillac? Nigdy nie kupiæ cadillaca. Co za ohydny wóz! Co prawda ulubiony samochód chirurgów. Herkules miaù cadillaca, Doùadowara teý. Mercedes jednak wydawaù siæ lepszy.

Wedùug jadùospisu nazywaùo siæ to krokiety cielæce, ale dla nas byùy to jakieú tajemnicze kopczyki, które bezwzglædnie potrzebowaùy ketchupu. Tutejsze jedzenie, jak w wiækszoúci stoùówek szpitalnych, wymagaùo bujnej wyobraêni od konsumenta. Jeúli w jadùospisie byùa cielæcina, wtedy najlepiej byùo sobie wyobraziã jej smak, wyglàd i konsystencjæ, bo to, co leýaùo na talerzu, byùo zupeùnie odmienne. Dobrze byùo teý zapomnieã o praktykach stosowanych w rzeêniach, byã bardzo gùodnym i znaleêã siæ w towarzystwie dyskutujàcym o przyjemnych sprawach.

Potrawy serwowane na Hawajach to smakoùyki w porównaniu z tym, co podawano w stoùówkach, które widziaùem w czasie studiów w Nowym Jorku. Czasami trafiaùo siæ co prawda coú mielonego, ale dzisiaj podali cielæcinæ, mój ulubiony temat rozmów, jakby na czeúã zakoñczenia mojego staýu. Byùem co prawda na dyýurze pod telefonem, ale i tak posiùek sprawiaù wraýenie bankietu. Byù to mój ostatni wieczór w roli staýysty. Znajdowaùem siæ w pewnym oddaleniu od pola bitwy. Straus na pewno bædzie pierwszà linià obrony, gdyby zaczæùy siæ jakieú kùopoty.

Nastrój w jadalni byù przyjemny. Wàskie strugi promieni sùonecznych przebijaùy siæ przez zasùony na poùudniowych oknach. Drobiny kurzu tañczyùy w zùotym blasku jak bakterie pod mikroskopem. Typowe lekarskie porównanie.

Jednà z wad dziedzin, których adepci sà poddawani intensywnemu szkoleniu, jak w medycynie, jest sprowadzanie wszystkiego do technicznego doúwiadczenia. Kurz równie dobrze mógùby byã rybami w morzu albo ptakami na niebie. Dla mnie jednak wyglàdaù jak bakteria w badanej próbce moczu.

Siedzieliúmy przy duýym, okràgùym stole koùo okna. Straus byù z lewej strony, zaraz za Jane, która siedziaùa przy mnie. W ukùadach towarzyskich poza salà operacyjnà Straus wcale nie byù cichy i zamkniæty w sobie, jak mi siæ wydawaùo. W gruncie rzeczy byù ýywy, rozmowny, moýna powiedzieã, ýe nawet kùótliwy. W niczym siæ ze mnà nie zgadzaù, obojætnie, czy chodziùo o samochody, narkotyki, czy o medycynæ. Jak to czæsto bywa, rozmowa zeszùa na temat opieki lekarskiej w Stanach Zjednoczonych. Pozostaùe szeúã czy siedem osób, poza Strausem, Jane i mnà, siedziaùo spokojnie, jedzàc, pijàc, z sobie tylko znanych powodów nie wùàczajàc siæ do naszej gadaniny. Jedynym przejawem ich zainteresowania tematem byù úmiech niedowierzania, potrzàsanie gùowà i przewracanie oczami. Oczywiúcie, nie mówili nic konkretnego ani odkrywczego. Zaczàùem ich tonowaã, szczególnie Strausa, który zapædzaù siæ bez opamiætania.

- Jedynym sposobem równomiernego rozùoýenia dobrodziejstw opieki lekarskiej jest restrukturyzacja caùego systemu - mówiù Straus, unoszàc otwartà dùoñ nad stóù i opuszczajàc jà, gdy chciaù coú zaakcentowaã.

- To znaczy chcesz wyrzuciã na zùom dzisiejszy system z lekarzami, szpitalami et cetera i wypróbowaã coú nowego? - zapytaùem.

- Masz absolutnà racjæ. Unicestwiã to. Nie bójmy siæ. Medycyna jest w tyle, jeúli chodzi o organizacjæ i úwiadczenie usùug. Pomyúlcie, jak zmieniùa siæ technika w ciàgu ostatnich piætnastu czy dwudziestu lat. A czy byùy jakieú zmiany w medycynie? Nie. Jasne, nasza wiedza siæ poszerzyùa, ale czy to w czymkolwiek zmienia sytuacjæ szarego czùowieka? Rekiny czerpià korzyúci z testów izoenzymatycznych, monitorowania, wszystkich pseudonowoúci. Co ma zrobiã biedak z getta? Nie otrzymuje niczego. Czy wiecie, ýe czterdzieúci milionów Amerykanów nigdy nie byùo u lekarza?

Straus nie czekaù na odpowiedê, ale atakowaù dalej, przysuwajàc siæ do stoùu. Dobrze, ýe nie przerwaù. Czterdzieúci milionów to kupa ludzi i chciaùem zakwestionowaã tæ liczbæ. Poza tym - co znaczy ta liczba, skoro wszyscy wiedzà, ýe mnóstwo ludzi w Stanach cierpi gùód? Co za poýytek z rozwiniætej opieki lekarskiej, jeúli ludzie nie majà co jeúã?

Statystyka straciùa znaczenie, gdy Straus mówiù dalej:

- To, co mamy, to kupa lekarzy domokràýców pchajàcych wózki w erze kosmicznej. To wina lekarzy!

- Chwila - przerwaùem mu. Nie godziùem siæ z takim uogólnieniem. - Moýe nie jest najlepiej, ale nie tylko oni przykùadajà do tego rækæ.

- Zgoda, jest mnóstwo bogatych, chciwych ùap. Przy takiej wszawej opiece, jakà mamy, która pochùania siedem procent dochodu narodowego, to znaczy siedemdziesiàt miliardów rocznie, jest masa chætnych, ýeby drapnàã coú dla siebie. Fakt pozostaje faktem, ýe w USA lekarze stworzyli system i nim rzàdzà. Rzàdzà szpitalami, szkolnictwem medycznym, oúrodkami naukowo-badawczymi. Najwaýniejsze jednak, ýe sterujà podaýà lekarzy, dopùywem nowych siù.

- A co powiesz o firmach ubezpieczeniowych i farmaceutycznych?

- Firmy ubezpieczeniowe? Cóý, ich ùapy nie sà za czyste, ale nie ingerujà w ukùad lekarz-pacjent z obawy przed Stowarzyszeniem Lekarzy Amerykañskich. Gdyby któraú z firm posunæùa siæ za daleko, SLA zapewne odmówiùoby honorowania ubezpieczenia i leczenia jej pacjentów.

- Straus, bàdê rozsàdny - szukaùem poparcia, ale nikt poza Jane nie stanàù za mnà.

- Wedùug ciebie SLA nie zrobiùoby czegoú takiego? - spytaù Straus.

- Nie mogæ sobie tego wyobraziã.

- O, mój przyjacielu. Czy ty wiesz cokolwiek o wspaniaùych dziejach SLA?

- Co masz na myúli? Wiem co nieco o tej organizacji, ale trudno byùoby mnie nazwaã autorytetem, bo nie wspominaùo siæ o tym w akademii, a poza tym nie interesowaùo mnie to.

- Czy mam rozumieã, ýe jesteú czùonkiem SLA?

- Coú w tym rodzaju. Staýyúci i mùodzi lekarze majà ulgæ w skùadkach, to wstàpiùem. Nic tam nie zdziaùaùem, to znaczy nie chodziùem na zebrania, nie braùem udziaùu w gùosowaniach, po prostu nie angaýowaùem siæ.

- Na tym wùaúnie polega problem. Jesteú czùonkiem organizacji i poprawiasz statystykæ. Im to pasuje, ýe kaýdy jest czùonkiem, a tylko niektórzy sà aktywni. SLA podaje, ýe zrzesza okoùo dwustu tysiæcy lekarzy w caùym kraju, ale wiesz co?

- Co?

Straus chciaù zrobiã wraýenie, ýe wie, o czym mówi.

- Ich dane nie sà wiarygodne. W wielu stanach jest tak, ýe aby dostaã dobrà fuchæ w szpitalu, lekarz musi wstàpiã do miejscowej organizacji i przy tym staje siæ automatycznie czùonkiem SLA. Czy uwaýacie, ýe wiækszoúci takich lekarzy zaleýy na SLA albo ýe w ogóle wiedzà o tym, co siæ tam dzieje? Oczywiúcie, ýe nie. Mówià sobie: jestem zajæty, nie mam czasu. Moýe nawet zdajà sobie z tego sprawæ, ale nie chcà siæ angaýowaã; wiedzà, ýe SLA tràci politykà. Majà racjæ. SLA dziæki apatii swoich czùonków moýe krzyczeã w Waszyngtonie, ýe reprezentuje armiæ dwustu tysiæcy lekarzy, którzy nigdy nie zaprzeczajà temu twierdzeniu. Co gorsza, oni nie tylko krzyczà, ale rozrzucajà pieniàdze. Czy wiecie, ýe roczny budýet SLA wynosi dwadzieúcia piæã milionów dolarów pochodzàcych ze skùadek lekarzy, którzy mówià, ýe nie majà czasu, ýeby zainteresowaã siæ tym, co jest grane?

- Dobrze, dobrze - musiaùem mu przerwaã. Za bardzo siæ podnieciù. Dwóch lekarzy siedzàcych przy innym stole wstaùo i wyszùo, rzucajàc serwetki na tace.

Byùo po szóstej i musiaùem siæ spakowaã. Nie mogùem jednak zignorowaã Strausa. Nachylaù siæ w mojà stronæ przez Jane, która musiaùa siedzieã prosto, aby zrobiã mu miejsce. Widziaùem jego oczy. Byù chudy, uczuciowy, a wzrok mu pùonàù.

- Straus, nie zamierzam broniã SLA, ale ogólnie wiadomo, ýe to oni wydêwignæli medycynæ z chaosu, jaki panowaù w XIX wieku. Do czasu raportu Flexnera, okoùo 1910 roku, ksztaùcenie lekarzy byùo zwykùà kpinà i to SLA wziæùo na siebie ciæýar przeprowadzenia zmian.

- Tak, oczywiúcie. Ale zapytam ciæ po co?

- Jak to po co? Ýeby uzdrowiã sytuacjæ.

- Moýe, ale teý dla wùasnej korzyúci.

- Co przez to rozumiesz?

- Zmniejszyli liczbæ szkóù medycznych i podnieúli ich poziom, z tym siæ zgadzam. Ale jednoczeúnie ustanowili kontrolæ nad powoùywaniem akademii medycznych. Oznacza to, ýe sterujà dopùywem kadr lekarskich i programami nauczania. Inaczej mówiàc, wyznaczyli spoùecznà úcieýkæ, którà musi przejúã potencjalny lekarz, a oni pilnujà, ýeby studenci pasowali do systemu.

- Straus, jesteú romantykiem. Czy ty na pewno chcesz zaczàã staý?

- Chcæ byã lekarzem. Gdyby byù inny sposób, wykorzystaùbym go. Ale, zmieniajàc temat, Peters, powiedz mi, czy zdajesz sobie sprawæ z ciæýaru historii, który bierzesz na siebie, stajàc siæ lekarzem?

- Do czego zmierzasz?

Ostatni dwaj lekarze, którzy siedzieli naprzeciw nas, odsunæli krzesùa i wyszli. Zostaù tylko Straus, Jane i ja oparty o stóù zastawiony brudnymi naczyniami i poplamionymi tacami.

Nieposkromiony Straus ciàgnàù swà wypowiedê.

- SLA pobiùo wszelkie rekordy niepowodzeñ we wspieraniu, nie mówiàc o inicjowaniu, postæpu w opiece spoùecznej. Na przykùad SLA byùo przeciwne publicznej sùuýbie zdrowia, która miaùa zapewniã szczepienia przeciw bùonicy i zakùadaã przychodnie wenerologiczne. Sprzeciwiaùa siæ ubezpieczeniom socjalnym, dobrowolnym ubezpieczeniom lekarskim i spóùdzielniom lekarskim. W latach trzydziestych SLA traktowaùo spóùdzielnie lekarskie jako bastiony sowietyzmu.

Nie mogùem wydobyã z siebie ani sùowa.

- Jeszcze paræ szczegóùów. Czy wiecie, ýe SLA walczyùo przeciw etatowym dyrektorom szpitali, a z bliýszych nam spraw przeciw niskooprocentowanym poýyczkom federalnym dla studentów medycyny?

- Ýe co?

Uspokajaùem Strausa, gdy wyliczaù listæ swych pretensji, aý sùowa „poýyczki” i „studenci” dotarùy do mnie w logicznym porzàdku. Nadal miaùem jeszcze do spùacenia trochæ forsy za studia.

- Byli przeciwni poýyczkom dla studentów medycyny?

- Moýesz mi wierzyã.

- Dlaczego? - To juý byùa zupeùna niespodzianka.

- Bóg raczy wiedzieã. Wydaje mi siæ, ýe dlatego, iý dawaùo to szansæ studiowania medycyny niezamoýnym. Jednym z najbardziej wzruszajàcych aspektów jest to, ýe po przyjæciu wszystkich reform przez spoùeczeñstwo i wymuszeniu ich na SLA stowarzyszenie ostatnio próbuje przypisaã sobie caùà zasùugæ. Przypomnij sobie nowomowæ Orwella z 1984. Caùa ta naszpikowana szmalem sceneria musi ulec zmianom. Rzàd powinien siæ tym zajàã.

- No dobrze, Straus. Czy chcesz mi powiedzieã, ýe po zaliczeniu tych wszystkich lat studiów, co ciæ jeszcze czeka, masz zamiar pracowaã na rzàdowej posadzie? Tak to wyglàda.

- Niekoniecznie. Chcæ powiedzieã, ýe lekarze mieli pewnà wùadzæ, ale jà zaprzepaúcili. Ich odpowiedzialnoúã siæga dalej niý sama tylko praktyka, leczenie poszczególnych pacjentów. Powinni traktowaã opiekæ lekarskà w ujæciu caùoúciowym, ùàcznie z leczeniem faceta z Harlemu i rodziny z Appalachów - sà tak samo waýni jak prezes w Harkness Pavilion. Jeúli lekarze znów zawiodà, rzàd bædzie musiaù przejàã kontrolæ nad úwiadczeniami lekarskimi i zaleciã wykonanie tego, co uzna za konieczne. Tak czy owak, opieka lekarska jest prawem kaýdego obywatela.

- Ùatwo powiedzieã, ale ja nie jestem tego taki pewien. Jeúli ktoú ma bóle gùowy o 4.30 rano i wyciàga lekarza z ùóýka, bo opieka medyczna jest prawem, to co z prawami lekarza? To znaczy, na ile moýna wywieraã nacisk na jednà osobæ z racji praw drugiej? Przecieý lekarz teý ma swoje prawa. A jeúli komuú wysiàdà nerki i wszystkie sztuczne nerki sà juý podùàczone, kogo pacjent ma zaskarýyã? Spoùeczeñstwo nie moýe zapewniã sztucznej nerki kaýdemu pacjentowi. Szkopuù w tym, ýe opieka lekarska jest gaùæzià usùug úwiadczonych przez wysokokwalifikowany personel za pomocà skomplikowanych urzàdzeñ i aparatury, której przewaýnie brakuje. Nie moýna obiecywaã wszystkim opieki, jeúli úrodki sà ograniczone.

- Nie zamierzam spieraã siæ w tej kwestii, Peters. Rzàd jasno okreúliù prawo do opieki lekarskiej, uchwalajàc odpowiednie ustawy.

- Sùuchaj, Straus. Chciaùbym z tobà pogadaã, jak skoñczysz staý. Dotychczas byùeú studentem, teraz czeka ciæ coú nowego. Dotychczas, gdy nie mogùeú sobie poradziã z jakimú problemem, mogùeú go po prostu zostawiã komuú innemu. Ciekawe, czy za rok bædziesz mówiù to samo.

Jane sùuchaùa spokojnie, zgadzajàc siæ mniej wiæcej ze mnà. Teraz zagraùa na swojà nutæ:

- Mogà byã pewne problemy z dostæpem do opieki medycznej, ale mamy najlepszà medycynæ na úwiecie, Straus. Kaýdy to wie.

- Nonsens - odparowaù Straus. - Weêmy wskaênik umieralnoúci niemowlàt. USA pod tym wzglædem sà na czternastym miejscu na úwiecie, na osiemnastym, gdy chodzi o úrednià dùugoúã ýycia mæýczyzn, na dwunastym

- Daj spokój, Straus - przerwaùem, bo nie chciaùem juý dùuýej sùuchaã tej statystyki.

- Dopiero czternaste pod wzglædem wspóùczynnika umieralnoúci niemowlàt? - spytaùa Jane.

Straus trafiù do niej.

- Jane, moja droga, nie daj siæ zwieúã liczbom. Za pomocà statystyki moýna udowodniã wszystko, jeúli tylko dobierze siæ odpowiednio badane zbiorowoúci. To moýe byã kwestia machlojek matematycznych. Straus, czternaste czy inne miejsce w klasyfikacji umieralnoúci niemowlàt bardziej zwiàzane jest z faktem prowadzenia systemu rejestracji. W wielu krajach liczy siæ tylko porody w szpitalu, stàd rozbieýnoúci.

- W Szwecji majà w tym osiàgniæcia - odparowaù Straus z uúmiechem.

- Róýnice statystyczne mogà teý wynikaã z odmiennej rejestracji, na przykùad moýna uwzglædniaã poród martwego pùodu, úmierã w macicy czy úmierã prawidùowo urodzonego dziecka. Wszystko zaleýy od tego, jak ustala siæ granicæ przy podawaniu statystyk.

Straus uniósù dùonie w mojà stronæ i opuúciù je, gdy zaczàù na nowo.

- Powtarzani, ýe nie chcæ siæ spieraã o szczegóùy techniczne. Nie zmienia to faktu, ýe czternasta pozycja jest doúã odlegùa, jeúli wziàã pod uwagæ nasze miejsce w wielu dziedzinach przemysùu lub usùug. Szczerze mówiàc, w porównaniu ze Szwecjà jesteúmy krajem chorych.

- Szwecja nie ma naszych problemów - powiedziaùem ostro. - Majà tam wzglædnie maùà, jednolità populacjæ, amerykañska spoùecznoúã zaú jest zróýnicowana. Czy chcesz powiedzieã, ýe pañstwo socjalistycznego dobrobytu, jakim jest Szwecja, to odpowiedê na nasze spoùeczne bolàczki i rozwiàzanie dla nas?

- Ma korzystniejszy wskaênik umieralnoúci, lepszà opiekæ dentystycznà i dùuýszà úrednià ýycia. Nie mówiæ, ýe USA ma przyjàã szwedzki system polityczny czy zasady opieki lekarskiej. Staram siæ tylko udowodniã, ýe sà miejsca, gdzie generalnie opieka medyczna jest lepsza niý tutaj. Úwiadczy to po prostu o tym, ýe lepsza opieka jest moýliwa i moýna jà urzeczywistniã.

- Takiej gaùæzi jak usùugi medyczne nie moýna stworzyã z niczego ani wprowadziã jej ustawowo. Zmiany w strukturze spoùecznej zachodzà poprzez ewolucjæ ludzkich postaw. Sà to zmiany powolne i zwiàzane z wysiùkiem edukacyjnym. Ludzie sà przyzwyczajeni do obecnych ukùadów lekarz-pacjent. Nie sàdzæ, ýeby chcieli je zmieniã.

- Peters, co ty wygadujesz. Czterdzieúci milionów nigdy nie byùo u lekarza! Jak majà przyjàã jakàkolwiek postawæ? Chùopie, to jest pusty argument. Chociaý jest teý typowy. Ty i tobie podobni moýecie wymyúliã milion maùych nieistotnych powodów, dla których istniejàcy system nie powinien podlegaã zmianom. Wùaúnie dlatego trzeba go rozpieprzyã. W przeciwnym razie bædziemy hodowaã problem na kompromisach jak ustawa na temat pomocy i opieki lekarskiej.

- To nawet te ustawy sà zùe? Straus, jesteú nieobliczalny. Dla ciebie wszystko jest czarne. Uwaýam, ýe ustawy o pomocy i opiece lekarskiej sà dobre. Jedyne, co mi siæ nie podoba, to zniszczenie programów szkoleniowych przez umoýliwienie wielu pacjentom, którymi my siæ poprzednio zajmowaliúmy, leczenie siæ u prywatnego lekarza, który do danego przypadku nie dopuszcza juý nikogo. W wyniku tego utraciliúmy sporà liczbæ pacjentów dla celów szkoleniowych.

- Tak, to bardzo waýne - powiedziaù Straus. - Úwiadczy o przykùadaniu plastra na powaýne schorzenia spoùeczne. Najwiækszy problem z tymi ustawami o pomocy i opiece polega na tym, ýe wrzucajà one wiæcej pieniædzy do szkatuùy, stwarzajàc wiækszy popyt. Jeúli popyt roúnie, a podaý siæ nie zmienia, ceny gwaùtownie zwyýkujà.

- Jasne. - Zaczynaùem siæ denerwowaã. - Chcesz kolejnego potæýnego aparatu biurokracyjnego z milionami szaf na akta i maszynami do pisania. To bædzie kosztowaã mnóstwo pieniædzy. Koszty opieki zdrowotnej przy takiej machinie administracyjnej na pewno siæ zwiækszà, a nie zmalejà. Przypuszczam, ýe wszyscy lekarze bædà na pañstwowych etatach. Nieêle siæ zapowiada! Spoùeczeñstwo bædzie przeraýone, gdy okaýe siæ, jak duýo potrzeba na opùacenie tych lekarzy. Kwestie finansowe nabiorà jeszcze wiækszego znaczenia, jeúli lekarze nagle zacznà porównywaã siebie, dajmy na to, do pilota, który dostaje piæãdziesiàt tysiæcy dolarów rocznie za szeúãdziesiàt piæã godzin pracy w miesiàcu. Ilu lekarzy bædzie trzeba, ýeby zapewniã obsadæ kadrowà tego systemu przy takim wymiarze godzin? Oni takýe bædà ýàdali ubezpieczeñ emerytalnych.

- To jest

- Pozwól mi dokoñczyã, Straus. Przeniesienie wszystkich lekarzy na etat bædzie miaùo jeszcze inne, trudniej wymierne skutki. Jeúli jesteú na etacie, niewaýne, co robisz, zaczyna ci brakowaã motywacji w skrajnych sytuacjach. Straus, zastanów siæ. Jeúli ktoú wyciàga ciæ z ùóýka o czwartej rano, chcesz za to czegoú wiæcej niý tylko satysfakcji. Wiele razy w takich sytuacjach nie masz jej za grosz, wræcz przeciwnie. Poza tym úmieciarz, pilot, kaýdy dostaje wynagrodzenie za nadgodziny. Lekarz teý bædzie tego ýàdaù, w przeciwnym razie nie ruszy siæ z betów. Powiem inaczej. Praca na etacie oznacza konkretny wymiar godzin. Gdy przyjdzie piàta, taki lekarz umyje ræce i pójdzie do domu. Nie liczàc tej caùej mitologii i opakowania, jest przecieý normalnym czùowiekiem.

- Mogæ coú powiedzieã? - spytaù Straus.

- Proszæ.

- Chodzi o paræ spraw. Po pierwsze: pañstwowa sùuýba zdrowia to nie jedyna odpowiedê. Od razu wyciàgasz wnioski. Czæúciowo odpùatna opieka dobrze siæ sprawdza, zwiæksza na przykùad wydajnoúã. Rola rzàdu polega bardziej na zagwarantowaniu wszystkim ubezpieczenia i dobrej jakoúci podstawowych úwiadczeñ. Po drugie: nie zgadzam siæ z twoim przykùadem. Jestem przekonany, ýe pùace bædà musiaùy byã adekwatne do wynagrodzenia pilotów czy hydraulików albo jeszcze kogoú innego, bioràc pod uwagæ czas i koszty ksztaùcenia oraz liczbæ godzin pracy. Najwaýniejsze, ýe przyjemnoúã z uprawiania zawodu wynagrodzi wszystkie niedogodnoúci, tym bardziej ýe uwolni siæ lekarza od uciàýliwoúci papierkowej roboty, która przy prywatnej praktyce zabiera dwadzieúcia piæã procent czasu. Oprócz tego

- Doktor Peters, doktor Peters.

Moje nazwisko zabrzmiaùo nagle w gùoúnikach pod sufitem i odbiùo siæ echem w caùej sali. Gdy ruszyùem w stronæ telefonu znajdujàcego siæ w rogu, Straus wciàý nawijaù.

- Oprócz tego, przy pracy kolektywnej jest wiæksza szansa na ostroúã spojrzenia. Lekarze mogà siæ wzajemnie oceniaã, udzielaã sobie rad i uwag, gdy zajdzie taka potrzeba. A kartoteki? Wszystko bædzie znacznie lepsze. Przy dobrej organizacji karty bædà dawaã peùnà informacjæ, niezaleýnie od tego, czy pacjent byù u lekarza ogólnego, czy u specjalisty. - Straus prawie krzyczaù, gdy doszedùem do telefonu i wykræcaùem numer centrali. Póêniej, dziæki Bogu, zamknàù dziób.

Telefonistka przeùàczyùa mnie na prywatny oddziaù chirurgiczny. Czekaùem chwilæ, aý podejdzie pielægniarka.

- Doktor Peters?

- Sùucham.

- Mamy pacjentkæ doktora Mody’ego, która ma trudnoúci z oddychaniem. Doktor chciaùby, ýeby staýysta siæ tym zajàù. Potrzebujæ teý zlecenia na úrodki przeczyszczajàce dla pacjentki doktora Henry’ego.

- Jak jest z tym oddychaniem?

- Nie ma paniki. Jak siedzi, wszystko jest w porzàdku.

- Zaraz przyjdzie tam doktor Straus.

- Dziækujæ.

Obróciùem siæ i wróciùem na miejsce. W stoùówce nie byùo juý nikogo prócz nas. Sùoñce zaszùo, zniknàù ostry kontrast miædzy jego úwiatùem a cieniem, salæ rozjaúniaùa ùagodna poúwiata. Sceneria przepeùniona byùa spokojem, a na dodatek cieszyùem siæ z tego, ýe mogæ wysùaã Strausa, ýeby siæ zajàù panià z trudnoúciami przy oddychaniu i przypadkiem zaparcia.

- Peters?

- Tak.

Gùos po drugiej stronie wydawaù siæ znajomy.

- Tu Straus.

- Nigdy bym nie zgadù. Na pewno jesteú zajæty.

- Nie mam na to wpùywu. Kaýdy robi siæ zgorzkniaùy.

Spojrzaùem na zegarek - 22.30.

- O co chodzi? - spytaùem.

- Zmarùa staruszka, wiek okoùo osiemdziesiæciu piæciu lat, pacjentka prywatna, oddziaù F, drugie piætro.

Nastàpiùa chwila przerwy. Nie mówiùem nic, bo czekaùem, aý coú doda. Sùyszaùem oddech Strausa, ale nie miaù nic wiæcej do powiedzenia. W koñcu siæ odezwaùem:

- Dobrze, zmarùa. Masz jakiú problem?

- Ýaden problem, ale czy mógùbyú wpaúã i rzuciã okiem?

- Posùuchaj, Straus. Ta kobieta nie ýyje, tak?

- Tak.

- To co ja mam zrobiã? Dokonaã cudu?

Kolejna chwila ciszy.

- Myúlaùem, ýe chciaùbyú jà obejrzeã.

- Stary, dziæki. Odpuszczam.

- Peters?

- Jestem.

- Co trzeba zrobiã z papierami i rodzinà zmarùej?

- Poproú pielægniarki. Im to dobrze wychodzi. Do ciebie naleýy podpisanie paru úwistków, zawiadomienie rodziny i sekcja zwùok.

- Sekcja? - Najwyraêniej byù zaskoczony.

- Tak, sekcja.

- Czy prywatnemu lekarzowi bædzie to potrzebne?

- Powinien chcieã sekcji. Jeúli nie, to powie. Ale powinniúmy robiã sekcje wszystkim, którzy tu zmarli. Musisz uzyskaã zgodæ rodziny, a to moýe nie byã ùatwe.

- Dobrze, spróbujæ, ale nie gwarantujæ niczego. Nie jestem pewien, czy uda mi siæ z tà sekcjà.

- Dasz sobie radæ. Ciao.

- Ciao.

Odùoýyù sùuchawkæ, ja teý. Pomyúlaùem o tej poýóùkùej kobiecie w prosektorium akademii medycznej. Jane przerwaùa mi potok myúli.

- Coú nie w porzàdku? - spytaùa.

- Nie, ktoú zmarù i Straus chce wiedzieã, co robiã.

- Idziesz do szpitala?

- Ýartujesz?

Jane pomagaùa mi siæ pakowaã. Nie, po prostu byùa tu. Nie potrzebowaùem ýadnego powodu, ýeby byã razem; spædzaliúmy wspólnie duýo czasu. Tak duýo, ýe mój wyjazd rzuciù cieñ na ten wieczór, chociaý nie mówiliúmy juý o nim. Chodziùo o to, czy kocham jà na tyle, jak mówiùa, ýeby zabraã jà ze sobà tam, gdzie zacznæ pracæ. Dawaùem jej do zrozumienia, wiele razy, ýe chciaùbym tego, ale coú powstrzymywaùo mnie od postawienia sprawy wprost. Próbowaùem jej przekazaã, ýe chciaùbym, aby podjæùa decyzjæ sama, bez mojego bezpoúredniego udziaùu. Tak to widziaùem. Co by byùo, gdyby siæ nam nie udaùo po wyjeêdzie? Jeúli bym jà zmusiù do wyjazdu z Hawajów, bez wàtpienia byùbym zwiàzany swego rodzaju gwarancjà, a na to nie mógùbym pójúã. Chciaùem, ýeby pojechaùa, ale na swojà odpowiedzialnoúã i z wùasnego wyboru.

Byùo nam dobrze. Budowanie zwiàzku z Jane stanowiùo ukojenie po ucieczce od Karen i jej pieprzniætego narzeczonego. Byùem z nià jeszcze paræ razy po spotkaniu z jej chùopakiem, ale w koñcu przekonaùem siæ, ýe nie mogæ siæ z nià widywaã.

Znów zadzwoniù telefon.

- Kostnica - rzuciùem wesoùo.

- To ty, Peters?

- U twych stóp, Straus, stary byku.

- Ale mnie przestraszyùeú. Nie rób tego - powiedziaù Straus.

- OK, postaram siæ byã bardziej uprzejmy. Co jest?

- Miaùem telefon z intensywnej. Majà pacjenta z trudnoúciami w oddychaniu. Pielægniarka mówiùa, ýe to prawdopodobnie obrzæk pùuc. Lekarz prywatny martwi siæ, czy to nie coú z sercem.

- Mamy tu úwietne pielægniarki, nie, Straus? Diagnoza i wszystko. To siæ nazywa obsùuga. Zgadzasz siæ z nimi?

- Jeszcze nie widziaùem pacjenta; dopiero tam idæ. Zadzwoniùem, gdybyú chciaù wiedzieã wszystko od poczàtku.

- Straus, twoja uprzejmoúã mnie rozbraja. Ale czemu nie pædzisz tam, ýeby zobaczyã, co siæ dzieje, i nie zadzwonisz póêniej?

- No dobrze, oddzwoniæ.

- Úwietnie.

Jane byùa zajæta upychaniem moich ksiàýek do paru kufrów. Byù to prawdziwie gordyjski wæzeù. Musiaùem zdecydowaã, które ksiàýki zostawiã - straszna rzecz dla lekarza. Wielu ludzi uwielbia ksiàýki, ale lekarze nie mogà bez nich ýyã. Odnoszà siæ do nich z uczuciem. Lekarz realista szybko orientuje siæ, ýe nie posiada caùej ksiàýkowej wiedzy. Konsekwentnie otacza siæ róýnymi tomami i szuka wytùumaczenia, ýeby kupiã nowe - niewaýne, czy bædzie je czytaù, czy nie. Ksiàýki to parawan i tym sà teý dla mnie. Myúl, ýeby czæúã z nich wyrzuciã, wydawaùa mi siæ úwiætokradztwem, nawet jeúli dotyczyùo to podræcznika psychiatrii czy urologii.

Urologia nie jest mojà ulubionà dziedzinà. Zastanawiaùem siæ czæsto, jak moýna caùe ýycie zajmowaã siæ „mokrà” robotà - nie musi byã to co prawda zùa specjalizacja, skoro urolodzy sà raczej zadowoleni. Przynajmniej majà zawsze w zapasie najbardziej sùone dowcipy.

- Nie uda mi siæ wpakowaã tych ksiàýek - oznajmiùa Jane.

- Wyciàgnijmy je i zacznijmy od nowa. Spróbujmy je postawiã, zamiast kùaúã.

Pokazaùem jej jak, stawiajàc opasùe tomisko Zarysu psychiatrii w rogu kufra. Wtedy znów zadzwoniù telefon. To byù Straus z panikà w gùosie.

- Peters?

- O co chodzi tym razem, Straus?

- Pamiætasz tego pacjenta, o którym ci opowiadaùem, tego, który wedùug pielægniarki ma obrzæk pùuc?

- I co?

- Uwaýam, ýe to jest obrzæk pùuc. W obu pùatach sùychaã rzæýenie wilgotne úredniobañkowe, aý do szczytów.

- Straus, spokojnie. Czy dzwoniùeú do lekarza dyýurnego?

- Tak.

- Co powiedziaù?

- Powiedziaù, ýeby zadzwoniã do ciebie.

- No, wspaniale. - Zbieraùem myúli.

- Czy to jest prywatny pacjent?

- Tak. Zdaje siæ, ýe doktora Nauru.

- Czy to przypadek w ramach programu szkoleniowego?

- Nie wiem.

- Straus, sprawdê to.

Bawiùem siæ stetoskopem, bo Straus siæ nie wyùàczyù. Jane dobrze szùo z ksiàýkami. Wyglàdaùo na to, ýe uda siæ jej zapakowaã wszystkie.

- Tak, to typowy przypadek szkoleniowy - usùyszaùem od Strausa.

- Czy dzwoniùeú do doktora Nauru?

- Oczywiúcie, na samym poczàtku.

- Co powiedziaù?

- Powiedziaù, ýeby zrobiã wszystko, co konieczne. On sprawdzi i obejrzy pacjenta w czasie wieczornego obchodu.

Palcem wskazujàcym puknàùem w zegarek, ýeby zobaczyã która godzina. Byùa 23.05. Albo sobie robiù jaja ze Strausa, albo jego obchód wieczorny jest bardzo póêno. Nie mogùem jednak sobie tego wyobraziã.

- Jane, czemu nie ustawisz podræcznika chirurgii Christophera przed tymi maùymi? Chwileczkæ, Straus. Christopher to ta duýa czerwona. Dobrze. Teraz siæ zamknie. - Powróciùem do przerwanej rozmowy telefonicznej. - Straus, jakà operacjæ przeszedù ten facet?

- Nie jestem pewien, coú z jamà brzusznà. Ma opatrunek na brzuchu.

- Ma goràczkæ?

- Goràczkæ? Nie wiem.

- Moýe jest na naparstnicy?

- Nie wiem. Posùuchaj, ja tylko osùuchaùem klatkæ piersiowà.

- A serce?

- Tak jakby.

- Wyczuùeú rytm cwaùowy?

- Nie jestem pewien - odpowiedziaù wymijajàco.

Mój Boýe, ten facet jest naprawdæ zapaleñcem, pomyúlaùem z sarkazmem.

- Straus - powiedziaùem. - Chcæ, ýebyú go zbadaù, majàc na uwadze trzy moýliwe rozpoznania: obrzæk pùuc, który prawdopodobnie ma, zator tætnicy pùucnej i zapalenie pùuc. Przejrzyj kartæ i sprawdê, co z sercem. Zaùatw przeúwietlenie klatki piersiowej, kompletne badanie krwi, moczu, EKG i co tam jeszcze chcesz. Czy jest bardzo otæpiaùy?

- Nie, caùkiem czujny.

- Daj mu dziesiæã miligramów morfiny i podùàcz maskæ tlenowà. Obserwuj go uwaýnie przy pierwszym podaniu tlenu. Jak wszystko zaùatwisz, zadzwoñ. - Juý chciaùem odùoýyã sùuchawkæ, gdy mi siæ jeszcze coú przypomniaùo. - Jeszcze jedno. Jeúli nie dostaù nigdy naparstnicy, przynajmniej nie w ciàgu ostatnich dwóch tygodni, daj mu jeden miligram digitoksyny IV. Rób to powoli. Straus, sùuchasz?

- Sùucham.

- Powinieneú moýe daã mu teý úrodki moczopædne, ýeby usunàã nadmiar pùynów. Spróbuj dwadzieúcia piæã miligramów kwasu etakrynowego.

Wiedziaùem, ýe úrodek ten jest tak silny, ýe wyciúnie wodæ nawet z kamienia. Silny - wewnætrzna obawa przed úrodkami moczopædnymi zmusiùa mnie do zastanowienia siæ nad tym jeszcze raz. Zmieniùem zdanie.

- Przemyúlaùem sprawæ. Na razie wstrzymaj siæ ze úrodkami moczopædnymi, aý potwierdzimy obrzæk pùuc.

Gdyby miaù zapalenie pùuc, nic by to nie daùo. Staruszka, którà wykoñczyùem úrodkami moczopædnymi, ukazaùa mi siæ na chwilæ; miaùa zapalenie pùuc. W koñcu odùoýyùem sùuchawkæ.

- Jane, úwietnie.

Udaùo siæ jej wcisnàã wszystkie ksiægi oprócz jednego maùego tomiku. Byùa to jakaú reklamówka rozdawana przez firmæ farmaceutycznà, która miaùa nadziejæ, ýe jej leki bædà cudownym úrodkiem na wszystkie choroby. Nigdy tego nie czytaùem ani nie miaùem nawet takiego zamiaru. Wrzuciùem jà jednak do którejú z peùnych juý walizek.

Wszystkie moje rzeczy byùy juý spakowane, z wyjàtkiem przyborów toaletowych, ubrania na jutro i biaùego kompletu, który miaùem na sobie. Firma przewozowa miaùa zabraã moje kufry rana, walizki z ræcznym bagaýem ùàcznie z duýym kawaùkiem koralowca leciaùy ze mnà. Wreszcie mogùem siæ odpræýyã i nacieszyã tym, co zostaùo z mojego roku na Hawajach.

Jane wybraùa takà chwilæ, ýeby oschle mnie poinformowaã, ýe idzie do domu. Postanowiùa wyjúã akurat wtedy, gdy mogliúmy juý zapomnieã o pakowaniu i byã razem. Spadùo to na mnie jak grom z jasnego nieba, bo cieszyùem siæ, ýe spædzimy tæ noc wspólnie.

- Jane, dlaczego, na miùoúã boskà, musisz iúã? Proszæ, zostañ. To jest moja ostatnia noc.

- Musisz siæ dobrze wyspaã przed podróýà - powiedziaùa wykrætnie.

Masz ci los! Patrzyùem na jej opalonà twarz. Spoglàdaùa na mnie i nieco odchyliùa gùowæ na bok, co sprawiaùo wraýenie mistrzowskiego flirtu i przemawiaùo za tym, ýe ta niechæã podparta jest jakimú argumentem natury kobiecej. Mogùem zrozumieã jej pragnienie wyjúcia, jeúli wynikaùo z pogardy dla sztucznej satysfakcji z poprzedniej nocy, z chæci przeýycia czegoú wiæcej niý tylko beznamiætne zbliýenie.

Na pewno nie udaùoby siæ nam osiàgnàã normalnej bliskoúci, która zwykle nam towarzyszyùa, bo byliúmy zbyt zajæci innymi myúlami. Lekko mnie pocaùowaùa. Powiedziaùa, ýe zobaczymy siæ rano i bezszelestnie zniknæùa za drzwiami.

Przez chwilæ pomyúlaùem, ýeby pójúã na intensywnà terapiæ, chociaý wcale nie miaùem na to ochoty, ale ostatecznie odrzuciùem tæ myúl. Straus musi wreszcie stanàã na ziemi.

Postanowiùem wziàã prysznic i ledwie zdàýyùem wejúã pod strumieñ wody, gdy zabrzmiaù dzwonek telefonu. Mogùem nie odbieraã i wsadziã gùowæ pod wodæ, ýeby nic nie sùyszeã. Nie powinienem zostawiaã uchylonych drzwi do ùazienki. Nawyk zwyciæýyù. Przy czwartym dzwonku wpadùem do pokoju, chlapiàc wokóù wodà, i chwyciùem telefon.

- Peters, tu Straus.

- Cóý za niespodzianka.

- Zgadnij co? Dobra wiadomoúã.

- Przydaùaby siæ wreszcie.

- Pacjent z obrzækiem pùuc, o którym ci mówiùem, wcale nie jest na chirurgii, lecz na ogólnym. Staýysta, który tam jest, ma siæ zajàã badaniami.

- Co z operacjà? - zapytaùem zaskoczony.

- Nie miaù ýadnej operacji, przynajmniej ostatnio. Opatrunek przykrywa kolostomiæ, którà zrobiono mu paræ lat temu.

- Gratulacje, Straus. To twój pierwszy sukces w roli staýysty. Ale dlaczego sam tego nie dopilnujesz? Chyba ýe masz coú innego na rozkùadzie.

- Przepraszam, muszæ koñczyã. Mam wezwanie na chirurgiæ. Szykuje siæ wyciæcie rzepki, najprawdopodobniej wypadek samochodowy. Muszæ tam lecieã, skoro ty nie idziesz.

Wyciæcie rzepki - coú z ortopedii! Zaczàùem doceniaã pracæ na etacie lekarza zamiast roli staýysty. Jak wspaniale jest wysùaã kogoú do wyciæcia rzepki o póùnocy! Peùnia szczæúcia.

- Straus, nie mogæ ci odebraã tej przyjemnoúci. Idê i stañ na wysokoúci zadania.

Chirurgia ortopedyczna byùa naprawdæ czymú przeraýajàcym, przynajmniej dla mnie. Zanim zaczàùem studia, ùudziùem siæ, ýe chirurgia jest dziedzinà bardzo delikatnà i precyzyjnà. Póêniej zobaczyùem prawdziwy obraz, gdy uczestniczyùem w pierwszej operacji ortopedycznej. Byùo to wbijanie potæýnego gwoêdzia poùàczone z wierceniem i chrupaniem koúci. Poza tym nasùuchaùem siæ róýnych uwag, w rodzaju: „Zrób tu przeúwietlenie, ýebym zobaczyù, jak wlazù ten zasrany gwóêdê”, a po wykonaniu przeúwietlenia: „Cholera, minàù biodro. Dawaj drugi, ale teraz celuj w pæpek”.

Tego typu doúwiadczenia wybiùy mi chirurgiæ ortopedycznà z gùowy. Nie byùa to specjalizacja dla mnie. Niedùugo potem wziàùem rozbrat z neurochirurgià. Byùem úwiadkiem, jak najlepszy nowojorski specjalista zaglàdaù przez otwór w czaszce pacjenta i pytaù: „Co to za jasnoszara rzecz?”; nikt nie odpowiedziaù, bo i tak mówiù sam do siebie. W taki sposób wyleczyùem siæ z neurochirurgii. Jeúli facet po dwudziestu latach praktyki miaù problemy i tego typu wàtpliwoúci, to nie byùo szans, ýebym ja wszystkiego siæ nauczyù.

Po spakowaniu wszystkich ksiàýek nie miaùem niczego do czytania do poduszki. Póêniej przypomniaùa mi siæ broszurka firmy farmaceutycznej, którà wepchnàùem do walizki. Wyjàùem jà i uùoýyùem siæ wygodnie na poduszce. Dziwnym zbiegiem okolicznoúci ksiàýeczka ta zatytuùowana byùa Anatomia snu. Zajrzaùem na koniec. Okazaùo siæ, ýe ma wspomagaã kampaniæ reklamowà úrodków nasennych. Otworzyùem gdzieú przypadkowo i zaczàùem czytaã. Mimo tych wszystkich spraw, które miaùem na gùowie, udaùo mi siæ jakoú przebrnàã do koñca strony, zanim zaczæùy mi opadaã powieki.

Ostry dêwiæk telefonu dotarù do mnie, gdy jeszcze caùkowicie nie usnàùem. Jak zwykle spanikowany chwyciùem sùuchawkæ, jakby od tego zaleýaùo moje ýycie. Zanim centrala poùàczyùa mnie z pielægniarkà, która mnie szukaùa, byùem juý zupeùnie úwiadom tego, co siæ dzieje.

- Doktorze Peters, tu Cranston z F-2. Bardzo przepraszam, ýe obudziùem pana o tej porze, ale pani Kimble wypadùa z ùóýka. Czy mógùby pan przyjúã i zobaczyã, czy wszystko w porzàdku?

Rzuciùem okiem na budzik. Okazaùo siæ, ýe spaùem okoùo godziny.

- Panno Cranston, mamy dziú nowego staýystæ. Nazywa siæ Straus. Moýe by zadzwoniã do niego w tej sprawie?

- Centrala juý próbowaùa siæ z nim skontaktowaã - powiedziaùa. - Ale doktor Straus jest na operacji.

- Kurwa.

- Przepraszam, doktorze, pan coú powiedziaù?

- Czy pacjentka czuje siæ dobrze? - zapytaùem, zmieniajàc temat.

- Tak wyglàda. Czy pan przyjdzie, doktorze? Powiedziaùem coú na potwierdzenie i odùoýyùem sùuchawkæ.

Wùaúciwie to jeszcze nie skoñczyùem staýu. Dopóki stàd nie zniknæ, zawsze znajdzie siæ jakaú pacjentka, która wyleci z ùóýka. Najgorsze, co moýna teraz zrobiã, to leýeã i dumaã. Znów zasnàùem.

Gdy ponownie usùyszaùem telefon, zareagowaùem w typowy sposób. Z tego, co powiedziaùa dziewczyna z centrali, zorientowaùem siæ, ýe spaùem dwadzieúcia minut. Zasugerowaùa, ýe z pewnoúcià usnàùem, wiæc nie musiaùem siæ juý tùumaczyã. Moýe siæ to zdarzyã kaýdemu, nawet na nagùych wypadkach. Gdybym od razu nie postawiù nóg na zimnej podùodze, moje szansæ na to, aby wstaã, byùyby prawie ýadne. Przez pewien czas myúlaùem, ýeby przenieúã telefon daleko od ùóýka, tak ýebym musiaù wyjúã z betów, aby podnieúã sùuchawkæ. Jednak byùo tyle wezwañ, które mogùem zaùatwiã, leýàc, ýe daùem sobie spokój i z powrotem ustawiùem aparat przy ùóýku.

Po drugim telefonie od razu zwlokùem siæ z poúcieli i szybko ubraùem. Przy odrobinie szczæúcia mogùem byã znów w ùóýku po dwudziestu minutach, a mój rekord wynosiù siedemnaúcie.

Jarzeniówki na korytarzach, drzwi windy, gwiazdy na niebie - wszystko jakoú umknæùo mojej uwagi po drodze na oddziaù F. Zdolnoúã kojarzenia przywróciùo mi dopiero spotkanie z panià Kimble.

- Jak siæ pani czuje? - spytaùem, usiùujàc oceniã jej wiek przy skàpym úwietle nocnej lampki stojàcej na szafce. Mogùa mieã okoùo piæãdziesiæciu piæciu lat. Byùa zadbana, schludna i robiùa wraýenie bardzo skrupulatnej. Wùosy z pasemkami siwizny upiæùa w kok.

- Czujæ siæ okropnie, po prostu okropnie.

- Gdzie siæ pani uderzyùa? Czy uderzyùa pani gùowà, gdy pani upadùa?

- Nie, wcale nie. W ogóle siæ nie uderzyùam. Nawet nie upadùam, zwyczajnie usiadùam.

- Nie wypadùa pani z ùóýka?

- Oczywiúcie, ýe nie. Wróciùam z ùazienki i tu kucnæùam. - Pokazaùa miejsce na podùodze koùo moich stóp. - Próbowaùam wyjàã notes z szafki i straciùam równowagæ.

- No, juý dobrze. Proszæ spróbowaã zasnàã.

- Doktorze?

- Sùucham. - Odwróciùem siæ, bo juý szedùem w stronæ drzwi.

- Czy mógùby mi pan daã coú na przeczyszczenie? Od piæciu dni nie byùam w ubikacji. Chwileczkæ, zaraz panu coú pokaýæ.

Z ogromnym wysiùkiem wychyliùa siæ w stronæ szafki, wysunæùa szufladæ i wyjæùa z niej czarny notes. Musiaùa siægnàã tak daleko, ýe tym razem naprawdæ mogùa wypaúã. Przysunàùem siæ do ùóýka i przytrzymaùem jà.

- Niech pan spojrzy, doktorze. - Otworzyùa notes i przesunæùa palcem po starannych zapiskach dotyczàcych poszczególnych dni. Przy kaýdym byù rysunek oraz opis stolca: ksztaùt, barwa i wysiùek przy oddawaniu. Nagle palec zatrzymaù siæ przy jednym z dni. - Proszæ, ostatni normalny stolec piæã dni temu. Chociaý teý nie byù normalny: oliwkowozielony zamiast bràzu. I zrobiùam tylko tyle. - Pokazaùa kciukiem i palcem wskazujàcym, tworzàc kóùko o úrednicy kilkunastu milimetrów.

Co miaùem jej powiedzieã, ýeby wykazaã kompetencjæ i zainteresowanie, a co najwaýniejsze, ýeby wybrnàã z sytuacji? Spojrzaùem na nià znad notesu; nic nie przychodziùo mi na myúl.

Zaczàùem z innej beczki:

- Jestem przekonany, ýe pani lekarz bædzie wiedziaù lepiej niý ja, co zrobiã. Niech pani teraz trochæ poúpi.

W dyýurce napisaùem coú o domniemanym upadku; w takich „przypadkach” zawsze potrzebny byù wpis do karty. Zaraz potem ruszyùem w drogæ powrotnà do czekajàcego na mnie ciepùego ùóýka.

No, Straus, pomyúlaùem. Ile byùby wart ten maùy epizod w twoim nowym systemie? Nic poza satysfakcjà zawodowà. Wypchaj siæ!

Moja ufnoúã do samolotów nie jest bezgraniczna. Prawdæ mówiàc, wcale nie mam przekonania do zasad aeronautyki. Muszæ jednak przyznaã, ýe silniki Pratt and Whitney pracowaùy bardzo równo, zapewniajàc poczucie bezpieczeñstwa. Sùyszaùem ich pùynny odgùos, gdy ogromny, niezdarny kadùub boeinga 747 odrywaù siæ od ziemi, zostawiajàc za sobà Hawaje i caùy mój staý. Miaùem miejsce przy oknie z lewej strony koùo maùýeñstwa ubranego w kwieciste koszule. Byùo trochæ kùopotów ze znalezieniem miejsca dla mojego bagaýu podræcznego, a w koñcu i tak siedziaùem z moim kawaùkiem rafy koralowej, który nie daù siæ w ýaden sposób wpasowaã do schowka.

Poýegnanie byùo raczej ùagodne. Na lotnisku Jane zaùoýyùa mi na szyjæ cztery wieñce kwiatów, zgodnie z miejscowym zwyczajem. Dwa z nich zrobione byùy z pekaki, ich delikatny aromat unosiù siæ w powietrzu. Nie byùo juý rozmów o Jane i o mnie, o naszej przyszùoúci. Bædziemy do siebie pisaã.

Opuszczaùem Hawaje z mieszanymi uczuciami, chociaý wcale nie ýaùowaùem, ýe wreszcie skoñczyù siæ mój staý. Zaczàùem siæ ùapaã na tym, ýe wspominam i przykùadam nadmiernà wagæ do sytuacji przyjemnych, pozytywnych, zapominajàc o tym, co byùo przykre, smutne i niemiùe, a co faktycznie przewaýaùo w tym czasie. Fizyczna strona osobowoúci ma krótkà pamiæã.

Samolot przechyliù siæ przy skræcie w lewo i ostatni raz spojrzaùem na wyspæ Oahu. Jej piækno byùo niezaprzeczalne. Poszarpane szczyty siægajàce nieba pokryte byùy aksamitnà roúlinnoúcià i otoczone granatowym morzem. Przyciskajàc nos do szyby i spoglàdajàc w dóù, widziaùem, jak fale ùamià siæ na rafie Waikiki i tworzà dùugie, pieniste zmarszczki. Bædzie mi tego brakowaùo.

Pomyúlaùem o Strausie, który dopiero zaczynaù swój staý i miaù przed sobà caùy dùugi rok. Ýycie siæ powtarzaùo. Przechodziù przez to, czego ja juý doúwiadczyùem. Straus i Herkules - to bædzie historia. Wyobraýaùem sobie, jak szybko ostry idealizm Strausa przybierze bardzo ùagodnà formæ po czterech czy piæciu wyciæciach pæcherzyka ýóùciowego pod nadzorem tego drugiego.

Samolot, niczym ogromne ptaszysko, w zwolnionym tempie wyrównaù poùoýenie, kierujàc siæ ku Kalifornii. Jedynym dowodem na to, ýe w ogóle siæ poruszamy, byùy prawie niewyczuwalne drgania. Wyspa zniknæùa z pola widzenia. Pozostaù tylko bezkresny horyzont, gdzie ocean zlewaù siæ z niebem. Przypomniaùem sobie panià Takura, dziecko urodzone w volkswagenie, Roso i znów Strausa. Nie zgadzaùem siæ ze wszystkim, co mówiù Straus, ale zdaùem sobie sprawæ z tego, jak maùo wiem, jak maùo wszystko mnie obchodzi, z wyjàtkiem tego, co dotyczy mnie bezpoúrednio. Niech SLA spróbuje wstrzymaã niskoprocentowà poýyczkæ na studia medyczne! Ze zùoúcià przesunàùem siæ w prawo, úcisnàùem koralowiec i wyciàgnàùem portfel z kieszeni. Oparùem siæ wygodnie i przewertowaùem wszystkie karty i legitymacje, aý znalazùem najbardziej istotnà. „Lekarz, którego nazwisko i podpis znajdujà siæ na tej legitymacji, jest cieszàcym siæ powaýaniem czùonkiem Stowarzyszenia Lekarzy Amerykañskich”. Te sùowa robiùy wraýenie. Sugerowaùy wiernoúã potæýnej instytucji. Pracowaùem na to przez piæã dùugich lat i doszedùem do punktu zwrotnego.

Nagle poczuùem pierwsze szarpniæcie, potem nastæpne, gwaùtowniejsze. Zapaliùa siæ tablica ostrzegawcza z napisem „Panie i panowie, proszæ zapiàã pasy. Spodziewane sà chwilowe zawirowania”. Stewardesa monotonnie powtarzaùa komunikat tej samej treúci. Siedziaùem koùo maùýeñstwa w kwiecistych, hawajskich koszulach. Trzymaùem kawaùek rafy i nerwowo zginaùem legitymacjæ SLA, aý rozdarùa siæ na dwie czæúci.

Zakoñczenie

Doktor Peters przeszedù dùugà drogæ od akademii medycznej poprzez staý do miejsca, w którym spoùeczeñstwo uzna go za wykwalifikowanego lekarza. Moýe siæ ubiegaã o prawo praktyki medycznej w kaýdym ze stanów i bez wàtpienia otrzyma je. Bædzie to oznaczaã gotowoúã do wziæcia na siebie odpowiedzialnoúci w takim zakresie, jaki nakùada nañ prawo. Moýna przyjàã, ýe dziæki starannemu wyksztaùceniu jest do tego gotowy w sensie akademickim. Czy jednak doktor Peters jest psychologicznie przygotowany do wykonywania zawodu w taki sposób, jakiego oczekuje od niego spoùeczeñstwo?

Lekarze starej daty bædà przekonani, ýe tak. Dla wiækszoúci z nich zaburzenia jego osobowoúci sà jedynie potwierdzeniem, ýe „przeciàýenie” pracà w czasie staýu zapoczàtkowaùo drogæ do spoùecznoúci lekarskiej. Staý byù dla nich trudnym okresem i taki winien byã dla nastæpnych pokoleñ. Naleýy przykræcaã úrubæ - gówniarze sà za delikatni. Czy z tego naleýy sàdziã, ýe starsi panowie cierpià z tych samych powodów i przyczyn, co doktor Peters? Co siæ dzieje z pacjentem w czasie tych mùodzieñczych igraszek?

Tradycyjna, staroúwiecka wyniosùoúã lekarza stanowi mocnà pozycjæ w skali wartoúci spoùecznych w USA. Zagroýenie wspóùczesnym postæpem cywilizacyjnym doprowadziùo do tego, ýe szacunek okazywany przedstawicielom zawodu lekarskiego staù siæ jeszcze wiækszy. Bezpoúrednim nastæpstwem tej czci dla wszystkiego, co dotyczy medycyny, jest zupeùnie bezkrytyczne podejúcie do kontroli ksztaùcenia lekarzy. Akademie medyczne i wszelkie programy szkolenia pozostawione zostaùy same sobie. Nikt nie pyta, dlaczego sà takie, a nie inne.

Nie zawsze tak byùo. Szkolenie lekarzy w USA juý raz zostaùo poddane swoistej weryfikacji przez specjalnà grupæ spoza úwiata medycyny. Grupa ta, poprzez tzw. raport Flexnera, bezlitoúnie obnaýyùa panujàce wówczas warunki. Wiækszoúã akademii medycznych wedùug oceny autorów owego raportu byùa najzwyczajniejszymi fabrykami dyplomów bez jakichkolwiek úrodków kontroli i moýliwoúci sprawdzenia wiedzy. Poúrednio autorzy dokumentu postawili úrodowisko lekarskie w stan oskarýenia za niewùaúciwe wykorzystanie kredytu zaufania udzielanego przez spoùeczeñstwo.

Raport miaù daleko idàce skutki. Daù poczàtek stopniowemu i nieuniknionemu ulepszaniu standardów akademickich w szkoùach medycznych. Skutki te nie byùy wyùàcznie korzystne. Faktem jest, ýe dokument umoýliwiù Stowarzyszeniu Lekarzy Amerykañskich wywarcie nacisku na system szkolenia przez rzeczywiste zmniejszenie liczby placówek i oúrodków szkolenia, co - jak zakùadano - miaùo doprowadziã do podniesienia jakoúci procesu nauczania.

Udoskonalenie i standaryzacja programów szkolenia, do czego raport nakùaniaù, przyczyniùy siæ do zwiækszenia wagi udziaùu zajæã laboratoryjnych i przedmiotów úcisùych w czasie studiów medycznych.

Na tym siæ nie skoñczyùo; caùa machina nie zatrzymaùa siæ, dopóki nie dokonano ingerencji w medycynæ klinicznà (czy ktokolwiek przestaù myúleã o pacjencie?). Jednym z jej skutków jest wyposaýenie dzisiejszego absolwenta akademii w wiedzæ na temat najnowszych hipotez odnoúnie do dziwacznych i wyszukanych chorób oraz rzadkich procesów metabolicznych. W efekcie czæsto nie ma on pojæcia o najprostszych sposobach leczenia zwykùego przeziæbienia czy o ludzkim obchodzeniu siæ z umierajàcym, dla którego nie ma ratunku.

W Ameryce roúnie przekonanie, ýe moýe potrzebny jest kolejny „raport Flexnera”, który doprowadziùby do reformy systemu ksztaùcenia medycznego. Nigdy nie byùo obiektywnej oceny psychologicznego przygotowania lekarzy. Dojrzaùa, szczera i dogùæbna analiza powinna uwzglædniaã to na równi z ocenami w indeksie.

Ludzie zdajà sobie sprawæ, ýe niektórzy lekarze podatni sà na pewne dziwactwa - przykùadem sà choãby dzieciæce napady zùego humoru u chirurgów. Wiækszoúã prawdopodobnie uwaýa, ýe gdy student przekracza progi akademii medycznej, peùen jest idealistycznych wizji i chæci przynoszenia ulgi w cierpieniu, pomagania biednym i czynienia dobra dla spoùeczeñstwa. Niewielu jednak zauwaýa zwiàzek miædzy liczbà idealistów, którzy rozpoczynajà studia, a nieznacznym odsetkiem absolwentów, których ideaùy nie zostaùy naruszone. Prawie nikt nie ùàczy utraconych ideaùów z bùazeñstwami chirurgów, nie szuka zwiàzków miædzy niegdysiejszymi ideaùami a pædem úwieýo upieczonych lekarzy do zdobycia bogatych pacjentów czy do kupowania luksusowych domów i samochodów, ýeby wynagrodziã sobie lata przygotowañ do zawodu.

Oczywiúcie, zmiany zachodzàce w psychice przyszùego lekarza miædzy akademià medycznà a praktykà lekarskà sà zupeùnie odmienne od tego, w co ludzie chcà wierzyã, i od tego, co podajà úrodki masowego przekazu. Filmy, telewizja, ksiàýki, wzmacniajà mit wrodzonych, zdrowych cech psychologicznych i dobroci lekarzy - szczególnie mùodych.

Wróãmy do wiarogodnoúci doktora Petersa jako przedstawiciela wszystkich staýystów. Jeszcze raz podkreúlam moje przekonanie, ýe jest on reprezentatywny. Nie jest jednym z kilku osobników odbiegajàcych od normy. Jest typowym mùodym czùowiekiem, który wchodziù w ýycie zawodowe, majàc wzglædnie idealistyczne cele. Jest typowym studentem i staýystà, jego osobowoúã podlega stopniowym zmianom. Zmiany te prowadzà do uzewnætrznienia takich cech jak egoizm, ciàgùe niezadowolenie i narzekanie. Cechy te rozpoznajemy u niego, rozumiemy je, ale ich nie podziwiamy.

Stwierdzenie, ýe úwiat medycyny peùen jest doktorów Petersów, moýe byã zbyt úmiaùe. Jeúli jednak dodatkowo przyjmiemy, ýe kaýdy, kto przechodzi przez akademiæ medycznà, doznaje uszczerbku osobowoúci, to rodzi siæ podejrzenie, ýe wina leýy w systemie, a nie w ludziach wchodzàcych w ten system. A czy to z kolei nie sugeruje koniecznoúci zbadania systemu pod kàtem jego skutków psychologicznych i zmian majàcych na celu kultywowanie idealizmu i wraýliwoúci studentów, zamiast niszczenia tych cech?

Reformy sà nieuniknione - jest to nadzieja kobiet i mæýczyzn dobrej woli, ýe zmiana ta bædzie jedynie na lepsze, dla dobra jednostki i spoùeczeñstwa. Nieprzymuszone przeksztaùcenia reformatorskie sà rozsàdniejsze i zdrowsze niý gwaùtowne kroki wynikajàce z naduýyã i przemocy. Nadszedù czas na analizæ i reformæ naszych akademii medycznych oraz oúrodków ksztaùcenia, gdzie przygotowuje siæ staýystów i lekarzy, jeúli medycyna - zarówno jako nauka, jak i sztuka - ma speùniã wymogi naszych czasów. Kaýda analiza, nawet najbardziej rozwaýna i dogùæbna, bædzie niedoskonaùa. Ýadne úrodki, które mamy do dyspozycji, nie zapewnià peùnego powodzenia. Jeúli jednak nie moýemy osiàgnàã ideaùu, musimy do niego dàýyã. Musimy przynajmniej mieã odwagæ i úwiadomoúã tego, ýe trzeba próbowaã.



Liga Bluszczu - najstarsze i najbardziej szacowne uniwersytety Wschodniego Wybrzeýa USA.



Politica de confidentialitate | Termeni si conditii de utilizare



DISTRIBUIE DOCUMENTUL

Comentarii


Vizualizari: 3105
Importanta: rank

Comenteaza documentul:

Te rugam sa te autentifici sau sa iti faci cont pentru a putea comenta

Creaza cont nou

Termeni si conditii de utilizare | Contact
© SCRIGROUP 2025 . All rights reserved