Scrigroup - Documente si articole

     

HomeDocumenteUploadResurseAlte limbi doc
BulgaraCeha slovacaCroataEnglezaEstonaFinlandezaFranceza
GermanaItalianaLetonaLituanianaMaghiaraOlandezaPoloneza
SarbaSlovenaSpaniolaSuedezaTurcaUcraineana

AdministracjaBajkiBotanikaBudynekChemiaEdukacjaElektronikaFinanse
FizycznyGeografiaGospodarkaGramatykaHistoriaKomputerówKsiàýekKultura
LiteraturaMarketinguMatematykaMedycynaOdýywianiePolitykaPrawaPrzepisy kulinarne
PsychologiaRóýnychRozrywkaSportowychTechnikaZarzàdzanie

Projekt okùadki Maciej Sadowski

ksiàýek



+ Font mai mare | - Font mai mic



DOCUMENTE SIMILARE

Projekt okùadki Maciej Sadowski

Redakcja

Jerzy Kwaúniewski

Redakcja techniczna Elýbieta Babiñska



Korekta Jadwiga Pillcr

Ùamanie

Elýbieta Rosiñska Maùgorzata Wnuk

ISBN 83-7337-059-5

Wydawca

Prószyñski i S-ka SA

02-651 Warszawa, ul. Garaýowa 7

Dorotce i Pawùowi oraz tym, którzy chcà kochaã

Druk i oprawa

OPOLGRAF Spotka Akcyjna

45-085 Opole, ul. Niedziatkowskiego 8-12

Niedziela

Poniedziaùek przypominaù miejsce przy potoku, wtorek miaù wyglàd starej szopy, w której przechowywali narzædzia, úroda byùa ciæýka, czwartek szary, a piàtek mglisty. Sobota wy­glàdaùa jak gotycka wieýa koúcielna. Niedziela zaú byùa niebie­ska. W niedziele niebo byto bezchmurne. Nawet jeúli padaùo, niedziela byùa dniem, kiedy moýna byùo poza te chmury na chwilæ wyskoczyã. A jak tam byùo piæknie!

W niedzielæ pamiætaùo siæ, ýe ponad chmurami jest sùoñce. Ksiæýyc. Gwiazdy. Niedziela byùa úwiæta. Niedziela nie dzieli­ùa ich na póù. Niedziela z dwóch kalekich ciai tworzyùa jedno. Kochaù niedziele, Poranny sobotni autobus tak naprawdæ wiózù go od poniedziaùku do niedzieli.

Dla niego caùy tydzieñ byù podróýà. Od wczesnych godzin rannych, w poniedziaùek, kiedy siæ budziù na ostry dêwiæk sy­reny i zimnà wodà spryskiwaù twarz. Zgnieciony kawaùek chle­ba do torby - i do roboty.

W kamienioùomach zdejmowaù koszulæ, starannie ukùadaù w skostniaùy kwadrat, i chowaù do torby, ale przedtem wyjmo­waù kawaù chleba i butelkæ wody, odstawiaù to pod ulubiony duýy kamieñ, gdzie zawsze byù cieñ, wieczny cieñ i zielony wil­gotny mech, woda tu schowana byùa dùuýej chùodna.

Lubiù kamienie.

Byùy jak ýywe. Nie znal ich nazw, ale wyczuwaù pod kilo­fem ùagodnà miækkoúã jednych, niezdecydowanà kruchoúã in­nych, opornà moc tych ciemnych, od których jego kilof pækaù i trzeba siæ byùo natrudziã, ýeby taki gùaz obùaskawiã. Przeciæ­te czerwonymi ýyùkami marmury wzruszaùy go. Prawie pùakaù, kiedy jego ostre narzædzie próbowaùo wedrzeã siæ do ich wnæ­trza. Z niepokojem patrzyù na pækajàce gùazy. Z lækiem, jakby w granicie ukryùo siæ miæsiste, prawdziwe serce. Byù przeko­nany, ýe w koñcu spod jego kilofa spùynà krople krwi, i cieszyù siæ, ýe dotychczas to siæ jeszcze nie zdarzyùo. Nie byùo na úwie­cie takiego kamienia, którego nie mógùby obrobiã. Byù najlep­szy. Prægi, nitki, ýyùy, cienkie linie i grube wstægi, plamy i mie­szanki kolorów, przezroczyste i matowe, kruche i mocne, miækkie i twarde - wszystko kruszyùo siæ pod jego mocnymi uderzeniami. Kamienie trzeba kochaã, ýeby móc je raniã jak najmniej. Trzeba wiedzieã, gdzie przebiega ta granica, w którà naleýy nieraz sto, tysiàc razy lekko uderzyã, ýeby nagle, jak ol­brzymie wrota, kamieñ siæ otworzyù. Otwieraù kamienie. Taka byùa jego praca. Te mniejsze kawaùki, które wzruszaùy go bez­bronnoúcià, bo tak ùatwo mógùby je zmiaýdýyã, poruszaùy w nim tæsknotæ i chæã ocalenia. Zbieraù je delikatnie, poranio­ne, ostre odpryski i przynosiù do siebie, do baraku. Staty przy nim w nocy, jarzàc siæ w ciemnoúci. Omalýe czuù, jak oddycha­jà, gdy tylko ciæýki sen podcinaù mu miæúnie. Tylko dlatego, ýe juý nie miaù siùy siæ ruszyã, ýe ciæýar zmæczenia tak bardzo przytrzymywaù powieki, nie zobaczyù nigdy ich pulsujàcej zbroi. Ale wiedziaù, ýe one sà mu wdziæczne za to, ýe je uchro­niù od przemiaùu. Uchroniù? Czy aby na pewno?

Ostry kilof raniù. Zagùæbiaù siæ w nie. W niektóre miækko i powoli, jak w ukochanà kobietæ, niespiesznymi ruchami, ale

ze zdecydowanà siùà, jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze. Do sa­mego koñca. Kilof bùyskaù w górze zùotym odbiciem sùoñca i opuszczaù siæ dziesiàty, setny raz. Pot spùywaù mu po pier­siach sùonymi struýkami, ýùobiàc opalone ciaùo. Podnieúã, ude­rzyã, wedrzeã siæ, zwyciæýyã. Kiedy kamieñ pækaù, odczuwaù czysto zmysùowà przyjemnoúã, napiæcie ustæpowaùo miejsca odpræýeniu. Odkùadaù kilof i zgrubiaùymi rækami dotykaù ka­mienia jak mæýczyzna dotyka kobietæ po speùnieniu. Delikat­nie gùadziù równe krawædzie, zamykaù oczy i chùonàù ich zimny dotyk. Czasem pchniæcia musiaùy byã ostre i gwaùtowne, kaý­de wydawaùo siæ ostatnie, niecierpliwie ùupaù brzegi, jak pies targajàcy brudnà szmatæ. Lecz wtedy nie byù zadowolony. Otwarty kamieñ irytowaù go, ýe oto juý jest po wszystkim. Ale to stawaùo siæ przez niego. A pækajàcy kamieñ jæczaù echem metalu, póki gùucho nie odetchnàù po raz ostatni, otwierajàc bezbronny úrodek.

Dni upùywaùy mu na otwieraniu kamieni. Taka praca. Caùy tydzieñ uderzaù, rozbijaù, niszczyù, obnaýaù. Okruchy byùy wy­woýone gdzieú w niewiadomym kierunku, ale to juý go nie ob­chodziùo nic a nic.

Podnosiù kilof setki razy w poniedziaùek, wtorek, úrodæ, w czwartekwokóù zaciúniætych ust pojawiaùa siæ zapowiedê ra­doúci, od czwartku byùo juý paræ godzin do piàtku, a w piàtek moýna byùo powiedzieã: jutro jadæ. Jutro jadæ do domu. Bædæ w niedzielæ w domu.

Rozklekotany autobus przyjeýdýaù w sobotæ, przedzieraù siæ przez góry, jæczàc i dyszàc. Charczaù silnik, tùumik pluù. Najmilsze dêwiæki na úwiecie w sobotæ bædà go wieêã do do­mu. Tym razem na pewno. Tam na niego czekaùa miùoúã.

Odùupany blok granitowy domagaù siæ obróbki. Napùul w dùonie i podniósù swój kawaùek sùoñca wyýej. Mignæùa staù,

gùucho uderzyùa w kamieñ. Mæýczyzna uúmiechnàù siæ. Lubiù wyzwania. Kamieñ musiaù siæ poddaã.

Sùodkawy smak jego potu obejmowaù jej piersi, rozpuszczaù siæ i przenikaù przez skóræ aý do úrodka, aý pod.

Ciaùo daùo pierwszy znak. Znak, ýe juý nadchodzi. Ýe pier­wotne rozpoznanie nastæpuje przed úwiadomoúcià czy decy­zjà. To ono wydaje zgodæ. Zaczæùo od lekkiego niepokoju, tam, niýej niý I skóra zrobiùa siæ na lewà stronæ. Chroniona zwykle wiecznym zakazem, teraz nagle obnaýona jednym mocnym zerwaniem wierzchniej warstwy, kiedy jego ræce przyciàgnæùy jej ùopatki. A miædzy nimi byù zamek bùyskawicz­ny i on wùaúnie pækù, rozerwaù siæ i wypùynæùo, uwolniùo. No wiæc, skóra najpierw. I uszy.

Robià siæ za duýe, o wiele za duýe. Robisz siæ sùuchem. Po­skræcana muszla ucha prostuje zwoje, a kaýde póù sùowa prze­dostaje siæ przez ciemne korytarze bezpoúrednio do bùony, i kaýdy ruch powietrza jest powielany i zwielokrotniany, kaýde niedopowiedzenie i brak tchu nawet odbija siæ echem. Bicie serca wraca podwójnie, oba bicia nakùadajà siæ, i ucho zaczyna ýyã niezaleýnie od reszty. A smak teý juý nie ten.

Pomarañcze sà pomarañczowe w ustach i ten kolor spùywa do miejsca, skàd siæ wszystko zaczæùo, skàd przyszùa zapowiedê i zgoda. Jæzyk smakuje i odróýnia drobne kawaùki miàýszu, od­dziela mniejsze drobiny, przerywa przezroczystà bùonæ miædzy nimi, odkrywa kroplowà pomarañczowoúã, która pæka pod je­go dotkniæciem i niezmiernà sùodyczà obmywa wnætrze ust. 10

Pachniesz pomarañczowà namiætnoúcià.

Uda rozsuwajà siæ bez twojego rozkazu, idà naprzeciw prag­nieniu. Twój poczàtek miùoúci, nienasycony dotykiem innego ciaùa, jest falà. Fala delikatnie obmywa narastajàce pragnie­nie, juý, juý, juý. Ale jeszcze nie. Obnaýa ukrytà tajemniczoúã, oddaje w niewolæ, tæskni coraz bardziej, a serce ukrytym ryt­mem pomaga nie umrzeã teraz jeszcze, spieszy ci na pomoc

coraz szybciej.

Drýysz, bo oto anioù wilgotnym skrzydùem pieúci twoje uda, przygotowujàc ciæ na rozkosz, której nie zatrzymasz, która stanic siæ poza twojà decyzjà. Juý nie obronisz swojego prag­nienia, juý umknæùo twojej kontroli, juý widaã je jak na dùoni, to pragnienie, co je chciaùaú ukryã, ale on przyjmuje ten dar jak naturalne piækno stworzone przez jego namiætnoúã, nie musisz broniã niczego, bo danina raz zùoýona wraca do ciebie dziesiæciokroã w pulsujàcym rytmie rozkoszy. I ta fala coraz jest wiæksza i wynosi ciæ coraz wyýej, ale nie wiesz, gdzie ciæ zostawi. I kiedy juý nie moýesz o tym myúleã, bo ty jesteú tà wodà i on jest jej brzegiem, staje siæ úwiatùoúã.

I juý wiesz, ýe to, co siæ dzieje, jest jak otwarcie drzwi, do których koùataùaú latami na próýno, a byùy caùy czas otwarte, wystarczyùo po prostu wejúã, i wiesz, ýe to nie obce drzwi, ale drzwi do twojego domu.

To juý wiedziaùa, l czekaùa na niego cierpliwie przez te mie­siàce, które on rozbijaù na kamienne dni, na dni odmierzane kamieniami do obrobienia.

Samotnymi nocami tæsknota robiùa z nià, co chciaùa. Ja­úniejàce nad ranem niebo wchodziùo do sypialni, a ona, prze­wracajàc siæ na drugi bok, dotykaùa rækà swoich piersi, a skó­ra parzyùa jà jak obca. Podnosiùa siæ z ùóýka i zimnà wodà przemywaùa twarz. Úwit zaskakiwaù jà w kuchni, pochylonà

nad dæbowymi deskami stoùu, szorowanego paræ razy na ty­dzieñ wodà z mydùem.

Do niedzieli tak daleko. Dla niej tydzieñ miaù kolory osob­ne, poniedziaùek, wtorek, úroda, czwartek, piàtek i sobota by­ùy bladym úwitem, biaùym úwiatùem, dopiero niedziela to úwia­tùo rozszczepiaùa na wszystkie kolory tæczy.

Kaýdy niedzielny ranek rodziù jà na nowo. Wùosy zaczyna­ùy ýyã swoim ýyciem. Spleciony przez tydzieñ warkocz oddy­chaù nareszcie swobodnie i wypuszczony na wolnoúã mieniù siæ na plecach jak arkusz srebrnej blachy. Oczy powiækszaùy siæ, i w úrodku pojawiaùy siæ krople rtæci. Ramiona unosiùy ciæýar ràk z takim wdziækiem, ýe ptaki zatrzymywaùy siæ nad nià w locie, dziwiàc siæ, co teý taka kobieta robi na ziemi. Jak lek­ko niosùy jà ciæýkie w tygodniu nogi na spotkanie mæýczyzny jej ýycia! Powietrze, chùodne rankiem, wchodziùo w jej pùuca oýywczym tchnieniem. Przepeùniaùa jà miùoúã. Miùoúã do sie­bie, do niego, do autobusu, który zepsutym tùumikiem zapo­wiadaù mocny uúcisk jego ramion. Tak musiaùo byã. Ich ýycie skùadaùo siæ z niedzieli. Tak byùo zawsze. Nie mogùo byã ina­czej. Pogodziùa siæ z tym tak dawno temu, ýe nie próbowaùa nawet mieã pretensji do losu. On pracowaù, a ona czekaùa na jego powroty.

W sobotæ obudziù siæ wczeúniej. Duýo wczeúniej. Granito­wy blok byù twardy i nie poddaù siæ wczoraj tak lekko. Ale przecieý kamieñ nie moýe czekaã. Dlatego wstaù wczeúniej i ruszyù do kamienioùomów.

Na wszelki wypadek, gdyby coú siæ staùo - oczywiúcie ani przez moment w to nie wierzyù - zostawiù kartkæ. Z proúbà 12

o przekazanie ýonie, gdyby. „Gdyby' nie mogùo siæ staã, tym razem na pewno nie - granit podda siæ przed upùywem dwóch godzin najdalej. Pisaù kartkæ szybko, paræ sùów. Kocham Ciæ, miùa, to tylko tydzieñ, wybacz.

Na pewno zdàýy wróciã przed odjazdem autobusu. To jedy­nie paræ uderzeñ. Wierzyù w to. Wczoraj po poùudniu granit juý siæ zarysowywaù. Moýe zresztà to tylko zachodzàce sùoñ­ce Ale byù pewien, ýe to nie potrwa dùugo. Autobus przyje­dzie dopiero po poùudniu. A on nie moýe zostawiã tego bloku do poniedziaùku, Poradzi sobie z nim.

Patrzyùa na zegarek. Wskazówki wolno przedzieraùy siæ przez okràg tarczy. Za wolno.

Sùoñce podnosiùo swojà twarz na niebie równieý za wolno.

Aý wreszcie nadszedù czas. Narzuciùa na ramiona chustæ, te, którà tak bardzo lubiù, i przygotowaùa siæ do wyjúcia.

Wyszorowana podùoga lúniùa, zapach gotowanej kapusty ukradkiem sàczyù siæ z duýego garnka, w piekarniku czekaù kawaù miæsa, pieczony jak zwykle na jego przyjazd. Byùa goto­wa. Zamknæùa za sobà drzwi i wyszùa na ulicæ.

Pilnowaùa siæ, ýeby nie przyspieszaã kroku. Nogi nie chcia-ty jej sùuchaã, szùy szybciej i szybciej, tak jakby jej bieg miaù wpùyw na autobus, jakby mógù przyspieszyã spotkanie.

Miaùa przed sobà caùà niedzielæ. Niedzielæ z ukochanym. Wyczekanà niedzielæ. Nareszcie. I jej oczy bùyszczaùy rtæcià, a ramiona tæskniùy. Skóra róýowiaùa. A sàsiedzi spotkani na ulicy uúmiechali siæ.

Autobus zjeýdýaù z gór. Dzieñ byù pogodny i widaã byùo z daleka, jak jedzie, jak jedzie za wolno na jej czekanie. Staùa

cierpliwie, co rusz podnoszàc oczy tam, w góræ. Za chwilæ zniknie i pojawi siæ tuý-tuý, zakræt zasùaniaù drogæ. Autobus wyùoniù siæ nagle, klekoczàc. Serce jej zadrýaùo. Staùa nieporu-szona, jedynie jej oczy robiùy siæ wiæksze. Bardziej uwaýne.

Mæýczyzna w ciemnej koszuli, którego juý znaùa z widze­nia, zbliýaù siæ do niej powoli. Za szybko. Nie odwróciùa jed­nak wzroku od drzwi autobusu, ale wszyscy juý wyszli.

Wyciàgnàù do niej rækæ. Bez sùowa.

Wziæùa od niego maùà kartkæ papieru i nie patrzàc na treúã, stuliùa w dùoni.

A potem odwróciùa siæ i poszùa do domu. Kocie ùby pod nogami úledziùy jà aý do samych drzwi. Siægnæùa po klucz i otworzyùa je. Podùogi lúniùy. Garnki staùy na kuchni.

Otworzyùa drzwi do sypialni. Wykrochmalona poúciel pachniaùa. Podeszùa do komody i otworzyùa szufladæ. Dopiero wtedy rozprostowaùa pieczoùowicie maùy kawaùek papieru. Tarùa go dùonià i uklepywaùa, ýeby siæ wyprostowaù. A potem wùoýyùa go do szuflady, z prawej strony, na kupkæ takich sa­mych karteczek, i zamknæùa szufladæ.

Kolorowà narzutà nakryùa ùóýko.

Weszùa znowu do kuchni i siadùa przy stole.

Do nastæpnej niedzieli przecieý tak niedaleko. Jeszcze tyl­ko szeúã dni.

Kot mi schudù

Bo, panie doktorze, kot mi schudù. On juý jakiú czas tak wyglàda, ale ja siæ zbytnio tym nie przejmowaùam. W ýyciu jest tyle waýniejszych rzeczy niý kot. Kot. No i cóý, ýe kot? Myúlaùam, ýe mu nic nie jest. Mam sàsiadkæ, ona strasznie pa­nikuje. Byle co siæ zdarzy i od razu biega po ludziach, a to siæ ýali, a to rady szuka, a w ýyciu przecieý to sami sobie zawsze musimy radziã. I ja tak patrzyùam, je, to je, nie je, to nie je, a niech nie je, przecieý z gùodu nie zdechnie. Nie histeryzujæ od razu jak Halinka. Jej wystarczyùo, ýeby pralka wylaùa, i od razu aý szkoda gadaã. Caùy pion musieli zamknàã. Dla tylu lu­dzi, z powodu jednej gùupiej pralki. No ile tam wody wchodzi? Dwadzieúcia, trzydzieúci litrów? Nie wiæcej. No, moýe trochæ mniej.

Pamiætam dobrze tæ wodæ, bo Staú (to mój màý) wróciù z pracy, ani umyã ràk, ani nic. Ja ziemniaków nie zdàýyùam za­laã, tylko co obraùam i obtoknæùam nad zlewem, a Staú to siæ wtedy zezùoúciù. Na mnie, bo najbliýej byùam. Taka zùoúã go chwyciùa, ýe od razu drzwiami ràbnàù i dopiero nad ranem wróciù. A czy to moja wina, ýe ziemniaki niegotowe byùy, bo wodæ zakræcili? Ale czùek zmordowany, ani pomyúlaù, ani nic,

tylko od razu drzwiami prasnàù. Czy to moja wina? Nie. Choã to dobry czùowiek. Tylko ýe siæ zdenerwowaù.

Ale temu kotu to jakby tak smutniej z pyska patrzaùo. Nale­wam do miseczki mleka, a on nic. Co jak co, ale mleko to za­wsze w domu musiaùo byã. Staú, znaczy màý mój, to rano kawæ z mlekiem pije. I nie daj Boýe, ýeby tego mleka zabrakùo. Raz zabrakùo i siæ wtedy nauczyùam, ýe nie wolno, ýeby zabrakùo. Bo Stach ciæýko pracuje i nerwy mu czasami puszczajà.

Puúciùy mu przy tej kawie. Bez mleka. Ale on naprawdæ nie jest zùy. Wiæc mleko, to siæ przyzwyczaiùam, zawsze jest i rano kotu lejæ. Più. A teraz ostatnio juý zsiadùe wylewam. Z piàty dzieñ juý tak wylewam. A rano patrzæ, on chudy taki, jakby schudù ostatnio. Ale ja teý gùowy nie miaùam, ýeby siæ przyglà­daã wczeúniej. Zwierzaki to o siebie dbajà najprædzej. Mówiæ nawet do siostry - patrz, chyba Burasek chudy siæ zrobiù. Sta­chowi jakbym powiedziaùa, toby siæ od razu do krzyków wziàù.

Jak Burasek byt jeszcze malutki, to tak patrzyùam i mówiæ do Stacha - patrz, on nieduýy taki, a Stach, ýe na choleræ ko­ta do domu przynosiùam. Ýe jak kot najwaýniejszy, to on sobie pójdzie. I poszedù. Ja nie mówiæ, ýeby mæýczyzna sobie nie wypiù. Grzech to nie jest. Wiadomo, pracuje. I ja tam nie osà­dzam ani ýalu nie mam. Ale przykro mi siæ zrobiùo, bo Bura­sek rzeczywiúcie, panie doktorze, malutki byù. A Staú wróciù wieczorem, tylko siæ w przedpokoju rozbijaù, to ja siæ podnio­sùam, szybko Buraska do kuchni, bo alkohol to z niego innego czùowieka robi. Znaczy ze Stacha, nie z kota. Koty to takie spokojne stworzenia. Takie milusie. Puchate. A Stach jak za duýo wypije, to kota kopnàã, za przeproszeniem pana dokto­ra, potrafi. Ýe niby zarazki roznosi, jak na ùóýku leýy. Jaki tam zarazki. Ja tobym ýyczyùa sobie, ýeby on taki czysty byù j ten Burasek nasz kochany. Nikt nie widziaù brudnego kota

A Stachu to z buciorami do wyra, aý muszæ sobie tapczan dru­gi rozkùadaã, tylko po cichutku, ýeby go nie uraziã, bo krzyczy od razu. Co krzyczy? Ano róýnie, brzydkie wyrazy nawet cza­sami. Ale on z biedy krzyczy, ýe taki opuszczony, ýe ja wolæ sama spaã, ýe go juý nie kocham. To ja mówiæ, kocham ciæ Stasiu, kocham, tylko brzuch mnie tak boli, nie chcæ ci prze­szkadzaã. No to on albo siæ uspokoi, albo i nie. Najwaýniejsze to go nie zdenerwowaã. Bo jak on zdenerwowany, to nad sobà nie panuje. I potem mi przykro, ýe go musiaùam zdenerwo­waã, ýe aý mu nerwy puúciùy. Jakbym twarzy nie otwieraùa, to­by nic nie byùo. Nie ýeby czæsto. Czæsto to nie. Ale czasem. Stachu mój to dobry jest, panie doktorze, naprawdæ, tak mnie jakoú na mówienie wziæùo i moýe jeszcze wyjúã, ýe ja na niego narzekam. A ja nie narzekam, Boýe broñ. Czùowiek to sam sobie ýycie psuje. A tu trzeba siæ cieszyã kaýdà chwilkà, bo ona ulotna jest bardzo.

Jak Buraska zobaczyùam w piwnicy, takie to malutkie byùo, to aý krzykùam. Bo on do szczura, panie doktorze, byù bardziej w podobie. Ale zakwiliù, myúlæ sobie, nie szczur. Podchodzæ, a to kotek malusi. Jak maùy szczur. To go wziæùam najpierw, wiadro z wæglem zostawiùam, kotka szybko wziæùam, nawet nie podrapaù. Do mieszkania kotka, ýeby nie uciekù, a potem dopiero szybko po wægiel. Rozpaliùam pod kuchnià, nagrza­ùam wody, umyùam go dobrze, taki maluni byt, ýe nawet nie drapaù. I chudziutki jak teraz. Mleka nagrzaùam, bo mleko to zawsze mam. A on nawet piã nie chciaù. Jak Stach przyszedù z roboty, to go schowaùam, tak ýeby póêniej powiedzieã, ýe mamy kotka. Ale Burasek miauczeã zaczàù, Stach siæ zdener­wowaù - ýadnych zwierzàt w domu, krzyczaù. Brud tylko, krzy­czaù, ale ja twardo powiedziaùam, kota nie wyrzucæ, bo sam Pan Bóg mi go daù.

2 Podanie o milc

Cicho, cichutko, maùy. Pan doktor to ciæ tylko bada. Pan go tak tu nie naciska, bo on chyba ýebra ma zwichniæte. To jak mówiùam, kopnàù go. Ale to byùo na wiosnæ. Niechcàcy mu pod nogi wpadù. Znaczy kotek. A Stachu go niechcàcy butem tak, o. To leýaù potem Burasek, ani siæ ruszyù. Juý myúlaùam, ýe po kocie. Ale wyzdrowiaù. Kot to mocne stworzenie. A Stach mówiù, jak go przyniosùam, albo ja, albo kot. I wtedy ja chyba pierwszy raz to powiedziaùam - nie, Stachu, dzieci nie mamy, ja caùymi dniami na ciebie czekam, nie ýebym coú naprzeciw miaùa, boja siæ cieszæ, ýe czekam na ciebie, ale sa­ma jestem, ludzi nie widzæ, ja to stworzenie bædæ chowaã. No to on siæ obraziù, obiadu nie zjadù, na piwo poszedù. Z kolega­mi. To dopiero nieszczæúcie z takimi kolegami. Ty siæ z kotem nie równaj, Stachu, powiedziaùam jeszcze, bo to niemàdre. Ýonà twojà jestem tyle lat, zawsze jest tak, jak mówisz, bo ty gùowa rodziny, ale kotek musi zostaã. I wyszedù. Myúlaùam, ýe on, znaczy Stachu, siæ przyzwyczai. Pomalutku, pomalutku, nie na siùæ, to siæ polubià. Bo mój Burasek takiej poczciwoúci zwierzàtko. Burasek to dlatego, ýe tu, widzi pan, ma takie bu­re, pod brzuszkiem i na zadku. Dziwne, nie? Takie niespoty­kane u kotków, no to Burasek taki dobry byù. Ani pazurków nie wyciàgaù na mnie, futerko mu siæ zrobiùo takie miæciusie, a co ja siæ go nagùaskaùam, naprzytulatam, jak Stach do robo­ty poszedù. A on chodziù za mnà krok w krok. Ale wieczorem to siæ koùo pieca kùadù i jakby go nie byùo. Tylko w nocy do ùóý­ka przychodziù, jak Stacha gdzieú poniosùo. I tak tu koto mojej szyi leýaù. To przecieý nie moýe byã prawda, ýe taki kot choro­bæ jakàú da czùowiekowi.

Ja to od razu lepiej siæ czuùam. A przecieý i na rækæ narze­kaùam, na pogodæ to mnie rwie. O tutaj, tak z tej strony, aý do góry. Na deszcz. Upadùam kiedyú i o piec walnæùam. Stachu 18

mnie popchnàù, bo jak go zwolnili ze stolarni, tej, co wtedy tam pracowaù, to wróciù na gazie. To nie wiedziaù, co robi. Ale miaùam kùopotu. Z jednà rækà trudno dom obrobiã. Jakie on wyrzuty miaù! A potem to krzyczaù, ty specjalnie udajesz, ýe boli, bo skurwysyna, za przeproszeniem pana doktora, chcesz ze mnie robiã! Udawaùam, ýe nie boli, bo czùowiek jest od przebaczania, a nie od pamiætania. Jak siæ mæýowi nie wyba­czy, to komu? Temu kotowi?

No to jak ta ræka mnie rwaùa, trudniej mi byùo robiã. A Stach wolaù, jak siæ uúmiechaùam. No i pewnie. Ale jak Burasek mi siæ przyùoýyù, to dobrze mi siæ robiùo na ciele i na duszy teý.

Czùowiek potrzebuje czasem do przytulenia takiego zwie-rzaczka. Moýe jakbym dziecko miaùa, to inaczej na tego Bura-ska bym patrzyùa. Ale ja zaciàýyùam od razu po úlubie, Stachu to siæ nawet nie cieszyù, bo tak od razu mieã babæ z peùnym brzuchem moýe chùopu niewygodnie. I teý kùopoty wtedy miaù, oj, jaki on byù niecierpliwy do wszystkiego. Bo to i z pra­cà lekko nie byùo, z zakùadu dopiero co wyszedù, ja na niego, panie doktorze, dwa lata czekaùam i wierzyùam, ýe czùowiek siæ zmieni, byle daã mu czas. A Stach to po tym zakùadzie taki nerwowy byù. No i za koùnierz nie wylewaù. Mnie to juý ciæýko byùo nosiã wægiel, ale gdzie tam chùopa takiego prosiã, on na dom pracuje caùy dzieñ, tylko co on gùos podniósù, ýe zmæczo­ny, to ja do tej piwnicy zeszùam, na schodach siæ omskùam i po dziecku. I juý wiæcej nie zaciàýyùam.

Wtedy to dopiero wiedziaùam, ýe Stachowi na dziecku za­leýaùo. Più przez tydzieñ, sàsiadki mówiùy, bo ja w szpitalu le-ýatam, ledwo co mnie odratowali. A on più biedak z ýalu, bo ja juý nigdy miaùam dzieci nie mieã, panie doktorze. To co on miaù robiã? Ale mnie nie zostawiù. Chociaý bez dzieci to jaka to rodzina.

Tu go pan tak mocno nie bierze. Bo on siæ wtedy niespo­kojny robi. Nie, ja go nie potrzymam, bo ja tych palcy zgnieúã dobrze nie mogæ. Moýe by pan dat rta znieczulenie, bo to szkoda patrzeã, jak siæ mæczy. Taka to dola sieroca. Ani nic z tego úwiata nie rozumie, tylko piska. Nie piskaj, nie piskaj, pan doktor pomoýe. Ýeby tak czùowiekowi kto pomógù. W te rækæ to ja siæ zaciæùam i palce od tamtej pory jak nie moje. Tyl­ko tak przykurczyã mogæ. Dalej nie. To wùaúciwie przez Bura-ska. Miæsko kroiùam, a kotek mruczyù i mruczy!. Stacho siæ ro­zeêliù, za nóý chwyciù i wymachiwaã zaczàù, najpierw do Buraska, to on aý pod szafæ, tycia szczelinka, a wszedù, aý wyjúã nie mógù, to mówiæ, Stachu czyú ty zgùupiaù, kot przecieý rozumu nie ma. To Stach siæ na mnie zamierzyù. Ja wiem, ýe krzywdy by mi nie zrobiù, tylko tak siæ droczyù, ale chwyciùam ten nóý, ostry byù, i po palcach. Stach to jak tylko krew zoba­czyù, od razu odskoczyù, pobielaù na twarzy. Krew to trudno mæýczyêni znoszà. Prawie mi omdlaù. Pojechaliúmy na pogoto­wie, to mnie zszyli, ale tak juý mi zostaùo. Mówià na to przy­kurcz.

Co siæ Stach naprzepraszaù, o Boýe, jak dobrze w domu by­ùo, dobre z niego wylazùo. Bo czùowiek dobrego, co w nim sie­dzi, to siæ wstydzi. Ale potem to juý normalnie byùo. Tylko po­wiedziaùam, Stachu, ty mi wiæcej ræki na Buraska nie podnoú.

Nie, te ùapkæ to on od dawna ma takà. Od samego poczàt­ku. Stachowi kiedyú przez okno wypadù. Mæýczyzna wiadomo, nie dopatrzy. Ale kot jak to kot, na cztery ùapy spada. Co siæ z nim nachodziùam! Na Grochowskiej w klinice w nocy byùam. Bo niby wysoko u nas nie jest, ale on taki dziwny byù. Nóýka mu siæ taka zrobiùa dziwna, to go wziæùam nocnym. Nastaùam siæ na przystanku, a tam nieprzyjemnie po nocy nawet cho­dziã. Ale wziæùam Buraska, bo stworzenie cierpi i jak czùowiek 20

mu nie pomoýe, to nikt mu nie pomoýe. I nóýka mu zostaùa taka chromawa. Troszkæ ciàgnie.

Tylko zmizerniaù ostatnio. Tak mi coú schudù. Ja juý mu na­wet jedzenie dobre kupujæ, teraz to troszkæ oszczædzæ i mu pùucek naszykujæ, nawet wàtróbki. A on taki niemrawy. Niech pan coú zrobi, panie doktorze, proszæ.

Ten kotek oprócz mnie to nikogo nie ma. A ja nie wiem, czemu on taki chudzieñki.

Jak odeszùam od Stacha, no bo juý czas byùo odejúã, jak Bu-raskowi ogon obciàù, to kotek odýyù. Jak mu obciàù, to ja juý wiedziaùam, ýe ja siæ w ýyciu pomyliùam. Czùowiek musi byã dobry dla zwierzàt, bo one sà sùabsze i one potrzebujà jego opieki. Zresztà ja powiedziaùam, nie podnoú mi wiæcej na nie­go ræki. A on, znaczy Stachu, mówi, ýe drzwi trzasnæùy i ogo­nek przyciæùy. Jak drzwi tak mogùy trzasnàã, panie doktorze? Nie mogùy. Od kuchni to caùy czas roztworzone sà i takim sto­ùeczkiem przytrzymane. W ùazience przeciàgu nie ma. A do pokoju to Burasek tak znowu nie wchodziù, jak Stachu byù w domu. To gdzie te drzwi trzasùy? Szybka by pækùa, jakby tak hukùy, ýeby ogonek Buraska zùamaã.

A w ýyciu nie wolno siæ tak pomyliã, jak ja siæ pomyliùam. Tak tego Stacha kochaùam, bo on zùy to nie byù, nie. Ale za Buraska to ja jestem odpowiedzialna. To mu tak robiã nie mo­gæ, ýeby go na cierpienie wystawiaã. I powiedziaùam, to juý koniec z nami, Stachu. On siæ úmiaã zaczàù, a gdzie ty pój­dziesz. A ja Buraska wziæùam, walizkæ spakowaùam i poszùam do siostry. Ona mi takà komórkæ za kuchnià przysposobiùa. I pracæ znalazùam, choã to nieùatwo, o nie. Teraz to na stoùów­ce pracujæ, bo gotowaã to, panie doktorze, ja umiem. Stach niewybredny taki byù, to mu za tùusto, to za chudo, to za sùone, a to takie. Cielæcinkæ robiæ pysznà, czosnku wrzucæ, jak Pan

Bóg przykazaù, a Stachu to nie lubiù, ýeby úmierdziaùo. Zupki dobrej siostrze w niedzielæ nagotujæ, to siæ rodzina cieszy. Úmietanà zaprawiæ, porzàdnie, a nie knorem, za przeprosze­niem. Syta jest. Aý drugie niepotrzebne. Tylko kotek mi schudù, panie doktorze. Moýe on za domem tæskni? Czy to prawda, ýe koty do miejsca siæ przywiàzujà? Ale ja tam juý wróciã nie mogæ.

Bo kot, panie doktorze, nie czùowiek. On potrzebuje miùoúci.

Powrót do domu

Wchodzit po schodach z kaýdym rokiem coraz wolniej. Dopiero dzisiaj zdaù sobie z tego wyraênie sprawæ. Tylko trze­cie piætro, a musi odpoczywaã. Kiedyú wbiegaù po dwa stop­nie. Ale nie bædzie korzystaù z windy. Lekarz zresztà zaleciù chodzenie po schodach. To dobra gimnastyka dla serca. Ser­ce! To serce, jak nie moýe zùapaã tchu? Zawsze dbaù o siebie. Palenie rzucil w czterdzieste urodziny. I namówiù do rzucenia Mariæ.

- Skoro siæ mamy razem starzeã, róbmy to zdrowo - zaýar­towaù pewnego wieczoru i nazajutrz po prostu nie kupiù pa­pierosów. Trochæ siæ mæczyù, Maria poýegnanie z naùogiem przeszùa bezboleúnie. Kobiety sà zawsze silniejsze.

Zanim wsadziù klucz do zamka, zadzwoniù. Zawsze w ten sposób dawaù znaã Marii, ýe wraca, czekaùa na niego w przed­pokoju lub w drzwiach kuchni. To byù ich rytuaù, wypracowany przez trzydzieúci dwa lata wspólnego ýycia. Niewiele par mo­ýe siæ pochwaliã takim staýem. Oni mogli. I to nie chwalàc siæ, dziæki niemu. Wiedziaù, jak waýna jest tradycja, dbanie o pew­ne niezmienne formy wspólnego ýycia. Coú staùego, do czego siæ wraca jak do domu. Nie do mieszkania.

Wiedziaù, ýe musi dbaã o swój zwiàzek, ýe tylko ciæýka pra­ca moýe zaowocowaã wspólnà przyszùoúcià.

Drzwi otworzyùy siæ z lekkim skrzypieniem. Nie zauwaýyù tego rano, jak wychodziù. Trzeba koniecznie trochæ naoliwiã zawiasy. Powiesiù kapelusz i rozejrzaù siæ po pustym przedpo­koju.

- Mario! - zawoùaù w gùàb mieszkania.

Po raz pierwszy od trzydziestu dwóch lat odpowiedziaùa mu cisza.

Coú podobnego. Maria wyszùa. Wyszùa, choã dobrze wie­dziaùa, o której wraca. W ciàgu tych wspólnych lat spóêniù siæ do domu tylko dwa razy, i to za kaýdym razem uprzedzaù jà, ýe bædzie póêniej. I nigdy jeszcze nie zdarzyùo siæ, ýeby nie wy­chodziùa na jego spotkanie. Oprócz tych tygodni, które spæ­dziùa w szpitalu. No, ale to byùa siùa wyýsza.

Powiesiù pùaszcz na wieszaku, wszedù do ùazienki i staran­nie umyù ræce. Przejrzaù siæ w lustrze nad umywalkà. Niczego mu nie brakowaùo, doprawdy. Owszem, zakola na czaszce sà z kaýdym rokiem wiæksze, ale niektórzy jego koledzy (ci, co jeszcze ýyjà, oczywiúcie) byli zupeùnie ùysi. Udaùo mu siæ nie podhodowaã brzuszka, ale teý dokùadnie Marii tùumaczyù, ja­ka dieta jest wskazana dla osób w ich wieku. Zawsze o wszyst­kim musiaù myúleã. Ale w ten sposób Maria czuùa, ýe siæ o nià troszczy, a on mógù jej daã to, co miaù najcenniejszego. Siebie.

Dlaczego i dokàd Maria wyszùa? To siæ nie zdarzaùo. Bædà musieli usiàúã wieczorem i porozmawiaã o swoich oczekiwa­niach. Bædzie jej musiaù powiedzieã, co czuù, kiedy wszedù do pustego domu. Zawsze moýna zaczàã wszystko od poczàtku. Wiedziaù, ýe rozmowa o uczuciach to najwaýniejsza rzecz w ýyciu kaýdego maùýeñstwa. Jak niewiele osób przywiàzuje do tego wagæ! I, nie chwalàc siæ, byù chyba jedynym mæýczy-

zna, który nie wstydziù siæ o tym mówiã. Wprost przeciwnie, uwaýaù, ýe to wùaúnie robi z niego prawdziwego mæýczyznæ.

Trzydzieúci lat temu zdecydowaù, ýe zmieni swoje ýycie. Kiedy poznaù Mariæ. I o zwiàzek z Marià postanowiù zadbaã.

Zgasiù úwiatùo i wszedù do kuchni. Czysto i schludnie.

A jednak. Nie myliù siæ. Coú siæ musiaùo staã! Maria zosta­wiùa na gazie ziemniaki. Lekko pyrkaùy, stuknàù w jeden wi­delcem. Twardy, musiaùa widocznie wyjúã niedawno. Bædzie jej musiaù zwróciã uwagæ. Cóý za lekkomyúlnoúã! Ale to do Marii nie pasowaùo. Musiaùo siæ wydarzyã coú waýnego.

Odsunàù krzesùo i ciæýko usiadù. Co przeoczyù? Maria byùa wszystkim w jego ýyciu. Powiedziaù jej to wyraênie, obiecaù, ýe bædzie dla niego zawsze najwaýniejsza. I dotrzymaù sùowa.

Oparù gùowæ na dùoniach i przyglàdaù siæ kratce obrusa. Czy zrobiù coú nie tak? Wiedziaù przecieý od poczàtku, ýe bæ­dzie szczæúliwy tylko wtedy, gdy uczyni szczæúliwà Mariæ. Ni­czego jej przecieý nie brakuje.

Ziemniaki podskakiwaùy w garnku, okno w kuchni zaparo­waùo.

Maria. Jego jedyna wielka miùoúã. Miaùa zaparowane oku­lary, jak zobaczyù jà po raz pierwszy. Kiedy je zdjæùa, ýeby przetrzeã szklà ràbkiem spódnicy, ujrzaù chabry w jej oczach. Wyciàgnæùa do niego rækæ i powiedziaùa: Jestem Maria. Nie Marysia, Majka, Maryla. Maria.

I tak juý zostaùo.

Wiedziaù, ýe spotkanie z nià odmieni jego ýycie. Cierpliwie zabiegaù o tæ dumnà, kruchà dziewczynæ. Wiedziaù, ýe ta albo ýadna. Co siæ z nimi staùo przez tyle lat? Kiedy zaczæùo siæ coú psuã? Teraz sobie uúwiadomiù, ýe juý dawno nie widziaù na twarzy Marii uúmiechu, a przecieý úmiaùa siæ tak czæsto. Jej úmiech roznosiù siæ w powietrzu jak zapach konwalii. Úwiat

wydawaù siæ lepszy, i on byù lepszy dziæki niej. Dlaczego jej nie ma? W tak waýnym dniu?

Dzisiaj mu powiedzieli, ýe pójdzie na wczeúniejszà emery­turæ. Emerytura. Jak to brzmi. Jak úmierã. Jak koniec. Jak niepotrzeba. Ale teraz bædà mogli sobie poúwiæciã wiæcej cza­su. Bædzie miaù wiæcej czasu dla Marii. Moýe gdzieú pojadà? Moýe w ogóle zacznà podróýowaã? Kiedyú obydwoje o tym marzyli. Jakoú siæ nie skùadaùo.

Podniósù siæ i wyjàù z pudeùka zapaùkæ. Nikùy pomarañczo­wy pùomyk zapaliù gaz. Postawiù patelniæ, ukroiù kawaùek ma­sùa. Maria przysmaýyùaby na oliwie, zdrowiej, ale w takim dniu mógù sobie pozwoliã na odrobinæ luksusu. Rzuciù na teflon, zaskwierczaùo. Uniósù pokrywkæ rondelka. Kotlety mielone? Dawno juý nie byùo mielonych. Nie sà specjalnie zdrowe, ale bædzie wyrozumiaùy Z prawej strony z pietruszkà, z lewej z czosnkiem. Nie, poczeka na Mariæ, nie bædzie sam jadù. Zgasiù gaz, masùo topiùo siæ powoli na ciepùawym teflonie.

Ziemniaki bædà za moment gotowe. No cóý, to wypije naj­pierw kawæ. Nastawiù wodæ, wyjàù niebieskà filiýankæ z miú­nieñskiej porcelany. Detale byùy waýne. Ýycie skùadaùo siæ przecieý z detali.

Dla niego ýycie skùadaùo siæ z Marii, pracy dla Marii i po­wrotów do Marii. Bycia z Marià. Rozmów z Marià. Mæýczy­zna, który nie ma zaplecza w postaci kochajàcej kobiety, jest martwy. Jest nikim. On wie o tym najlepiej. Zna tych wspania­ùych mæýczyzn z pustymi domami, z kobietami w innych do­mach, z wolnoúcià w kieszeniach, biednych samotnych ludzi, którzy nie majà dokàd wracaã. I na szczæúcie on do takich nie naleýy.

Maria zawsze robiùa kotlety z póù kilograma mielonego. Jedne z tym, drugie z owym. Nie znosiù monotonii. Te wiecznie

zapracowane kobiety z rækami o nabrzmiaùych ýyùach, praco­wicie gotujàce obiad w sobotæ i niedzielæ na caùy nastæpny ty­dzieñ! Od razu po úlubie uúwiadomiù Marii, ýe najwaýniejsze sà kompromisy. Przestaùa pracowaã. Bardzo tego chciaù i w koñcu ona teý zechciaùa. Niech kobieta stworzy prawdziwe gniazdo, a mæýczyzna nigdy nie odejdzie.

Zalaù kawæ wrzàtkiem i odcedziù ziemniaki. Nienawidzi ta­kiej kawy, ale nie bædzie wùàczaù ekspresu dla jednej osoby.

Maria na pewno zaraz wróci.

No i siedzi sam w kuchni nad filiýankà. Ale teý dawno juý tak nie siedziaù z Marià. A przecieý zawsze byùo im tak dobrze razem. Ograniczyli nawet swoje niewielkie znajomoúci. Lu­dzie zaburzali rytm ich ýycia, wprowadzali zbyt duýo niepoko­ju. Robert z ýonà na przykùad. Kiedy zaczæli siæ rozwodziã, rozsàdniej byùo nie zajmowaã stanowiska, trochæ siæ odsepa­rowaã. Wùaúciwie ta przyjaêñ od poczàtku wpùywaùa destruk­cyjnie na ich zwiàzek. Najwaýniejsze to wywaýyã wszystko, Po­moc pomocà, a utrata wùasnego ýycia i wùasnej toýsamoúci to co innego. Pamiæta dùugà rozmowæ z Marià na ten temat. Ta rozmowa przywróciùa proporcje pomiædzy ich ýyciem a ýy­ciem Robertów. Cierpliwie tùumaczyù, ýe to ich maùýeñstwo jest najwaýniejsze, nie ludzie, którzy pojawiajà siæ obok i prze­mijajà.

Prawie zapomniaù o tej caùej sprawie z Robertem. A prze­cieý paræ razy, jeszcze przed rozwodem, pokùócili siæ przy nich. Cóý za nietakt! Jakby kulturalni ludzie nie mogli sobie wszystkiego wyjaúniã w sposób kulturalny. On nigdy nie po­kùóciù siæ z Marià. Wszystkie sprawy omawiali na bieýàco. I wtedy zgodzili siæ, ýe trzeba ograniczyã ten kontakt.

Zresztà wystarczali sami sobie. Mogli rozmawiaã godzina­mi j nigdy siæ nie nudzili. Patrzyù na Mariæ z takà samà miùo-

úcià, przez te wszystkie lata. Zmarszczki koùo ust i oczu pogùæ-bialy siæ, ale dla niego bædzie zawsze tà dziewczynà w zaparo­wanych okularach. Jej chabrowe oczy bladty, ale nie przesta­waù jej kochaã. I ona o tym wiedziaùa. Nie pracowaùa, to prawda. Lecz zapewni! jej byt na odpowiednim poziomie. Ni­gdy nie musiaùa wypatrywaã pierwszego lub prosiã go o su­kienkæ czy buty. Miaùa wszystko, czego pragnæùa. A co najwaý­niejsze, byùa rozsàdna w swoich pragnieniach. I jest dobrze zabezpieczona, gdyby, nie daj Boýe, on

Miaù zresztà w cichoúci ducha nadziejæ, ýe odejdzie przed Marià. Ale jest ubezpieczony dodatkowo na ýycie i Maria nie bædzie siæ musiaùa martwiã, gdyby zostaùa sama. Pomyúlaù o wszystkim. Mæýczyzna musi byã odpowiedzialny za swojà kobietæ.

Maria Ùagodna i dobra Maria Dopasowali siæ do sie­bie prawie od razu. Maria zresztà byùa podatna na wpùywy. Gùupi melodramat potrafiù z niej wycisnàã morze leê. Tùuma­czyù, ýe ludzie na pewnym poziomie nie powinni emocjono­waã siæ bzdurami. W koñcu nawet w telewizji jest sporo lep­szych programów z dziedziny psychologii. Pomagaù jej zrozumieã i rozpoznawaã úwiat. Maria staùa siæ bardziej zrów­nowaýona dziæki niemu. Przywróciù jej pogodæ ducha.

Nigdy teý w ich domu nie byùo úladu nieporzàdku. Wytùu­maczyù jej, jakie to dla niego waýne, ýeby budziã siæ w miesz­kaniu, w którym w zlewie nie leýà brudne od wczoraj szklanki. I nigdy damska garderoba nie walaùa siæ po kàtach. Poýàdanie moýna byùo wyraziã w inny sposób, niý zrywajàc z kobiety ubranie w najmniej spodziewanym momencie.

Tak, te szklanki Ale przecieý wystarczy raz zùamaã zasa­dy, ýeby potem nie móc siæ pozbieraã. Jednego dnia szklanka, drugiego juý dwie, a trzeciego naczynia po obiedzie To tak 28

jak z tymi szkodliwymi filmami. Niby nic, a jednak wsàcza siæ do mózgu jakàú truciznæ. Jakàú iluzjæ. Ýycie jest o wiele cie­kawsze. A filmy? Potem traci siæ kontakt z najbliýszà osobà, diabli biorà wspólnà pùaszczyznæ porozumienia. I Maria to zrozumiaùa. Coraz mniej ich dzieliùo.

Jak wyglàdaùo ich ýycie? Ksiàdz, który udzielaù im úlubu, powiedziaù: „niech piækno dobrej ýony' Tak byùo. Maria by­ùa dobra. Byùa bez wàtpienia najlepszà rzeczà, jaka zdarzyùa mu siæ w ýyciu. Choã na poczàtku, musiaù to przyznaã obiek­tywnie, daleko jej byùo do peùnego wdziæku umiaru, którego potem tak bardzo zazdroúcili mu przyjaciele. Przyjaciele. No cóý. Dom jest twierdzà i trzeba go chroniã przed zùymi wpùy­wami. Niektórzy siæ powykruszafi, niektórzy zaùoýyli nowe ro­dziny. Poglàdy jego i Marii w tych sprawach byùy jednakowo tradycyjne. Staùoúã - to byùo to, o co im w ýyciu najbardziej chodziùo.

Jeúli siæ chce ocaliã swój dom, trzeba go chroniã i pilnowaã przed úwiatem. Tyle zùa dookoùa. Wystarczyùo obejrzeã dzien­nik albo otworzyã gazetæ. Maùýeñstwo bædzie dobre, jeúli bæ­dzie otoczone dobrymi zwiàzkami. A ile ich byùo, tak dobrych jak jego zwiàzek? Czyý go nie ocaliù od rozpadu?

Kawa wystygùa. Tak zatopiù siæ w myúlach, ýe zapomniaù o niej, a przecieý nie znosiù zimnej kawy. Czy coú siæ miædzy nimi popsuùo? I kiedy?

Przeýyli teý wspólnie trudne chwile. Kiedy Maria po­wiedziaùa, ýe jest w ciàýy, próbowaù siæ cieszyã, choã widziaù, co dzieci robià z maùýeñstwem. Jak kobiety przestajà byã ýo­nami, a stajà siæ wyùàcznie matkami. Ale Maria byùa taka szczæúliwa.

Kiedy znalazù jà na podùodze w kuchni nieprzytomnà i za­krwawionà, obok jeszcze wilgotnej biaùej firanki i przewróco-

nego stoùka, myúlaù, ýe oszaleje z bólu. Ale byù przy niej caùy czas, w karetce i w szpitalu. Wszædzie. Z wyjàtkiem sali opera­cyjnej, na którà zawieêli Mariæ natychmiast.

Marii trudno byùo wróciã do normalnego ýycia. Pogodziã siæ z faktem, ýe juý nigdy nie bædà mieli dzieci. Pùakaùa caùymi dniami. Dopiero jak jej wytùumaczyù, ýe on siæ nie martwi, wùaúciwie to siæ nawet cieszy, Maria przestaùa pùakaã. A on nie oddaùby jej za ýadne najcudowniejsze na úwiecie dziecko, nawet za chùopca, który nosiùby jego nazwisko. Nigdy wiæcej nie widziaù Marii pùaczàcej. Czy to nie dziwne, ýe dopiero te­raz to sobie uúwiadomiù?

Pamiæta tamten swój strach o Mariæ. Stojàc pod salà ope­racyjnà, modliù siæ o Mariæ, nie o nie. Ono. Minæùo tyle lat, a nie potrafiù myúleã o nim inaczej. Ono umarùo. Nie chciaù mieã wiæcej dzieci. Kiedy wyszedù do niego lekarz i powie­dziaù, ýe musi podpisaã zgodæ na operacjæ, ýe ciàýa zaczæùa siæ zachowywaã jak nowotwór, zaúniad graniasty - bez chwili wa­hania podpisaù. Zrobiùby wszystko, ýeby ratowaã ýycie Marii. I w karetce bezradnie szeptaù: „Mario, nie, proszæ, zaczekaj'. To byù jedyny moment, kiedy straciù panowanie nad sobà.

Jego miùoúã byùa wieczna jak trawa. Nie opieraùa siæ na ulotnej namiætnoúci czy poýàdaniu. Byùa potrzebà serca i o tym nigdy nie zapominaù. Oczywiúcie, byùa teý namiætnoúã miædzy nimi. Kochali siæ przecieý, choã ani on, ani Maria nie naleýeli do tych, co to dyszà w sposób nieprzyzwoity czy wyda­jà z siebie jæki. A jednak dùonie Marii byùy delikatne jak ta­jemnica jej wnætrza, pod wpùywem jej dotyku jego serce top­niaùo i zapadaù siæ w niebyt. Caùowaù jà delikatnie i oplataù sobà w miùosnym rytmie, pilnujàc, aby jej zawsze byùo dobrze.

Mieli przecieý udane ýycie. Byli dobrym maùýeñstwem. Najlepszym, jakie znaù. Ich znajomi rozchodzili siæ i schodzili,

zdradzali i wybaczali, kùócili i godzili - oni jedni trwali nie­przerwanie przez te wszystkie lata.

Ale rzeczywiúcie, coú byùo nie w porzàdku. To, ýe Marii nie ma dzisiaj, to nie przypadek. Moýe coú mu chce daã do zrozu­mienia? Tylko ýe przecieý mogli o tym porozmawiaã. Przeko­naù jà wiele lat temu, ýe tylko rozmowa Ýe ich zwiàzek przetrwa, jeúli bædzie poza wszelkà manipulacjà. Ale Maria rzeczywiúcie ostatnio byùa inna. Coú siæ w niej zmieniaùo. Mo­ýe nie doúã jej okazywaù uczuã? Moýe siæ boi, ýe màý juý jej tak nie kocha? Postarzeli siæ oboje, ale przecieý najpiækniej­sze chwile mogà byã jeszcze przed nimi. Teraz bædà mieli mnóstwo czasu dla siebie. Wyjadà gdzieú Od dawna odkùa­dany wyjazd bædzie moýliwy. Musiaù coú przeoczyã Zawsze czekaùa na niego z ciepùym obiadem, potem No wùaúnie, potem ona zmywaùa, on odpoczywaù po pracy, a potem Za­wsze byùo coú do zrobienia w domu, zresztà czæsto przynosiù do domu robotæ. Przepisy tak szybko siæ zmieniaùy, trzeba byã na bieýàco. Dziú ksiægowoúã to nie to, co kiedyú Zresztà najwaýniejsze byùo utrzymanie domu na pewnym poziomie. Ýeby Maria miaùa zawsze to, co chce

No wiæc, kiedy coú siæ zmieniùo? Prowadzili doúã samotne ýycie, ale przecieý mieli siebie. I Maria siæ z tym zgodziùa. Wiæc? Na pewno nie chodzi o dzieci, dzieci juý by wyfrunæùy z gniazda, teý byliby juý dwojgiem samotnych starzejàcych siæ ludzi Po úlubie? Po úlubie okreúlili swoje priorytety i trzy­mali siæ tego przez nastæpne lata A moýe, moýe nie powi­nien siæ godziã na Tak! Nigdy nie powinien byù siæ zgodziã, ýeby Maria byùa, tak jak chciaùa, Marià. W tym nie byùo czuùo­úci ani intymnoúci, a przecieý to wùaúnie chciaù daã Marii. To siæ musi zmieniã. Wszystko bædzie inaczej. Ileý razy miaù

ochotæ powiedzieã Marysiu, Marylko, Marysieñko, ale pamiæ­taù jej ton „Jestem Maria, nie Mania, Marysia, Majka. Maria'. Jak mógù sobie na to pozwoliã? To jej zdanie wpùynæùo tak na­prawdæ na ich ýycie!

Wylaù zimnà kawæ i przepùukaù filiýankæ. Siægnàù po úcie-reczkæ, dokùadnie wytarù i odstawiù do szafki. Nawet przestaù myúleã o jedzeniu.

Musi odpoczàã.

Wszedù do sypialni.

Pod kocem, odwrócona do niego tyùem, leýaùa Maria. Ser­ce podskoczyùo mu w piersiach. Bat siæ, ýe zemdleje. Maria! Boýe, ona nie ýyje!

Przypadù do tóýka i chrapliwym szeptem zaczàù ýarliwie powtarzaã:

-Boýe, nie, Boýenie!

Maria poruszyùa siæ i podniosùa rækæ do czoùa.

- Zasnæùam? - zapytaùa, a jej gùos rozniósù siæ po pokoju zapachem konwalii. Bogu niech bædà dziæki!

Potem jej powie, jak siæ czuù, kiedy zobaczyù, ýe nie czeka­ùa na niego. Teraz ma waýniejsze rzeczy na gùowie. Serce uspokajaùo siæ. Zaczàù mówiã:

- Wszystko rozumiem, wszystko. Mario, to wszystko moý­na zmieniã. Zaczniemy od nowa. Przecieý ýycie przed nami. I nie bædæ do ciebie mówiù Mario, nie zgadzam siæ, bædæ do ciebie mówiù tak, jak zawsze chciaùem, a ty mi na to nie po­zwoliùaú, tyle lat, tyle lat - szeptaù do jej odwróconej gùowy. -Marysiu, Marysieñko moja. Wszystko zmienimy. Bædziesz najszczæúliwszà kobietà na ziemi. Tak ciæ kocham, Marysiu -powtarzaù z luboúcià zdrobnienie jej imienia, którego nigdy nie miaù odwagi wymówiã.

Usùyszaù ùkanie i poùoýyù uspokajajàco rækæ na jej gùowie. Byù naprawdæ wzruszony. Wszystko moýna zaczàã od nowa. Niech pùacze, niech sobie nareszcie przy nim popùacze.

Maria stràciùa jego rækæ.

Przez utamek sekundy widziat jej twarz. Ale musiaùo po­trwaã, zanim dotarto do niego, ýe Maria nie pùacze. Maria siæ úmiaùa. I zanim zdàýyùa zakryã rækami twarz, bùysnàù mu obcy grymas jej ust.

3- hulanie o miùoúã

Podanie o miùoúã

Do Sàdu Rejonowego Wydzial Karny za poúrednictwem odwoùujæ siæ od decyzji nr rej. 1328/01 w sprawie wykroczenia ruchu drogowego. Dnia 01 r. Straý Miejska wylegitymowaùa mnie za niewùaúciwe parkowanie pojazdu marki. Mandatpodpi-saùem krzyýykiem - taki mam rodzaj podpisu. Straýnik miejski powiedziaù, ýe sprawæ wobec tego kieruje do Kolegium ds. Wy­kroczeñ i widaã sùowa dotrzymaù. Nie byùo moim zamiarem ob­raýenie kogokolwiek, a tym bardziej przedstawiciela wùadz lokal­nych. ..

Podniosùa oczy na mæýczyznæ. Uúmiechaù siæ.

- To dowcip? - zapytaùa ostro.

Byùa w pracy i nie miaùa czasu na gùupie dowcipy.

- Nie, proszæ pani - odezwaù siæ ùagodnie, a oczy dalej mu siæ uúmiechaùy. - Zaùàczam stosowne dokumenty, wzór pod­pisu z banku itd.

Zacisnæùa prawà dùoñ. Nie wierzyùa ani jednemu sùowu. Ale skoro ludziom siæ chce wyprawiaã takie rzeczy Byùa zùa na siebie, ýe w ogóle siæ odezwaùa, ýe zapytaùa o cokolwiek. Ona nie byùa od myúlenia. Byùa od przepisywania.

- Proszæ usiàúã i zaczekaã.

Poùoýyùa ræce na klawiaturze i spod jej palców popùynæùy sùowa do sàdu rejonowego w sprawie nr rej. 1328/01. Zleciùa komputerowi „drukuj' i dopiero wtedy ponownie spojrzaùa na mæýczyznæ.

By! niski. Niewiele wyýszy od niej. Gdyby wùoýyùa buty na obcasach, nie mógùby siæ pokazaã przy niej na ulicy. I miaù ùadne wùosy. Gæste. Jakby mu je przeczesaã rækà, tak jak robià na filmach - pewno nawet by nie poczuù przez tæ gæstwinæ. Ile czasu musi spædzaã u fryzjera? Byù dobrze ostrzyýony, nie za dùugo, nie za krótko. I miaù ùadne dùonie. Zauwaýyùa od razu, jak tylko jej podaù te swoje bazgraùy. Fajne mæskie dùonie, za­dbane i silne.

Drukarka zrobiùa pipipipip.

Czy doszczætnie zgùupiaùa, ýeby tak myúleã? Widaã ma za duýo czasu. I nie zapytaùa, w ilu kopiach. Co siæ z nià dzieje?

- W dwóch egzemplarzach, jeúli pani tak uprzejma. Pani tak uprzejma. Przecieý od tego tu jest.

- Dwadzieúcia zùotych - powiedziaùa ugrzecznionym to­nem.

To jest klient, a ona tu pracuje. Nie moýe o tym zapomi­naã. Coú widaã wisi w powietrzu, ýe zapomniaùa.

- Dziækujæ pani. - Mæýczyzna podniósù siæ i poùoýyù pienià­dze przy komputerze.

- Rachunek? -Nie, dziækujæ pani.

Kiedy podawaùa mu kartki, ich dùonie zetknæùy siæ na mo­ment. Zdrætwiaùa, a on byù juý przy drzwiach.

Jego „do widzenia' pozostaùo bez odpowiedzi, drzwi siæ zamknæùy. Dopiero wtedy zdaùa sobie sprawæ, ýe wstrzymuje oddech. Wstaùa od komputera i miaùa wraýenie, ýe stoi nie na

wùasnych nogach. Nigdy, przenigdy siæ jej to nie zdarzyùo. Ýe­by w sposób tak fizyczny zareagowaã na obcego mæýczyznæ. Moýe to ta pogoda, na pewno spadùo ciúnienie. Jest tak strasz­nie duszno. Od wczoraj niebo zaciàgaùo siæ szaroúcià, bædzie deszcz.

Otworzyùa okno i odetchnæùa peùnà piersià. Listopad -i tak ciepùo! Patrzyùa na ulicæ bezmyúlnie, choã byùo tyle pracy. Na jutro musi skoñczyã przepisywanie pracy magisterskiej, a on wychodzi z bramy, jest w nim coú przyciàgajàcego wzrok, a przecieý niscy mæýczyêni nie sà przystojni, i jeszcze dwa krótkie podania do spóùdzielni mieszkaniowej. Boýe, stanàù i spojrzaù w góræ!

Odskoczyùa od okna jak oparzona. Zobaczyù jà czy nie? Ja­ki wstyd!

Siadùa przy komputerze i zaczæùa pùynnie wystukiwaã zda­nie. Jakie szczæúcie, ýe kiedyú zrobiùa kurs maszynopisania! Tu jej na pewno nikt nie bædzie szukaù. Moýe zaczàã wszystko od poczàtku.

Wnoszæ o rozwód z winy mojego mæýa Ireneusza D. syna Jó­zefa i Michaliny, który mimo ýe ze mnà oýeniony od lal nie speù­nia swoich obowiàzków i nastàpil trwafy i dlugi rozklad poýycia, na co dowody ja mam, Wysoki Sàdzie, i przedstawiæ Wysokiemu Sàdowi, bo to drañ taki i obibok, chyba ýeby Sàd mu powiedzial, bo przecieý dzieci mamy, moýe siæ on opamiæta, Wysoki Sà­dzie. ..

Spojrzaùa na ekran i jeszcze raz przeczytaùa przedziwny po­zew. Goùym okiem widaã, ýe ta kobieta nie chce siæ rozwo­dziã! I sàd bædzie miaù ubaw po pachy razem z Ireneuszem D. I po licho wtràcaã siæ do cudzego ýycia? Nie! Nie i jeszcze raz nie. To jest BIURO PRZEPISYWANIA NA MASZYNIE. Nic wiæcej.

Dlaczego kobiety nie mogà pogodziã siæ z tym, ýe przesta­jà byã kochane?

Ona pogodziùa siæ juý dawno. Na umierajàcà miùoúã nie ma lekarstwa. Moýna tylko odejúã. Próbowaã zapomnieã. Nie ýyã zùudzeniami. Przestaã siæ oszukiwaã. Wstawaã rano, jeúã sa­motnie úniadanie. Pracowaã. Nie myúleã o gùupstwach. Nie czekaã. Tak jak ona,

To podanie w sprawie nieprawidùowego parkowania jej za­szkodziùo.

Od bardzo dawna staraùa siæ odzyskaã spokój i wùaúciwie po­godziùa siæ ze swojà samotnoúcià. Wracaùa do domu póêno, po drodze kupowaùa coú do jedzenia, braùa prysznic i przebieraùa siæ w dùugà domowà sukniæ z miækkiego aksamitu. Wyglàdaùa w niej jak z innej epoki. Rozpuszczaùa dùugie wùosy, przez caùy dzieñ úciàgniæte w wæzeù i musiaùa przyznaã - wyglàdaùa jak jak kobieta. No, moýe nie piækna, ale na pewno interesujàca. Podwijaùa nogi na fotelu i wùàczaùa Bregovica. Cichutka muzy­ka ùagodziùa jej rysy, a ona czytaùa prawie do póùnocy. Ksiàýki byùy jej caùym úwiatem. Podróýowaùa. Byùa w miejscach, o któ­rych tylko mogùa marzyã. Pùakaùa nad nieszczæúciami innych, nie wstydzàc siæ ùez, a czasem úmiaùa siæ gùoúniej, niý úpiewaù Sting. Rano zaú budziùa siæ i znowu wiàzaùa wùosy w ciasny wæ-zei na karku, ubieraùa siæ w skrojonà prosto szarà lub beýowà sukienkæ, która ukrywaùa jej ksztaùty. Tak trzymaã.

Ranek nastæpnego dnia byù inny. Zamyúlona staùa przed lustrem przy drzwiach, gotowa do wyjúcia, a potem jednym ru­chem dùoni wyciàgnæùa spinkæ. Wùosy rozsypaùy siæ na ramio­na. Wyglàdaùa zdecydowanie bardziej atrakcyjnie. Dlaczego wùaúciwie nosi spiæte? Powinny czasem odpoczàã. Dzisiaj od­pocznà.

BIURO PRZEPISYWANIA NA MASZYNIE tego dnia wy­daùo jej siæ jeszcze bardziej ponure. A spædza tu polowe swo­jego ýycia! Nigdy nie zwracaùa uwagi na úciany, nagie i suro­we, smutne po prostu. I gdyby postawiã w oknie jakieú kwiaty A moýe wræcz nie w oknie, tylko przy fotelu? Tam, w rogu? Byùoby na pewno przyjemniej

Po co zawracaã sobie gùowæ takimi rzeczami. Dziú napraw­dæ ma sporo pracy. Wùàczyùa komputer i na ekranie wykwita­ùy nowe sùowa w zwiàzku z powyýszym uprzejmie proszæ o po­nowne rozpatrzenie

Byùo juý po czwartej, kiedy spojrzaùa na zegar u doùu ekra­nu. Jak to dobrze, ýe ýona Andrzeja D. nie przyszùa, podanie jeszcze nie byùo gotowe.

Odchyliùa gùowæ do tyùu, bolaù jà kark i w ogóle jakoú tak I wtedy skrzypnæùy drzwi i stanàù w nich On.

Chwyciùa jednà rækà wùosy, skræciùa je mocno, a drugà grzebaùa w torbie w poszukiwaniu spinki. Byùa zùa na siebie, jak dawniej. Co teý jej strzeliùo do gùowy! Upiæùa wùosy, a on staù i przyglàdaù jej siæ spokojnie. To trwaùo wiecznoúã.

- Dzieñ dobry-powiedziaù. -Wùaúciwie

- Sùucham. - Opanowaùa siæ szybko i wzrok jej stward­niaù.

- Chciaùem panià zaprosiã na kawæ. - Nie uúmiechaù siæ tak jak wczoraj, byù spiæty.

- Dziækuje bardzo - odpowiedziaùa sùuýbowo. - Po pierw­sze, nie pijam kawy, po drugie, nie mam zwyczaju umawiaã siæ z klientami, po trzecie, mam duýo pracy. Coú jeszcze?

Mæýczyênie twarz siæ lekko skurczyùa, a moýe jej siæ przy­widziaùo.

- To przepraszam - powiedziaù, a ona znowu poùoýyùa dùo­nie na kùawiaturze.

Drzwi trzasnæùy, nie podniosùa gùowy i wpatrywaùa siæ w ze­gar u doùu ekranu. Minuta, dwie, trzy. Wychodzi z bramy, pil­nowaã siæ, ýeby nie podejúã do okna, tak gùupio siæ zachowaùa, i po co to tùumaczenie, po pierwsze, po drugie.

Byùa zùa. Byùa zùa na siebie. Nie powinna I te wùosy.,. Przestañmy siæ oszukiwaã. Po prostu miaùa nadziejæ, ýe go jeszcze zobaczy. Mæýczyznæ, który policjantowi podpisuje siæ krzyýykiem! Który na pewno drwi ze úwiata i z takich jak ona kobiet. Mæýczyznæ, który - nie ukrywajmy tego - zrobiù na niej wraýenie.

W zwiàzku ze zmianà mojego statusu zawiadamiam odpo­wiednie organy

Nazajutrz przyszùa do biura wczeúniej niý zwykle. Êle jej siæ spaùo, obudziùa siæ nad ranem przeraýona.

Siedziaùa przed ekranem komputera juý trzecià godzinæ, kiedy wszedù. Powiedziaù uprzejmie, bez úladu zakùopotania i juý bez tego beztroskiego uúmiechu:

- Mam dwie strony tekstu, moýna prosiã o przepisanie na jutro?

Staraùa siæ na niego nie patrzeã, ale to byùo bez znaczenia. Jego gùos robiù swoje. Byù gùæboki i ciepùy, choã obcy. Petent.

- Proszæ bardzo,

Po jego tekst siægnæùa, kiedy zapadù zmierzch. Zapaliùa lampkæ przy biurku. Pomyúlaùa, ýe moýe dùuýej popracowaã. Aleý tu nie byùo poczàtku! Co za niechlujstwo! Otworzyùa nowy plik i zaczæùa pisaã:

- - .wyglàdaùaby jak lania. Tak ruszajà siæ tylko zwierzæta pelne wdziæku i wolne. Nie wyobraýam sobie, jaka by to byla przyjem­noúã iúã kolo tej smukùej kobiety. Mógibym byã zazdrosny o spoj-

rýenia innych mæýczyzn, wiæc kupiùbym kolorowe parasole i oto­czyù jà ze wszystkich stron. A mimo to królowalaby i na ulicy, i wszædzie, gdzieby siæ znaiazta. Myúlæ, ýe ziemia, po której cho­dzi, jest jej wlasnoúcià, tak pewnie stawia kaýdy krok

Przerwaùa. Na pewno siæ pomyliù. Dal jej niewùaúciwe kart­ki. Nie ten tekst. To sà jakieú prywatne zapiski, nie wolno jej nawet tego czytaã. A mimo to przebiegùa wzrokiem spiæte czerwonym spinaczem kartki. Ukradkiem, szybko,

Nie wiem, co siæ ze mnà dzieje. Docieram do siebie z trudno­úcià i znajdujæ w sobie pokùady uczuã, których istnienia nie po­dejrzewaùem. Bezbronnoúã, z jakà patrzy, wzrusza, nawet obojæt­noúã i gniew nie sà w stanie jej osùoniã. Ale czuùem, kiedy dotknæùa mojej ræki

Odùoýyùa rækopis. Serce jej biùo szybko, jakby biegùa nie wiadomo dokàd, a teraz czas zatrzymaã siæ i spojrzeã za sie­bie. Oto poznaje tego mæýczyznæ, wbrew jego woli. Niechcà­cy. Tak jakby podglàdaùa kochajàcà siæ paræ przez dziurkæ od klucza. I juý nie moýna siæ wycofaã, bo zauwaýà. Moýna tylko zamknàã oczy. Zamknæùa oczy i pomyúlaùa, ýe o niej nigdy nikt w ten sposób. A moýe to pisarz? Moýe poeta? I podpi­suje siæ krzyýykiem? Otrzàsnæùa siæ ze smutku, który nagle za­wisnàù w powietrzu. Trzeba mu oddaã ten tekst. I nie trzeba byùo go czytaã.

Mieszkanie wydaùo jej siæ nieprzyjemne i zimne. Leýaùa w wannie z przymkniætymi oczyma. Od razu po kàpieli wtuli­ùa siæ w kàt na tapczanie. Nie mogùa czytaã, nie chciaùa sùu­chaã muzyki. Chciaùa tylko spaã, nic wiæcej.

W úrodæ Mæýczyzna pojawiù siæ tuý przed zamkniæciem.

- To nie jest chyba ten tekst, który pan chciaù, który któ­ry ja - plàtaùa siæ, a on patrzyù jej prosto w oczy, byã moýe trochæ speszony.

- Rzeczywiúcie. Przepraszam panià. Tu jest ten wùaúciwy. Bædæ jutro po poùudniu, zdàýy pani?

Zdàýy. Zanim siæ zorientowaùa, juý go nie byùo.

Wyobraýam sobie, ýe wloýyùa buty na obcasach. Wyglàdaùaby wtedy jak ùania Przyglàdaùem siæ jej, jak pisze. Jak delikatnie jej palce biegnà po klawiaturze, ajejoczymajà wzrok zwierzæcia, które siæ kryje. I oby nikt tego nie zauwaýyù.

Jak on úmie! Jak úmie robiã sobie z niej poúmiewisko, idiotkæ, Taki tani chwyt, taki bezczelny typ, niedobry czùo­wiek, który bædzie bawiù siæ jej zaýenowaniem. Przewracaùa kartki w poúpiechu. O proszæ!.,.

Wczoraj nasze ræce spotkaùy siæ po raz pierwszy. Miaùem uczucie, jakbym dotknàù pùomienia, który nie parzy, ale w które-go cieple moýna grzaã siæ caùe ýycie. Podniosùem oczy. Twarz nie­dostæpna i obca. Co zrobiã, ýeby móc siæ zbliýyã? Jest taka jak jej wùosy - puszczone z uwiæzi ýyjà wùasnym ýyciem.

Na przemian oblewaùa siæ rumieñcem i bladùa ze zùoúci. Tak jà zaczepiaã! Wydawaã sàdy o niej! Znaã jà tak dob­rze

Co mogæ zrobiã, ýeby strach nie paraliýowaù jej oczu, jak wte­dy, kiedy zaprosiùem jà na kawæ?

Strach! Teý coú! Po prostu nie bawi siæ w takie gierki. Oczy­wiúcie, ýe przepisze ten tekst i odda. Jakby nie byù o niej. Jak­by to nie byùa jego zabawa. Po prostu ma zadanie do wykona­nia. Ze zùoúcià poùoýyùa ræce na klawiaturze. Wydrukowaùa tekst i spiæùa spinaczem. Granatowym. Ot co!

Dùugo przewracaùa siæ na ùóýku. Koùdra byùa za goràca, bez koùdry chùód listopadowej nocy przenikliwy. Litery z ekranu komputera ukùadaùy siæ w sùowa, które nie chciaùy zniknàã.

.. .Przecieý chodzi tylko o szansæ, nic wiæcej. Ýeby nie prze­gapiã czegoú, co moýe byã istotne.

Nie miaùa ýadnych zùudzeñ. Nie byùa piæknoúcià. Nie byùa juý nastolatkà. Byùa dojrzaùà kobietà, a takim podobne rzeczy siæ nie zdarzajà. Jeúli sà naprawdæ. Wiæc to nie jest prawda, tylko jakieú nieporozumienie. Gra jakaú. Która ma jà znisz­czyã. Odsùoniã. Zniewoliã. Nie da siæ.

Ranek zastaù jà przy stole. Kawa dymiùa.

Otworzyùa szafæ i spod stosu szarych i beýowych rzeczy wy­dostaùa nie noszonà od dawna sukienkæ z czerwonego kaszmi­ru i czarny ýakiet. Nie ma co siæ ukrywaã, udawaã, ýe siæ boi. Nie boi siæ i on to zobaczy.

Stanæùa przed lustrem i zaczæùa czesaã wùosy. Dùugie, spa­dajà poniýej ramion. Bùyszczàce po wczorajszym myciu, nie zwiàzaùa ich na noc, luêno i swobodnie próbujà teraz wolno­úci, skræcajàc siæ w maùe loczki tuý przy twarzy. Odrzuciùa do tyùu gùowæ. Tak bædzie dzisiaj wyglàdaã.

Kiedy wszedù, byù niewàtpliwie zaskoczony. Nawet bardzo. Przyglàdaùa mu siæ z satysfakcjà. Uúmiechnæùa siæ. Powie­dziaùa;

- Za ekspres stawka jest podwójna. 42

I ani sùowa wiæcej. Wyciàgnàù pieniàdze, podziækowaù,

chwilæ siæ wahaù, a ona dalej siæ uúmiechaùa:

- Coú jeszcze? Pan wybaczy, mam duýo pracy.

Patrzyù na nià z uwagà, jakby chciaù zobaczyã coú, czego chyba nie dojrzaù, bo odwróciù siæ i wyszedù.

A ona ponownie siadùa przed ekranem i skoñczyùa odùoýo­ny pozew w sprawie mæýa Ireneusza D. Drania i obiboka.

Nie daùa siæ nabraã.

W nocy koùdra znowu wydawaùa jej siæ za ciæýka i goràca. Odkrywaùa siæ, a wtedy chùód listopadowy przenikaù jà do szpiku koúci. Zasnæùa nad ranem umæczona. Po raz pierwszy spóêniùa siæ do biura,

Przed drzwiami staù niechlujny chùopak z walkmanem na uszach.

- Pani Hanna M.? Przesyùka dla pani.

Wróciù do samochodu, po tæ przesyùkæ a ona otworzyùa drzwi. Podstawiù jej do podpisania kwit. Kwiaty poùoýyù na biurku i zniknàù.

Bukiet byù olbrzymi. Róýnokolorowy. Nazw niektórych kwiatów nie znaùa. Do wysokiej róýy doùàczona byùa koperta. Rozerwaùa jà i zaczæùa czytaã:

Przepraszam, jeúli Panià urazilem. Przepraszam, ýe nie bylem szczery. Nie miotem innego pomyslu, jak przyjúã do Pani z poda­niem, które by zwrócilo Pani uwagæ. Wiem, ýe po pracy nigdzie Pani nie bywa. Przepraszam równieý za to, ýe uczucia, które mnà targnæfy, przypisaùem takýe Pani. To we mnie jest strach przed úwiatem, któremu próbujæ siæ opieraã. Kiedy dotknæla Pani nie­chcàcy mojej ræki, poczulem, jak skorupa, w którà siæ zaklepi-lem wiele lat temu, pæka. Nie umiaùem sobie z tym poradziã. Pa-

ni odmowa byla tak stanowcza, ýe chwycilem siæ ostatniej deski ratunku - tych tekstów, które musiala Pani przepuúciã przez komputer. Miotem nadziejæ, ýe jeúli pozna Pani prawdæ, wspólnie moýemy daã czemuú szansæ mój telefon bædæ czeka!

W podpisie krzyýyk.

Nie musi dzisiaj pracowaã. Po prostu wywiesi kartkæ: „Biu­ro nieczynne z powodu choroby'. Ot, takie proste. Kiedy przycinaùa kartonik z tà informacjà, do pokoju weszùa ýona Ireneusza D.

I wtedy zrobiùa coú, czego nie miaùa prawa robiã.

- Niech siæ pani zastanowi - powiedziaùa, podajàc jej prze­pisany pozew. - Przecieý pani go kocha. Dopóki ktoú chce ko­chaã, jest jeszcze szansa.

Kiedyú

- Dwadzieúcia po pierwszej, co ja tu robiã? -Po dwunastej.

Odwróciù siæ, niebieska piýama zniknæùa w drzwiach, które nigdy nie zostaùy dobrze dopasowane.

- Dobranoc. - Przytùumiony gùos niósù siæ ze schodów w puste mieszkanie. - Nie siedê za dùugo.

- Nie bædæ. Dobranoc.

Papieros zsuwaù siæ z popielniczki na obrus. Podniosùa go do ust i spojrzaùa na zegarek. Siedemnaúcie po dwunastej. Za­únie, za chwilæ zaúnie i nie zauwaýy, ýe jej nie ma. Ale jeszcze nie moýna podejúã do telefonu. Jeszcze za wczeúnie, mimo ýe tak póêno. Przesunæùa palcem po klinkierze pokrytym sadzà.

Tak przecieý nie moýe byã. Ogarnæùo jà zmæczenie. Wszechogarniajàce zmæczenie wiecznà ucieczkà przed wspól­nym pójúciem spaã, przed wspólnym porannym wylegiwaniem siæ w ùóýku, przed wspólnymi spacerami. Jak dùugo moýna udawaã, ýe pilna robota na jutro jest koniecznoúcià? Ýe najle­piej jej siæ pracuje w nocy? Bo w dzieñ, sam rozumiesz

Moýe rozumiaù, moýe siæ domyúlaù, moýe podejrzewaù, ýe po prostu chce byã sama. Bez powodu.

Piekùo wybrukowane dobrymi chæciami. Dobre chæci zmontowane z nieustajàcych drobnych niedomówieñ w imiæ nieranienia. A w úrodku proste, nieskomplikowane kùamstwa. Bala siæ, ýe kiedyú jà Tam zaprowadzà. Ze w koñcu nie da siæ tego uniknàã, a juý na pewno w tej sprawie nie bædzie moýna nic a nic oszukaã.

Telefon kusiù coraz bardziej. Zadzwoniã juý! Dwa krótkie sygnaùy, rozùàczyã siæ, odczekaã dwie minuty, z zegarkiem w ræku, i znowu siæ poùàczyã. Jeúli jest, jeúli moýe podejúã do telefonu, jeúli moýe rozmawiaã - usùyszy jego ciepùy gùos przez moment.

Wtedy bædzie miaùa doúã siùy, ýeby znieúã niechciany dotyk swojego mæýa, kiedy juý wejdzie do maùýeñskiego ùóýka. Mi­mowolne spotkanie dwóch obcych ciaù. Odwracaù siæ przez sen w jej stronæ i ciepùà sennà rækà przysuwaù jà bliýej. Bez miùoúci.

A ona drætwiaùa z rozpaczy, ýe to nie ta ræka, nie ten czùo­wiek, i piekùo otwieraùo siæ coraz szerzej. Ale teý mogùa sobie wyobraýaã, ýe to nie on. Tylko ýe wtedy chwilowa, czysto zmy­sùowa przyjemnoúã przenosiùa jà poza bramæ piekùa. Ze ster­czàcymi sutkami i ciaùem przygotowanym nie do tej miùoúci odwracaùa siæ do okna i dùugo nie mogùa zasnàã.

Grzech. To jest wùaúnie grzech.

Na górze skrzypnæùy drzwi. Odskoczyùa od kominka, siæg­næùa po rozùoýone na stole kartki. Niech nie wie, ýe nic nie ro­bi. Niech siæ jeszcze nie dowie, jeszcze nie teraz.

Poczuùa siæ jak uczennica zùapana przez rodziców na pale­niu papierosów. Jak dziú pamiæta to uczucie. Stalà na balko­nie w úniegu po kostki, ojciec poùoýyù jej rækæ na ramieniu. Co robisz, co ty wyprawiasz!!!

Nigdy juý nie da siæ tak gùupio przyùapaã. To úmieszne. To dziecinne. Ma prawo siedzieã we wùasnym domu i nie udawaã.

Czego nie udawaã? Odùoýyùa kartkæ. Odbite linie papilarne jej usmolonych palców zdobiùy górny prawy róg.

- Czy ty musisz o tej porze paliã?

- Nie moýesz spaã? - Pytania byùy lepsze niý odpowiedzi. -Napij siæ mleka.

Napiæcie rozlewaùo siæ w pokoju jak olej. Tùuste, nie do usuniæcia.

- To pomaga. - Zdobyùa siæ na troskæ w glosie. - Przynieúã ci?

- Dlaczego siedzisz po nocy? Czy ty to robisz specjalnie? Siadù przy niej i wziàù do ræki kartkæ maszynopisu.

- Nalejæ ci. - Podniosùa siæ. Za szybko.

Musi uwaýaã. Musi caùy czas uwaýaã na to, co robi. Nie za szybko, nie od razu, nie za troskliwie. To budzi podejrzenia. Lodówka, karton mleka, chude, 0,5%, nie wiæcej. Powinna rozciàã noýyczkami - rano nie bædzie afery, ale moýe lepiej, ýeby lekkie spiæcie zaiskrzyùo z rozerwanego kartonu. Pre­tekst. Szukanie pretekstów, wieczna manipulacja.

- Co ty tam robisz?

- Szukam noýyczek.

- W lewej szufladzie, chyba ýe jak zwykle nie odùoýyùaú na miejsce.

O, to lepiej. Jak zwykle. Juý nie trzeba udawaã. Moýna siæ tekko naburmuszyã. I tak nici z dzisiejszego telefonu. Za to moýe byã niezadowolona. Rozerwaùa karton palcami. Nierówno. Mleko laùo siæ poszarpanym strumieniem do szklanki.

Postawiùa jà na stole.

- Jest po pierwszej. Dùugo bædziesz siedziaùa?

- Nie wiem. Mam tyle do zrobienia.

Czas minàt. Minæùa najcenniejsza godzina - miædzy dwu­nastà a pierwszà w nocy, kiedy moýna byùo zadzwoniã, usùy­szeã dwa sygnaùy, poczekaã dwie minuty i zadzwoniã raz jesz­cze, usùyszeã tamten gùos i zasnàã spokojnie z tym wspomnieniem.

Czas minàù.

- Idæ spaã - powiedziaùa w tùustà oliwæ. - Dobranoc.

Kiedy odcinajà sznur i kùadà na podùodze lekko sztywne ciaùo, zastanawia siæ, w którym momencie zdecydowaù siæ zdjàã lampæ. I czy siæ nie pomyliù. Wùaúnie, nie pomyliù. Moýe myúlaù, ýe taki marny haczyk nie wytrzyma. Moýe chciaù tylko spróbowaã. Szklanka z mlekiem stoi dalej na stole. Wypiù tyl­ko trochæ. Mroêne powietrze wpada przez uchylone okno.

Policjant stoi tuý przed nià. Ona widzi ruchy jego warg, ale nie rozumie tego, co mówi. Patrzy niewidzàcym wzrokiem. Cegùy na kominku ukùadajà siæ we wzory, których przedtem nie zauwaýaùa. Na pewno szyber jest nie zamkniæty, dlatego tak wieje. I okno, oczywiúcie okno.

Policjant siæ usuwa. Lekarz, który przed chwilà nachylaù siæ nad ciaùem jej mæýa, teraz nachyla siæ nad nià.

-Jak siæ pani czuje?

Wzory z przybrudzonych cegieù ukùadajà siæ w ksztaùt wi­sielca. To zabawne, ýe nigdy tego nie spostrzegùa. Nastawia ostroúã wzroku na lekarza. Cegùy rozpùywajà siæ, wisielec zni­ka. Twarz lekarza lekko nabrzmiaùa, krostka pod okiem nada­je siæ do wyduszenia. Moýe najpierw do nakùucia igùà? Taki maùy paskudny kaszaczek.

Ciaùo mæýa juý na noszach.

- Na sekcjæ. Oczywiúcie, ýe na sekcjæ. - Krostka odwraca siæ w kierunku tamtych ludzi.

Z profilu jest podobny do buldoga. Policzki niemalýe falujà, a pùaski nos moýe spokojnie nawet nie rzucaã cie­nia.

Nosze znikajà, policjanci równieý. Buldog zamieniù siæ w okràgùy ksiæýyc w peùni. Podczas peùni nie moýe spaã. A teraz peùnia ma oczy mæýczyzny, który patrzy na nià z tro­skà. Tylko ten kaszak pod okiem Dobrze, ýe okno otwar­te

- Przestañ.

O, na ty do niej mówi, buldog jakiú niewydarzony, Syfili-tyczna Ksiæýycowa Twarz z Wypryskiem.

- Przestañ juý. Znam to.

Zna to. Màdrala Buldogowa. Doktor Nauk Medycznych Drugi Stopieñ Specjalizacji od Wisielców i Ich Ýon.

- Teraz dostaniesz zastrzyk. Wszystko bædzie dobrze. Nie chce, ýeby jà kùuù. Nie chce, ýeby wszystko byùo dobrze.

Ale jej ræce leýà bezwùadnie i nie moýe siæ poruszyã. Zanim zdàýy uùoýyã usta, ýeby warknàã „nie', dùuga igùa wchodzi lek­ko w ramiæ, jak w masùo. Przez gruby sweter, ten stary, szaro-niebieski, robiony jeszcze przez babciæ.

- Dwadzieúcia po pierwszej. Co ja tu robiæ?

- Po dwunastej.

Odwróciù siæ, niebieska piýama zniknæùa w drzwiach, które nigdy nie zostaùy dobrze dopasowane.

- Dobranoc. - Przytùumiony gùos niósù siæ ze schodów w puste mieszkanie.

4. Podanie o miùoúã

Papieros zsuwaù siæ z popielniczki powoli w kierunku obru­sa. Podniosùa go do ust i spojrzaùa na zegarek. Siedemnaúcie po dwunastej.

On zaúnie, za chwilæ zaúnie i nie zauwaýy, ýe jej nie ma. Nawet nie zauwaýy, ýe jej przy nim nie ma.

Nie bædzie chciaù, jak kiedyú, podejúã do telefonu, ýeby usùyszeã jej gùos. Wtedy tak wyczekiwany i oczekujàcy. Za­wsze, przed zaúniæciem. Kiedyú.

Kiedy jeszcze nie byli maùýeñstwem.

Taka umowa. O dwunastej. A teraz on úpi.

Czas minàù. Ich czas. Za póêno.

Przesunæùa palcem po klinkierze

Tak przecieý nie moýe byã. Ogarnæùo jà zmæczenie. Wszechogarniajàce zmæczenie wiecznà ucieczkà przed wspól­nym pójúciem spaã. Przed wspólnym udawaniem, ýe jeszcze moýna poleýeã w ùóýku. Przed wspólnymi spacerami, z obo­wiàzku, dla zdrowia. W których juý nic nie ma. Wszystko do­konaùo siæ bez ostrzeýenia. Ile lat moýna udawaã, ýe pilna ro­bota na jutro jest koniecznoúcià, ýe najlepiej jej siæ pracuje w nocy? Bo w dzieñ, sam rozumiesz

Rozumiaùa, domyúlaùa siæ, podejrzewaùa, ýe to wùaúnie on po prostu chce juý byã sam.

Piekùo wybrukowane dobrymi chæciami

Przegrali.

Telefon kusiù coraz bardziej. Zadzwoniã! Zadzwoniã gdzie­kolwiek, ýeby nie czuã siæ tak bardzo samotnà! Ani chwili dùu­ýej tu, w tym miejscu, gdzie juý nic

Kùaúã siæ w tym samym ùóýku, kiedy nie zostaùo nawet wspomnienie miùoúci. Mimowolne spotkanie dwóch obcych ciaù. Odwracaù siæ przez sen w jej stronæ i ciepùà sennà rækà przysuwaù jà bliýej. Z przyzwyczajenia.

A ona drætwiaùa z rozpaczy, ýe to nie ta ræka. co kie­dyú, choã ta, nie ten czùowiek, co kiedyú, choã ten, a piekùo otwieraùo siæ coraz szerzej. Ale teý mogùa wyobraýaã so­bie, ýe to ktoú zupeùnie obcy. Kogo nigdy nie kochaùa. Kto nigdy miædzy dwunastà a pierwszà w nocy nie czekaù na jej telefon.

Grzech. To jest wùaúnie grzech.

Na górze skrzypnæùy drzwi.

- Czy ty musisz o tej porze paliã?

- Znowu nie moýesz spaã? - Pytania byùy lepsze niý odpo­wiedzi.

- Napij siæ mleka.

Bo przecieý nie powiesz tak jak kiedyú „nie mogæ bez cie­bie zasnàã'.

Napiæcie rozlewaùo siæ w pokoju jak olej. Tùuste, nie do usuniæcia.

-To pomaga. - Zdobyùa siæ na troskæ w glosie. - Przy­nieúã ci?

- Dlaczego siedzisz po nocy? Czy ty to robisz specjalnie? Siadù przy niej i wziàù do ræki kartkæ, którà przedtem mia­ùa w ræku.

- Nalejæ ci. - Podniosùa siæ.

Za szybko. Trzeba uwaýaã, trzeba caùy czas uwaýaã na to, co robi. Nie za szybko, nie od razu, nie za troskliwie. To budzi podejrzenia. Pomyúli, ýe czegoú od niego chce. Ýe jeszcze cze­goú oczekuje. A przecieý nic juý siæ nie moýe zdarzyã. A ona nie da mu tej satysfakcji.

Lodówka, karton mleka, chude, 0,5%, nie wiæcej. Powinna rozciàã noýyczkami.

- Co ty tam robisz?

A gùos? Jaki ma glos? Smutny? On juý nie miewa smutne­go gùosu. To jest glos wyprany z jakichkolwiek emocji.

- Szukam noýyczek.

- W lewej szufladzie, chyba ýe jak zwykle nie odùoýyùaú na miejsce.

O, to juý lepiej. Jak zwykle.

Juý nie trzeba udawaã. Moýna siæ lekko naburmuszyã. Juý nie musi tæskniã. Moýe powoli zapominaã. Przeszùoúã jest nie­waýna. Jest tylko dzisiaj. Dzisiaj jest wùaúnie takie.

Rozerwaùa karton palcami. Znowu nierówno. Mleko laùo siæ poszarpanym strumieniem do szklanki.

Postawiùa jà na stole.

- Jest po pierwszej. Dùugo bædziesz siedziaùa? Ciekawoúã, wyrzut? Boýe, jakýeby chciaùa powiedzieã, tak

jak kiedyú: „moýe ci to jest na rækæ?'. Ale kiedyú zapalaùy mu siæ oczy i gùos matowiaù, kiedy mówiù „niedoczekanie' i pod­chodziù do niej z tym, braù jej twarz w swoje ræce i delikatnie caùowaù. Nie pozwalaù jej myúleã juý dùuýej o niczym, oprócz tego, ýe oto sà we dwoje.

Teraz jej nie byùo.

Czas minàù.

- Nie wiem. Idê spaã - powiedziaùa w tùustà oliwæ. - Do­branoc.

W którym momencie decyduje siæ zdjàã lampæ? I czy siæ nie myli? Wùaúnie, czy siæ nie myli? Moýe myúli, ýe taki mar­ny haczyk nie wytrzyma. Moýe chce tylko spróbowaã? Szklanka z mlekiem stoi w dalszym ciàgu na stole. Wypiù tyl-

ko trochæ i odszedù. Jest sama. Niech wobec tego bædzie sama. Bez udawania, ýe nie jest. To uczciwe. To nie grzech.

Mroêne powietrze wpada przez uchylone okno. Cegùy roz­pùywajà siæ, wisielec zamienia siæ w buldoga, buldog zamienia siæ w okràgùy ksiæýyc w peùni. Podczas peùni nie moýe spaã. A teraz peùnia ma oczy mæýczyzny, który patrzy na nià z miùo­úcià. I juý tak zostanie. Chce wyciàgnàã do niego ræce, ale jej ræce juý zwisajà bezwùadnie.

Ksiæýyc d upadù

Deszcz dopadaù ziemi doúã wolno.

Tak, jedyne co lubiùa w mieúcie, to widok mokrych drzew w úwietle latarni. Wszystkie bez wyjàtku robiùy siæ koliste lub póùokràgùe, ýadnych kantów. Po prostu bùyszczaùy w úwietle jak obsypane srebrem stare bombki. Nierzeczywiste, nieteraê-niejsze. Budziùy wspomnienia z bardzo dalekiej, miækkiej przeszùoúci

Ale nie teraz. Teraz juý nie widziaùa nic, tak mokro miaùa pod powiekami. To wszystko niewaýne. Jak najszybciej do do­mu. Trzeba tylko przebiec przez ulicæ, jeszcze zdàýy na ostat­nià kolejkæ. Jak najszybciej w przejúciu podziemnym. Bez­domni i pijani o tej porze mieszkañcy dworca podmiejskiej kolejki budzili strach.

Nic nie jedzie.

Wbiegùa na jezdniæ. Bruzdy bùotnego szlamu tworzyùy na asfalcie dwie pokraczne linie. Úlady jej butów przeciæùy ten wzór, a torba obijaùa siæ o udo. Jeszcze schody w dóù. Kolejka elektryczna juý warczaùa - zamykajàce siæ drzwi o maùy wùos nie przyciæty poùy jej pùaszcza.

W ostatniej sekundzie, zdàýyùa w ostatniej sekundzie. Co by zrobiùa sama w mieúcie o tej porze? Co by siæ staùo, gdyby byùa minutæ póêniej? Na pewno, wie to juý na pewno, nie zwróciùaby siæ do niego o pomoc. Juý nigdy. Wszystko prze­padùo, wszystko siæ skoñczyùo.

Zostawiù jà w úrodku nocy, samà na ulicy. Nie ma o czym rozmawiaã. Nie ma nawet o czym myúleã.

Otworzyùa torbæ. Bilet. Musi mieã bilet.

Od jak dawna nie jeêdziùa swojà kolejkà? Z okien swego domu na wsi widziaùa wieczorami jasnà gàsienicæ - jedyny znak ùàcznoúci z cywilizowanym úwiatem. Tam byù jej dom. I kiedyú przed samym nadjeýdýajàcym pociàgiem przeszùy spokojnie dwie sarny. I na maùej stacyjce sùychaã wszystkie ptaki, jak siæ jedzie rano i czeka.

Teraz juý nie zapomni tak szybko, co jest waýne. Waýne sà te sarny. I ýeby mieã zawsze bilety na kolejkæ. Nigdy nie ufaã teý mæýczyznom. To jest najwaýniejsze.

Nie ma. Oczywiúcie nie ma biletu.

Rozejrzaùa siæ po wagonie. Zmiæte dwie starsze kobiety. Jedna juý przysypia. Gùowa oparta o szybæ. Na pewno mie­siæczny. Druga wlepiùa wzrok w okno. Po co? I tak nic nie wi­daã, tak brudna jest ta szyba. Musi przejúã do innego wagonu. Drzwi. Zacinajà siæ. Ale tam ktoú jest. Mæýczyzna, kobieta

i dziecko.

- Przepraszam, moýe macie pañstwo bilet do odstàpienia?

- Nie ruszaj tego, mówiùam ci tyle razy, siedê spokojnie, mówiùam, ýe to za póêno o takiej porze, ale ty nigdy mnie nie sùuchasz. - Monotonny gùos niestarej jeszcze kobiety wlewaù siæ w ucho nieprzyjemnym zgrzytem. - Zobacz no, Boguú, o tej porze to siæ nawet biletu nie dostanie, siedê spokojnie, ile razy mam to powtarzaã, daj pani, Boguú, ten bilet - mówi-

la kobieta, nie podnoszàc na nià oczu. - No daj, w porponet-ce schowaùeú albo moýe i ja mam, pani czeka chwilkæ. - Ko­bieta grzebaùa dùonià w torbie.

Porponetka, coú takiego!

Staùa nad nià, niezræczna, wciúniæta miædzy zdania kobiety.

- Tu gdzieú wsadziùam, a ty, Boguú, co myúlisz, dobrze my­úmy zrobili, ýe tam pojechaliúmy? Siedê, mówiæ ci. - Ræka wy-wædrowaùa z torby i lekko klepnæùa chùopca.

Chùopiec odwróciù siæ od szyby pomazanej w esy-floresy i spojrzaù zdziwiony na matkæ.

- Pani poczeka, bo przecieý o tej porze to jak kontrol przyj­dzie albo co, to co pani zrobi? Boguú, no, dobrze zrobiliúmy? Patryk, nie kræã siæ, jak ja mam do tego chùopaka mówiã, o pro­szæ, jest! - Dopiero teraz podniosùa na nià oczy i wyciàgnæùa ræ­kæ z biletem. A oczy miaùa przygarbione wiecznà troskà, szare.

-Dziækujæ pani bardzo, w ostatniej chwili

- Proszæ, proszæ, ludzie to sobie powinni pomagaã, ja pa­trzyùam jak pani biegùa, nawet mówiùam do Bogusia zdàýy czy nic zdàýy, nie Boguú? To ostatni pociàg dzisiaj, kiedyú to wiæ­cej jeêdziùo i konduktor byù, i inaczej tu byùo, a teraz strach po nocy jeêdziã samemu.

Wsypaùa na drobnà dùoñ kobiety pieniàdze za bilet.

- Proszæ pani, mogæ skasowaã? - Chùopiec patrzyù na nià usùuýnym spojrzeniem. Czarne oczy i w úrodku jasne iskry, choã w kolejce ciemno, lampy po jednej stronie siæ nie paliùy.

- Bardzo proszæ. - Podaùa mu bilet i iskry rozjarzyùy siæ. Chùopiec juý byù przy kasowniku, pobiegù do niego, roz­chlapujàc maê, która pokrywaùa podùogæ wagonu. No tak, juý jesieñ.

- Patryk, Patryk - podniosùa gùos kobieta - co ja z nim mam, nieusùuchany taki, nie z tego úwiata, bardzo panià prze-

praszam, Patryk, chodê no tu, Boguú, dlaczego ty nic nie mó­wisz, no? - zwróciùa siæ z pretensjà do mæýa.

Mæýczyzna nasunàù czapkæ na oczy i wzruszyù ramionami.

Pociàg szarpnàù i zatrzymaù siæ. Kolejna stacja.

Chùopiec podaù jej bilet i usiadù na ùaweczce koùo matki, juý nie przy oknie. Drzwi rozsunæùy siæ. Czterech mæýczyzn zajæùo miejsca poúrodku wagonika. No, to juý nie usiàdzie tam, gdzie chciaùa, z dala od tej dziwnej pary i ich synka. Tamci na pewno sà po wódce, kto o tej porze jeêdzi, niech lepiej myúlà, ýe je­dzie wspólnie z tymi tutaj. Zawsze tak bezpieczniej.

Poczuùa goràco na policzkach. Jak on mógù jà zostawiã? W ogóle nigdy jej nie rozumiaù. Jak mogùa tego przez tyle cza­su nie wiedzieã?

- Dziækujæ pani. - Zdobyùa siæ na uúmiech, a postaci ko­biety, mæýczyzny i dziecka rozmazywaùy siæ coraz bardziej.

Przeszùa koùo kasownika i usiadùa tyùem do tamtych mæý­czyzn, tak ýeby nikt nie widziaù jej ùez. Przed sobà miaùa plecy kobiety i mæýczyzny, naprzeciwko chùopca, ale on i tak patrzyù

w podùogæ.

Spuúciùa gùowæ, kræciùa bilet w palcach, a nos robiù siæ co­raz bardziej zatkany. I dusiùo jà w gardle. Pod gardùem. Da so­bie z tym radæ. Nie szkodzi.

Jak mógù powiedzieã, ýe ma dosyã? Tak powiedziaù? Nie, inaczej. Powiedziaù, ýe nie moýe jednoczeúnie prowadziã i za­stanawiaã siæ nad ich przyszùoúcià. Ýe trzeba siæ zastanowiã, jak to wszystko urzàdziã, bo kredyt, bo niespùacony samo­chód. .. trzeba usiàúã spokojnie i obliczyã Obliczyã co? Iloúã zainwestowanego uczucia? Spotykali siæ przez ostatnie dwa lata i ona nie widziaùa obok siebie liczydùa? Byùa úlepa, czy co? Nigdy juý nie bædzie úlepa.

- Mamusiu!

Podniosùa oczy. Glos Patryka byù wysoki, moýe dlatego, ýe staraù siæ krzyknàã szeptem.

- No co, Boguú, on od dawna powinien byã w ùóýku, do cie­bie mówiæ, Boguú, ostatni raz, mówiæ, ostatni raz tak póêno wracamy, takich rzeczy nie zaùatwia siæ od razu, wiadomo by­ùo, a teraz on jest zmæczony!

- Mamusiu, mamusiu, zobacz - glos chùopca stal siæ natar­czywy.

Mæýczyzna ani drgnàù. Uspokoi siæ ten dzieciak wreszcie czy nie?

- Uspokój siæ w tej chwili, nie widzisz, ýe z ojcem rozma­wiam! Boguú, do ciebie mówiæ!

Dlaczego ona tak na niego krzyczy? Dokùadnie takim sa­mym tonem on mówiù! Kiedy nagle zaczai liczyã. A jak powie­dziaùa, ýe nie rozumie, nie rozumie, co to ma do rzeczy, to po­wiedziaù, ýe buja w obùokach, a ktoú musi staã na ziemi i nie mówiã duýymi literami. Ona mówi duýymi literami? Bez prze­rwy. A wszystko to zupeùnie inaczej wyglàda.

O, dobrze zrozumiaùa, co zupeùnie inaczej wyglàda. Praw­da objawiùa siæ w caùej peùni. W prawdziwoúci. W gruncie rze­czy nigdy mu na niej nie zaleýaùo. Zapewne zawsze w duchu podúmiewaù siæ z jej patrzenia w gwiazdy. Na ziemi jest prze­cieý tyle ciekawszych rzeczy, doprawdy. Kredyty, i obliczanie, na co moýna sobie pozwoliã, a na co nie. O nie! Nigdy wiæcej! Dobrze, ýe przejrzaùa na oczy. I z takim czùowiekiem chciaùa byã przez caùe ýycie? Kochaã go? Nie, nie, nie.

- Mamusiu, proszæ, popatrz!

- Boguú, czy ty nie moýesz mu czegoú powiedzieã, dlaczego zawsze wszystko na mnie spada, ja juý naprawdæ nie mam siùy do tego dzieciaka, a mówiùam, wyjedêmy wczeúniej, dlaczego myúmy tak póêno wyjechali, przecieý nic siæ nie da zaùatwiã od

ræki, to byùo wiadomo, czy nam to potrzebne byùo, chociaý jakbyúmy

- Mamusiu, ale zobacz!

-1 dlaczego on tak marudzi? Marudzi, bo zmæczony, zaraz wysiadamy, juý daj spokój z tym mamusiu zobacz, nie wstawaj, nie wstawaj mówiæ, gdzie ty siæ wybierasz. Boguú, Boguú ty

úpisz?

Wytarùa nos i spojrzaùa na chùopca. Siedziaù dziwnie wypræ­ýony i wpatrywaù siæ w podùogæ wagonu.

Spojrzaùa równieý. Nic, oprócz bùotnego szlamu, nanoszo­nego caùy dzieñ przez tysiàce osób.

- Mamo, ale popatrz - chùopiec prawie krzyknàù i napiæcie na jego buzi zmieniùo siæ w czerwonà plamæ.

Wlepiùa wzrok w bùoto. Nic, naprawdæ nic. Moýe nie wszystko z nim w porzàdku? Nie jej sprawa ostatecznie. Ale to przedziwne, ýeby widzieã coú, co nie jest. Nic. Zmiæty ka­waùek torebki po czipsach pod siedzeniem koùo drzwi. Szlam. Mokry skasowany bilet przylepiony ýaùoúnie do pierwszego stopnia. Ciemne kaùuýe bùotnistej wody.

Drzwi otworzyùy siæ i zamknæùy.

Nastæpna stacja.

No, dobrze. Dobrze jest tak, jak jest. Lepiej teraz niý póê­niej. Rozczarowanie i zùoúã ogarnæùy jà niespodziewanie sil­nie. Dlaczego nie nauczy siæ widzieã wszystkiego rozsàdnie? Moýe i miaù racjæ z tym bùàdzeniem w chmurach, skoro tak bardzo nie widziaùa go takim, jakim jest. Tylko wymyúlonego. Nierealnego wspaniaùego faceta. Zacisnæùa piæúci, paznokcie boleúnie wbiùy siæ w dùoñ.

- Co mi moýesz pokazaã?

- Sztuczkæ?

- Nie. Pytam, jakà czæúã twojego ciala moýesz mi poka­zaã.

- Ýartujesz chyba.

- Nie, nie ýartujæ. Pokaý mi, proszæ, swojà rækæ. Powiedz: chcæ, ýebyú zobaczyù mojà dloñ. Bliýej, bliýej, proszæ. Nie bój siæ, to tylko ræka. Teraz dobrze

- Chcæ ci pokazaã mojà rækæ. Zobacz, proszæ. Mam ladne dlonie, nie nie, jeszcze raz. Chcæ ci pokazaã mojà rækæ. Moje dlonie. Kaýda ma piæã palców. Koñczà siæ paznokciami. Sà po­malowane, te paznokcie.

Widzæ, sà bardzo ladne.

- A tutaj mnie podrapaù kot. Ale juý siæ zagoiùo.

- Mogæ ciæ pocaùowaã w to zadrapanie?

-Atu mam bliznæ, bo kiedyú umówiùam siæ z jednym chùopa­kiem, ýe bædziemy do siebie pisaã codziennie o dwudziestej listy. On mieszkaù w innym mieúcie. Przy úwieczce do siebie bædziemy pisaã, o tej samej porze, i to bædzie tak, jakbyúmy na tæ chwilæ byli razem. Miaùam taki plastikowy dùugopis

-Jaki?

Taniutki, ale z bardzo miækkim fajnym wkùadem. -I co?

-1 ten dùugopis wùoýyùam w úwieczkæ, zapaliù siæ i pisaùam ta­kà pùonàcà pochodnià. To byùo bardzo romantyczne pisaã czymú, co siæ na koñcu pali. Ale ten plastik siæ roztopiù i upadù mi goràcà kroplà w zagùæbienie miædzy úrodkowym a serdecznym palcem

Tutaj? Mogæ dotknàã?

I dalej siæ paliù. Pomyúlaùam sobie, ýe to dobra pieczæã, na zawsze, tak siedziaùam z tym pùonàcym palcem i nawet nie krzyknæùam. Ten kawaùek plastiku zastygù i odpadù, ale skóra pod nim siæ teý roztopiùa i zostaùa taka gorejàca bruzda. Wgùæbienie

w moim ciele. Goiùo siæ dùugo i zostaù úlad jak po obràczce. Jak ten chùopak mial na imiæ, do którego wtedy pisaùam? Dùugopis byù niebiesko-szary, zakræcany i doúã krótki -A tutaj?

Topieprzyk.

- Jak nazywajà siæ te palce, ten i ten, i ten?

- Te palce to kciuk, wskazujàcy, úrodkowy, serdeczny, w lewej ræce to spod serdecznego palca idzie ýyùa prosto do serca. Dlate­go siæ nosi pierúcionek zaræczynowy

-Mogæ dotknàã twojego serdecznego palca? To tak jakbym dotykaù twojego serca.

- Nie wiem

- Chciaùbym dotknàã, ale nie zrobiæ nic bez twojego pozwole­nia. Proszæ.

- Tak moýesz

- Czujesz? Dotykam twojego serca.

Tak. A tutaj siæ skaleczyùam.

- Nie bój siæ.

- Jak trzymam tak mojà dùoñ i pokazujæ tobie, takà otwartà, to siæ czujæ obnaýona

- Jakie sà twoje ræce?

- Jak obejmujà i przytulajà ? Sà wtedy ciepùe.

- Czy mogæ potrzymaã twojà dùoñ? Moýe razem bædà cieplej­sze, zrobimy tak? Czujesz? Razem sà cieplejsze

- Ale mamo, ksiæýyc panu upadt!

Otworzyùa oczy. Chùopiec stal w przejúciu miedzy ùawkami, a matka kurczowo trzymaùa go za kurtkæ.

- Ja juý zdrowia do ciebie nie mam. Roisz siæ i roisz!

- Mamusiu! Mamo, patrz, ksiæýyc panu upadù! - zajæczaù cienkim dyszkantem. Podniósù oczy i wtedy spotkali siæ. Nie

byùo juý iskierek, tylko mgùa rozýalenia. A chùopcy przecieý nie plàczà!

- Ksiæýyc panu upadù - powiedziaù chùopiec do niej, a gùos zùamaù mu siæ na póù,

Drzwi rozsunæùy siæ i zasunæùy. Przykleiùa czoùo do szyby i zo­baczyùa, jak na peronie kobieta szarpie go za tæ nieszczæsnà kurt­kæ, a mæýczyzna stoi obok. Chùopiec zapieraù siæ i kuliù ramiona.

Kolejka ruszyùa. Caùa trójka zginæùa w oddali. Ale za szyba­mi juý nie byùo ciemno. Zza chmur wyjrzaù ksiæýyc i osadziù biaùawe úwiatùo na polach, drzewach i parkanach. Za oknami ùagodnie zajaúniaùa noc. Srebrzysta i przytulna.

No tak. Jeszcze dwie stacje. Trudno. Trzeba siæ przyzwy­czaiã do samotnych powrotów do domu. Jak po takim oúwiad­czeniu, ýe siæ tak bardzo róýnià, ýe nie ma miejsca dla niej z jej chmurami w jego ýyciu peùnym kredytów i zobowiàzañ mogùaby choã chwilæ dùuýej z nim byã? I po co? Ýeby jà od­wiózù do domu i poýegnaù grzecznie przed bramà? Taki cho­lernie troskliwy, obcy juý mæýczyzna? Musiaùo mu ulýyã, kiedy wróciù z papierosami i juý jej nie byùo. Ale jakby chciaù, toby jà znalazù. Wiedziaù, gdzie moýe iúã o tej porze. Gdzie musi iúã. Nienawidzi go z caùego serca.

l juý zawsze bædzie nosiã rækawiczki.

Czego chciaù ten chùopiec? Ksiæýyca?

Zaraz jej stacyjka. Z jednà latarnià. I poùoýy siæ od razu do ùóýka. I nie bædzie o niczym myúleã. Zapiekùo jà pod powieka­mi. Nigdy juý go nie zobaczy. Nigdy.

Podniosùa siæ i przerzuciùa torbæ przez ramiæ. I na dodatek caùkiem przemoczyùa buty. Gdyby wiedziaùa, ýe tak siæ skoñ­czy ten wieczór, wùoýyùaby inne Patrzyùa pod nogi uwaýnie, jakby szùa po wàskiej linie nad przepaúcià. Co ten chùopiec wi­dziaù, czego inni nie widzieli?

To???

Schyliùa siæ i wygrzebaùa z bùota matà podkówkæ. Przetarùa palcami srebrny, wytarty, schodzony kawaùek blaszki, który przybija siæ do obcasa mæskiego buta. Piekàce spod powiek spùynæùo z kàcików oczu i poleciaùo po policzku.

Ksiæýyc! Oczywiúcie, ýe ksiæýyc. Ksiæýyc panu upadù!

Stuliùa blaszkæ w dùoni, a ùzy ciekùy aý na gruby golf. No wùaúnie. Chmury. Ksiæýyc.

Pociàg zwolniù, drzwi otworzyùy siæ. Wyskoczyùa na peron. Úwiatùo jedynej ýóùtawej latarni osiadaùo na najbliýszych ko­narach starej akacji. Oblepiaùo zgrubienia gaùæzi, a pociàg ru­szyù. Czerwone úwiatùa oddalaùy siæ niby oczy zwierzæcia. Drzewo wyglàdaùo jak opatulony bandaýem kaleka.

Zrobiùa krok w stronæ przejúcia przez tory. Jak najszybciej do domu. Wypolerowane przez deszcz szyny lúniùy jak nóý.

Od drzewa oderwaù siæ ciemny cieñ. Zanim zdàýyùa krzyk­nàã, oplotùy jà mocne znajome ræce.

- Nigdy wiæcej mi tego nie rób, sùyszysz! - Gniewny gùos przedostaù siæ przez jej rozpuszczone wùosy, a ramiona, które jà trzymaùy w uúcisku, drýaùy. - Nigdy wiæcej. Zapamiætaj to sobie. Ani teraz, ani za dwadzieúcia lat. Tego robiã nie wolno. Nikomu. Tak siæ balem o ciebie!

Staù tak blisko, a byù taki daleki. Baù siæ? O nià? Przecieý Czego nie zauwaýyùa? Staùa z opuszczonymi rækami, a on schyliù gùowæ i schowaù jà w jej golf. A ona stoi jak ýona Lota, nieruchoma, sparaliýowana, martwa. Baù siæ. O nià. Jest bli­sko. To ona jest daleko. Podniosùa ræce i delikatnie dotknæùa jego wùosów. Nie ruszyù siæ.

Rozprostowaùa palce, blaszka wypadùa z jej dùoni i srebrzy­úcie zadêwiæczaùa na mokrej szynie. Objæùa go mocniej, pod­niósù gùowæ i spojrzaù na nià.

- Coú ci upadùo - powiedziaù, a glos miaù jak nigdy przed­tem.

Oderwà! siæ od niej i schyliù. Podniósù kawaùek metalu.

- Ksiæýyc ci upadù, zobacz - szepnàù. I dopiero wtedy siæ rozpùakaùa.

Drugi Brzeg

A wiæc pojedzie po raz pierwszy w ýyciu nad morze! Nie mógù zasnàã z wraýenia. Ojciec wróciù do domu doúã póêno, uchyliù drzwi do jego pokoju i oznajmiù:

- A wiæc pojedziesz z matkà po raz pierwszy nad morze. I potem jeszcze powiedziaù:

- A teraz dobranoc, póêno juý.

Nie mógù spaã. Morze! Morze to bardzo wielka woda - tyle wiedziaù. Raz przejeýdýali w Nysie przez most, widziaù z bliska spienionà rzekæ, ale trwaùo to tylko moment. I rzeka nie byùa wcale taka duýa. Jak strumieñ z kranu, tylko na ziemi, nie z gó­ry na dóù, tylko w bok, no i oczywiúcie szerszy, duýo szerszy., Ale morze? Morze to zupeùnie co innego. Po morzu pùywajà statki. Takie domy, w których siæ pùywa. Zabawnie byùo sobie wyobraýaã pùywajàce domy. Teraz to zobaczy, zobaczy na wùas­ne oczy, prawdziwe pùywajàce duýe domy. Z marynarzami w úrodku. Którzy chodzà ubrani w marynarskie koùnierze. Czyszczà pokùad i úpiewajà przy tym piosenki. Wszystko to juý niedùugo zobaczy. Jutro bædzie mógù o wszystko zapytaã.

Tata zawsze wraca do domu taki strasznie zmæczony. Szko­da, ýe nie moýna teraz siedzieã z rodzicami w stoùowym poko-

s- Peanie O milo k1

ju i sùuchaã, o czym rozmawiajà. I na pewno rozmawiajà o po­dróýy. Ale tata sùusznie zauwaýyù, ýe jest bardzo, ale to bar­dzo póêno. Dzieci o tej porze úpià. A on ma jednà noc wiæcej na to, ýeby siæ cieszyã. Nie wiedziaù przecieý, ýe w tym roku gdziekolwiek pojadà! A tu taka niespodzianka.

Próbowai sobie wyobraýaã strasznie duýà wodæ. Wiæcej niý w wannie, milion milionów razy wiæcej. Wanny rosùy mu w tysiàce szarych ùazienek i z tym obrazem pod powiekami usnàù.

Spaù niespokojnie. Zbudzit siæ wczeúnie. W pokoju byùo jas­no, ale o tej porze roku byùo jasno od samego rana. Chwilæ nasùuchiwaù, caùy dom spal. Zsunàù siæ z ùóýka i cichutko pod­szedù do okna. Odsùoniù zasùony w duýe fioletowe kwiaty. Sùoñce zalaùo pokój.

Ale ulica wydawaùa siæ jeszcze uúpiona. Nawet sklepik pa­ni Piàtkowej spaù. A przecieý zawsze byù otwarty. Musiaùo byã bardzo wczeúnie.

Podciàgnàù piýamæ. Opadaùa mu niýej pæpka, gumka byùa juý stara. I strasznie chciaùo mu siæ siusiu.

Tylko ýe lepiej nie wychodziã z pokoju, póki nie wstanà ro­dzice. Lepiej ich nie budziã tak rano. Tata mógùby byã nieza­dowolony. A on chciaù, ýeby tata byù zawsze szczæúliwy. Poza tym siku nie jest wcale takie waýne. Przecieý nie zleje siæ w majty jak maty chùopczyk. Zawsze robiù póêniej, to przecieý wytrzyma. Za chwilæ zacznie siæ dzieñ. Mama wejdzie do po­koju, a on juý na nogach. A to siæ mama zdziwi!

Teraz trzeba spakowaã najwaýniejsze rzeczy. Paræ osobi­stych drobiazgów. Tak mówi tata przed kolejnym wyjazdem. Wiæc on teý musi spakowaã paræ osobistych drobiazgów.

Najciszej jak potrafiù, úciàgnàù z póùki stare pudeùko po bu­tach.

Byùo tam piórko ptaszka, którego znalazù z chùopakami na ùàce. Ptak juý nie ýyù. Wiæc zrobiù mu pogrzeb. Ale przedtem wyrwaù mu jedno pióro, na pamiàtkæ. Dùugie, niezwykle ýóùte pióro. I uklepaù maùy kopczyk. I zwiàzaù dwa patyczki zielo­nym perzem na krzyý. I wtedy duýy Witek powiedziaù, ýe to grzech i bædzie siæ musiaù wyspowiadaã. Ýe powie ksiædzu. I ýe ptaki nie majà duszy i jak on robi krzyý, to jest antychryst. l Witek kopnàù w ten kopczyk z krzyýykiem i powiedziaù, ýe wszystko powie tacie. I trzeba byùo goniã Witka i prosiã go, ýe­by nic nie mówiù tacie. A Witek kazaù mu za to daã szklanà kulkæ, którà on kiedyú znalazù w toaletce babci.

Moýe ukradù nawet, ale babcia by mu na pewno daùa, gdy­by ýyùa, wiæc to nie caùkiem byùa kradzieý. To nie jego wina, ýe babcia umarùa. Wtedy wùaúnie po raz pierwszy i jedyny po­dróýowaù. Mama pùakaùa caùà drogæ. Jechali autobusem i to byùo wspaniaùe. Trochæ siæ wstydziù, ýe mama plàcze. Tata klepaù mamæ po ramieniu i mówiù, no juý, no juý, ludzie pa­trzà.

A on miaù nos przyklejony do szyby i na szybie osiadaùa pa­ra z jego oddychania, musiaù przecieraã bez przerwy drugà ræ­kà okno, ýeby cokolwiek widzieã. Potem robiù juý tylko otwor-ki. Okràgùe i podùuýne. Przez taki otworek úwiat byù ciekawy. Jak sztuczny.

Ale potem tata zobaczyù, ýe on siæ tak bawi, i powiedziaù, jak moýesz, i tata miaù racjæ, ýe kazaù mu siæ przesiàúã.

W domu babci mama pùakaùa caùy czas i próbowaùa coú uprzàtaã, i wyrzucaùa z szafy rzeczy babci, a on wysunàù trosz­kæ szufladæ od toaletki, pachniaùa babcià, i usùyszaù, jak po­miædzy róýnoúciami zaterkotaùa ta szklana kulka. I kiedy tatuú krzyknàù, co ty tam robisz, niewiele myúlàc wsadziù jà szybko do kieszeni.

To wùaúnie tæ kulkæ musiaù daã Witkowi. Lecz za to miaù ýóùte pióro ptaszka. Ale piórka przecieý nie weêmie nad mo­rze. I jeszcze miaù ýoùnierzyka na koniu.

Byù caùkiem szary. Pamiætaù dzieñ, kiedy tata mu podaro­waù te ýoùnierzyki. Dostaù je na imieniny i jednego caùy dzieñ nosiù ze sobà, nawet przy jedzeniu miaù go na kolanach, a tata mówiù przecieý, ýeby nie bawiã siæ przy jedzeniu, wiæc ýoùnie­rzyk tylko tam leýaù, a tata powiedziaù, co ty masz tam na tych kolanach, i krzyknàù do mamy, widzisz, jemu coú kupiã! Ale chociaý byù zùy, nie odebrat mu ýoùnierzyka.

Powinien byù bardziej uwaýaã na to, co robi, i nie bawiã siæ przy jedzeniu. I jeszcze miaù pudeùko zapaùek z dziwnym ko­tem na wierzchu. Starsi chùopcy zbierali pudeùka od zapatek i mieli bardzo, ale to bardzo duýo tych pudeùek. Ýaden z nich nie miaù jednak pudeùka z dziwnym kotem. Bo to byùo pudeù­ko, które brat taty przywiózù mu z zagranicy. I starsi chùopcy chcieli siæ zamieniaã, ale on siæ nigdy, przenigdy nie zamieni. Ojejku, jak strasznie chce mu siæ siusiu. Ale musi wytrzymaã. Wùaúciwie ýoùnierzyka moýe wziàã ze sobà nad morze. I pióro teý moýe wziàã. Jak dobrze owinie w papier, to siæ nie znisz­czy. Pudeùko zostawi. Nad morzem jest duýo piasku do zaba­wy. Inne rzeczy teý siæ nie przydadzà. Kawaùeczek czerwonej kredy, zakùadka do ksiàýki z zasuszonymi kwiatami w úrodku, dwa bilety do cyrku, zuýyte, dostaù od kolegi. Ale bædzie teý miaù swoje, bo tata na pewno kiedyú przyniesie identyczne dwa bilety i powie, idziemy do cyrku! Tak bædzie na pewno.

Pogùadziù zmiæte kawaùeczki papieru, a potem podciàgnàù piýamæ.

Bilety zostanà. Spakuje tylko ýoùnierzyka i piórko. Byùo ta­kie wesoùe. Jakby ten ptaszek ýyù jeszcze. I ýóùte. Jak piasek.

Tata odwoziù ich na dworzec. Nawet poùoýyù mu rækæ na ra­mieniu jak prawdziwemu przyjacielowi i powiedziaù, bædziesz siæ opiekowaù mamà, prawda? I uúmiechaù siæ caùy czas. A je­mu aý glos siæ zrobiù taki chrypiàcy, jak wtedy, kiedy miaù an­ginæ, i powiedziaù jak dorosùy, moýesz na mnie liczyã. A oni oboje z mamà siæ úmiali.

I jak szli na dworzec, to pytaù taty: jak wielkie jest morze? A tata mówiù: Duýe. Bardzo duýe? Duýe jak co? Jak najwiæk­sze jezioro. Jest takie duýe, powiedz, powiedz tatusiu, jakie duýe? Takie duýe, ýe nie moýna zobaczyã drugiego brzegu! Zobaczæ, ja zobaczæ, tatusiu! A tatuú siæ úmiaù i mówiù, nie zo­baczysz! Zaùoýæ siæ, ýe zobaczæ. Ja zobaczæ! Prawie krzyczaù z podniecenia. Tatusiu, ja zobaczæ drugi brzeg! A tata wtedy powiedziaù najwaýniejszà rzecz na úwiecie. Powiedziaù, jak zo­baczysz, to kupiæ ci Przestañ, mówiùa mama, ale tata nie przestaù i powiedziaù, kupiæ ci, jeúli zobaczysz drugi brzeg Ale jest drugi brzeg, prawda? Musiaù siæ upewniã. Jasne, ýe jest, tata zawiesiù gùos i wstrzymywaù obietnicæ. Jeúli naprawdæ - to naprawdæ podkreúliù tak mocno, ýe zostaùa pod nim dziu­ra w powietrzu - go zobaczysz, kupiæ ci, co bædziesz chciaù, obiecujæ.

Úmiali siæ razem z mamà, a jemu prawie serce wyskoczyùo z piersi. Nie pamiæta, jak wsiedli do pociàgu, i chociaý na po­czàtku cieszyù siæ, ýe bædzie siedziaù przy oknie, teraz to byùo niewaýne. Tata pomachaù im i peron odjechaù, i uciekaùy coraz szybciej drzewa, ale on tylko wtuliù gùowæ w bràzowe zasùonki PKP.

Och! Zobaczy drugi brzeg! Oczywiúcie, ýe zobaczy! I wte­dy pójdà razem z tatà do sklepu z zabawkami na gùównà uli-

cæ. Tata wróci wczeúniej z pracy i pójdà sobie razem za rækæ, jak gdyby nigdy nic. Wejdà do sklepu i on pokaýe rækà kolej­kæ elektrycznà z dodatkowymi torami i semaforami i zwrotni­cami, które jak je przesuniesz, robià zgrzyt, jak prawdziwe. I wagoniki, i lokomotywa! Sprzedawca zdejmie to wszystko z póùki i wrócà do domu, a tata bædzie niósù to pudùo, takie duýe! I te tory uùoýà razem z tatà w duýym pokoju na caùym, calutkim dywanie - a moýe mama pozwoli zwinàã dywan? Tak jak przed úwiætami Boýego Narodzenia? Kiedy caùà podùogæ najpierw czyúci siæ terpentynà i juý nie ma jaúniej­szego úladu po dywanie, a potem siæ pastuje i tak pachnie, a kiedyú to mama mu data takie grube szmatki i powiedziaùa, ýeby jeêdziù po podùodze i úlizgaù siæ tam i z powrotem, a kie­dy nikt nie widziaù, specjalnie siæ rozpædzaù i przewracaù i je­chaù na pupie prawie od poùowy pokoju do úciany. I podùoga byùa taka bùyszczàca. I tak zrobià. Tata zwinie dywan, zamknà siæ sami w pokoju i powoli otworzà pudùo. A moýe to nawet bædà dwa pudeùka. W jednym bædà tory, a w drugim reszta. Tata bædzie te tory ùàczyù ze sobà i ukùadaù peùnà zakrætów trasæ. A potem poprosi go, ýeby wyjàù z drugiego kartonu wa­goniki. I on wyjmie! Te wagoniki bædà jak ýywe! I lokomoty­wæ, co naprawdæ rusza koùami i takim dràýkiem przymoco­wanym do kóù. I ma úwiateùka na poczàtku! Jak juý uùoýy siæ caùà trasæ, moýe nawet zrobià wiadukty z ksiàýek, i jak wszystko bædzie gotowe, to tata zapyta, gotowe? A on powie tak. I kolejka ruszy. Bædzie jeêdziã po caùym, calutkim po­koju, a on bædzie przestawiaù zwrotnice, a tata bædzie kiero­waù i nawet tak szybko pojedzie, ýe któryú wagonik wypad­nie z szyn i okaýe siæ moýe, ýe tata niedokùadnie wùoýyù jedne tory w drugie, bo tam sà takie dziurki z jednej strony i druciki wystajàce w drugich torach, i wtedy tata powie, ale

gapa jestem. I bædà siæ razem úmiaã, a mama, jak bædzie chciaùa wejúã do pokoju, to tata krzyknie, bez biletu nie wpuszczamy!

Ale moýe namówià siæ z tatà, ýeby jednak mama mogùa wejúã, i wtedy da mamie bilet do cyrku, ten zuýyty, i bædà uda­waã, ýe to jest bilet na przejazd i pozwolà mamie wejúã, i sià­dà wszyscy na podùodze, i mama bædzie patrzeã, jak oni kieru­jà kolejkà, która bædzie jechaã przez caùy úwiat i tunele, aý pod úcianæ, i bædzie tak dobrze

Bo na pewno zobaczy drugi brzeg!

- Przespaùeú caùà drogæ, synku, za chwilæ wysiadamy.

Otworzyù oczy i natychmiast przytuliù nos do szyby. Ale szy­ba odbijaùa tylko to, co byùo w przedziale. A za oknem byùa ciemnoúã i gdzieniegdzie, jak przysùoniã szparæ miædzy czo­ùem a szybà - úwiateùka.

- A morze? - zapytaù.

- Morze zobaczymy jutro.

Jutro? Tak bardzo czekaù, a teraz siæ okazuje, ýe nie ma

morza?

Ale kiedy wysiedli z pociàgu, poczuù inny zapach. I wie­dziaù, ýe to morze tak pachnie. Mama nachyliùa siæ nad nim i powiedziaùa:

- Sùyszysz ten szum?

Oczywiúcie, ýe sùyszaù, tak szumiaùy drzewa w lesie, ale to nie byùy drzewa, bo mama powiedziaùa, to morze tak szumi,

i przytuliùa go.

I wieczorem, kiedy leýeli w ùóýkach, i wcale nie chciaùo mu siæ spaã, powiedziaù mamie o tamtym ptaszku i ýe ma jedno

piórko, choã to byùa jego tajemnica, a mama powiedziaùa, ýe to dobrze, ýe to na szczæúcie.

Nastæpnego ranka wstaù, zanim wstaùa mama. Otworzyù okno, ale widziaù tylko sosny i inne maùe domki, takie jak ten, w którym spali z mamà. Wiec siedziaù przy oknie i wàchaù mo­rze, i sùuchaù morza, úciskajàc w ræku oùowianego ýoùnierzyka. Mógù czekaã, bo przecieý morze jest. I zaraz siæ speùni wszyst­ko. Zjedzà úniadanie, nie muszà siæ spieszyã, mama powie­dziaùa, ýe bædà plaýowaã caùy dzieñ, i potem, zaraz jak wrócà, to poprosi mamæ, ýeby napisaùa do tatusia. I na pewno tatuú siæ bardzo zdziwi i pomyúli o nim z dumà, ha! mój maùy synek jednak zobaczyù drugi brzeg! ho, ho!

Wiæc moýe cierpliwie czekaã i sùuchaã szumu morza.

Kiedy stanàù na brzegu, poczuù, ýe dzieje siæ coú dziwnego. Ono byùo ýywe, prawdziwe, ale zupeùnie inne niý wszystko, co widziaù do tej pory. Ùagodnie wypluwaùo na piasek biaùe pazurki piany, nie byùo ani groêne, ani podobne do rzeki, roz­lewaùo siæ jak mleko i cofaùo. A na piasku zostawaù mokry úlad, co jak wdepnàã na niego nogà, to piasek obok robiù siæ jaúniejszy, a potem ciemniaù i w doùku po piæcie zostawaùa woda.

Staraù siæ patrzeã najpierw na piasek, potem powoli prze­suwaù wzrok trochæ wyýej, wyýej, lecz tam juý z wodà ùàczyùo siæ niebo.

Mama rozùoýyùa koc i wyjæùa z koszyka jabùka, tylko ýe on nie chciaù jeúã. Patrzyù i patrzyù. Ale niebieskie wcho­dziùo w niebieskie. Coú byùo nie w porzàdku. Oczywiúcie! Z tego miejsca nie zobaczy drugiego brzegu! Stoi za nisko.

Musi wejúã wyýej. Mama byùa w dobrym humorze i pozwo­liùa mu chodziã po plaýy pod warunkiem, ýe nie wejdzie do wody. Obiecaù to jej szybciutko - wùaúnie zobaczyù wieýæ, takà jak na polanie u babci. Tylko ýe tam podobno wchodzili myúliwi, a tu siedziaù pan w samych slipkach. Tak, z tamtego miejsca bædzie lepiej widziaù. Mama chciaùa, ýeby zdjàù ubran­ko, ale úciàgnàù tylko koszulkæ, w spodenkach miaù ýoùnie­rzyka i ýóùte piórko, wiæc przecieý nie mógù tego tak sobie

zostawiã.

Strasznie wysoka byùa ta wieýa. I stopnie miaùa takie jak drabina. Trzymaù siæ poprzecznej barierki i nie patrzyù na dóù, bo robiùo mu siæ niedobrze. Ale nie szkodzi. Jeszcze tylko pa­ræ stopni. Wytrzyma! Nigdy nie wchodziù tak wysoko. Patrzyù w dóù, a nogi byùy coraz dalej od piasku. Wisiaù w powietrzu. Chciaù wymiotowaã. Zamknàù oczy. A potem pomyúlaù o ta­cie. Bædzie dzielny, I kiedy wychyliù gùowæ nad drewniany po­most, ten pan w samych slipkach aý podskoczyù i krzyknàù: tu nie wolno wchodziã, co ty tu robisz! Wtedy dopiero troszkæ siæ zachwiaù, ten pan natychmiast chwyciù go za ræce i wciàg­nàù do siebie. Chciaùo mu siæ pùakaã, bo pan byù zùy, i chyba nawet go coú tak drapnæùo w gardle, ale przecieý musiaù zoba­czyã drugi brzeg!

Odwróciù siæ w stronæ morza i patrzyù, nie sùuchal wcale, co tamten pan mówi. Ale morze wyglàdaùo tak samo roz­wlekle, aý hen, hen i nic nie byùo widaã tylko wodæ i wodæ. Musiaù êle patrzeã! Niech go tamten nie szarpie, bo on musi zobaczyã, a tu wszystko coraz bardziej zatarte i za mgùà, nie,

nie bædzie pùakaù, jest juý przecieý caùkiem duýy, tacy duzi chùopcy nie pùaczà! Wytrze szybko oczy i musi zobaczyã, mu­si, a tamten pan nachyliù siæ nad nim, co ty musisz? Muszæ zobaczyã drugi brzeg! Drugi brzeg? Przecieý to jest morze! Pan siæ rozeúmiaù, nic nie rozumiaù. Ale ma drugi brzeg? Ma, ale nie zobaczysz, chodê sprowadzæ ciæ na dóù. Nic ale to nic nie rozumiaù ten opalony pan. Nie da siæ nigdzie zaprowadziã, póki nie zobaczy, nie moýe zejúã na dóù, nigdzie nie pójdzie!

Macha! rækami i nogami, przyszli jeszcze dwaj panowie i nie pamiæta, co byùo dalej, tylko swoje stopy w piasku po kostki i mamæ, która bardzo przepraszaùa tych panów.

Chciaù zobaczyã drugi brzeg, mówiù tamten pan w majt­kach, juý nie byù zùy, uúmiechaù siæ do mamy, a mama powie­dziaùa, ach tak? Ojciec sobie z nim ýartowaù przed wyjazdem, widaã potraktowaù to wszystko zbyt serio. Ach te dzieciaki, westchnàù pan, a mama dodaùa, to jeszcze gùuptasek.

I jak te sùowa weszùy mu do uszu razem z szumem fal, to zrozumiaù, zrozumiaù, ýe nigdy nie miaùo byã kolejki, wspól­nego ukùadania torów, nigdy nie miaùo byã dywanu i zamkniæ­tych przed mamà drzwi ani semaforów, ani tunelu, ani úmie­chu taty, ani biletów dla mamy, ani po prostu nic. I tata o tym wiedziaù, tylko z niego po prostu dzieciak. I tata wiedziaù, ýe on nie zobaczy drugiego brzegu. Dlatego siæ z nim zaùoýyù. I obiecaù, ýe kupi wszystko.

Wieczorem nawet nie pùakaù, Mama próbowaùa mu tùu­maczyã, ýe morze jest takie duýe, ýe nikt, ale to nikt nawet o najlepszych na úwiecie oczach nie potrafi zobaczyã dru­giego brzegu, ýeby siæ nie martwiù. Ale mama nic nie rozu­miaùa.

Juý wiedziaù. Wiedziat, ýe wystarczy pójúã. Ýeby siæ zbliýyã. Musi byã takie miejsce, skàd widaã Drugi Brzeg. I on to miej­sce odnajdzie. Nie szkodzi, ýe woda jest taka zimna. Wie, ýe zobaczy, jak troszkæ podejdzie do drugiego brzegu. Udowod­ni wszystkim. Tacie udowodni. Weêmie ze sobà tylko ýoùnie­rzyka. A mama chciaùa dobrze, to nie jej wina.

Dlatego zanim wymknàù siæ wieczorem nad morze, poùoýyù przy jej ùóýku ýóùte piórko ptaka.

Wieczne pióro

Krzyú Pædziwiatr miaù przedziwnà zdolnoúã rozkochiwania w sobie dziewczynek. Robiù to za pomocà wiecznego pióra. Ostre stalówki powszednich zapapranych atramentem obsa­dek, granatowych lub czarnych, rysowaùy papier, ciàgnàc za sobà pasma celulozy cienkie jak wùos, i zostawiaùy kleksy. Cza­sem litera es rozszarpywaùa papier, stalówka rozdwajaùa siæ przy zbyt mocnym przyciúniæciu, czarne krople rozmazywaùy mozolnie pisane zdania. Pióro Krzysia Pædziwiatra nie szar­paùo. Úlizgaùo siæ po papierze jak kulka, po tym úliskim úladzie szùy zgrabne litery z niebieskiego atramentu. Na to pióro Krzyú rozkochiwaù w sobie wszystkie dziewczyny w klasie.

- Chcesz potrzymaã? - pytaù, a jego ciemne oczy wbijaùy siæ w dziewczæcà nieúmiaùoúã jak wùócznie. Nie podstawiaù no­gi dziewczynkom ani nie ciàgnàù ich za wùosy. Tylko Anie.

I tylko do Ani pisaù drobne listy na wyrwanej ze úrodka dzienniczka podwójnej kartce papieru.

- Kocham ciæ jak nikogo na úwiecie - oúwiadczaùo pióro Krzysia Pædziwiatra.

Ania biegùa na przerwie do ùazienki szkolnej, zaciskajàc mocno dùonie na kartce od Krzysia. Zamykaùa siæ w kabinie i powtarzaùa aý do dzwonka - kocham ciæ, kocham ciæ, ko­cham ciæ. Siedziaùa na desce klozetowej, a Balbina waliùa w zamkniæte drzwi kabiny.

- Wychodê, chcæ siæ wysikaã!

Kocham ciæ. Kocham ciæ. Kocham ciæ. Ania szarpaùa za porcelanowà ràczkæ. Kocham ciæ. Woda z szumem spùywaùa do muszli. Jak nikogo na úwiecie. Balbina staùa przed drzwia­mi kabiny.

- Gùupia. - Balbina tràcaùa jà w ramiæ. /Kocham ciæ/.

- Sama jesteú gùupia. /Jak nikogo na úwiecie/.

- Jesteú gùupia i Krzychu teý jest gùupi - mówiùa z wyýszo­úcià Balbina. - Tata mi kupi takie pióro.

Pióra wieczne wtedy nie istniaùy. W úwiecie dzieci nie byùo takich piór. Doroúli, bogaci i niesprawiedliwi mogli mieã cza­sami takie pióro. I Krzyú. Ale nie Balbina.

Kocham ciæ jak nikogo na úwiecie.

Ania uúmiechaùa siæ. Wracaùa na lekcje jak gdyby nigdy nic. Jakby nigdy nie dostaùa listu od Krzysia Pædziwiatra. Urywaùa ukradkiem kawaùek kartki i pisaùa „ja teý'. Nad zet robiùa siæ wiæksza plamka, z jej pióra powszedniego -obsadka i srebrna stalówka - spùywaù atrament, ýet robiùo siæ ciæýkie i duýe. Waýne. Krzyú dostawaù zwiniæty w rulonik liúcik, rozprostowywaù go i patrzyù na Aniæ. Ona patrzyùa w okno. Ale sùyszaùa, jak Krzyú Pedziwiatr wolno wyrywa nastæpnà kartkæ. Patrzyùa w okno. Za oknem wisiaùo -

kocham ciæ.

Szelest zwijanego papieru przerywaù ciszæ. Ale ten szelest sùyszaùa tylko Ania. Potem Ola stukaùa jà w ramiæ.

- Masz - szeptaùa, wychylajàc siæ i podajàc jej kartkæ.

Zazdroúnie.

- Od narzeczonego - dodawaùa zùoúliwie.

Oýeniæ siæ z tobà, jak bædæ duýy - obiecywaùo pióro Krzysia Pædziwiatra. Litera y wypùywaùa spod pióra Krzysia jak ptak

z urwanym skrzydùem. Przez to „duýy' Ani robiùo siæ ciepùo.

Wracaùa do domu tak, ýeby nie nadeptywaã na przerwy chodnika. Ýeby nie byùo ýadnego nieszczæúcia. Jak nadepnàã na przerwæ miædzy pùytami, to moýna wywoùaã nieszczæúcie. Podskakiwaùa z radoúci, bo byù maj, miaùa prawie dziewiæã lat i byùa szczæúliwie zakochana.

-Krzyú obiecaù, ýe siæ ze mnà oýeni, jak bædzie duýy -oúwiadczyùa rodzicom przy obiedzie.

Tego dnia byù makaron z biaùym serem. Jej siostra grzeba­ùa w talerzu i wyciàgaùa dùuýsze pasemka widelcem. Chowaùa jeden koniec do buzi i z lekkim gwizdem powietrza wciàgaùa makaron do úrodka.

- Niech ona siæ nie bawi jedzeniem - powiedziaù ojciec do mamy.

-Nie baw siæ jedzeniem - powiedziaùa mama do siostry Ani.

- Oýeniæ siæ z Krzysiem, jak bædæ duýa - powiedziaùa Ania do nich.

Siostra Ani z westchnieniem odùoýyùa widelec.

- Nie umiem inaczej jeúã - powiedziaùa.

- Niech ona siæ uspokoi, bo odejdæ od stoùu - zagroziù oj­ciec.

- Jak bædæ duýa - spróbowaùa jeszcze raz Ania. Siostra Ani zassaùa makaron.

- Powiedziaùem - powiedziaù ojciec i odszedù od stoùu.

- Widzisz, co narobiùaú. - Mama Ani trzepnæùa w gùowæ siostræ Ani.

- Mamusiu - powiedziaùa Ania - Krzyú

- Idê przeproú ojca - powiedziaùa do jej siostry mama.

Siostra Ani wstaùa od stoùu, siægnæùa do póùmiska z maka­ronem i palcami chwyciùa jeden dùugi makaronik. Makaron jak ýywy zwinàù siæ i zniknàù w jej ustach.

Ania nasypaùa cukru na talerz.

Kocham ciæ.

Ser z makaronem i cukrem tworzyù na talerzu jasnà brejæ.

Jak nikogo na úwiecie.

- Nie baw siæ jedzeniem - krzyknæùa mama do Ani. Kocham ciæ jak nikogo na úwiecie.

Oýeniæ siæ z tobà, jak bædæ duýy.

Krzyú Pædziwiatr miaù lat osiem i póù. I nigdy nie miaù wiæcej.

Miat lat osiem i pól, kiedy zostaù na sztachetach pùotu, przez który przechodziù.

Pùot byù pomalowany na grafitowe farbà, którà jego rodzi­ce przewieêli w zapasowym kole swojego starego mercedesa, nie pùacàc cùa, z zagranicy.

A wieêli jà z samego Berlina, ze úrednià prædkoúcià dzie­wiæãdziesiæciu kilometrów na godzinæ.

Zanim Krzyú Pædziwiatr zostaù na sztachetach pùotu, rodzi­ce rozbili starego mercedesa i siebie przy okazji na drodze Puù­tusk-Wiàzowna, przekraczajàc dozwolonà prædkoúã o szeúã­dziesiàt kilometrów na godzinæ.

Ojciec Krzysztofa Pædziwiatra nie zauwaýyù znaku „roboty drogowe' i wsunàù maskæ swojego mercedesa na walec.

Walec staù równieý na poboczu, porzucony przez robotni­ków drogowych w chwili otwarcia wiejskiego sklepiku.

Robotnicy drogowi odczuwali silnà potrzebæ zaspokojenia pragnienia, które dræczyùo ich od wczesnych godzin rannych, kiedy to zaczynali prace.

Ýeby wytùumaczyã jakoú ten karygodny fakt, ýe Krzyú Pæ-dziwiatr zostaù tak wczeúnie sierotà, choã nie byt nim dùugo, naleýy dodaã, ýe rodzice w mercedesie spieszyli siæ do szpita­la, gdzie na róýyczkæ umieraùa ich córeczka, a mùodsza siostra Krzysia Pædziwiatra. Która zresztà zmarùa, nie dowiedziawszy siæ, ýe umiera sierotà, chociaý od dawna w Polsce róýyczka nie tylko byùa chorobà uleczalnà, ale teý szczepiono na nià dziew­czynki okoùo piætnastego roku ýycia.

Krzyú natomiast dowiedziaù siæ, moýna powiedzieã, hurtem o wszystkim, co w konsekwencji pozwoliùo mu przechodziã przez pùot bez stresu: ani matka, ani ojciec nie mogli mu juý tego zabroniã.

Owego dnia, paræ miesiæcy po znikniæciu mercedesa, ro­dziców i siostry, Krzyú podsunàù swoje wieczne pióro Ani. -Zamiast pierúcionka zaræczynowego - wyjaúniù. - Pierúcionek kupiæ ci, jak bædæ duýy.

Po czym wyszedù ze szkoùy godzinæ wczeúniej. Wywoùali go koledzy z równolegùej klasy, która koñczyùa wùaúnie lekcje.

Krzyú, z poczuciem wolnoúci i úwiadomy litoúci, która kaza­ùa zarówno nauczycielom, jak i babci, bo ta przejæùa trud wy­chowywania wnuka, patrzeã przez palce na to, co zaczàù wy­prawiaã, bez zbædnego tùumaczenia siæ komukolwiek z faktu opuszczenia ostatniej lekcji, a byùa to plastyka, poszedù z kole­gami puszczaã kaczki.

Byùa to zabawa polegajàca na zbieraniu pùaskich, obmytych przez wodæ kamieni, i rzucaniu ich na wodæ tak, aby siæ úliz­gaùy po niej, a nie szùy od razu na dno.

Tak wiæc Krzyú Pædziwiatr z kolegami najpierw puszczaù kaczki, a ýe zrobiùo siæ póêno, wróciù do domu na skróty, to znaczy przez pùot z metalowych sztachet, na których siæ zawie­siù. Jedna przeszùa przez jego bok, wúlizgujàc siæ miædzy ýe­brami lekko i bez zgrzytu, druga zaú osunæùa siæ na koúci ra­mienia, przytrzymujàc Krzysia w takiej pozycji. Ýyt jeszcze, kiedy przyjechaùo pogotowie.

Pogotowie zawiadomiùa sàsiadka Krzysia, która usùyszaùa jego jeden dùugi rozpaczliwy krzyk. Lekarz, niestety, nie mógù zrobiã nic poza dostarczeniem organizmowi Krzysia Pædziwia­tra zastrzyku znieczulajàcego. Zastrzyk robit, stojàc na ramio­nach kierowcy karetki, poniewaý Krzyú wisiaù wysoko. Szta­chety zakoñczone byùy tak jak indiañskie wùócznie, czymú na podobieñstwo grotu, Krzyú lekko przez nie przeszedù w stronæ ziemi, ale nie mógù juý siæ cofnàã. Dopiero wezwana straý po­ýarna przyjechaùa na pomoc z odpowiednim sprzætem do ciæ­cia metalu, niewykluczone ýe tym samym, którym rozcinali mercedesa rodziców Krzysia, ýeby ich stamtàd wyjàã.

Sztachety byty ýeliwne i grube, ich przecinanie trwaùo do­brà chwilæ.

Krzyú tymczasem z wysokoúci dwóch i póù metra obserwo­waù gùowy krzàtajàcych siæ wokóù niego, choã moýe raczej na­leýaùoby powiedzieã - pod nim - ludzi i czuù dziwnà bùogoúã. Choã w pierwszym momencie myúlaù, ýe siæ boi, po zastrzyku zrobiùo mu siæ lekko i juý siæ nie baù. Zastanawiaù go ùysiejà­cy úrodek gùowy doktora, uzyskana perspektywa pozwoliùa mu po raz pierwszy w ýyciu widzieã dorosùych z góry. Nie, nie po raz pierwszy. Przypomniaù sobie, ýe kiedyú juý widziaù czubki gùów dorosùych ludzi, czubek gùowy ojca, który go trzy­maù na ramionach, jak wracali skàdú, wszyscy razem. Mama trzymaùa na ramionach jego siostrzyczkæ, a tata jego. Nosy

Podanie o

z góry szczególnie byùy úmieszne, zupeùnie inne. Teraz miaù okazjæ przyjrzeã siæ nosom innych ludzi. Nie podobaùo mu siæ to caùe zamieszanie, ale jak juý siæ jest tego wszystkiego uczestnikiem, warto skorzystaã. Wiæc korzystaù. Straýacy w heùmach stàd wyglàdali jak dojrzaùe prawdziwki, lekko bùyszczàce, sùoñce tego dnia úwieciùo mocno. Krzyú musiaù mruýyã oczy, jak na te heùmy patrzyù. Úrodek gùowy doktora byù róýowawy, wùosy okræcaùy siæ dookoùa tego úrodka, úmiesznie jak zwiniæta niedbale cienka linka. Dlaczego dok­tor ma takà róýowà gùowæ? Tata miaù ciemne wùosy, duýo ciemnych wùosów, i kiedy ostatni raz - zanim zawisù na tych sztachetach - byù tak wysoko, to trzymaù tatæ za brodæ, gùad­ko wygolonà, a jednak troszkæ juý szorstkà. Tata z góry wy­glàdaù úmiesznie - szczególnie ten nos -jakby doczepiony, ta­ki rozdziawiony, niepotrzebny trójkàt. Tata go trzymaù za nogi, a teraz nie czuù uúcisku taty, kræciùo mu siæ w gùowie, nie czuù nóg, a jego trampek, zasznurowany, leýaù na ziemi, tuý przy nogach kierowcy karetki.

Gùowa Krzysia Pædziwiatra robiùa siæ coraz ciæýsza, ale na­reszcie nic nie bolaùo. Straýacy dostawili drabinkæ i chwycili go mocno, razem z dwoma kawaùkami sztachet zostaù zdjæty, delikatne ræce przytrzymywaùy go, jak wtedy kiedy byù malut­ki albo jak zasnàù w samochodzie, i tata go wynosiù, i to nie by­ùa caùkiem prawda, ýe nie spaù, bo siæ obudziù i mógù sam iúã, ale tata go wziàù na ræce i on udawaù, ýe úpi, i niósù go na trze­cie piætro, a on byù bezwùadny, ýeby siæ tata nie domyúliù, ýe jednak nie úpi. Teraz teý postanowiù udawaã, ýe siæ nie moýe ruszaã, zrobiù tak, ýeby ciaùo byùo bezwùadne, a niebo nad nim byùo coraz bardziej przezroczyste, nie musiaù juý mruýyã oczu, bo to tata go niesie w swoich silnych rækach, i jest juý zmæczo­ny, tak przyjemnie zmæczony i zaraz bædzie noc i zaúnie, i ma-

musia jak zwykle przed snem przyjdzie i zrobi krzyýyk na czo­le i bædzie mógù spaã i spaã, nareszcie siæ wyúpi za wszystkie czasy.

Kiedy Krzysia Pædziwiatra mocne ræce kùadùy na nosze, ze spiùowanych sztachet sfrunàù na ziemiæ Anioù.

Byù wysoki i postawny, a mimo to nikt go nie zauwaýyù. Sta­nàù przy drzwiach karetki, Krzyú otworzyù jeszcze na moment oczy i uúmiechnàù siæ do niego. Anioù miaù twarz ojca i mrug­nàù. Puúciù oko po prostu. I teý siæ uúmiechnàù. Krzyú chciaù siæ jeszcze raz uúmiechnàã, ale przypomniaù sobie, ýe musi uda­waã úpiàcego i bezwùadnego, a potem drzwi karetki zamknæùy siæ i samochód na sygnale pomknàù w dóù ulicà úw. Barbary.

Ania miaùa prawie dziewiæã lat i pùowe warkoczyki, zwiàza­ne gumkà z pociætej starej opony od roweru, kiedy dowiedzia­ùa siæ o úmierci Krzysia Pædziwiatra. Byùo to w szkole na pierwszej lekcji nastæpnego dnia.

Na matematyce. W klasie juý szumiaùo, ale Ania wpadùa do klasy juý po dzwonku na lekcjæ i nic nie wiedziaùa. Pani kazaùa dzieciom siæ uspokoiã, podniosùa linijkæ i paræ razy musiaùa uderzyã w blat swojego stolika, ýeby zapanowaùa cisza.

Ania patrzyùa na panià i byùa zdziwiona. Pani zawsze byùa dla nich dobra i nigdy siæ nie zùoúciùa, nawet jak Bartek nie umiaù dodawaã prostych liczb. Teraz pani nie wyglàdaùa na do­brà, Ania ostroýnie odùoýyùa teczkæ na krzeseùko obok i nie wyjæùa zeszytu. Patrzyùa na panià, nowà panià, która zaczæùa mówiã o Krzysiu. Ýe go nie ma. Ýe juý nie przyjdzie do szko­ùy. Ýe bædà musieli siæ z nim poýegnaã. Okropne, gùupie, nie-

potrzebne rzeczy mówiùa pani, a Ania patrzyùa na jej usta, które ogromniaùy, a spomiædzy warg wystawaùy zæby, jeden byù krzywy, Ania wczeúniej go nie widziaùa, a z rozciàgajàcych siæ ust pùynæùy sùowa, które byùy obce i niedobre.

-Juý nigdy - mówiùa pani - zawsze - mówiùa pani, a Ania wiedziaùa, ýe wszystko to wierutne bzdury. Krzyú jesz­cze wczoraj ciàgnàù jà za nædzne warkoczyki i na pewno to jeszcze kiedyú zrobi, moýe nie dzisiaj, bo dzisiaj go rzeczywi­úcie nie ma, moýe babcia przeniosùa go do innej szkoùy, ale nie wolno, na pewno nie wolno takich rzeczy mówiã maùej dziew­czynce. Krzyú jeszcze nieraz pociàgnie jà za wùosy, a ona bæ­dzie udawaã, ýe to nic a nic jà nie obchodzi. Bo Krzyú siæ w niej kochaù i ona kochaùa Krzysia.

- Krzyú juý nie ýyù, kiedy go zdejmowali z pùotu - mówiùa pani - i to dla was jest wielka, wielka nauka, ýeby nigdy nie robiã tego, co niebezpieczne. Ciebie, Antek

Krzyú przechodziù przez pùot? Zawsze byù najodwaýniej­szy z caùej klasy. Ale ten pùot, to ýelazne ogrodzenie, byù nie do przechodzenia. Nie zrobiùby takiego gùupstwa, na pewno,

widziaùam, jak przebiegaùeú przez ulicæ. Jest mi nie­zmiernie przykro, ýe w takiej chwili -mówiùa pani.

Ania chwyciùa teczkæ i podniosùa siæ z krzesùa.

- Siadaj, Aniu - powiedziaùa pani. A Ania wtedy krzyknæùa:

- Dlaczego pani nam to mówi? To nieprawda. Widziaùam Krzysia przed szkoùà, przed chwilà, to wszystko nieprawda, stoi jeszcze przed bramà, o!

Dzieci rzuciùy siæ do okna, pani biùa linijkà w stóù, ale nikt jej nie sùuchaù, a Ania otworzyùa drzwi na korytarz i wybiegùa z klasy. Niech ma, ta wstrætna gùupia baba, za to, co jej zrobi-

la! Nie pójdzie juý nigdy do tej szkoùy i nie bædzie sùuchaã juý nigdy tej pani. Czùowiek, który mówi takie bzdury, na pewno nie potrafi dzieci nauczyã niczego dobrego.

Biegùa po chodniku w kapciach, z teczkà w ræku, teczka obijaùa siæ o nogi. Byùo ciepùo. Z jednego kucyka zsunæùa siæ gumka i mysie wùosy Ani powiewaùy z jednej strony jak skrzy­dùo ptaka.

Mroczna klatka schodowa starego budynku pachniaùa lek­kà zgniliznà, jak stara piwnica. Po dwa stopnie, byleby szyb­ciej, do domu, tam gdzie jest prawda. Ania biùa piæúciami w dæbowe drzwi, potem usùyszaùa szybkie kroki i trzask dolnej zasuwy. Wpadùa prosto w ramiona mamy, ciepùe i pachnàce.

Nastæpnego dnia pojechaùy do dziadków na wieú. Mama z nià pojechaùa. Przez caùy maj i prawie caùy czerwiec Ania chodziùa do maùej wiejskiej szkóùki drogà wúród rosnàcych co­raz wyýej ùanów pszenicy. Po szkole biegùa ze swojà nowà przyjacióùkà Marysià na ùàkæ. Pasùy tam krowæ Malwinæ.

Przekùadaùy koùek, do którego krowa byùa przywiàzana, i pilnowaùy, ýeby nie poszùa w koniczynæ. Maryúka wiedziaùa, ýe od koniczyny to krowa siæ robi taka opuchùa, ýe moýe siæ rozpæknàã. Wiæc trzymaùy jà z dala od koniczyny. Kiedy byùy spragnione, doiùy Malwinæ prosto z cycka do buzi. Krowa sta­ùa spokojnie, zadowolona, ýe ktoú nareszcie ulýy jej wymio­nom. Mleko byùo ciepùe i pachnàce gnojem. Kiedy byly gùod­ne, Marysia czæstowaùa jà grubymi pajdami chleba. Gniotùy z niego kulki i dopiero takie twarde kulki wkùadaùy do ust, a one tam miækùy i robiùy siæ naprawdæ chlebowe.

Kiedy byùy zmæczone, kùadùy siæ na trawie i patrzyùy w chmury. Chmury pædziùy czasami po niebie jak dzikie, jak spuszczone ze smyczy psy, ukùadaùy siæ w róýne historie, które dziewczynki opowiadaùy sobie nawzajem.

Kiedyú Ania chciaùa powiedzieã Marysi o Krzysiu Pædzi-wiatrze, ale Marysia powiedziaùa, ýe nie ma takiego nazwiska, ýe to wymysù, Pedziwiatr to postaã z bajki i Ania pod koniec lata zaczæùa w to wierzyã.

Potem dojechaùa na wieú jej mùodsza siostra. A kiedy lato minæùo, przyjechaù po nie tata i zabraù i je, i mamæ do nowego mieszkania w zupeùnie innym mieúcie.

Juý nie wróciùa do tamtej szkoùy, w której tak bardzo wszy­scy jà okùamali.

Tak wiæc Ania rosùa, mysie kitki nad uszami ciemniaùy i zmieniùy siæ w bràz, jasny, ale jednak bràz, podobny do skór­ki úwieýo rozùupanych kasztanów.

Pewnego dnia kitki zostaùy obciæte, a wùosy Ani zaczæùy ukladaã siæ w fale. W tym samym czasie przechodziùa swojà wielkà przemianæ. Z dziewczynki stawaùa siæ kobietà. Choã nic siæ nie zmieniùo i nawet piersi nie chciaùy jej urosnàã, ma­ma pewnego dnia powiedziaùa: „Stajesz siæ kobietà'. Bycie kobietà polegaùo na razie na sprawdzaniu, czy juý ma pokrwa­wione majtki i pilnowaniu, ýeby nikt nie zauwaýyù tego wcze­úniej niý ona. Przyzwyczaiùa siæ do tego prædko. Ale najwiæk­szym problemem byù brak piersi. Któraú z koleýanek jej powiedziaùa, ýe na piersi dobrze robià kurze jaja. Ania wszyst­kie zaoszczædzone pieniàdze zaczæùa lokowaã w jajach, które w tajemnicy przed rodzicami jadùa rano, wieczór i w poùudnie. Inna koleýanka poradziùa jej masowanie okræýnymi ruchami miejsca, w których chciaùaby mieã piersi. Szorstkà szczotkà za­dawaùa sobie Ania codziennie pod prysznicem ból, skóra czer­wieniaùa wokóù sutek, ale piersi pozostawaùy pùaskie jak de-

ska. Podwoiùa liczbæ jajek. Na masowaniu skóry wokóù sutek zùapaùa jà kiedyú mama. Krzyknæùa:

- Co ty robisz, dziecko!

Ale Ania nie byùa juý dzieckiem, byùa kobietà, i chciaùa mieã piersi. Za wszelkà cenæ.

Potem wcieraùa w nie oliwæ j zmieniùa szorstkà szczotkæ na gàbkæ. Lecz i to nie pomagaùo.

Kiedy wyjechaùa na wakacje, zapomniaùa o piersiach. Na­uczyùa siæ skakaã na gùówkæ do wody z pomostu, zbieraã raki wieczorem przy latarce, ùapaã ãmy i umieszczaã je delikatnie na rozkùadnicy, tak ýeby nie uszkodziã skrzydeù i nie zrzuciã delikatnego pyùku. Biegaùa po lesie boso, zachwycona delikat­noúcià mchów i szorstkoúcià igliwia, wspinaùa siæ na wiekowe sosny, których niskie grube gaùæzie zapraszaùy do nieba, przy­glàdaùa siæ kijankom i ýukom. Piersi przy tych czynnoúciach straciùy swojà waýnoúã. Kasztanowe wùosy wiàzaùa Ania w koñski ogon, który ùapaù zielone igùy sosen i jaùowców, zapo­mniaùa, ýe chce byã kobietà.

Z tych wakacji pisaùa wiecznym piórem Krzysia Pædzi-wiatra kartki - serdeczne pozdrowienia z wakacji przesyùa Ania.

A kiedy wróciùa do miasta, jej piersi zrobiùy siæ ciæýkie i od razu musiaùa kupiã duýy stanik. Teraz siæ wstydziùa, ýe tak nie­naturalnie wyglàda, nie mogùa swobodnie biegaã, bo przy kaý­dym podskoku bolaùo jà, tak samo jak przycinki kolegów, któ­rzy zauwaýyli tæ zmianæ natychmiast i krzyczeli za nià na korytarzu-muuu!

Znowu chciaùa byã dziewczynkà, którà ciàgnàù za kucyki Krzyú Pædziwiatr, ale niestety, byùo juý za póêno.

Wieczne pióro schowaùa gùæboko do prawej szuflady biur­ka, brudziùo palce, i juý prawie nikt nie pisaù wiecznym pió-

rem. Tata kupiù Ani dùugopis. Ten dùugopis oúwiadczaù tylko, co to jest caùka i co zdarzyùo siæ dwieúcie lat temu.

I czasami Ani wydawaùo siæ, ýe sùyszy cichy szept, gdzieú tam z góry, kiedy wieczorem przez otwarte okno wpadaùy nie­uwaýne anioùy.

Kocham ciæ jak nikogo na úwiecie.

Miùoúã i morderstwo

Agacie Ch.

I. MILIONER JOHN WATHE

Notariusz przetarù okulary.

- Nie bardzo rozumiem, dlaczego to robisz - powiedziaù, choã w gardle úciskaùo go z niepokoju. Nie pùacono mu za ko­mentarze. Pracowaù dla pana Johna Wathe'a od piæãdziesiæ­ciu lat. Wiedziaù, ýe starszy pan potrafiù byã mocno meczàcy, ale wùaúnie spisany testament zdumiaù go bez granic.

John Wathe uchyliù powieki. W jego oczach pojawiù siæ mùodzieñczy bùysk. Zawsze mówiù cicho, tym razem jego gùos zabrzmiaù jak grzmot.

-Jeszcze poýaùujà! - Blade usta starca rozciàgnæùy siæ w uúmiechu. O dziwo, prawie krzyczaù. - Polujà na mnie. Cze­kajà, hieny. I nic nie mogà dla mnie zrobiã, nic! Wiem wszyst­ko! - John podniósù siæ na ùóýku i chwyciù notariusza za rækæ. - Banda egoistów! Im chodzi wyùàcznie o pieniàdze! Zawsze! Mój wnuk Peter przegraù trzydzieúci tysiæcy dolarów i úmie do mnie przychodziã po tym wszystkim i prosiã o czek! Byù doúã dorosùy, ýeby zrobiã tej Hariett dziecko i nie chce ponosiã

ýadnej odpowiedzialnoúci! Wieczny chùopczyk w krótkich spodenkach! Tym razem nie!

Notariusz nie wiedziaù, co robiã. Nigdy w czasie piæãdzie­siæciu lat ich znajomoúci milioner John Wathe nie pozwalaù sobie na szkalowanie rodziny.

Tarù szkùa, jakby chciaù je przedziurawiã.

-A Diana? Jedyna wnuczka - ciàgnàù milioner John Wathe. - Ten jej absztyfikant puúciù jà kantem, jak siæ dowie­dziaù, ýe ona nic ode mnie nie dostanie! Ma do mnie preten­sje, gùupia, gùupia, po trzykroã gùupia! Wiele by daùa, ýeby mieã forsæ i rzuciã siæ w jego ramiona! Taka zakochana! A jej matka stoi za nià murem Przyszùa i powiedziaùa, ýe znisz­czyùem jej córce ýycie Widziaùem to spojrzenie Jest zdol­na do wszystkiego, wierz mi

Notariusz siedziaù jak sparaliýowany.

- Ani sùowa nikomu! Ani sùowa! - John úciskaù go mocno, za mocno jak na ciæýko chorego czùowieka. - Majà bardzo maùo czasu Muszæ byã ostroýny i czujny Pamiætasz o ta­jemnicy zawodowej?

Notariusz wùoýyù okulary i delikatnie uwolniù rækæ. Nie spodziewaù siæ zgoùa, ýe starszy pan obarczy go tajemnicà wùas­nej úmierci.

- Moýesz na mnie liczyã.

- A wiæc zaùatwione. Jeúli mnie zawiedziesz, nie dostaniesz tych dwustu tysiæcy dolarów. Zabezpieczyùem siæ.

Milioner John Wathe chichotaù, twarz mu siæ wykrzywiaùa w spazmatycznych skurczach.

-A ziæã Ten idiota nie wie, ýe wiem o jego romansie z tà pannà Pilar. Gùupiec! Tylko idiota moýe myúleã, ýe dwudzie-stodwuletnia pielægniarka kocha bezinteresownie mæýczyznæ

pod piæãdziesiàtkæ. Który myúli, ýe za moment bædzie bogaty! Cha, cha, cha, juý ja im pokrzyýujæ plany!

Umilkù, opadù na poduszki, a potem spojrzaù prosto w oczy notariusza.

- Dziækujæ ci za te wszystkie ùata. Teraz wyjedê i zgodnie z umowà wróã za miesiàc. Mnie juý moýe nie byã na tym úwie­cie

Notariusz drgnàù.

- Nie mów tak. Lekarze sàdzà, ýe to jeszcze potrwa.

- Nie przy takiej rodzinie. Banda egoistów. Wierz mi i bàdê czujny. Postæpuj zgodnie ze wskazówkami, a nie poýa­ùujesz.

Notariusz podniósù siæ z miejsca. Nie chciaù wierzyã, ýe to, co mówiù stary czùowiek, jest prawda. Znaù córkæ Johna, Ka-thy, od urodzenia. Byù na jej úlubie z Krisem, widziaù, jak ros­nà ich dzieci, Diana i Peter. Owszem, zauwaýyù, ýe pielægniar­ka pojawiaùa siæ w polu widzenia Krisa czæúciej, niý naleýaùo. Wiedziaù, ýe Peter miaù kùopoty, zdarzaùo mu siæ grywaã do biaùego rana w kasynie w mieúcie. Najbardziej ýal mu byùo Diany. Narzeczeñstwo nie trwaùo dùugo, ale jaka ona byùa za­kochana! Rzeczywiúcie, narzeczony po rozmowie z panem Johnem wyjechaù, zostawiajàc krótki list: „W tej sytuacji nie mogæ ci zapewniã takiego ýycia, do jakiego jesteú przyzwycza­jona, zasùugujesz na kogoú lepszego niý ja. Bædæ czekaù póù ro­ku, moýe coú siæ zmieni'. Brzydki list od maùego czùowieka. Diana - choã minæùo póù roku - nie mogùa chyba wybaczyã dziadkowi, ýe przyczyniù siæ do tego rozstania.

Ale Kathy? Ùagodna, dobra Kathy? Nie byùaby zdolna skrzywdziã ojca.

John Wathe wziàù gùæboki oddech i jego gùos zùagodniaù.

- Byùeú dobrym przyjacielem przez te wszystkie lata. Dziæ­kujæ ci za wszystko i dotrzymaj danego mi sùowa.

- Obiecujæ - powiedziaù notariusz. - Do zobaczenia. Starszy pan pokiwaù przeczàco gùowà.

- Ýegnaj - powiedziaù. - Idêcie juý.

Prawnik i úwiadek cicho zamknæli za sobà drzwi.

II. INSPEKTOR DAYID

Inspektor David Crobe byù mæýczyznà po przejúciach. Od kiedy w jego ýyciu zabrakùo Helen, nie czekaù na nic. Dlatego bez wiækszego ýalu odwoùaù rezerwacjæ hotelu w Pushington, gdzie po raz pierwszy od dwóch lat miaù cieszyã siæ urlopem. Telefon od szefa obudziù go nad ranem.

- Milioner John Wathe nie ýyje. Jedê i rozejrzyj siæ. Caùa ta sprawa mocno úmierdzi.

Inspektor David ogoliù siæ, nie patrzàc do lustra. Wiedziaù, co tam zobaczy. Zmæczona twarz trzydziestoczterolatka, od którego odeszùa ýona. Z najlepszym przyjacielem. Jak mógù do tego dopuúciã? Jak mógù nie zauwaýyã? Helen wziæùa nie tylko przyjaciela, ale i siedmioletnie oszczædnoúci, przezna­czone na domek za miastem. Z utratà pieniædzy ùatwo siæ by­ùo pogodziã. Gorzej z utratà Helen. Co zaniedbaù? Czego jej nie dawaù? Przecieý kochaù jà tak bardzo!

Wspomnienia juý nie bolaùy, ale jakiú rodzaj otæpienia pozo­staù. Pracowaù za dwóch. Braù trudne sprawy. Wyjeýdýaù w teren. Mógù sobie na to pozwoliã. Przecieý nikt na niego nie czekaù.

Rezydencja Johna Wathe'a byùa imponujàca. Samochód Davida pokonywaù drobne wzniesienia z ciæýkim charkotem silnika. Minàù z prawej jezioro leýàce w przyjaznej dolinie

i wjechaù w cieñ alei lipowej. Zahamowaù na podjeêdzie, za­stanawiajàc siæ, czy dobrze robi.

W drzwiach pojawiùa siæ smukùa postaã. Kobieta miaùa wùosy koloru miodu upiæte w kok. Inspektor wysiadù. Kathy Childhood podaùa mu rækæ.

- Mam nadziejæ, ýe wyjaúni pan sprawæ úmierci ojca. - W jej oczach zakræciùy siæ ùzy.

Mogùa udawaã, ale David czuù, ýe ùzy sà prawdziwe.

- Obiecujæ pani, ýe dojdæ prawdy.

Spojrzaùa na niego i teraz miaù wraýenie, ýe siæ zaniepo­koiùa. Weszli do obszernego hallu, Kathy poprowadziùa go na góræ.

- Oto pañski pokój. Zapraszam na obiad za godzinæ, po­tem bædziemy do pana dyspozycji.

Inspektor rzuciù torbæ na ùóýko. Stanàù przy oknie i jego wzrok padù na ùadnà dziewczynæ w kwiecistej sukience, po­dobnà do Kathy, która dawaùa gwaùtowne znaki rækà komuú, kto szedù od strony stajni. David wychyliù siæ bardziej i zauwa­ýyù mùodzieñca. Syn Childhoodów, Peter, i córka Diana - znaù ich z fotografii.

Dziewczyna wcisnæùa bratu coú do ræki i ruszyùa w stronæ domu. Peter przyglàdaù siæ maùej paczuszce. Inspektor siægnàù po lornetkæ. Z domu wyszùa Kathy. Mùody czùowiek, zoba­czywszy matkæ, odwróciù siæ w panice i szukajàc miejsca dla zawiniàtka, szybko pochyliù siæ i dêwignàù marmurowego amorka.

Kathy podeszùa do syna. Wprawne oko inspektora uchwy­ciùo moment, kiedy Peter chowaù paczuszkæ pod prawà stopà uúmiechniætego boýka miùoúci. Matka z synem ruszyli w stro­næ domu. Inspektor juý, juý chciaù odùoýyã lornetkæ, kiedy w polu jego widzenia zamajaczyli mùoda kobieta i starszy pan.

Ukryci za krzewami tamaryszku stanowili jednà plamæ. Kris Childhood, ziæã nieboszczyka, trzymaù kobietæ za dùonie, po­trzàsaù nià, ona siæ wyrwaùa i przemknæùa w stronæ wejúcia dùa sùuýby. On wyùoniù siæ za chwilæ, przecierajàc czoùo. Wyraênie

zdenerwowany - zanotowaù inspektor.

Gong na obiad rozlaù siæ po rezydencji cichym gùæbokim brzmieniem. Inspektor, juý po przechadzce w ogrodzie i kilku rozmowach telefonicznych, zmieniù koszulæ i zszedt na dóù. Kathy wskazaùa rækà na mæýczyznæ zza tamaryszku:

- Inspektorze, pozwoli pan, to mój maý.

Mocny uúcisk dùoni úwiadczyù o tym, ýe Kris jest mæýczy­znà stanowczym.

- Moja córka Diana - gùos Kathy nabraù miækkoúci, gdy w drzwiach stanæùa úliczna brunetka. Kiedy inspektor poczuù jej dùoñ w swojej, jego serce fiknæùo kozioùka, a w uszach za­brzmiaùy anielskie chóry. Dziewczyna od paczuszki patrzyùa na niego bùækitnymi niewinnymi oczami.

- Peter, to inspektor David, obiecaù, ýe znajdzie mordercæ dziadka.

- Miùo mi - powiedziaù Peter.

Ræka Petera byùa wyraênie niechætna dùoni inspektora.

Inspektor zastanawiaù siæ, jak zareaguje Peter, kiedy zoba­czy, ýe pod stopà amorka nie ma juý buteleczki z lekarstwem nasercowym, które -jak dowiedziaù siæ z telefonicznej bùyska­wicznej rozmowy z kolegà - mogùoby zabiã tuzin milionerów, zwùaszcza schorowanych.

Siadali juý do stoùu, kiedy drzwi do jadalni otworzyùy siæ i stanæùa w nich blondynka spod tamaryszku.

- Przepraszam za spóênienie, w tej chwili wróciùam z zaku­pów.

-To panna Pilar, pielægniarka. Opiekowaùa siæ do koñca ojcem.

Blondynka wyciàgnæùa rækæ, inspektor poczuù, ýe jej dùoñ jest lekko spocona.

- Jestem prosto z drogi, przepraszam.

Faùsz w jej gùosie byù dla inspektora Davida tak wyczuwal­ny, jak faùsz w gùosie byùej ýony Helen, kiedy mówiùa, ýe jedzie do chorej matki, a jechaùa wiadomo gdzie.

Dziwiù siæ, ýe nikt oprócz niego tego nie zauwaýyù. Rozglà­daù siæ ostroýnie po zebranych. Kaýdy z nich mógù byã mor­dercà. Ale dlaczego tak bardzo nie chce, ýeby mordercà oka­zaùa siæ ciemnowùosa Diana? Ona najwiæcej zyskuje na úmierci Johna. Miaùa póù roku, ýeby pogodziã siæ z ukocha­nym.

Gùos panny Pilar przywoùaù do porzàdku rozbiegane myúli inspektora Davida.

- Czy pan mnie sùucha, panie inspektorze? Ja wiem, kto zabiù pana Wathe'a.

III. PANNA PILAR, PIELÆGNIARKA MILIONERA JOHNA WATHE'A

W ciszy, która zapadùa po sùowach panny Pilar, brzæk tùuczo­nego kieliszka zabrzmiaù jak strzaù armatni. Inspektor spojrzaù na Krisa. Byù czerwony jak burak, rozlane wino rozlaùo siæ po únieýnobiaùym obrusie niby krew. Kris staù nad stoùem.

- Zabraniam pani tak mówiã! - krzyknàù. - Nie ma pani ýadnych dowodów!

Panna Pilar pochyliùa gùowæ, a kiedy jà podniosùa, w jej oczach bùyszczaùy prawdziwe ùzy. Inspektora przeszedù dreszcz. Jak w oczach jego ýony, kiedy przysiægaùa, ýe go ko­cha, ýe byùa u przyjacióùki, a byùa wiadomo gdzie.

- Muszæ powiedzieã prawdæ! Pan John nie zasùugiwaù na ta­ki koniec! To pani! - Umalowany na zùoto paznokieã skiero­wany byù prosto na osobæ siedzàcà po przeciwnej stronie stoùu. - Wiem, ýe to pani! Sùyszaùam pani kùótniæ z panem Johnem, prosiù panià o coú, a pani krzyczaùa „mogùabym ciæ zabiã'.

Inspektor patrzyù na dùoñ pielægniarki. Kàtem oka jednak obserwowaù to, co dziaùo siæ miædzy Peterem a Dianà. Szybkie spojrzenie - porozumiewawcze spojrzenie - oto co dojrzaù. Poza tym? Ulga? Niepokój? Niepokój Diany obudziù na dobre jego martwe serce. Dlaczego ona siæ niepokoi? Co ma na sumieniu?

Paznokieã panny Pilar wisiaù w powietrzu naprzeciwko twarzy Kathy. Kris poùoýyù rækæ na ramieniu ýony.

- To nie ona! Nie ona! To nie moja ýona, inspektorze, pro­szæ mi wierzyã!

- Ha! - Twarz Pilar wykrzywiùa siæ w grymasie zùoúci. -Proszæ zapytaã, czy nie rozmawiaùa ze mnà o úrodkach naser-cowych? Czy nie pytaùa pani w piàtek, jaka dawka wystarczy, ýeby serce przestaùo biã? To, co pomaga, moýe równieý szko­dziã! Ale ja nie mogæ milczeã, nie mogæ! - Panna Pilar roz­szlochaùa siæ. - Pan John byù dla mnie taki dobry

Diana spuúciùa gùowæ i przez moment inspektor David mógù patrzyã na prosty przedziaùek dzielàcy jej wùosy na dwie czæúci. Nie wiadomo dlaczego wzbudziùo to w nim dawno za­pomnianà tkliwoúã, a anielskie chóry w uszach zabrzmiaùy jeszcze gùoúniej.

Odgùos odsuwanego krzesùa byù zbyt gùoúny jak na to kultu­ralne towarzystwo. Kris podniósù siæ i powiedziaù:

- Panie inspektorze, panna Pilar nie wie, co mówi. Oczy­wiúcie úrodki nasercowe byùy caùy czas w naszym domu, teúã je zaýywaù regularnie, wszyscy jesteúmy pod wraýeniem tego, co siæ staùo, ale doprawdy, moja ýona akurat nie miaùa z tym nic wspólnego!

Krisowi trzæsùy siæ ræce, kiedy podnosiù serwetkæ, ýeby otrzeã kàciki ust. Kathy trwaùa nieporuszona. Kùamie - pomy­úlaù inspektor, tak jak kùamaùa Helen, kiedy mówiùa, ýe wszyst­ko miædzy nimi w porzàdku.

- Panie inspektorze, ja wiem, gdzie pani Kathy schowaùa te úrodki! Widziaùam, jak wynosiùa je z pokoju starszego pana! Maleñka buteleczka z ýóùtym napisem, na mój widok speszyùa siæ, to byùo dwa dni po rozmowie, na temat szkodliwoúci ta­bletek! Niech pani siæ przyzna! Zresztà Kris wie, gdzie to schowaùa, bo sam mi tym powiedziaù!

Fiolka z ýóùtym napisem spoczywaùa w torbie inspektora na górze, w jego pokoju. Równieý notes z notatkami, które in­spektor zdàýyù zrobiã przed wyjazdem. Równieý wyniki sekcji i inne dokumenty.

Kathy podniosùa dumnie miodowy kok i spojrzaùa prosto w oczy inspektora.

- Panna Pilar nie kùamie. To ja podaùam ojcu úmiertelnà dawkæ leku. Prosiù o to. Nie chciaù juý ýyã. Guz mózgu, który ujawniù siæ trzy miesiàce temu, zabijaùby go po trochu. Wyùà­czaùby funkcje ciaùa. Nie mogùam na to pozwoliã. Jestem goto­wa ponieúã konsekwencje swojego czynu!

- Mamo! - krzyknæùa Diana. Za szybko, za gùoúno. Peter uspokajajàco poùoýyù jej rækæ na kolanie.

Nic nie mogùo ujúã uwagi inspektora. Ale inspektor patrzyù równieý w bràzowe oczy Kathy i wi­dziaù, ýe kùamie.

97

Panna Pilar usiadùa i szybkim haustem wypiùa wino. Kathy czekaùa na reakcjæ inspektora. Inspektor nakùadaù sobie ziem­niaki na talerz i powoli zbieraù myúli. To nie ona, nie ona. Wiæc dlaczego to robi?

Panna Pilar przesùaùa umæczone spojrzenie Krisowi. Kris jednak staù nad stoùem jak wmurowany.

Inspektor byù zmæczony.

- Proszæ usiàúã. Czy wie pan, gdzie ýona schowaùa fiolkæ z lekarstwem?

- Nie muszæ zeznawaã przeciwko ýonie! - wymknæùo siæ Krisowi.

Co za gnida. Inspektor podniósù do ust kæs befsztyka. A moýe mu siæ rzeczywiúcie wymknæùo? - pomyúlaù, a gùoúno powiedziaù:

- Jeszcze nikogo nie oskarýyùem.

- Jako rodzina mam prawo do odmowy zeznañ

Nic gorszego nie mógù powiedzieã. A jednak Inspek­torowi nie starczaùo widaã wyobraêni.

- ale z niego nie skorzystam - dokoñczyù Kris.

Panna Pilar zamarùa w zadziwieniu, Kathy zwiotczaùa na swoim miejscu. Po prostu siedziaùa tam kupka eleganckich ubrañ, bez kobiety w úrodku.

-Ale z ciebie szuja, tato - Peter odsunàù siæ z krzesùem od stoùu.

Diana spojrzaùa na inspektora i teraz zamarù inspektor. We wzroku Diany czaiùa siæ nienawiúã. Taka sama jak w spojrze­niu Helen, kiedy odchodziùa.

- Wiem, gdzie schowana jest fiolka, poniewaý sam jà tam poùoýyùem. - Kris staù naprzeciw inspektora Davida dumny i potæýny. - Sam jà tam schowaùem, poniewaý to ja zabiùem swojego teúcia.

IV KRIS CHILDHOOD, ZIÆÃ MILIONERA JOHNA WATHFA

- To nieprawda! Nieprawda!

Piskliwy gùos panny Pilar przerwaù ciszæ. A jednak w tej ci­szy inspektor usùyszaù cichy wiew powietrza wypuszczanego z ust Diany. Peter opadù na krzesùo i z niebotycznym zdumie­niem wpatrywaù siæ w ojca.

- Ty oszuúcie - piszczaùa panna Pilar. - Ty oszuúcie! Caùy plan na nic! Jak mogùeú mi to zrobiã? Mogliúmy byã tacy szczæúliwi! Taka jest prawda, inspektorze! Mamy romans! Ýo­na go w ogóle nie rozumiaùa! On nie jest z nià szczæúliwy! Co ty robisz? Dlaczego jej bronisz?

I panna Pilar rzuciùa siæ na Krisa.

Wtedy Kathy miækko i bez sùowa osunæùa siæ na podùogæ. Silne ramiona Krisa podniosùy jà bez trudu. Peter zerwaù siæ od stoùu i pochyliù nad obojgiem. Choã inspektor nie podsùu­chiwaù, usùyszaù cichutkie sùowa Petera:

-Tato Ja mam tæ fiolkæ

- Czy mogæ ýonæ odprowadziã do sypialni? Nie ucieknæ pa­nu, przy ýonie zostanie córka, ja wrócæ za chwilæ. - Gùos Krisa brzmiaù wùadczo. - A ty - zwróciù siæ do Pilar -jesteú zwolniona.

- Nikt nie jest zwolniony, dopóki ja tego nie zarzàdzæ. - In­spektor nienawidziù siebie samego za te sùowa. Spojrzenie, które posùaùa mu Diana, przeszyùo go na wskroú. Chóry aniel­skie w jego uszach zabrzmiaùy jak dzwon ýaùobny.

Kris troskliwie wziàù w ramiona Kathy i wraz z synem i Dianà zniknæli w gùæbi domu. Panna Pilar zarumieniùa siæ ze ztoúci i wyszùa, trzasnàwszy drzwiami.

Inspektor siedziaù sam przy stole i sàczyù wino. Wiedziaù, jaki byù stan zdrowia Johna Wathe'a. Wiedziaù, ýe szybki spa­dek pozwoliùby Dianie na powrót zwiàzaã siæ z ukochanym.

Peterowi pozwoliùby zapùaciã dùugi i byã moýe spùaciã te dziew­czynæ, która spodziewaùa siæ jego dziecka. Od Krisa nie oczeki­waù wyjaúnieñ - to konto jego ýony byùo obciàýone na sumæ 320 tysiæcy dolarów, o czym dowiedziaù siæ przed obiadem.

Sprawa nie byùa tak prosta, jak mu siæ zdawaùo. Choã po­dejrzewaù, no, przeczuwaù, kto zabiù, na samà myúl o tym prze­chodziù go zimny dreszcz. To niemoýliwe, muszæ byã bardzo ostroýny - myúlaù. - Taki szatañski plan mógù wymyúliã tylko gùæboko zraniony czùowiek.

W chwilæ potem Kris i Peter pojawili siæ w drzwiach. Kris usiadù przy inspektorze, Peter byù spokojny, choã chùód prze­bijaù z kaýdego jego gestu.

Kris siægnàù po butelkæ i nalaù sobie peùny kieliszek wina.

- Moýe mnie pan aresztowaã, inspektorze. Nie mam nic do stracenia. Rzeczywiúcie miaùem romans z Pilar. Moja ýona - Kris zajàknàù siæ. - Ostatnio nie dziaùo siæ miædzy nami naj­lepiej, Ja

Peter wpatrywaù siæ w ojca z napiæciem.

- Ja nie wiedziaùem, co robiæ Chciaùem zaczàã nowe ýy­cie z Pilar. Do tego byùy potrzebne pieniàdze Pieniàdze Johna Powiedziaùem Pilar, gdzie ýona

- Gdzie pan schowaù fiolkæ? - Inspektor dopijaù powoli swoje wino.

- Wszystko mi siæ miesza jestem zmæczony. Ta ta -Kris szukaù odpowiedniego sùowa - wykorzystaùa wiadomoúã o dùugu Kathy przeciwko niej. Pan Bóg mi chyba rozum ode­braù. Trudno. Przynajmniej

- Przynajmniej pañska ýona pokryje dùug, który wynosi 320 tysiæcy dolarów, prawda?

Peter patrzyù na ojca nierozumiejàcym spojrzeniem. Kris zbladù.

~ Skàd pan wie? Przecieý konta objæte sà tajemnicà ban­kowà!

- Nie w przypadku úledztwa o morderstwo.

-Kathy Ona nie wiedziaùa, co robi Na co siæ zgadza Ja zainwestowaùem na gieùdzie w zeszùym roku, ale

- Ona miaùa powód, ýeby zabiã wùasnego ojca. Lada moment bankierzy weszliby na hipotekæ waszego domu.

- Nie, inspektorze, nie! Ja znam tæ kobietæ od dwudziestu piæciu lat. Kocham jà. To niemoýliwe! - Kris opanowaù siæ. -Niemoýliwe, poniewaý to ja zabiùem. I te pieniàdze tak na­prawdæ sprzeniewierzyùem ja. Powiem prawdæ.

Peter wpatrywaù siæ z napiæciem w twarz ojca.

- Owszem, zapomniaùem siæ. Panna Pilar byùa blisko, a Ka­thy Juý mnie nie kochaùa. Miaùa pretensjæ, ýe zainwestowa­ùem jej pieniàdze i przegraùem. Nienawidziùa mnie. Myúla­ùem, ýe mogæ zaczàã od nowa Panna Pilar mówiùa, ýe mnie kocha. Kochaùa spadek po Johnie. A ten stary skàpiec nie da­waù nam ani grosza. Kathy nie mogùa straciã domu, w którym siæ wychowywaùa.

- Kris - kobiecy gùos zabrzmiaù miækko i ùagodnie. - Jak mogùeú myúleã, ýe ciæ nienawidzæ - Kathy staùa w drzwiach, oparta na ramieniu Diany. - Zrobiùeú to dla mnie ýebym nie straciùa tego, co kocham najbardziej Ale stracæ to, jeúli jesteú winny Mogæ ýyã gdziekolwiek, lecz nie bez ciebie, nie rozumiaùeú tego?

Kris w sekundzie znalazù siæ przy ýonie. Inspektorowi zakræci­ùy siæ w oczach Izy. No, stanowczo byù zbyt zmæczony. To na pew­no uczulenie na jakieú pyùki. Odwróciù wzrok od maùýonków.

I wtedy usùyszaù mocny glos Petera:

- Niczego nie stracisz, mamo, poniewaý to ja zabiùem dziadka

V. PETER CHILDHOOD, WNUK MILIONERA JOHNA WATHFA

Inspektorowi kræciùo siæ w gùowie. Jedno morderstwo i trzech morderców przyznajàcych siæ kolejno do winy. To siæ zdarza tylko w powieúciach. Zobaczyù trupio bladà twarz Dia­ny i rozszerzone ze zdumienia oczy Kathy. Kris trwaù niepo-ruszony przy ýonie. Inspektor David zrozumiaù, ýe potrzebu­je powietrza. W salonie byùo albo duszno, albo wypiù za duýo wina. Sùabym gùosem powiedziaù równoczeúnie z Krisem:

- Sùucham?

- To ja zabiùem dziadka. Fiolka po lekarstwach jest pod stopami amorka w ogrodzie.

Inspektor nie mógù przeoczyã faktu, ýe Diana spojrzaùa na brata karcàco.

- Poùoýyùem jà tam dzisiaj przed poùudniem. Baùem siæ, ýe bædzie rewizja czy coú takiego. Byùem zadùuýony. Dùug karcia­ny to dùug honorowy. Harriet jest w ciàýy. Myúlaùem, ýe dziadek i tak byù ciæýko chory. Skróciùem mu mæki. Przyniosæ panu tæ fiolkæ. - Peter ruszyù w stronæ drzwi.

- Nie trzeba, mùody czùowieku. Dowód rzeczowy jest juý u mnie. - Inspektor potarù dùonie. Jakoú dziwnie mu spotnialy.

- To jedyny dowód w tej sprawie, inspektorze? - glos Dia­ny byù ciepùy, Serce inspektora Davida znów fiknæùo kozioùka, a chóry w jego uszach poweselaùy.

- Ale wystarczajàcy - powiedziaù, choã nie lubiù siebie za to kùamstwo.

- Mamo, zadzwoñ po herbatæ. - Diana usiadùa obok in­spektora i uúmiechnæùa siæ. - Napijmy siæ herbaty.

Kathy podniosùa mosiæýny dzwonek i zadzwoniùa po sùuý­bæ. Wszedù sùuýàcy z imbrykiem z chiñskiej porcelany i filiýan­kami. W takiej chwili myúleã o herbacie? I to zaraz po obie-

dzie? To równieý inspektorowi nie mieúciùo siæ w gùowie. Ale z takich ràk jak ræce Diany Nalaùa do peùna filiýankæ, robi­ùa to dùugo, pieczoùowicie. Potem podaùa mu cukier. Jego wùas-na ýona nie podawaùa mu herbaty.

Wypiù odrobinæ, caùa reszta towarzystwa trwaùa bez ruchu i przyglàdaùa mu siæ z niepokojem. Zmarszczyù czoùo.

- Pamiætam pana wypowiedê, byùa puszczona w HBR, braù pan udziaù w wiecu przeciwko legalizacji eutanazji.

- Tylko krowa nie zmienia poglàdów, inspektorze.

- Pamiætam równieý zeznanie sùuýby Pana Giowaniego zacytujæ; „Wtedy pan Peter wybiegù wzburzony z pokoju pana Johna, krzyczàc: «nie zmusisz mnie do tego»'. Czy nie cho­dziùo o proúbæ chorego, ýeby skróciã mu cierpienia?

Inspektor David patrzyù badawczo w twarz Petera.

- Nie. Dziadek chciaù, ýebym oýeniù siæ z Harriet. Uwaýaù, ýe mæýczyzna musi odpowiadaã za swoje czyny. A ja nie lubiæ, kiedy mi siæ dyktuje, co mam robiã. To wszystko, co mam do powiedzenia

- Ale Peter - gùos Diany byù cichy jak szmer - przecieý ty

- Zamknij siæ! - Peter úciàù sùowa siostry jak siekierà. - Nic nie mów!

- Czy pani chce uzupeùniã zeznania brata? - Inspektor zwróciù siæ wprost do Diany i ku swojemu zdumieniu zoba­czyù, jak jej wàtùe ramiona prostujà siæ.

- Nie? - Omiótù wzrokiem zebranych.

Ùadna rodzinka, nie ma co. Nic siæ nie zgadzaùo. Musiaù weryfikowaã caùy misternie uùoýony przez siebie plan. Osoba najbardziej niewinna jest winna - myúlaù.

- Proszæ mnie aresztowaã! - krzyknàù Peter. -1 skoñczmy tæ szopkæ!

Dlaczego on siæ tak denerwuje? David byt zmæczony. Sà­czyù herbatæ, miaùa dziwny wschodni smak. Dzieñ okazaù siæ za dùugi. A moýe to úwieýe powietrze tak na niego wpùynæùo? Inspektor byù bardzo, ale to bardzo zmæczony.

- Przepraszam pañstwa, lecz muszæ odpoczàã. Dokoñczy­my jutro.

Inspektor wstaù od stoùu i chwiejnym krokiem ruszyù przed siebie. Schody wydùuýaùy siæ w nieskoñczonoúã, z trudem do­tarù do ùóýka i nie pamiætaù, kiedy zasnàù.

Nie mógù sùyszeã, ýe ktoú wsunàù siæ za nim do pokoju.

VI. GIOWANI, SÙUÝÀCY MILIONERA JOHNA WATHE'A

Inspektor obudziù siæ o úwicie z ciæýkà gùowà. Zwlókù siæ z ùóýka, zrzuciù ubranie i wziàù dùugi prysznic. Okræciù siæ ræcz­nikiem i wróciù do pokoju. Spojrzaù na porozrzucane w nieùa­dzie rzeczy. Nie miaù wàtpliwoúci, ýe fiolka zniknæùa. Podniósù i wùoýyù do torby notes i lornetkæ. Naiwnoúã rodziny Childhoo-dów siægnæùa dna. Szkoda. Zanim porozmawia z Dianà, prze­prowadzi krótkà rozmowæ z Giowanim. Paræ rzeczy wymaga wyjaúnienia. Tak dali siæ nabraã na fiolkæ leków? Jadàc tutaj, sprawdziù w aptece, co, kto i kiedy kupowaù. Prowincjonalni aptekarze traktujà swój zawód bardziej serio niý ci w mieúcie. Obejrzaù spisy z dwóch ostatnich miesiæcy. I to nie lek na ser­ce przepisywany od lat starszemu panu wzbudziù jego podej­rzenia.

Ale jak w takim tempie zacznà siæ samooskarýaã, sami wy­dadzà na siebie wyrok. Wczeúniej czy póêniej. Zamknàù oczy i poùoýyù siæ w ræczniku na ùóýku. Biedna Diana! Myúli, ýe ten facet byùby jà kochaù, gdyby byùa bogata. Dwóch rzeczy nie

moýna kupiã - zdrowia i miùoúci. Ale o tej prawdzie na ogóù dowiadujemy siæ zbyt póêno. Tylko John Wathe o tym wie­dziaù.

Inspektor David pomyúlaù ciepùo o tym nieznanym sobie czùowieku.

Telefon do notariusza równieý niczego nie wyjaúniù. Nota­riusz wspomniaù tylko, ýe testament ma byã otwarty miesiàc po úmierci Johna Wathe'a. Powiedziaù, ýe úwiadkiem ostatniej woli byù Giowani, oraz ýe on sam przez najbliýszy miesiàc nie bædzie uchwytny.

Inspektor David nie mógù zasnàã. Widziaù sùabego czùowie­ka na ùoýu úmierci, otoczonego rodzinà, która go nienawidzi. Pieniàdze nie dajà szczæúcia.

Kiedy powtórnie otworzyù oczy, blask sùoñca zalewaù po­kój. Byùo wpóù do siódmej. Znakomita pora, ýeby porozma­wiaã z Giowanim. Ale trzeba to zrobiã umiejætnie.

Ubraù siæ i zszedù na dóù. Nie myliù siæ - caùy dom spaù, tyl­ko w kuchni kræciùa siæ sùuýba. Giowani zaparzyù kawæ i usie­dli obaj na tarasie.

-Ale panie inspektorze, ja nic nie wiem - zastrzegù siæ wierny sùuga. Kawa pachniaùa smakowicie.

- Kiedy pan John dowiedziaù siæ, ýe jego guz mózgu jest nieuleczalny?

- O, dawno, ale nie pamiætani kiedy.

- Czym byù pan tak zburzony, ýe w dzieñ jego úmierci wùo­ýyù pan buty nie od pary? - Inspektor rozkoszowaù siæ úwie­ýym porankiem.

- Niczym, proszæ pana, niczym. - Giowani byù poruszony, ale David nie zwracaù na to uwagi.

- Dlaczego z pana polecenia w dniu úmierci pana Wathe'a zostaùa zwolniona sùuýàca Beatris?

- Ona - Giowaniemu plàtaù siæ jæzyk.

- Czy nie dlatego, ýe wiedziaùa, kto zamówiù w aptece za duýo leków na serce? Kto zamówiù dodatkowe strzykawki?

- Ale Przecieý pan Wathe otrzymywaù doýylnie úrodki

- Przez wenflon na staùe wprowadzony do ýyùy. Zamówie­nie z piætnastego, robione przez pannæ Filar, obejmowaùo dwadzieúcia sztuk. Po co komu innemu potrzebne byùy strzy­kawki?

- Ale to nie pani Kathy zamówiùa strzykawki - wyszeptaù Giowani.

Inspektorowi zrobiùo siæ przykro.

- Niech mi pan pomoýe, zanim ktoú niewinny wylàduje w wiæzieniu.

Giowaniemu pot sptywaù z czoùa.

- Pan John strasznie siæ denerwowaù, ýe oni nic dla niego nie chcà zrobiã. Ýe chcà, ýeby zdychaù tak jak warzywo. Strasznie siæ piekliù, a oni byli dla niego tacy dobrzy Tylko ýe przez niego odszedù od panny Diany ten czùowiek Najpierw starszy pan obiecaù pieniàdze, a potem siæ roz­myúliù. Zupeùnie nie w jego stylu. I wtedy pani Childhood bar­dzo go prosiùa, a on krzyczaù, ýe nic nie dostanà, skoro nic nie rozumiejà! I pan Kris z nim rozmawiaù, sùyszaùem niechcàcy, jak krzyczaù; „Ojciec to celowo robi! Ale ja znajdæ sposób!'. I pan Peter, od kiedy siæ oýeniù, teý potrzebowaù gotówki

- Peter siæ oýeniù? Giowaniemu pot zalaù czoùo.

- Boýe, Boýe, obiecaùem, ýe nigdy nikomu, to byùa tajem­nica. .. Przecieý panna Hariett byùa w ciàýy, ale oni to juý daw­no planowali. Tylko pan Peter siæ uparù, ýeby nic nie mówiã, ýeby siæ dziadek nie dowiedziaù, ýeby nie myúlaù, ýe to pod je­go naciskiem Niech pan o tym nie wspomina

l wtedy wzrok inspektora Davida padù na pobladùà Dianæ, która wyszùa zza drzewa i stanæùa przy nich. Ale Diana siæ za­chowywaùa tak, jakby nie widziaùa inspektora. Wlepiùa wzrok w Giowaniego, a Giowani cofaù siæ przed jej spojrzeniem.

- Dlaczego mi nie powiedziaùeú? - wyszeptaùa i David wie­dziaù, ýe ma do czynienia z kobietà przestraszonà. Dlaczego nie mógù jej ochroniã?

- Bo panicz zakazaù. Powiedziaù, ýe przyjdzie czas, to po­wie Ojej, panienko, proszæ na mnie tak nie patrzeã, chcia­ùem dobrze Nic wiæcej nie mogæ powiedzieã, nie mogæ po­wiedzieã

- Jesteú wolny, Giowani. - Diana usiadùa przy inspektorze. - Niech pan go nie mæczy. Musi pan porozmawiaã ze mnà.

Giowani spojrzaù na Dianæ i wstaù.

- To ja zamówiùam strzykawki. Mój dziadek nie zginàù od tabletek nasercowych. Wstrzyknæùam mu 400 gramów potasu. To zabije kaýdego. Mój brat o tym wiedziaù i postanowiù mnie chroniã - powiedziaùa Diana i inspektor poczuù, jak ziemia usuwa mu siæ spod nóg. Znaù wyniki sekcji i wiedziaù, ýe Dia­na nie kùamie.

Spojrzaù na Giowaniego. Giowani wyglàdaù na zdruzgota­nego, ale kiedy siæ odwróciù, w szklanych drzwiach tarasu przez sekundæ inspektor widziaù odbicie jego twarzy.

Giowani uúmiechaù siæ pogodnie.

VII. INSPEKTOR DAVIDI DIANA, WNUCZKA MILIONERA JOHNA WATHE'A, SIOSTRA PETERA

Inspektor szedù z Dianà polnà drogà. W gùowie kùæbiùy mu siæ myúli. Wszystko to byùo pozbawione sensu. Diana po raz

pierwszy wyglàdaùa na odpræýonà. Jej ciemne wùosy lúniùy w sùoñcu i inspektor powstrzymywaù siæ, ýeby ich nie dotknàã. Wùosy morderczyni. Niewiele rozumiaù z tego, co siæ dziaùo, ale instynktownie czuù, ýe po raz pierwszy w ýyciu chce zrezy­gnowaã z zawodu.

- Kochaliúmy dziadka, byù dobry - mówiùa Diana. - Potem nagle siæ zmieniù, wszyscy to odczuliúmy. Moýe to byù juý wpùyw choroby. Mama zabraùa buteleczkæ lekarstw, które dziadek zamówiù przez tæ Beatris, zwolnionà sùuýàcà. Chciaù je zaýyã i skoñczyã ze sobà. Mama nie wiedziaùa, co to jest, i rzeczywiúcie pytaùa Pilar o ich moc. Mogùo wyglàdaã, ýe to ona Ojciec zachowaù siæ wspaniale, prawda? Czuùam, ýe za­wsze mamæ kochaù. Przyznaù siæ, ýeby jà chroniã. A mama my­úlaùa, ýe to Peter, bo on najbardziej potrzebowaù pieniædzy. Hariett jest zamoýna, Peter nie chciaù byã u niej w kieszeni i dlatego opieraù siæ pomysùowi úlubu. Chciaù stanàã na wùas­nych nogach. Byã mæýczyznà. Oni siæ bardzo kochajà.

Diana patrzyùa na inspektora, a jego serce fikaùo kozioùka za kozioùkiem i czuù, ýe gdyby spotkaù tamtego chùystka, który tak niecnie jà porzuciù, toby go zabiù. Za gùupotæ i bezmyúl­noúã. Za to, ýe miaù w ræce taki skarb i tego nie widziaù. Pomy­úlaù równieý, ýe sam byù gùupcem, tæskniàc za Helen, skoro po tym úwiecie chodziùy takie dziewczyny jak Diana. Niedostæpna dla niego na zawsze. Spojrzaù na profil Diany, delikatny jak stara chiñska rycina i zanim pomyúlaù, z jego ust wypùynæùo py­tanie:

- Warto byùo dla takiego chùystka?

- On siæ zmieniù - powiedziaùa Diana, a inspektorowi za­parùo dech w piersiach. - Juý dawno nie gra. Dziecko musi mieã ojca. A on chciaù chroniã rodziców. Mam nadziejæ, ýe pan to rozumie.

Teraz inspektor niewiele rozumiaù. Zaraz, zaraz, ona mówi o bracie

- Peter jest dobry. Ale ja byùam z dziadkiem zwiàzana naj­silniej, kaýdy panu to powie. Nie mogùam patrzyã, jak on cier­pi. Myúlaùam, ýe siæ nie wyda Tyle leków Potas przecieý nie zostawia úladów Dziadek braù potas Nie mæczyù siæ, to byùa chwila

- Nie mówiùem o Peterze, mówiùem o tamtym przecieý chciaùa pani, ýeby wróciù

-Inspektorze - Diana uúmiechnæùa siæ ùagodnie - nie daùabym za jego powrót zùamanego grosza Zrobiùam to dla dziadka, nie dla niego On mnie nie kochaù, kochaù tylko moje pieniàdze Dlatego tak trudno mi siæ z tym pogodziã A Peter jest wspaniaùy. Ileý trzeba odwagi i mæstwa, ýeby pod­jàã takà decyzjæ. Hariett jest zamoýna, on nie ma nic. Wahaù siæ To trudne dla mæýczyzny. Mam nadziejæ, ýe bædà bar­dzo szczæúliwi. Hariett kocha jego, a nie jego pieniàdze. Do­brze, ýe to zrozumiaù.

Inspektor powziàù decyzjæ. No cóý, straci tæ pracæ. Wyrzu­ci dowody rzeczowe. Zgubi pobrane kwity z apteki, nikt nie dojdzie prawdy, Tej dziewczynie nie naleýy siæ kara. Gdyby to wszystko miaùo miejsce w Holandii, nikt by nie ucierpiaù. Nie, nie zgadza siæ z eutanazjà, ale dla ukochanej kobiety warto poúwiæciã poglàdy.

Ýeby tylko milczeli. Skoro potrafili tak nieprzekonujàco kùamaã, niech teraz kùamià w dobrej wierze. John Wathe zo­staù cudownie ocalony. Diana ma przed sobà ýycie. To ona za­biùa, bo tylko ona wiedziaùa, co byùo przyczynà úmierci.

Stanàù przed nià i chwyciù jà za rækæ.

- Niech pani posùucha, Diano. Dowody winy mam w ræku. Zniszczæ je. Nie dopuszczæ do tego, ýeby pani ýycie legùo

w gruzach. Nie zgadzam siæ z pani teorià o úmierci. Uwaýam, ýe tylko Bóg nam dat ýycie i tylko Bóg moýe je odebraã. Ale mniejsza z tym. To juý pani sumienie. Jednak nie mogæ przy­ùoýyã ræki do pani zguby. Wiem, co to znaczy, jak bliski czùo­wiek odejdzie. Ale ýycie na tym siæ nie koñczy. Niech pani ýy­je szczæúliwie. Pojadæ do miasta po poùudniu. Niech pani porozmawia z rodzinà. Ustalcie wersjæ, która nie bædzie sprzeczna. Úledztwo zostaje umorzone wobec braku dowodów winy. Niech panià Bóg ma w swojej opiece.

Fioùkowe oczy Diany znalazùy siæ niepokojàco blisko. Za­nim inspektor siæ zorientowaù, wilgotne usta dziewczyny do­tknæùy jego ust.

- Cudowny z pana czùowiek. Mogùabym pana pokochaã. Ale nie przyjmæ tego prezentu. Tak bædzie najproúciej.

Zanim David zdàýyù siæ zorientowaã, Diana odwróciùa siæ na piæcie i pobiegùa w stronæ domu. Staù przez chwilæ w miej­scu i próbowaù ochùonàã. Dlaczego kiedyú wydawaùo mu siæ, ýe kocha Helen, byùà ýonæ?

A potem z szybkoúcià bùyskawicy przez mózg przeleciaùa mu scena, kiedy pierwszy raz zobaczyù Dianæ. Przypomniaù so­bie jej sukienkæ w róýowe kwiaty i moment, kiedy fiolkæ z le­karstwami oddawaùa Peterowi. I jego úciúniæte bólem serce nagle znów fiknæùo radosnego kozioùka.

VIII. NOTARIUSZ MILIONERA JOHNA WATHFA

Równo miesiàc po úmierci pana Johna Wathe'a inspektor przyjechaù do rezydencji Childhoodów. Stary notariusz sie­dziaù w salonie. Peter i kobieta, w której inspektor domyúliù siæ Harriet, odwrócili siæ ku niemu i Peter uúmiechnàù siæ szero-

ko. Diana staùa przy kominku. Inspektor nie wiedziaù, czy po­wiadomiùa o wszystkim rodzinæ. O tym, ýe on, David, przyjàù jej oúwiadczyny. Ostatecznie byù prawdziwym mæýczyznà, a ona obiecaùa, ýe bædà ýyli na poziomie, jaki on jej zapewni. Miùoúã byùa waýniejsza niý pieniàdze. Inspektor nie bardzo wiedziaù, jak siæ zachowaã. Ale byù tutaj w innym celu. Obie­caù, ýe wszystko wyjaúni. Notariusz zadzwoniù do niego wczo­raj wieczorem i poprosiù o przybycie. Kathy Childhood pode­szùa do niego z wyciàgniætymi ramionami.

- Witam pana serdecznie, Davidzie. Tak siæ cieszæ!

Kris mocno potrzàsaù jego rækà. A Diana podeszùa i po prostu pocaùowaùa go w usta. Inspektor David poczuù, ýe robi siæ czerwony jak burak.

Peter przyjaênie poklepaù go po ramieniu.

- Inspektorze, to moja ýona Harriett. Czy mogæ do pana w tej sytuacji mówiã po imieniu?

Diana uúmiechnæùa siæ promiennie i zaprowadziùa go do barku.

- Czego siæ napijesz?

Notariusz skoñczyù gwaùtowne przecieranie okularów, któ­re cudem przeýyùy ten zabieg.

- Mogæ zaczynaã?

Nie, najpierw inspektor wyjaúni, jak na to wpadù. David poczuù na sobie spojrzenia wszystkich obecnych i wziàù gùæboki oddech.

- Byùem w prostszej sytuacji niý reszta pañstwa - zaczàù. -Juý przyjeýdýajàc tu, wiedziaùem, ýe John Wathe umarù od wstrzykniætego doýylnie potasu. A tymczasem pierwszà scenà, którà widziaùem, byùo niezdarne chowanie sùynnej fiolki z le­kiem nasercowym, o którà awanturowaùo siæ wiele osób. A pañska - tu zwróciù siæ do Krisa - szarpanina z pannà Filar

nie pasowaùa mi do caùoúci. Pan chciaù jà przed czymú po­wstrzymaã. Tak siæ nie zachowujà ludzie, którzy przygotowali morderstwo. Poza tym tylko morderca wiedziaù, ýe to nie te lekarstwa spowodowaùy úmierã. Byùo dla mnie jasne, ýe oskar­ýenie panny Pilar, w tej sprawie równieý niewinnej, jest faùszy­we. Przyznanie siæ do winy Krisa teý nie byùo przekonywajàce. Myúlaù, ýe to tabletki, które widziaù u swojej ýony. Peter wpadù w ten sam kanaù. Pomógù mi nieco Giowani.

Giowani siedzàcy sztywno przy stole podniósù wzrok na in­spektora.

- Ja nie mogùem panu pomóc, proszæ pana - powiedziaù ci­cho. - Ja zawsze dotrzymuje sùowa.

- Pomógù mi pan. Wtedy kiedy Diana przyznaùa siæ do winy, nie mógù pan powstrzymaã uúmiechu. Pan, który jà nosiù na ba­rana i kochaù jak wùasne dziecko, nie mógù siæ przecieý cieszyã, ýe pana pupilka okazaùa siæ morderczynià. Jeúli zaú Diana -Inspektor zajàknàù siæ. - Dla Diany byùa szokiem wiadomoúã o úlubie brata. Wtedy podjæùa decyzjæ, ýe weêmie na siebie winæ Petera. Zrobiùa to tak dobrze, ýe jej przez moment wierzyùem. Ale coú mi nie dawaùo spokoju. Jeúli byùa morderczynià, to pierwsza scena, którà niechcàcy zobaczyùem z okna, byùa bez sensu! Dlaczego zajmowaùa siæ fiolkà? Przecieý musiaùa wie­dzieã, ýe to dowód bez znaczenia. I dlaczego podaùa mi herbatæ, po której byùem nieprzytomny? Dlaczego chciaùa dostaã siæ do pokoju i usunàã dowód rzeczowy, który nie byù dowodem? Ale to olúnienie spùynæùo na mnie póêniej. Od razu powinienem byù skojarzyã pewne fakty. Dlaczego starszy pan, który miaù úwietny sùuch, tak bardzo krzyczaù, rozmawiajàc z notariuszem?

Dlaczego nie zwróciùem uwagi na notes, w którym miaùem notatki ze úledztwa? Dlaczego zùodziej fiolki nie wziàù za­úwiadczenia z apteki, o kupnie strzykawek?

Mógù byã jeden powód. Bo nie wiedziaù, ýe to jest istotne. Natomiast zdàýyù przeczytaã akt zgonu i poznaã prawdziwà przyczynæ úmierci. Diano, nabraùaú mnie. - Inspektor David przesùaù uúmiech Dianie i nie speszyù siæ, kiedy ona przesiaùa mu pocaùunek. - John Wathe zrobiù to samo. Odnalazùem le­karza, który pól roku temu przepisaù mu potas. Pomogùa mi zwolniona przez was i niesùusznie posàdzona sùuýàca Beatris. To ona na proúbæ Johna Wathe'a zamówiùa strzykawki. Star­szy pan sam przygotowaù siæ na najgorsze. Wiedziaù, co go czeka. Mam nadziejæ, ýe dalsze wyjaúnienia znajdziemy tutaj

- My juý znamy treúã testamentu, ale chcemy, ýebyú ty równieý, Davidzie, wysùuchaù, co miaù do powiedzenia dzia­dek, szczególnie teraz, kiedy prawie naleýysz do rodziny!

Notariusz naùoýyù okulary i zaczàù czytaã.

„i dlatego postanowiùem was sprawdziã. Wszyscy mi od­mówiliúcie, z czego byùem niezadowolony, ale szanujæ wasze decyzje i cieszæ siæ, ýe wychowaùem swojà córkæ na czùowieka godnego najwyýszego szacunku. Niestety nie mam pewnoúci, czy z moich pieniædzy zrobicie wùaúciwy uýytek. Kris nie sùu­chaù moich rad, równieý Peter i Diana wiedzà lepiej, co dla nich dobre. Diana nie moýe zapomnieã o czùowieku niewar­tym jej jednej Izy, Peter odrzuca kobietæ, która jest wartoúcio­wa i dobra. Kris myúli, ýe panna Pilar moýe przewyýszyã do­brocià mojà córkæ. Niech przekonajà siæ zatem wszyscy, jakimi sà ludêmi.

Niech nie moje rady, ale trudna dla nich sytuacja wyzwoli to, co najlepsze. Majàtek mój przekazujæ wszystkim tym, któ­rzy w sytuacji zagroýenia bædà w stanie zrobiã coú dla drugie­go czùowieka. Tym, którzy nie okaýà siæ egoistami i bædà umieli przedùoýyã interes cudzy nad wùasny. Kocham was'.

S Podanie n miùoúã

Diana pùakaùa, Kathy ocieraùa oczy, mæýczyêni równieý by­li poruszeni.

Notariusz odùoýyù okulary.

- Zaprosiùem pana - zwróciù siæ do inspektora Davida - na proúbæ Diany i przy absolutnie jednomyúlnej decyzji rodziny Childhoodów, poniewaý musimy dbaã o uczciwe wykonanie ostatniej woli zmarùego. Diana opowiedziaùa, ýe chciaù pan, wierzàc przez moment w jej winæ, uchroniã jà, nie baczàc na konsekwencje. Dlatego naleýna panu czæúã wynosi

Suma, którà wymieniù notariusz, na chwilkæ zamroczyùa Davida. A potem poczuù ramiona Diany wokóù swojej szyi i wiedziaù, ýe miùoúã jest waýniejsza niý pieniàdze i silniejsza niý úmierã.

Pozwól mi odejúã

WIECZÓR

Marta patrzy na ùóýko, a potem rozkùada lniany obrusik na nocnej szafce. Spùywa do ziemi i otula niezgrabny mebel. Na lampkæ narzuca weùnianà chustkæ w czerwone róýe. Úwiatùo umyka z kàtów i przykuca koùo niej. Póùmrok obejmuje patch-work w kolorowe pasy, rozsypane na poduszce jasne wùosy Iwony, jej przymkniæte powieki, szczupùà postaã. Marta patrzy na leýàcà kobietæ. Potem przenosi wzrok na kilim nad ùóý­kiem. Delikatne owoce -jarzæbina lub kalina - z lewej strony, liúcie i drobne bràzowe gaùàzki z prawej.

Iwona leýy spokojnie. Zaciúniæte mocno powieki drgajà le­ciutko. Marta schyla siæ do torby i wyjmuje butelkæ szampana, dwa krysztaùowe kieliszki, popielniczkæ. W jej dùoniach dêwiæ-czy delikatnie szkùo. Iwona porusza siæ.

- Jeszcze nie otwieraj, jeszcze nie Poczekaj, bàdê cierpli­wa, jeszcze tylko - Marta jest czujna.

- Juý? - Iwona z zamkniætymi ciàgle oczyma zwraca twarz w kierunku Marty.

-Nie podglàdaj! - Marta kùadzie rækæ na oczach Iwony. Patrzy na jej jasnà twarz, delikatny makijaý, w tym póùmroku

Iwona wydaje siæ duýo mùodsza, wyglàda na dobrze utrzyma­nà trzydziestkæ, a przecieý ma czterdzieúci lat. Marta nie cofa ræki - podnosi drugà dùonià wazonik z bukiecikiem kwiatów, i ustawia obok lampki. Kwiaty pochùaniajà i tak doúã nikùe úwiatùo lampki, szerokim cieniem przechodzà na úcianæ i tam rozkùadajà siæ wygodnie, moszczà miedzy sufitem a krzesùem. Marta schyla siæ raz jeszcze, niebieski dywanik zrobiù siæ teraz prawie granatowy, gmera rækà w torbie w poszukiwaniu mag­netofonu. Sprzæt jest malutki, srebrny, kaseta wchodzi gùad­ko. Marta omija szafkæ i szuka kontaktu.

Nie patrz, proszæ, wytrzymaj jeszcze chwilæ.

Iwona kiwa potakujàco gùowà, jej jasne wùosy, rozpuszczo­ne wùosy koloru miodu drýà, a lekko pomalowane usta uúmie­chajà siæ.

- Sùyszaùam!

Marta odwraca siæ, z magnetofonu pùynie cichutka muzyka.

- Nic nie sùyszaùaú!

Iwona otwiera oczy, chwyta Martæ za spódnicæ jak kapryúne dziecko, podnosi siæ na ùokciach, sukienka z dùugim suwakiem opina jej siæ na piersiach. Iwona wyglàda jak przebudzona ze snu królewna. Pociàga mocno za prostà spódnicæ Marty.

- Jesteú naprawdæ wielka! Chodê, to ciæ ucaùujæ!

Marta zgrabnie siæ odsuwa, patrzy na nià uwaýnie, a potem mówi:

- Daj spokój, tylko bez czuùoúci, bo jak nas ktoú nakryje i

- Och, nie zapominaj, ýe jesteúmy dorosùe. - Iwona pod­ciàga nogi, obejmuje rækami szczupùe ùydki, opiera gùowæ na kolanach i rozglàda siæ, jakby ten pokój widziaùa pierwszy raz w ýyciu. Zapada cisza, Marta czuje, jak jej ciaùo lekko siæ na­pina, brzuch i nogi, ramiona, Iwona patrzy i milczy, lekko gùaszcze patchwork, a Marcie wydaje siæ, ýe juý nie wytrzyma

dùuýej tej ciszy, zaraz jej brzuch zacznie burczeã, jak w czasach dzieciñstwa, kiedy przynosiùa dwójæ i na pytanie „co w szkole' pierwszy odpowiadaù jej brzuch. Trzeba udawaã obojætnoúã, nic za szybko. Ale milczenie przedùuýa siæ niebezpiecznie, wiæc Marta wsuwa nogà torbæ pod ùóýko i obojætnym tonem pyta:

-No i jak?

Iwona dotyka delikatnym gestem kilimu, czuùym gestem rozpoznania.

- Normalnie! Normalnie! - A potem oddycha z ulgà i od­chyla gùowæ do tyùu. - Normalnie - powtarza raz jeszcze, jak­by siæ chciaùa upewniã, ýe to wszystko prawda.

Napiæcie Marty spùywa w dót, przez szary sweter i granato­wà spódnicæ, prosto w szare póùbuty na pùaskim obcasie. Jej gùos jest obojætny, kiedy mówi:

- No to dziæki Bogu.

Teraz obie milczà, nagle skræpowane swojà obecnoúcià, Iwona pierwsza przesuwa siæ w stronæ wezgùowia, poprawia kolorowà poduszkæ, opiera jà o metal ùóýka i daje znak Mar­cie, ýeby usiadùa. Marta siada na brzegu ùóýka, a wtedy Iwona goràczkowo zaczyna szukaã czegoú. Klepie narzutæ dùonià, za­glàda pod poduszkæ, wreszcie tonem, w którym jest kropla pretensji, mówi:

- Tu gdzieú miaùam zegarek!

Marta zrywa siæ, czegoú nie dopatrzyùa, zegarka nie ma ani na stoliczku nocnym, ani na ùóýku, znowu ten cholerny mo­ment paniki, zanim ræka powædruje do szarego swetra, kie­szeñ jest lekko rozepchana. Srebrna bùyskotka koùysze siæ wreszcie w jej dùoni. Do cieni kwiatów doùàcza cieñ zegarka, jest olbrzymi, wàski, przecina kwiaty jak kosa. Ræce kobiet spotykajà siæ - paznokcie Iwony, pomalowane ùososiowym la-

kierem, stukajà o srebro. Marta cofa swojà dùoñ, palce z krót­ko obciætymi paznokciami, i natychmiast siæ tùumaczy:

- Schowaùam przecieý, tak jak chciaùaú, ýeby nic

Ale Iwona zakùada zegarek na rækæ i przerywa jej w pól sùowa:

- Przecieý musze wiedzieã, która godzina! - Jej glos jest lekko zirytowany.

Marta pamiæta ukùad drobnych strzaùek na tarczy.

- Siedem po.

Iwona ma kùopot z miniaturowym zameczkiem.

- A wiec odliczam siedem! Marta wzrusza ramionami.

- Jasne.

Iwona úmieje siæ, jakby udaù jej siæ dobry dowcip.

- Siedem, szeúã, piæã, cztery, trzy, dwa jeden, start!

I Marta ùapie w lot, o co chodzi, jej drobne, nieprzyozdo-bione palce siæ prostujà. Nie musi ich zaciskaã.

- Uhm. Od czego?

- Grasz w pytania? - Iwona wchodzi w jej sùowa bezbùæd­nie.

- A ty nie? - Marta uúmiecha siæ, jest szybka.

- To byùo pytanie retoryczne?

- A jak sàdzisz? - Marta nie przegra, trzeba tylko pamiæ­taã, ýeby to byùy pytania, nie odpowiedzi.

- Wpuszczasz mnie w maliny?

- Od kiedy jesteú taka spostrzegawcza? - Marta rozluênia siæ.

- A czy to ma jakieú znaczenie?

Przerwy miædzy pytaniami nie mogà byã za dùugie. Marta siæ nie zastanawia.

- Dlaczego zmieniasz temat?

- A jaki byù temat na dzisiaj? - Iwona jest szybka, szybsza od Marty. Jej sùowa nakùadajà siæ niemalýe na ostatnie sùowa Marty.

- Czyýbyú nie wiedziaùa? - Marta siæ dziwi.

- Nie chcesz odpowiedzieã na moje pytanie?

- Naprawdæ myúlisz, ýe wygrasz?

Och, chwila przerwy. Iwona patrzy na nià, a potem pyta:

- Która godzina?

- Przecieý masz zegarek - wyrywa siæ Marcie. Iwona úmieje siæ radoúnie.

- Przegraùaú, przegraùaú! Marcie nagle robi siæ przykro.

- Zawsze przegrywam. Iwona grozi jej palcem.

- Tylko bez takich! - napomina, a potem robi jej miejsce w ùóýku, naprzeciwko siebie. - Zrzucaj buty, wskakuj i nie ob­raýaj siæ. Dzisiaj ja rzàdzæ.

Ale Marta nie moýe siæ powstrzymaã.

- Ani przez moment o tym nie zapomniaùam.

Iwona jakby tego nie sùyszy, Marta zrzuca zdeptane panto­fle, zastanawia siæ, czy aby nie poszùo oczko, nie chciaùaby sie­dzieã tutaj i piã szampana z oczkiem. I tak przy Iwonie wyglà­da jak uboga krewna. Ale rajstopy sà w porzàdku.

- A teraz szampan. Kieliszki skrzà siæ w úwietle. -Tak, ale

- Tylko bez ale. Papieroski.

Marta czuje, ýe powinna coú powiedzieã.

- Sà, ale

-No to daj. Bez ale, bezale, bezalemucio - nuci Iwona, a Marta znowu siæga poza ùóýko. Czerwona paczka, zapal-

niczka. Rzuca jedno i drugie w kierunku Iwony, Iwona z lu­boúcià zaciàga siæ, nikùy pùomieñ zapalniczki oúwietla jej twarz wyraêniej niý lampka. A potem bez ostrzeýenia zaczyna kaszleã. Marta jest zùa.

-Widzisz?

Iwona macha rækà niecierpliwie. Rozgarnia dym.

- Taka byùa umowa. Bez ale - Kaszle sucho. - Nienawi­dzæ sùowa ale Ty, odpræý siæ Najgorsze sùowo we wszyst­kich jæzykach úwiata Masz úlicznà sukienkæ, ale

Marta uúmiecha siæ i koñczy:

- Wyglàdasz w niej jak krowa.

- Kocham ciæ, ale

- musimy siæ rozstaã. Dla naszego dobra. Iwona zaciàga siæ mocno, juý nie kaszle.

- Brawo! Masz cudnie obciæte wùosy, ale

- tobie i tak nic nie pomoýe. Iwona kùadzie popielniczkæ na ùóýku.

- No wùaúnie. Bædziesz ýyã, ale

Iwona strzepuje popióù. Czeka. Marta milczy. Iwona tràca jà lekko.

- Dlaczego milczysz? Miaùyúmy siæ úwietnie bawiã. - Ale ostatnie sùowo juý wypluwa z siebie razem z ostrym napadem kaszlu.

Marta nie wytrzymuje. - - Wolaùabym, ýebyú nie paliùa.

- Ty neofitko! Sama dymiùaú jak piec. A dlaczego to niby mam nie paliã? Dostanæ raka i umræ? Kochana, dlaczego mam nie paliã? - Iwona robi siæ zùa.

Marta opanowuje siæ w mgnieniu oka.

- Jak chcesz, to pal.

- Lepiej, lepiej, duýo lepiej. - Glos Iwony jest ostry. - Bæ-

de ýyùa dùugo i szczæúliwie. Dla ciebie zawsze butelka jest do poùowy pusta. A u mnie do poùowy peùna.

- Rób, co chcesz. - Marta czuje siæ uraýona.

Iwona spoglàda na nià, zaciàga siæ jeszcze raz, a potem gwaùtownym ruchem gasi papierosa.

- Jestem wstrætna. Zobacz, gaszæ. Tego juý gaszæ. Olewam. Robiæ to dla ciebie. No?

Pytanie jest wyraêne i Marta czuje siæ w obowiàzku wytùu­maczyã:

- Naprawdæ palenie jest

- szkodliwe dla zdrowia, minister zdrowia i opieki spo­ùecznej i chuj mu w du

O nie, tak nie moýna! Marta nie chce tego sùuchaã!

- Iwona! Jesteú wstrætna z tym przeklinaniem.

Ale Iwona jest zadowolona. Wyraênie jà prowokuje.

- Nie bàdê taka delikatna, siostro, od brzydkich wyrazów jeszcze nikt nie umarù. Ani od mówienia, ani od sùuchania Byùabym pierwszym wypadkiem Upierdliwa jesteú jak Ta­kie sùowo w ekstremalnych warunkach moýe uratowaã ýycie.

Marta wykrzywia z dezaprobatà usta.

- Eeee. Ty jak coú powiesz

Niedobrze powiedziane. Iwona juý siæ nie uúmiecha. -Ja - przywoùuje Martæ do porzàdku - dzisiaj mogæ mó­wiã, co chcæ.

Ciaùo Marty znowu napina siæ lekko.

-Tak.

Ale to nie wystarcza. Glos Iwony jest cieñszy niý zwykle.

- Moýe nie odzywaj siæ niepytana? - Iwona patrzy na Mar­tæ, widzi jej ramiona, które drgnæùy przed chwilà w nieznacz­nym geúcie wzruszenia ramionami, czuje jej urazæ i oúwiadcza: - Nie wolno ci siæ obraýaã.

Marta jest zgodna:

- Okej. - Ale jej ramiona znowu siæ poruszajà, uraýone osobno, wbrew zgodzie ust.

Iwona nie chce kùótni.

- Nie wolno ci siæ obraýaã. No, nie rób takiej minki, no, dziubasku - Przymilny ton nie robi wraýenia na Marcie.

-Daj spokój.

Ale Iwona nie ma zamiaru rezygnowaã. Przechyla siæ w stro­næ Marty, podnosi wysoko brwi, nadaje oczom niewinny wyraz.

- Dziubasku-kutasku, popatrz na mnie! Szczygielku, to ja twój burek-siurek, twój szczurek-pisiurek, zrób ùadnà minkæ do grzecznej dziewczynki, grzeczne dziewczynki majà ùadne minki, minetki nimfetki, to grzeczne

Marta nie wytrzymuje, parska cichym úmiechem. Twarz Iwony równieý siæ rozjaúnia.

- No wùaúnie. Okej. Palimy, pijemy i sobie szalejemy. Otwieraj! - Podaje Marcie szampana.

Krysztaùowe kieliszki cicho dêwiæczà przy stukniæciu. A Marta odstawia na chwilæ swój i zapala úwiece.

f

Úwieca daje inne úwiatùo. Bardziej okràgùe i przyjazne. Twarze kobiet wygùadza, zmniejsza kanty mebli, ociepla wnæ­trze. Leýà obok siebie, na poduszce jasne wùosy Iwony, te pszeniczne fale, balejaý robi swoje, i ciemniejsze wùosy Marty, zwiàzane w koñski ogon, niemodny ogon, úciàgniæte mocno gumkà frotte. Trzymajà w dùoniach kieliszki, pusta butelka stoi przy ùóýku, odsùoniæte nogi unoszà wysoko w górze. Mar­ta podciàga spódnicæ i wyciàga nogi jeszcze wyýej.

Nogi Iwony sà dùuýsze i szczuplejsze.

- Zdecydowanie ja! - Iwona naciàga stopy jak tancerka. -E, bo ty mierzysz nieuczciwie. - Marta nie pozwala siæ

przekonaã, zsuwa siæ niýej. - O, proszæ, ja! Nie oszukuj!

Jej kieliszek drýy, resztka szampana odbija siæ krægiem od úcianek. Marta zsuwa siæ coraz bardziej i jej szampan wyle­wa siæ na piersi Iwony. Iwona odsuwa siæ z krzykiem, nogi Marty, samotnie wyciàgniæte ku sufitowi, lekko siæ koùyszà.

- Jezu!

-Nowidzisz? Moje!

- To nieuczciwe! - Iwona wyciera sukienkæ, zostaje na niej mokra plama.

Marta siæga po chusteczkæ, wyciera dekolt Iwony i mówi przekornie:

- Prawda jak oliwa, zawsze na wierzch wypùywa.

Znów kùadà siæ obok siebie, Iwona dzieli swojego szampa­na na dwa kieliszki.

- Przez chwilæ czuùam siæ caùkowicie zadbana A tyle rze­czy zaniedbaùam

Marta grzecznoúciowo mruczy coú pod nosem, potakujàc, przechyla kieliszek i zùocisty pùyn spùywa prosto do jej ust.

- Wiesz, kiedyú powiedziaùam na podwórku, ýe moja mùodsza siostra jeszcze sika w majtki. Dzieciaki siæ úmiaùy -Iwona patrzy w sufit, nie moýe zauwaýyã, ýe twarz Marty tæ­ýeje. - Nie przerywaj! Ale potem przestaùy. A ona pobiegùa do domu. Nie odzywaùa siæ do mnie. Przestaùa wychodziã na podwórko. Teraz bym jej powiedziaùa, ýe Deszcz pada, sùyszysz?

- Sùyszæ - mówi Marta drewnianym gùosem.

- Nie wiedziaùam, ýe to jà tak zaboli. Lubiæ spacery w desz­czu Poszùabym na spacer Na takim spacerze idziesz w ka-

loszach i odgùos taki chùepczàcy i sùychaã kaaap kaaap przez gaùæzie Pajæczyny caùe w drobniuchnej mgieùce. Po deszczu widaã, jak taki pajàk siæ narobi Tak precyzyjnie niteczka po niteczce zapierdala, ýeby akurat na wysokoúci twojej twarzy to powiesiã. Uee -wzdryga siæ.

- Przesadzasz.

Ale Iwona jakby jej nie sùyszaùa.

- Bo w pogodny dzieñ nie masz szans, ýeby to zobaczyã, a po deszczu widaã Chciaùabym to zobaczyã

Marta odstawia zdecydowanym ruchem kieliszek na szafkæ.

- Myúlisz, ýe lepiej by nam teraz byùo w zimnicy, z pajæczy­nà na gæbie, z mokrymi nogami

Iwona ma przymkniæte oczy.

- A krople kaaap, kaaap jak z kroplówki

- A krople sraaap, sraaap

- Nienawidziùam chodziã na spacery. Trzy cztery, Ciapku! Teraz na spacerek! Jak do psa. Piotr byù taki zdrowowyzna-niowy. Bo to zdrowo, Ciapku. A teraz podziwiaj, Ciapku! Na trzy cztery! Przed obiadkiem, bo to zdrowo na apetyt, Ciap­ku, po obiadku naýarty Ciapku, bo brzuszek musi strawiã. Zdrowo! - Iwona prycha, a potem jej gùos smutnieje. - A te­raz bym poszùa

- Po nocy? - Marta jest realistkà. Iwona oýywia siæ.

- No! Kiedyú siæ zaùoýyùam I poszùam. W nocy. Na cmen­tarz Ciemno Cyprysy jak ludzie. A pamiætasz, jak chùopcy pod Krakowem siæ zaùoýyli, ýe jeden z nich pójdzie o dwunastej w nocy na cmentarz i na dowód, ýe byù, wbije gwóêdê w krzyý?

-Nie.

- No i wbiù ten gwóêdê, odwróciù siæ, ýeby szybko wiaã, a tu jak go coú nie pociàgnie - Iwona nagle pociàga silnie za

spódnicæ Marty, Marta podskakuje, Iwona siæ zaúmiewa. -Tak samo on siæ przestraszyù! I umarù ze strachu! A moýe to plotka On kurtkà o ten gwóêdê zaczepiù

- Rzeczywiúcie, strasznie zabawne. - Marta odsuwa siæ od Iwony.

-No i poszùam na ten cmentarz - Iwona przeciàga siæ i zamyka powieki. - Powiem ci, ýe myúlaùam, ýe umræ ze stra­chu, chciaùam wracaã

Na pewno nie chciaùa.

- Ty? - W gùosie Marty brzmi wyzwanie. - Ty na pewno nie

- Ale usùyszaùam za sobà gùosy Sprawdzali mnie I ja juý wiedziaùam, ýe nie jestem sama A oni myúleli, ýe jestem od­waýna Moýesz zrobiã coú z tym úwiatùem?

Úwieca zaczyna drýeã. Knot zapada w miækki wosk. Marta przechyla siæ i dwoma palcami próbuje podnieúã palàcy siæ knot.

- Zgasiã jeszcze mogæ

- Lubiæ úwiece chciaùabym, ýeby byùo duýo úwiec - Iwo­na jest senna, Marta oblizuje goràce palce. - No, twoja kolej, mów, na pewno miaùaú coú strasznego, jak byùaú maùa o czym nie mówiùaú nikomu, no

- Zeszliúmy kiedyú do kanaùu. Po „Kanale' Wajdy. Wiesz, koùo Gùównego?

Iwona oýywia siæ.

- Wiem.

- No i zeszliúmy, z Grzeúkiem. A gùupi Kotwa zasunàù pùy­tæ i powiedziaù, ýe nas nie wypuúci. I ýe nas szczury zjedzà, jak nie damy dwóch dych.

- W ýyciu bym nie zeszùa do kanaùu.

- A potem Kotwa odsunàù ten wùaz. Bez tych dwóch dych. Najedliúmy siæ strachu! Ale czùowiek jak mùody to gùupi

Iwona obraca twarz w kierunku Marty.

- Wiesz, do kurwy nædzy

- Czy ty naprawdæ aý tak musisz To niesmaczne - Mar­ta wykrzywia usta.

- A tak. Do kurwy nædzy, to ýycie jest doprawdy bardzo krótkie I tyle rzeczy robi siæ niepotrzebnych i gùupich

- Mówisz o Francji? - Nie, nie bædæ jej wiæcej zwracaã uwagi, postanawia Marta. - Ýaùujesz, ýe wyjechaùaú?

- Nie wiem, o czym mówiæ. Tak ogólnie Siku mi siæ chce Idziemy? Nie, chyba nie ýaùujæ. Tyle ludzi wyjechaùo w osiemdziesiàtym pierwszym Idziemy?

- E tam Chyba nie

Iwona tàpie Martæ za wùosy, jej oddech pachnie alko­holem.

- Proszæ Marteñki, chodê ze mnà do ùazienki Marta opiera siæ.

-No, nie wiem

Iwona wyskakuje z ùóýka, chwieje siæ, Marta natychmiast jest przy niej. Ùapie jà za rækaw, przytrzymuje.

- Chyba siæ upiùaú.

Iwona potakujàco kiwa gtowà.

- Nie jest to caùkowicie wykluczone. Opiera siæ o Martæ i obie wychodzà z pokoju.

NOC

Úwieca jest biata i dùuga. Wosk z tamtej, dopalonej, wylaù siæ ze úwiecznika i úcieka na lniany obrus. Marta wyjmuje z pudeùka papierosa, zapala, zaciàga siæ, potem opada na po­duszkæ koùo Iwony.

- Nie wydal ci siæ dziwny ten kraj, po tylu latach? Iwona chwilæ milczy.

- Wprost przeciwnie, bardziej normalny. Co to jest te paræ­naúcie lat wobec wiecznoúci Nie zaszkodzi ci ten papieros? Przecieý rzuciùaú?

- Daj spokój z tym filozofowaniem. - Marta podnosi papiero­sa do góry, kreúli nim koùa. - Nie sàdzæ. Nie bædæ paliùa. Wiem.

- A daj ci Boýe. Wiecznoúã jest niebezpieczna Boisz siæ úmierci?

- A kto tu mówi o úmierci? - Marta patrzy na swoje dùonie. Dym kràýy po pokoju.

- Ja. Nie o úmierci, tylko o strachu. Marta decyduje siæ.

- Jak ojciec byù w szpitalu, to zapytaùam go, czy siæ boi A on powiedziaù, ýe nie. Ýe ýycie juý dla niego straciùo smak Powiedziaù to tak, ýe aý poczuùam tæ stratæ Moýe siæ baù

Marta czeka. Iwona podejmuje temat:

- Ludzie sà dziwni. Nie mogà przyznaã siæ nawet do stra­chu Ýaùujæ, ýe nie byùam z rodzicami jak wiesz, odcho­dzili Wszyscy chcà prawdy, ale pod warunkiem, ýe ta prawda bædzie po ich myúli Czy mnie kochasz? Ale powiedz prawdæ. Kocham ciæ, oczywiúcie Czy mnie nie zdradziùeú? Nigdy Czy bædæ ýyù, doktorze? Zniosæ wszystko, byleby to byùa praw­da byleby siæ okazaùo, ýe bædæ ýyù Taka prawda wygodna dla mnie Nie sàdzisz? - Iwona zawiesza ostatnie sùowo w powietrzu.

Marta podnosi siæ na ùokciu i gasi papierosa. Przydusza go mocno, tak ýeby nie dopalaù siæ w popielniczce jak niedopaùki Iwony.

-Nie wiem. - Jej drobne palce przyduszajà niedopaùek jeszcze raz i jeszcze.

Iwona milknie. Moýe zaúnie, jest juý póêno.

- Widziaùaú siæ z Saranowiczem?

To pytanie przeszywa Martæ na wskroú.

- Nie. Wyjechaù. Mówiùam ci juý, ýe wyjechaù na dwa tygo­dnie.

- Ten to ma dobrze. - Iwona mówi wolno, sennie. Na pew­no za chwilæ zaúnie. - Nie ma szampana?

Jednak nie zasnæùa. Marta przechyla butelkæ, paræ kropel trzyma siæ szyjki.

- Wypiùyúmy.

-To nalej mi coca-coli. - Ten rozkazujàcy ton dziaùa na Martæ jak pùachta na byka, ale schyla siæ i wyciàga spod ùóýka butelkæ.

- Mam wraýenie, ýe

Niepotrzebnie gada. Twarz Iwony robi siæ zùa.

- Nie pùacæ ci za opowiadanie wraýeñ, do cholery! Nalej!

- Niezdrowa jest - mówi Marta i nalewa do podstawionego kieliszka brunatnego pùynu.

- Co ty nie powiesz? Zachorujæ? Za póù roku mi siæ poro­bià dziury w zæbach, a za dziesiæã lat wrzody? Dlaczego mi nie kaýesz wrzuciã zùotówki, ýebym zobaczyùa, jak coca-cola zýera nasz cynk, czy co tam dodajecie do tych waszych pieniædzy? Obiecaj mi, ýe za paræ lat dopadnie mnie paradentoza z po­wodu coca-coli! Obiecaj. - Iwona jest agresywna. - Obiecaj no! Ty masz nie po kolei z tym „niezdrowo', kobieto! - Pod­nosi kieliszek w kierunku Marty. - Chcesz trochæ?

- Dziækujæ - szepcze Marta. Iwona pochyla siæ nad nià.

- Bez obraýanka koleýanka.

- Bez. - Marta kiwa gùowà.

- Gùupio siæ kùócimy. - Iwona czuje, ýe przesadziùa.

- Ja siæ nie kùócæ. - Marta jest znowu drewniana, drewnia­ne sà jej ræce i jej gùos. Ýeby tylko brzuch nic nie mówiù.

- Jakoú mi tak Nie wiem - próbuje siæ usprawiedliwiã Iwona.

Ale Marta juý nie jest ta, co przed chwilà.

- Sami sobie robimy to, jak nam jest.

- Czyja ci pùacæ za komentarze? - Iwona przesuwa siæ na krawædê ùóýka, juý nie jest senna, jej oczy zwæziùy siæ.

- Nie wiem. - Marta nie moýe ukryã irytacji.

- Otóý nie pùacæ. Juý wiesz. - Te sùowa rozùaýà siæ na wszystkie strony, zimne, niedobre.

Kobiety milknà.

ÚWIT

Marta unosi siæ na ùokciach i przyglàda siæ úpiàcej Iwonie. Prawà rækæ Iwona zarzuciùa wysoko nad gùowæ. W bladym brzasku úwitu jej gæste rzæsy rzucajà cieñ na policzki, niezmy-ty makijaý, wùosy w nieùadzie.

- Co siæ tak gapisz? - Na dêwiæk gùosu Iwony Marta pod­skakuje.

A wiæc nie spaùa. Marta siæ podnosi.

- Nie gapiæ siæ. Pozwól mi odejúã.

Ræka i pomalowane paznokcie. Lakier francuski, ùadny od­cieñ. Maleñki zegareczek obok. Dùoñ powoli peùznie w kie­runku srebrnej tarczy przy poduszce.

- Przed czasem? Która godzina?

- Masz zegarek obok.

- Juý prawie szósta. - Iwona odkùada zegarek na szafkæ.

I wtedy Marcie wymyka siæ:

- Dziæki Bogu.

Iwona unosi brwi w odwiecznym odruchu zdumienia.

- Nie podobaùo ci siæ?

- Nie, dlaczego?

- Czy to znaczy, ýe znowu zaczynamy?

Marta wstaje i podchodzi do szafki. Bierze do ræki úwiecz­nik i zaczyna z niego wydùubywaã resztki wosku.

- Chyba nie ma potrzeby.

- Nie udaùo siæ.

Marta to sùyszy, ale wzbiera w niej lekka irytacja.

- Nie wiem, co miaùoby siæ udaã.

Idzie w kierunku kosza na úmieci. Zza pleców sùyszy pyta­nie:

- Nie moýemy pogadaã?

Marta wydùubuje wosk ùyýeczkà. Kruszy siæ nad koszem jak pùatki szronu. Gùos Marty jest teý jak szron.

- Pewnie juý szósta.

- Nie moýemy pogadaã? - pyta jeszcze raz Iwona, jakby godzina nie byùa waýna, jakby nie byùa przedmiotem wczeú­niejszej umowy. Jest szósta. Szósta to szósta.

Marta nie odpowiada, Obchodzi ùóýko, zdejmuje kilim, który w brzasku úwitu nie jest wcale taki ùadny. To nie jest ja­rzæbina, to po prostu czerwone packi, a i liúci nie ma. Stara weùna ùatwo daje siæ zwinàã w rulon. Marta odstawia parawan na miejsce, przy zlewie. Odsùania stojak od kroplówki. Úciàga lniany obrus z metalowej szafki. Nawet kwiaty na biaùym bla­cie, z którego pùatami zeszùa farba, straciùy swojà úwieýoúã. Marta strzepuje serwetæ nad zlewem.

- Wúciekùa jesteú? - Iwona obserwuje krzàtaninæ Marty z ùóýka.

W Marcie wzbiera pretensja, energicznym ruchem skùada i pakuje do torby serwetkæ. Jeszcze tylko schowaã kieliszki, butelkæ po szampanie, po coca-coli. Waýne, ýeby nie daã siæ sprowokowaã.

- Widzæ przecieý, ýe jesteú wúciekùa.

- Juý szósta. - Marta odwraca siæ w stronæ ùóýka i jednym ruchem úciàga z niego patchworkowà kapæ. Iwona uúmiecha siæ i wtedy Marta podejmuje decyzjæ.

- Owszem, jestem wúciekùa, ýe daùam siæ nabraã - mówi. -Na tæ twojà græ.

Iwona wydyma wargi, nie spuszcza oczu z Marty.

- Przypominam, ýe za niezùà sumæ.

Jeszcze dywanik. Niebieski. W izolatce szpitalnej nie moýe byã ýadnych dywaników.

- Owszem. To ciæ usprawiedliwia, prawda?

- Moýe to ciebie usprawiedliwia? - Ton Iwony jest gùæbszy. Juý siæ tak gùupio nie uúmiecha.

- Moýe. Dostaùam pieniàdze i wywiàzaùam siæ z umowy. Miaùaú tak, jak chciaùaú. Jak w domu. Ale czasem ten, kto pùa­ci, jest bardziej upokorzony niý ten, kto bierze. I to jest wùa­únie taki przypadek.

Spakowana torba jest juý przy drzwiach. Marta wyjmu­je z szafy pielægniarski czepek i fartuch, i staje przed umywal­kà. Lustro jest stare, ale ona wprawnym ruchem poprawia wtosy, wciàga fartuch i wkùada czepek. Czerwony pasek oýy­wia jej zmæczonà twarz. Z tylu godzi w nià podniesiony gùos Iwony;

- A cóý ty wiesz o mnie, ýeby wydawaã sàdy? Nie wiesz nic! Marta gwaùtownie siæ odwraca.

- Oto pierwsza prawda dzisiejszego dnia. Masz racjæ. Nic. Nic nie wiem, i dlatego mogæ z czystym sumieniem powie-

dzieã: koniec mojego dyýuru. Wierz mi, to byty najciæýej zaro­bione pieniàdze w moim ýyciu. - Marta siæga na krzesùo, bie­rze biaùà powloczkæ i biaùà poszwæ. Znak szpitalnej pralni jest prawie niewidoczny. Podchodzi do ùóýka. - Przepraszam, mu­szæ przebraã poúciel.

Iwona posùusznie siæ odsuwa, a Marta wprawnym ruchem skùada kolorowy patchwork w kostkæ.

- Nie przypominam sobie, ýebym ciæ specjalnie zmuszaùa do ich zarobienia, siostro. Ale dwadzieúcia tysiæcy to niezùa suma za dwanaúcie godzin, o ile orientujæ siæ w tutejszych ce­nach.

-1 owszem. Masz tæ swojà nædznà satysfakcjæ. - Glos Mar­ty jest jadowity. - Moýe liczysz na to, ýe siæ obraýæ? Powiem, ýe mam je

- w dupie? - W kpiàcym glosie Iwony jest nadzieja, ýe oto ona zniýy siæ do jej poziomu. Nie.

- gdzieú! Ýe mam je gdzieú! Aleja tego nie powiem. Po­proszæ czek, zgodnie z umowà.

Iwona podnosi siæ w kierunku szafki, w której szuflada siæ zacina, wyjmuje dùugopis i ksiàýeczkæ czekowà. Opiera siæ na ùokciu.

- Proszæ bardzo, siostro.

Marcie trzæsà siæ ze zdenerwowania ræce.

- Dziækujæ bardzo. - Brzmi to tak obraêliwie, ýe Iwona kurczy siæ na ùóýku.

- Przyjdziesz jeszcze do mnie na pùatny dyýur, siostro?

Marta jest gotowa do wyjúcia. Jej dyýur siæ skoñczyù. Pró­buje upchnàã dywanik do torby, która jest duýa i peùna, jak po podróýy. Kilim na pewno nie wejdzie. Marta czuje, jak policz­ki zaczynajà jà piec.

- Samo zùo! Oto, czym jesteú! Duszæ siæ w jednym pokoju

z tobà. - Marta juý nie panuje nad swojà wúciekùoúcià. - Du­szæ siæ, bo tak wielkie jest twoje pieprzone ego, nawet w ta­kiej chwili!

- A w jakiejýe to chwili ono jest tak wielkie?

Zawsze ten sam kpiarski ton. Boýe, trzeba nad sobà zapa­nowaã. Jeúli wyjmie siæ butelki i dywanik schowa na sam spód, to moýe siæ wszystko zmieúci. Ale siæ nie mieúci. Butelka po szampanie toczy siæ pod zlew. Marta podnosi siæ z kolan i od­wraca do Iwony. Ona nie ma prawa siæ úmiaã! Trzeba jej to uúwiadomiã.

- Bàdê zadowolona, ýe masz forsæ i moýesz sobie kupowaã czyjàú obecnoúã - mówi Marta. - Mojà obecnoúã! I opowia­daã te gùupie sentymentalne historyjki, od których ma siæ zmieniã úwiat. Ale on siæ od tego nie zmieni! Tylko za pienià­dze! Bo gdyby byùo inaczej, kazaùabym ci siæ zamknàã po pierwszym zdaniu! To jest jedyna prawda o tobie, ot co! -Marta rozpædza siæ, jej sùowa nabierajà ksztaùtu sùów Iwony: -Moja siostra siæ zsikaùa teraz to bym jej powiedziaùa Moi rodzice umierali beze mnie Tak mi byùo ciæýko ruszyã dupæ i przyjechaã do mamusi i tatusia! Takà ciæýkà dupæ miaùam, ýe nie mogùam przyjechaã! A co mnie obchodzi pani ýyciorys! Trzeba byùo sobie zamówiã ksiædza i spowiadaã siæ! Cala para­fia robiùaby w majtki z radoúci za to! - Marta macha czekiem. -I kupiã sobie rozgrzeszenie! Bo ja ci go nie dam! Ale wtedy nie byùoby tej przyjemnoúci, prawda? - Gùos Marty opada w profesjonalny ton grzecznej panny z okienka na poczcie. -A wiæc do widzenia i jeszcze raz serdecznie dziækujæ za pie­niàýki.

Bierze torbæ do ræki i tuý przy drzwiach dogania jà zdanie, w którym nie ma proúby.

- Chciaùabym, ýebyú przyszùa wieczorem.

Klamka juý naciúniæta, drzwi juý otwarte, ale Marta nie moýe tak odejúã. Jeszcze raz odwraca siæ i jej sùowa sà o wiele za ostre.

- Ale ja nie chcæ. Kupisz moje chcenie? Wymieñ cenæ, to siæ bædæ zastanawiaã! A na dzisiaj koniec przedstawienia!

Trzask drzwi i oto Iwona zostaje sama w separatce. Opada na ióýko - biaùa poduszka, jasne wtosy, zmæczona twarz. Przy­myka oczy. Drzwi otwierajà siæ, w oczach Iwony pojawia siæ nadzieja, ale Marta podchodzi do zlewu, podnosi butelkæ po szampanie i wychodzi, ostroýnie zamykajàc za sobà drzwi.

Iwona chwilæ leýy wyciàgniæta jak struna, a potem odwraca siæ w kierunku okna, naciàga na siebie koùdræ i zwija siæ w kùæ­bek. Za oknem rozlegùy kasztan zakwita pierwszymi promie­niami sùoñca.

RANEK

Marta delikatnym ruchem dotyka ramienia Iwony. Biaùy fartuch, czepek, w dùoni termometr.

- Proszæ. I chciaùam przeprosiã za tamto Jednak umowa to umowa. Nie miaùam prawa siæ zùoúciã, skoro siæ zgodziùam.

Iwona przeciera oczy, bierze termometr i wkùada go sobie pod pachæ.

- Miaùam nadzieje, ýe jesteúmy zaprzyjaênione.

Marta uklepuje poduszkæ, Iwona lekko podnosi siæ w ùóýku.

- Przecieý tak naprawdæ wcale siæ nie znamy. - W gùosie Marty pobrzmiewa smutek.

Iwona przeczesuje rækà wùosy, Marta zgarnia kubek po wczorajszej kawie, trzeba bædzie zwróciã uwagæ kuchenkowej, ýeby zabieraùa brudne naczynia.

Iwona przypatruje siæ krzàtaninie Marty.

- Przyjechaù Saranowicz?

- Nie, coú mu siæ przedùuýyùo - Pod palcami Marty i stru­mieniem wody puszcza w koñcu ten ciemny pasek po kawie w kubku. Marta odstawia czysty kubek na szafkæ koùo ùóýka.

- Coú? To musi byã zadowolony

Marta jest zaýenowana. Trzeba jeszcze przeúcieliã ùóýko, potem nie bædzie czasu. Przesuwa delikatnie Iwonæ.

- Podnieú pupæ Powoli, o tak, to minie Na razie tak jest, bo Lekarz mówi, ýe masz leýeã, moýesz byã osùabiona po ostatnich lekach, to takie czæste pogorszenie zwiàzane ze zmianà na lepsze, takie przesilenie. Daj termometr - Wycià­ga rækæ, ich dùonie znowu spotykajà siæ na moment, dùoñ Marty ucieka, Iwona niezgrabnie próbuje siæ podnieúã. - Nie, nie wstawaj! - mówi Marta ostrzegawczo, i trzeba zaznaczyã jeszcze, jaka temperatura.

- Muszæ do ùazienki

- Mowy nie ma! - gùos Marty jest zdecydowany.

- Proszæ, siostro. Zawieê mnie do ùazienki, nie chcæ ba­senu.

Iwona prosi! Marcie robi siæ przykro. Musi siæ jakoú wytùu­maczyã. Iwonie nie wolno wstawaã.

- Lekarz mnie zabije.

- Ale ja bardzo proszæ

A wiæc jest jednak furtka. Glos Iwony nabiera cieplejszych tonów. Gdzie ona nauczyùa siæ tak prosiã?

Marta wychodzi i po chwili wózek jest przy ùóýku. Iwona wolno siæ podnosi, a ona przytrzymuje jà, schyla siæ, kùadzie jej nogæ na czarnej gumie skrzydeùek wózka.

- Najpierw tæ, powolutku, nie, nie opieraj siæ tak o ùóýko, oprzyj siæ o mnie, nie bój siæ, bædzie ci ùatwiej Dobrze, teraz

te nogæ, o tak, a potem Odpocznij chwile Potem dobrze, drugà. Gdybyú miaùa trzecià, to teraz byùaby trzecia, ale nie mamy trzeciej nogi. Wspaniale. Potóý tutaj, na tym, zimna ta podùoga, nie, nie pomagaj mi

Iwona wspiera siæ na niej caùym ciæýarem.

- Do facetów teý tak mówisz?

- Coú ty? - Marta jest oburzona.

- Myúlisz, ýe w szpitalu im nie staje?

- Staje, staje. - Powiedziaùa, zanim pomyúlaùa. Jaki wstyd! Ale Iwona uúmiecha siæ ùobuzerskim uúmiechem, w jej oczach migajà iskierki.

- Opowiadaj! Opowiadaj!

Teraz trzeba z wenflonu wyjàã kroplówkæ. Kiedyú zapo­mniaùa i pociàgnæùa pacjentkæ razem ze stojakiem do kro­plówki. Marta delikatnie usuwa plastikowà rurkæ.

- Raz stanàù. To znaczy jednemu stanàù. Ale to byùo daw­no, jeszcze na praktykach. Doktor nas wziàù na cewnikowanie, mnie i Goúkæ. No i cewnikowaùyúmy jakiegoú staruszka Ze czterdzieúci lat miaù

- Nie mów! To mæýczyêni ýyjà tak dùugo? - Iwona jest roz­bawiona.

- No wiesz, nie zapominaj, ýe ja miaùam wtedy dwadzie­úcia

-No i?

- No i wkùadamy z Goúkà rækawiczki. Ten jego penis

- Kutas - prostuje Iwona.

- tak leýy bezwùadnie. - Marta nie zamierza zwracaã uwagi na te prowokacje. - Malutkie toto, to bioræ w dwa pal­ce, policzki mnie palà, facet teý czerwony jak burak, rurkæ Goúka trzyma, a tu z takiego beleco robi siæ

- Kutas! - radoúnie krzyczy Iwona.

-1 to jaki! Puúciùam go, a facet baka „przepraszam, siostro, przepraszam'

- A za co? Gùupek, gdyby nic, to rozumiem Nie miaù siæ

czego wstydziã.

Udaùo siæ. Marta nie lubi przeùàczaã kroplówki w trakcie dziaùania.

- No, nie miaù. Lekarz udaje, ýe nie widziaù, a widzæ, ýe du­si siæ ze úmiechu, aten

- kutas!

- kurczy siæ. No to znowu bioræ delikatnie, a to roúnie! Jak sùowo dajæ, nigdy potem mi siæ to nie zdarzyùo!

- Wspóùczujæ. - Iwona jest szybka jak karabin maszynowy.

- No wiesz, nigdy tak Oj, nie chodzi mi o normalne ýycie!

- Moýe zacznij uýywaã poza szpitalem rækawiczek! - Iwo­na poprawia siæ na wózku. Jest blada, niebieskie oczy bez ma­kijaýu patrzà tak niewinnie. Podnosi rækæ do góry i zarzuca sobie wùosy na plecy, przekrzywia zabawnie gùowæ i naúladuje falsetem domniemany ton gùosu: - O Boýe, i co ja mam z tym zrobiã, ty babonie jeden, ty, fe!

Marta nie moýe siæ nie rozeúmiaã.

- Sùuchaj, prawdæ powiedziawszy, to byù zdrowy czterdzie­stolatek. - Iwona robi siæ powaýna.

- Chory, on byù chory - prostuje Marta i wypycha wózek z sali.

POÙUDNIE

Marta przytrzymuje kolanem drzwi. Musi bardzo uwaýaã, wózek jest szeroki, a drzwi stanowczo za wàskie. Wpycha wó­zek do separatki. Iwona cierpliwie czeka, aý Marta poprawi

poúciel, strzepnie przeúcieradùo, dostawi wózek do ùóýka i po­moýe jej siæ przemieúciã. To juý nie jest takie proste. Marta musi mocno stanàã na ziemi, a potem pomalutku podnieúã Iwonæ. Musi uwaýaã na swój krægosùup - lekarz powiedziaù, ýe to choroba zawodowa pielægniarek. Choã Iwona jest z kaý­dym dniem lýejsza, Marcie sprawia coraz wiækszà trudnoúã podnoszenie jej.

Udaùo siæ. Iwona leýy, oddycha ciæýko, Marta przykrywa jà koùdrà.

- Kurczak! Zjadùabym kurczaka! - Iwona przymyka oczy.

- W kraju, gdzie tak drastycznie spada przyrost naturalny, chcesz jeúã ptaki?

- Kurczaka, powiedziaùam! Nie bociana! Choã nie zostaùo udowodnione, ýe to bociany.

- To zupeùnie inne ptaki A nawet na pewno! - podejmu­je temat Marta.

- Nie poznajæ ciæ, siostro! - Iwona nie moýe powstrzymaã siæ od úmiechu. Ale Marta wcale nie jest wesoùa.

- No cóý, gùodnemu chleb na myúli - przerywa w póù sùowa. Wie, ýe za duýo powiedziaùa.

- O ile siæ orientujæ, masz mæýa.

Teraz trzeba siæ zdecydowaã i Marta decyduje siæ. Siada na ùóýku Iwony, Iwona siæ przesuwa, robi jej miejsce. Marta po­waýnieje.

- Ale coú ostatnio nie za dobrze siæ miædzy nami ukùada. -Reflektuje siæ. - To znaczy w ogóle dobrze Tylko

- Pamiætam Byùam mæýatkà - Gùos Iwony jest ciepùy.

- No i co? - Marta postanawia sùuchaã. Zawsze to ùatwiej­sze, niý mówiã.

- Fajnie to siæ dopiero rozwodziliúmy.

- Dlaczego?

- Dlaczego co?

- Dlaczego siæ rozwiedliúcie?

-Oj, czy ja wiem. Bo dlaczego nie ugotowaùaú rybnej? Dla­czego rybna? Dlaczego ta dùuga spódnica? Pokaý nogi. Dla­czego taka krótka spódnica, przecieý pokazujesz nogi! Na spacerek, raz dwa, raz dwa. Dlaczego mam z tobà chodziã na spacery, idê sama. I tak dalej.

Marta siæga na szafkæ Iwony. Otwiera karton soku poma­rañczowego i nalewa do kubka bez úladów kawy.

- Eeee - mruczy cicho, patrzy na kubek - chcesz trochæ?

- Nieee. Dopiero na rozwodzie porozumieliúmy siæ. Choã nie caùkowicie. Sædzina nas prosi na salæ, Piotr drepcze za mnà. Siada przy mnie. Sædzina mówi, miejsce pana jest po przeciwnej stronie, to przemieszcza siæ, ale znaczàco mnie do­tyka, tak wiesz, dodaje mi otuchy szarpie za rækæ. Sædzia py­ta, od jakiego czasu nie ýyje pan z ýonà. No, chyba ze cztery lata - mówi Piotr. Ale przecieý pañstwo jesteúcie trzy lata po úlubie. A to przepraszam, to prawie trzy, poprawia siæ. A po orzeczeniu rozwodu taki speszony podchodzi i pyta, czy przyj­mæ od niego prezent.

- Prezent?

- Wyobraê sobie! Akurat skoñczyù ksiàýkæ i dostaù gratisy. „Siedemnaúcie wypróbowanych sposobów na trwaùy zwiàzek!' - Kiedy Iwona siæ úmieje, wyglàda prawie jakby byùa zdrowa.

Marta krztusi siæ ze úmiechu.

- Przys przys przys przys przy sædzinie ci to daù? -Marcie udaje siæ skoñczyã zdanie, ale parska przy tym gùoúno i zaraêliwie.

- To nie byù rozwód! To byùo rozwiàzanie adopcji! - oúwiad­cza Iwona miædzy wybuchami úmiechu. - Opowiem ci jeszcze coú wesoùego. - Prostuje siæ. - Byù u mnie lekarz. Dwa dni po

operacji! Od razu mu powiedziaùam kawaù, wiesz, ten o Chry­stusie. Idzie z uczniami, a tam czùowiek jæczy, w bólach siæ wije.

- Ale brzydki kawat! - Marta nie chce sùuchaã bluênierstw.

- No i Chrystus - Iwona patrzy na Martæ uwaýnie - powie­dziaù „jesteú zdrów', jæczàcy siæ zerwaù i pobiegù. Uczniowie zachwyceni, ale nastæpnego dnia ten sam czùowiek leýy i jæczy, sytuacja siæ powtarza, czùowiek siæ podnosi, lecz po czwartym razie Chrystus siæ nawet nie zatrzymuje i uczniowie pytajà dlaczego, a On macha rækà i mówi „jemu juý nic nie pomoýe, on ma raka!'. - Iwona wybucha úmiechem. - Nie podoba ci siæ? Lekarzowi teý siæ nie podobaù.

- Jakoú mnie to nie bawi. - Marta podnosi siæ z ùóýka, my­je kuhek po soku pomarañczowym, wraca przed lustro i przy­glàda siæ swojej twarzy. Iwona juý siæ nie úmieje.

- No dobrze, mów, co tam z mæýem. - Iwona przerywa milczenie.

- No wùaúnie o to chodzi, ýe nic. Nawet nie mamy czasu porozmawiaã. Jakoú tak siæ zrobiùo ýe jakoú nam trudno Czyja wiem

- Zaskocz go czymú.

- Zaskoczyã?

- No tak. Na przykùad rozpuúã wùosy. - Iwona z wysiùkiem podnosi siæ na ùokciu.

- Nie zauwaýy.

- Jak nie zauwaýy, to go zabijesz.

Marta patrzy na siebie w lustrze. Blada, nie umalowana twarz, wysokie czoto, oczy piwne, usta nawet ùadnie wykrojo­ne, ale jakoú tak

- Wùosy - powtarza bezwiednie.

- Chodê tu, daj grzebieñ. - Iwona klepie rækà materac. -Jest w szafce na dole. - Marta posùusznie podchodzi i siada na

ùóýku, Iwona równieý siada i nachyla siæ ku Marcie, przecze­suje jej wùosy. Niepotrzebna gumka leýy obok. - No, wùaúnie tak. Zobacz, zupeùnie inaczej wyglàdasz. Musi ciæ zapytaã, co siæ staùo, a ty i tak od sùowa do sùowa. Podmaluj siæ. Cho­dzisz zawsze taka wyblakùa.

- Bædæ z siebie robiùa idiotkæ! - Marta nigdy siæ nie malo­waùa i teraz ma zaczàã? Przed czterdziestkà?

- Gùupia! Nie idiotkæ, tylko atrakcyjnà kobietæ, której za­leýy na mæýu.

- On pomyúli, ýe to nie dla niego.

- To mu wytùumaczysz. Zaskoczenie. Tego mæýczyzna siæ boi. Daj mi kosmetyczkæ.

- Ale ja nie chce, ýeby on siæ baù! - Marta schyla siæ jednak do szafki. Iwona jest oýywiona, oczy jej bùyszczà. Wyjmuje i tusz, i róý, i podkùad, i coú jeszcze, czego nazwy Marta nie zna.

- Chodzi o to, ýeby ciæ zauwaýyù. Przymknij oczy. - Iwona smaruje twarz Marty, Marta poddaje siæ temu bez protestu. Miækki dotyk gàbki i grubego pædzla jest przyjemny. - Jesz­cze oczy.

Iwona jest zadowolona z efektu swojej pracy, podaje jej maleñkie lusterko.

- Zupeùnie inaczej wyglàdasz. I zrób mu jakiú prezent. Tak sobie.

- Ja jemu? Bez okazji? - Marta przyglàda siæ sobie z mie­szanymi uczuciami. No, owszem, inaczej wyglàda, ale jakoú tak obco.

- Oczywiúcie, ýe bez. - Iwona jest z siebie dumna. - Úwiet­nie wyglàdasz.

- Jaki? - Marta odkùada lusterko.

- A ja wiem? Moýe krawat?

- No. Bardzo oryginalne.

- Much?! Tak, muchæ. - Iwona zakrywa siæ koùdrà. - Ale wiesz co? Nie normalnà, tylko jakà moýe tak hiszpañskà! Úliczna!

- Muchæ?

- No. To úwietny prezent, niech siæ przekræcæ, jeúli to nie bædzie oryginalny prezent. - Iwona patrzy na Martæ, dumna ze swojego pomysùu.

- A gdzie ja dostanæ akurat hiszpañskà?

- Gdzie? U Calvina Kleina na pewno. Zobaczysz. Bædzie zaskoczony. A jak bædzie zaskoczony, to rozumiesz Rutyna niszczy. Element zaskoczenia jest po prostu jak z poradnika

A jeúli Iwona ma racjæ?

- Eeee Hiszpañskà? - Marta siæ krzywi, ale juý w niej coú kieùkuje, moýe tak zrobi, na pewno tak zrobi.

-Koniecznie, koniecznie! Wiesz, hiszpañska jest ma­giczna. Taki przesàd,.. Zobaczysz, przysiægam! Zrobisz to? Zrób nareszcie coú coú innego! Zobacz, jak piæknie wyglà­dasz!

Marta jeszcze raz podchodzi do umywalki. Teraz widzi w lustrze doúã atrakcyjnà szatynkæ, z duýymi oczami i pomalo­wanymi ustami. Rozpuszczone wùosy opierajà siæ na ramio­nach. Tak pielægniarka nie moýe wyglàdaã. Marta siæga po gumkæ i zwiàzuje wùosy z tyùu. Úciera szminkæ. Ale z lustra na­dal patrzy na nià obca i - ach - atrakcyjna kobieta. Pójdzie do tego Kleina jeszcze dzisiaj.

-Wygodnie ci? Nie potrzebujesz niczego? - mówi do Iwony.

- Nie. Mówiæ ci, leã, nie zastanawiaj siæ, raz siæ nie zasta­nawiaj, zrób gùupstwo, gùupstwa sà bardzo poýyteczne -Iwona ma wypieki na twarzy.

- Dobra, to do jutra. - Marta juý jest przy drzwiach.

- Do jutra - mówi do siebie Iwona. - Mam nadziejæ, ýe nie

przesadziùam.

POPOÙUDNIE

Marta wpada do sali i w pierwszym momencie nawet nie zauwaýa, ýe separatka jest pusta. Stawia koùo ùóýka wypchanà foliowà torbæ i odgarnia koùdræ.

- Tutaj jestem! - gùos Iwony jest cichy, pùynie od drzwi, zza jej pleców. - A kuku!

Marta podbiega do Iwony.

- Dlaczego wstajesz? - Przenosi niemal Iwonæ na ùóýko, ale jest zùa. - Na co ty mnie naraziùaú, idiotko!

- Podziaùaùo? - Iwona jest bystra.

- Jesteú wstrætna! Po prostu brak mi sùów.

Marta,wyjmuje z foliowej torby róýowà poúciel w niebie­skie kwiaty i fachowymi ruchami szybko przerzuca koc i po­duszkæ. Podnosi nogi Iwony - sà cienkie jak patyki - i delikat­nie je przykrywa.

- Opowiadaj, opowiadaj. Ciekawie siæ zaczyna. -Ty idiotko!

- Ja idiotko? - Iwona nie jest obraýona, úmieje siæ.

-Ja, idiotko, idiotka taka sama! Co mnie podkusiùo, ýeby tak siæ mucha, mucha hiszpañska!

- Nie wiedziaùaú, co to jest? Naprawdæ?

- A skàd do cholery miaùam wiedzieã? - Marta jest zta. Rzuca biaùà poúciel ze szpitalnym druczkiem koùo drzwi. Po­tem wytùumaczy lekarzowi, ýe to w koñcu separatka, wiæc niech chora ma, co chce.

- To nawet dzieci wiedzà - úmieje siæ Iwona.

-Nie úmiej siæ! Wchodzæ do sklepu, oglàdam cholerne muchy, aksamitne, w kratæ, czarne, bordowe, no i pytam, czy majà hiszpañskie, bo podobno sà magiczne. - Marta uwaýa, ýe domowa serwetka teý nie zaszkodzi. - No, bardzo úmiesz­ne, bardzo. Im teý byùo wesoùo. Uraczyli mnie paroma eufe­mizmami na temat porno shopów! Pokùadali siæ ze úmiechu, jak wyszùam! Widziaùam przez szybæ!

- A maùýonek?

- Zapytaù, co siæ staùo. Ale wiesz Byùam taka zùa, ýe wszystko mu opowiedziaùam. Pierwszy raz mnie sùuchaù od wiciu miesiæcy. Chyba nawet Ma takà zmæczonà twarz, tak ciæýko pracuje. Podobaùy mu siæ moje wùosy

Iwona patrzy na Martæ. Naprawdæ jest jej lepiej w rozpusz­czonych.

- Ale woli, jak nie jestem tak wymalowana. Zmizerniaù ostatnio. Nie zauwaýyùam

- Siadaj tutaj, koùo mnie. - Iwona ma proszàce oczy i Mar­ta siada. - Element zaskoczenia zrobiù swoje.

- Nie powinnaú mnie byùa tak podpuúciã, bo Ale pogada­liúmy. Pierwszy raz nie o szpitalu. Powiedziaùam mu zresztà, ýe pomysù z muchà nie byù mój.

- No i dobrze.

- Aý siæ popùakaùam. Bo wiesz, kurczæ, on nie rozumie, ýe ja teý potrzebujæ czuùoúci i w ogóle - Marta nie chciaùa siæ rozkleiã, ale juý jest za póêno.

- Kaýdy potrzebuje - mówi cicho Iwona.

- No, masz wiæksze doúwiadczenie. - Tym razem Marta chce robiã przykroúci Iwonie.

-Mam.

- Ale jesteú sama - wzdycha Marta.

- Ano tak.

- Z wyboru. Czasem to ci zazdroszczæ. Robisz, co chcesz. Z nikim nie musisz siæ liczyã. Maùýeñstwo, romanse. Ciekawe ýycie Twoje obrazy sà kupowane w caùej Europie! A ja? Je­den mæýczyzna i to - Robi rækà koùo i w tym kole znajduje siæ tylko szpitalne ùóýko.

Zapada milczenie, które przerywa Iwona.

- Co ty za gùupstwa mówisz?

- Sama juý nie wiem. Muszæ iúã, czekajà na mnie. - Marta siæ podnosi, przecieý jest na dyýurze, nie moýe stale siedzieã tutaj.

- Przyjdziesz potem?

Marta otwiera drzwi i od tych otwartych drzwi uúmiecha siæ do Iwony.

- Tak, oczywiúcie.

WIECZÓR

f

Úwiatùo z korytarza wúlizguje siæ do sali podùuýnà smugà. Marta maca rækà úcianæ w poszukiwaniu kontaktu, rezygnuje, podchodzi do ùóýka, zapala maùà lampkæ. Nachyla siæ nad Iwonà. Ciemne cienie pod oczami i jasne rzæsy.

- Halo! - mówi cicho.

Iwona otwiera oczy i mówi tak samo cicho:

- Nie spalam. Moýesz zapaliã górne.

Marta cofa siæ do drzwi i jarzeniówka zalewa pokój jasnoúcià.

- O matko, jaki tu burdel. Bædæ musiaùa opierdoliã salowà.

- Jak ty mówisz, Marta!

- Daj spokój. Nikogo tu dziú nie byùo, czy co? - Marta nie zwraca uwagi na Iwonæ.

- Nie sprzàtaj, proszæ. Usiàdê tu, koùo mnie. - Iwona mówi cicho, zanim sens stów dociera do Marty, juý zgarnia naczynia od obiadu. Kùadzie je w zlewie, a potem úciàga czepek i pod­chodzi do Iwony. Przystawia krzesùo do ùóýka.

- Jestem. Co sùychaã?

Iwona ma zamkniæte oczy. Mówi z wysiùkiem, nie spraw­dza, czy Marta jej sùucha.

- Wózek ten co rozwozi posiùki ma taki charaktery­styczny dêwiæk I kroki Wiesz, odróýniani kroki Basi i Joli wiem, która ma dyýur Wùaúciwie nic mnie poza tym nie ob­chodzi Moýe ci siæ to wyda úmieszne, ale teraz nie zoba­czysz, bo jest ciemno Tam jest taka nisza, za oknem, widzæ jà stàd Goùæbie Ta goùæbica przed srokami tych jaj pilnuje Aon, znaczy jej màý, przylatuje do niej i tak jà dzióbkiem ca­ùuje.

- Karmi - poprawia Marta.

- Moýe teý i karmi. Potem przylatujà sroki i drà siæ. Ona siæ niepokoi Teraz to ja codziennie czuwam najwaýniejsze, czy one dopilnujà tych jej úmieszne, nie? - Iwona otwiera oczy, niebieskie w piwnych.

- Nie - Marta mówi nie, ale to nawet nie zaprzeczenie.

- Wiem, ýe to gùupie.

Marta nie wie, co odpowiedzieã. Jest niespokojna, za chwi­læ odezwie siæ brzuch.

- Potrzeba ci czegoú?

- Nie. - Iwona odwraca wzrok.

- Moýe chcesz piã? -Nie!

- Moýe przyniosæ ci telewizor? -Nie.

Marta nie wie, co powiedzieã.

- Naprawdæ ci nic nie trzeba? -Nic.

Marta podnosi siæ, biaùym rækawem przeciera blat szafki. Nie wie, co robiã.

- Moýe juý pójdæ? - pyta nieúmiaùo. Moýe Iwona nie chce jej obecnoúci.

A wiæc tak. Milczenie.

- Zostañ jeszcze proszæ - szept tak cichy, ýe Marta nie wie, czy siæ nie przesùyszaùa.

Siada naprzeciw Iwony, zdejmuje buty. Nogi ma spuchniæ­te w kostkach. Iwona przyglàda jej siæ uwaýnie. Marta masuje stopy. Widzi wzrok leýàcej i natychmiast niepokój w brzuchu powraca.

- Jestem po dublecie wiesz, co to znaczy? Podwójny dy­ýur, od szesnastu godzin na nogach. Popatrz!

Bædzie milczaùa?

- Ciæýki miaùaú dyýur?

Marta zdziwiona podnosi wzrok, widzi zmæczone oczy Iwony. Ona naprawdæ chce wiedzieã.

- Nie ma lekkich dyýurów, wierz mi.

- Sùyszaùam ten cholerny wózek, od trupów. Umarù ktoú?

- Tak. - Marta nie chce rozmawiaã o úmierci. -Kto?

-Nie dræcz mnie, proszæ. Piækna osiemnastoletnia dziew­czyna. Kiedyú. A dziú osiemdziesiæcioletnia staruszka. Lepiej, Wtedy lýej, prawda? Ale to nieprawda. Za kaýdym razem jest tak samo. Nigdy siæ nie przyzwyczajæ Nigdy Caùy czas czeka­ùa, ýe córka przyjdzie Nie przyszùa Na karcie jak byk staùo, ýe przywieêli jà z domu starców Ale do koñca udawaùam, ýe wierzæ w tæ córkæ Pozwól mi odejúã, jestem taka zmæczona

- Byùaú przy niej, jak umieraùa?

- Nie mówrny o tym. Posiedzæ z tobà chwilæ i pójdæ. Zapo­mniaùam, jak mój dom wyglàda. Nie powinnam braã dwóch dyýurów z rzædu Potrzebujesz czegoú?

Iwona siæga po grzebieñ. Rzadkie wùosy, trzycentymetro-

we odrosty. Przeczesuje je z trudem.

- Przepraszam, nie pomyúlaùam.,. To dlatego, ýe jesteú sta­ùa jak wzorzec metra czy coú takiego Wydajesz mi siæ taka Zupeùnie o tym nie pomyúlaùam Idê juý, oczywiúcie, ýe idê Jak wyglàdam?

- Dobrze. - Marta nie sùyszy w swoim glosie kùamstwa, ale wie, ýe Iwona je sùyszy. - Znowu tak nie chwytaj mnie za sùo­wa - Prostuje ramiona, jakby zrzucajàc z siebie ciæýar. - Bez przesady. Mogæ jeszcze chwilkæ posiedzieã.

- Nie, idê, bardzo proszæ, idê juý. Zajrzysz do mnie jutro, prawda? Na chwilkæ, proszæ, jeúli bædziesz mogùa

Marta podnosi siæ, nachyla nad Iwonà, catuje jà w poli­czek.

- Oczywiúcie, úpij. Miaùaú dzisiaj zastrzyk?

- Nie. Mam jeszcze poczwórniaka z poùudnia. Odùoýyùam na potem. Bædæ spaã. obiecujæ, no idê juý, idê.

PÓÊNE POPOÙUDNIE

Iwona nie chce zapalaã úwiatùa. I tak nie moýe czytaã. Ktoú delikatnie puka do drzwi. To Marta - Iwona uúmiecha siæ. Wygùadza obok siebie poúciel. Dzisiaj w niebiesko-fioletowe pasy. Ýeby pasowaùy do dywanika przed ùóýkiem.

Drzwi uchylajà siæ i staje w nich Tomasz. Przed sobà trzy­ma niezgrabnie bukiecik wàtùych gerberów.

- Iwona? - Tomasz ma miækki gùæboki gùos.

Chwila paniki. Opanowaã siæ szybko, zanim on podejdzie bliýej. Przepchnàã ucisk z gardùa niýej. Ýeby móc chociaý wy­krztusiã sùowo. Ýeby siæ nie zorientowaù. Potem to z brzucha samo przejdzie.

- To ja. - Iwona siæ uúmiecha. - Nie poznaùeú mnie? Tak êle wyglàdam?

Szkoda, ýe nikt jej nie uprzedziù, moýe by siæ podmalo-waùa.

- Wyglàdasz úlicznie. Mogæ? Liczyùem, ýe nie bædzie Marty

- Pewno juý jest w domu. Nie stój w drzwiach. Wejdê.

A wiæc chce z nià porozmawiaã. Podchodzi. Przysuwa so­bie krzesùo.

- Jak siæ czujesz?

Glos ma niezwykùy, spokojny, pewny. Kùamaã? Nie kùamaã? Wie? Niech wie.

- Umieram - mówi Iwona i znów siæ uúmiecha. - A co u ciebie?

Oczy Tomka tak blisko. Zmarszczki. I ta powaga w oczach.

- Chciaùem siæ z tobà zobaczyã

- To miùo.

Bædà tak milczeã? Nie bædà milczeã.

- Chciaùem ciæ prosiã

- Chciaùam ciæ o coú prosiã

Razem to powiedzieli, w jednym momencie, i razem prze­rwali. Patrzà sobie teraz w oczy, uúmiechajà siæ niepewnie.

- Ty pierwszy - mówi Iwona.

- Chciaùem, ýebyú mi wybaczyùa. Tomek jest odwaýny.

- Masz to u mnie jak w banku. - Ucisk sobie przeszedù ni­ýej, nie przeszkadza, nie widaã go przecieý, moýna mówiã tym lekkim tonem, nie ma sprawy.

L

- To waýne dla mnie. Nie chciaùem

- Niestety pamiætam. Ale to juý bez znaczenia. Czego on chce?

- Moýe dla ciebie, ale dla mnie Iwona nie moýe sobie na to pozwoliã.

- Daj spokój.

- Wùaúciwie chciaùem ci podziækowaã Nie uùatwi mu sprawy.

- A za cóý to?

- Ýe Marta siæ nie dowiedziaùa.

- Nie chwal dnia przed zachodem sùoñca.

- Ýartujesz? Tomek siæ wystraszyù?

- Ýartujæ, ýartujæ - Iwona kræci glowà.

- Baùem siæ, jak przyjechaùaú. Jesteúcie teraz

- jak siostry? - Trzeba wchodziã mu w sùowa, wtedy roz­mowa przebiegnie tak, jak ona sobie ýyczy.

- Moýna tak powiedzieã. Wùaúciwie chciaùem ciæ prosiã, ýebyú jej nie mówiùa

Czy on z niej kpi?

- O czym? Tomku, kochanie? O jednej zwariowanej nocy na styropianie? Zachowujesz siæ doprawdy jak kobieta.

- Nie powinienem byù wtedy Tomek nie chce ýartowaã. Jego sprawa.

- Owszem, nie powinieneú.

- Juý byùem z Martà. Jakby o tym nie wiedziaùa!

- Od kiedy wróciùaú, nie mogæ

- Wtedy mogùeú. - Iwona nie moýe sobie podarowaã odro­biny kàúliwoúci. Lekkoúci. Ýeby nie byùo jej tak ciæýko.

- Nie kpij.

Zna jà. Wiæc bædzie szczera.

- Po co mnie o to prosisz? Nie bój siæ, nie zniszczæ twojego úwietlanego maùýeñstwa.

- Nie chodzi o nas. Damy sobie rade.

O nas. Czyli o niego i o nià, tamtà, Martæ. O nas.

- Wiæc o co chodzi? - Iwona czuje chùód. Jest zmæczona.

- O ciebie. O mnie.

- Sùucham?

- Chciaùem ciæ przeprosiã.

Znowu! Ten ton! Mój Boýe. Niech on juý sobie idzie. Albo nie.

- Teraz dopiero mnie wkurzyùeú. Nie odgrywaj roli skru­szonego maùýonka. Ja umieram. Nie zasùugujæ na coú tak plu­gawego Zrobiùeú to tak dobrze prawie dwadzieúcia lat temu, ýe moýesz sobie podarowaã powtórkæ.

Zraniùa go. A zaraz go zrani jeszcze bardziej.

- Nie przyszedùem tu po to, ýeby ciæ obraýaã. Iwonko, ja Iwona podnosi siæ na ùokciu. Jej oczy ciemniejà. Teraz jà

wkurzyù.

- Nie masz prawa mnie oceniaã ani rozgrzeszaã.

- Iwonko, przyszedùem ciæ po prostu zobaczyã. Podziæko­waã ci. Zawsze byùaú waýna dla Marty Dla nas.

Ciæýkie milczenie kùadzie siæ na ùóýku. Iwona mruýy oczy. Za duýo úwiatùa? Przecieý jest prawie ciemno A potem na­gle podpiera siæ, nie moýe tak rozmawiaã, z doùu do góry. Mu­si go mieã przed oczyma. Nie bædzie ýartowaã. Nie.

- A nie pomyúlaùeú, ýe nie zgrzeszyùam, úpiàc z tobà? - Sùo­wa nie powinny byã tak ostre, powinny byã okràgùe. - Wpadùo ci do gùowy, ýe mogùam kochaã ciæ caùym sercem i ýe ta noc byùa dla mnie

- Kochaùem juý Martæ. - Tomasz mówi to z bólem.

- Jednak nie na tyle mocno, ýeby móc siæ oprzeã moim wdziækom.

Moýe i nie chciaùa byã tak bardzo sarkastyczna, ale tak wy­szùo.

- Nie trywializuj, bùagam. Teraz dopiero siæ zdenerwowaùa.

- Sùyszysz, co mówiæ? Trudno ci to przyjàã do wiadomoúci? To takie niewygodne, prawda? I co teraz, Tomeczku?

- Nie wiem, co powiedzieã. Prawie go nie usùyszaùa. Prawie. -Nic. Wynoú siæ.

Tomek siæ podnosi, patrzy na nià, oczy ma takie jak kiedyú. Jak mogùa nie zauwaýyã tego cholernego smutku? Wyjdzie bez sùowa, bo co tu moýna powiedzieã? Nic.

Iwona zaciska zæby. Ucisk przechodzi z gardùa do brzucha. Ýeby tylko nie zaczæùo burczeã. Niepokój juý wziàù jà we wùa­danie. On pójdzie. Juý jest przy drzwiach. Plecy ma nieco bar­dziej przygarbione niý wtedy, kiedy odchodziù, dwadzieúcia lat temu. Ale siæ odwraca, napotyka jej przestraszony wzrok, nie zdàýyùa nic z nim zrobiã. Wraca, siada, przysuwa krzesùo, za blisko, iwona przymyka oczy i sùucha gùosu, który niegdyú ko­chaùa.

- Wiedziaùem, ýe mnie kochaùaú. I dlatego przyszedùem ciæ przeprosiã. Bo ja kochaùem Martæ. To nie ty byùaú nieuczciwa, tylko ja. Ciàýy mi to. Mogæ nie mieã okazji porozmawiaã z to­bà. Nie przerywaj mi, bùagam. Moýe to trudniejsze, niý myúla­ùem. Wiedziaùem, ýe ty myúlaùaú, ýe czujesz, ýe mnie kochasz, ale Ýaùuje

I wtedy Iwona mu przerywa:

- Ty durniu! Ýaden facet nie ma na tyle uzwojonego móz-

gu, ýeby po tylu latach ýaùowaã czegokolwiek. Ýe myúlaùam, ýe czujæ? Ja nie myúlaùam, ja czuùam!

- Tym bardziej mi przykro. - Glos mu lekko drýy.

- Dziækujæ. Myúlaùeú, ýe to wystarczy? - Iwona uspoka­ja siæ.

- Chciaùem po prostu to powiedzieã.

- No, to juý powiedziaùeú.

Po co on siedzi? Juý po wszystkim. To wcale nie byùo takie straszne.

- Iwona?

Úmieszna ta poúciel. Wcale nie jest twarzowa, a ona w tym úwietle pewnie wyglàda jak trup. Ale pasuje do dywanika przed ùóýkiem. Takie bazgroùy. Esy-floresy. Iwona podnosi gùowæ.

-Tak?

- Naprawdæ przepraszam. I naprawdæ chciaùem ci podziæ­kowaã. Za wszystko, za te wszystkie lata. Za pomoc. Nawet za tæ hiszpañskà muchæ. Chciaùem ciæ tylko zobaczyã.

- No to zobaczyùeú. - Jej gùos sztywnieje wbrew czemuú miækkiemu w úrodku brzucha.

- Tak. Trzymaj siæ.

Wyjdzie. Juý teraz wyjdzie. Wiæc: -Trzymaj siæ. -Tak.

I wtedy to miækkie ze úrodka wydostaje siæ. Brzmi rozpacz­liwie.

- Dlaczego? Dlaczego nie ja? Dlaczego ona?

O Boýe, dlaczego o to zapytaùa? Iwona zamyka oczy. Nie, niech nie odpowiada. Ale on odpowiada. -Bo jà kocham.

Teraz decyzja naleýy do niej.

- Dziækujæ ci - mówi cicho.

- Nie rozumiem

On patrzy na nià i nie rozumie. Co tu jest do rozumienia?

- Dziækujæ ci bo mogùeú powiedzieã tyle innych niepraw­dziwych rzeczy. Wiæc dziækujæ ci, choã nie byùo mi ùatwo

Tomek i te jego spojrzenia. Takie jak dwadzieúcia lat temu. Teraz pójdzie.

- Moýesz zostaã jeszcze chwilæ? - Iwona chce go zatrzymaã.

- Z przyjemnoúcià. - Tomasz uúmiecha siæ nieúmiaùo. - Je­úli to nie sprawi ci przykroúci.

- Z przyjemnoúcià nie sprawi mi to przykroúci. - Iwona podnosi rækæ do wùosów. Ma odrosùy, wùosy straciùy blask, wiàýe je z tyùu, mniej widaã, w jakim sà stanie. - Fatalnie wy­glàdam, prawda?

- Nieprawda. - I tak wyglàda, jakby to, co mówiù, mówiù szczerze. - Iwonka?

-No?

- To dla mnie waýne spotkanie. Cieszæ siæ, ýe w koñcu mo­ýemy tak pogadaã.

-Jak?

- Od serca.

Od serca? To przecieý nie jest od serca, co on sobie myúli. Nic nie zrozumiaù? Iwona znowu czuje ciæýar w brzuchu, taki zùy ciæýar, ciæýar, który juý przeszkadza. Co wùaúciwie ma do stracenia? Nic. Teraz. Powie mu. Niech go zaboli, tak jak jà bolaùo.

- Od serca? Wiesz, ýe wyjechaùam przez ciebie?

- Przeze mnie?

On jest naprawdæ zdziwiony.

- Tak. I kiedy, kiedy rano no wiesz

- Pamiætam aý za dobrze

- Wiæc przez ciebie Dopiero potem okazaùo siæ, ýe je­stem - Iwona robi przerwæ, nabiera powietrza w pùuca, podej­muje jeszcze raz decyzje - ýe jestem w ciàýy. - Patrzy na To­masza, ale Tomasz juý na nià nie patrzy. - Tomek? Czy ty mnie sùyszysz?

-Tak.

- Byùam w ciàýy. Z tobà. - Juý nie moýna siæ wycofaã.

- Ze mnà?

W gùosie Tomka nie ma zdziwienia, jest tylko niedowierza­nie.

- Z tobà - potwierdza mocnym gùosem Iwona.

- Iwonka proszæ ciæ Po co? Gùos ma ùagodny, napominajàcy,

- Nie ýaùujesz? - Iwona czeka, aý on no wùaúnie, co on?

- Nie wiem. Nie wierzæ. Powiedziaùabyú mi.

- Miaùam przefaksowaã ci mojà ciàýæ? -Daj spokój.

Jest smutny. Wiæc Iwona podejmuje ostatnià próbæ. -Jak moýesz

- Sùuchaj - Tomek przerywa jej gwaùtownie. - To byùo niepotrzebne, to byùo niepotrzebne My nie mamy dzieci

Jakby nie wiedziaùa!

- Przecieý wiem! I to nie mogùa byã jej decyzja! Czy to by­ùa twoja decyzja, czy to ty zmusiùeú Martæ

- Do niczego nigdy jej nie zmuszaùem.

- Ale nie macie dzieci! - Iwona chce teraz wiedzieã wszyst­ko. - Marta mi napisaùa, ýe podjæliúcie takà decyzjæ!

W oczach Tomka znowu to naiwne zdumienie.

- Tak ci napisaùa?

- Boýe, czy ty mnie w ogóle sùuchasz? Nic nie zrobi na to-

bie wraýenia? Czy mam wspóùczuã Marcie, zamiast jej zazdro­úciã?

Milczy. Tomek milczy. A potem przerywa milczenie, ale nie tak, jakby ona tego chciaùa.

- A moýe nam jest ciæýko, ýe nie mamy dzieci, nie pomy­úlaùaú o tym?

- Czy wam jest ciæýko, ýe nie macie dzieci? Czy byùbyú szczæúliwy, majàc NASZE dziecko?

On jej w ogóle nie sùucha. Mówi do siebie, w kaýdym razie bardziej do siebie niý do niej.

- Na poczàtku byùo ciæýko. Marcie byùo ciæýko, aleja

- To ty zdecydowaùeú? - Iwona jest zaskoczona. - Nic nie mów! To twoja decyzja?

- Niewiele wiesz - mówi Tomasz. Ale Iwona musi wiedzieã.

-Dlaczego postanowiliúcie nie mieã dzieci? Tomek! Mó­wiæ do ciebie! Juý mogæ o wszystko pytaã, juý przekroczyùam wszystkie granice, juý nic mi nie bædzie policzone na zùo albo na dobro, Tomek, ale muszæ to wiedzieã. Ty czy ona?

Patrzy na niego i mogùoby jej siæ zrobiã go ýal, gdyby nie to, ýe jeúli to jego decyzja

- Ale to nie ona, Iwonko, to nie ona zdecydowaùa.

- Jak mogùeú? - Iwona nie panuje nad sobà. Jest jeszcze gorzej, jest najgorzej. - Jak mogùeú jà do tego zmusiã? Ona za­wsze byùa bardziej delikatna, wiedziaùeú, ýe podporzàdkuje siæ we wszystkim, jak mogùeú?

Tomek patrzy na nià z niedowierzaniem.

- Iwona! To nie ona ja jej nie zmuszaùem Ona zdecydo­waùa, ýe ze mnà zostanie mimo

Iwona opada na poduszkæ. Wszystko jasne.

- Wiedziaùam! Wiedziaùam, ýe musiaùeú jà zmusiã do takiej

decyzji. Ona tak bardzo chciaùa mieã dzieci. Tak nie wolno, macie jeszcze czas. Ýycie jest takie krótkie

Tomasz podnosi siæ i podchodzi do okna. Niewiele zoba­czy, jest ciemno. I spod tego okna odzywa siæ ùagodnie:

- Nie naprawiaj naszego ýycia. Niewiele wiesz. To byùa jej decyzja. Ýe zostanie ze mnà. Ýe nie opuúci mnie aý do úmierci. Ýe chociaý cierpiæ na chroniczne Jednym sùowem moje plem­niki sà martwe i byùy martwe zawsze, ona mnie nie opuúci

Iwona nie rozumie, jeszcze nie rozumie, boi siæ, ýe nigdy nie bædzie rozumiaùa.

- To ja nie mogæ mieã dzieci - powtarza Tomasz.

To nie byù dobry pomysù z tà ciàýà. Teraz jej gùupio, dzieje siæ coú waýniejszego. Tylko co?

- Dlaczego ja nic nie wiem? Dlaczego ja nic o niej nie wiem? - Iwona mówi to z bólem. Tomasz odwraca siæ od okna.

- Usùyszaùaú, co ja mówiæ? Cierpiæ na chroniczne zapale­nie

- Biedna, biedna Marta - szepcze Iwona i ma ochotæ siæ rozpùakaã, choã tego nie zrobi.

- Wiæc skùamaùaú. Po co? Ja i tak Mnie i tak byùo ciæýko Aùe cieszæ siæ, ýe wróciùaú

Iwona jest myúlami gdzie indziej. To nie on jest waýny.

- Przepraszam ciæ, Tomek, przepraszam - mówi niedbale. - Chciaùam ciæ zezùoúciã. Przepraszam.

Tomasz pochyla siæ nad nià. Jej niebieskie i jego ciemne oczy patrzà w siebie uwaýnie.

- Ty juý nic nie musisz, Iwonko. Nic nie musisz. Wykorzy­staj to. Ale nie przeciwko sobie. Wszystko, cokolwiek robisz przeciwko innym, robisz przeciwko sobie. Nie musisz. Ty juý nie musisz.

Tomek nie siada. Teraz juý pójdzie.

- Miaùaú do mnie jakàú proúbæ. Powie mu, poprosi go. Trzeba chroniã

- Chciaùabym, ýeby ona nie, ýebyú jej nie mówiù o moim stanie. Nie chcæ, ýeby ona siæ dowiedziaùa. Szczególnie teraz.

W drzwiach staje Marta.

- O czym mam siæ nie dowiedzieã? Tomek odwraca siæ.

Iwona czuje nagtà suchoúã w gardle. Oczy Marty ciemniejà ze zùoúci. Zamyka za sobà drzwi, do­kùadnie naciskajàc klamkæ.

- O, Tomeczku, co za spotkanie, nie wiedziaùam, ýe ciæ tu­taj znajdæ. O czym mam siæ nie dowiedzieã?

Iwona milczy.

- Mówiùem ci, ýe chcæ siæ zobaczyã z Iwonà.

- Myúlaùam - Marcie gùos wiæênie w krtani.

- Chciaùem siæ z nià widzieã sam.

Marta tanecznym krokiem podchodzi do mæýa.

- To miùe. Prawda, Iwona? Czy to nie mile, ýe Tomek po­stanowiù ciæ odwiedziã? O czym mam siæ nie dowiedzieã?

Iwonie i Tomkowi wyrywa siæ:

- Marta, proszæ!

Ich glosy, naùoýone na siebie, wspóùbrzmià w pokoju nie­przyzwoicie.

- Och, jaka zgodnoúã! Nie, to ja proszæ! O czym mam nie wiedzieã?

- Marto! Miej wzglàd na nià! - Tomek jest przy Marcie, juý jest przy Marcie.

A Marta przestaje siæ liczyã z Iwonà, chorà Iwonà, która leýy wyciàgniæta na ùóýku, podczas gdy oni stojà obok siebie, która leýy nieledwie u ich stóp. Podsuwa sobie krzesùo, siada, zakùada swobodnie nogæ na nogæ, a wyglàda lepiej niý kiedy-

kolwiek. Fryzjer skróciù jej wùosy, lekko podmalowane oczy bùyszczà, a na policzkach pojawiù siæ rumieniec.

- Moýe mam nie wiedzieã o tym, ýe rýnàùeú jà dwadzieúcia lat temu? Czy to o tym mam nie wiedzieã, Iwonko? A ty Tomeczku, jak myúlisz, czy to jest ta rzecz, o której nie bædæ wiedzieã?

Tomek kùadzie jej rækæ na ramieniu.

- Marto! Proszæ, chodêmy do domu. To nie jest miejsce na takie rozmowy.

- O nie, kochanie. - Marta strzàsa jego rækæ jak uprzykrzo­nà muchæ. - Tylko tu jest miejsce na takie rozmowy.

Gùos Marty juý jest spokojny. Patrzy mu prosto w oczy.

- Mógùbyú mieã tyle taktu, ýeby zaprzeczyã. Lub powie­dzieã, nie rýnàùem, tyùko kochaùem siæ z nià, czy coú równie gùupiego

-Marto, ja

- Milcz, ty gùupcze! - Marta podnosi gùos i nie widzi kulàcej siæ od tego gùosu Iwony, widzi tylko swojego mæýa, któremu nareszcie moýe powiedzieã to, o czym wie od dawna. - Myúlisz, ýe o tym nie wiedziaùam? Dwadzieúcia lat z tym ýyùam. Wie­dziaùam, ýe w tobie to siedzi. Ale nie moýesz z nià byã!

Wtedy Iwona sùabym gùosem prosi:

- Wyjdêcie stàd. To nie jest moja sprawa.

I Marta jakby dopiero teraz zauwaýyùa, ýe nie jest z Tom­kiem sama, zwraca siæ do ùóýka:

- To jest twoja sprawa!

- Nie, kochanie. - Iwona nie chce rezygnowaã ze swojego prawa do spokoju. - To nie jest moja sprawa.

-Jeúli mogæ - Tomek próbuje nieudolnie zaistnieã. -Chcæ to wyjaúniã. Z wami obiema.

- Nie ma czego wyjaúniaã. - Iwona podciàga koùdræ na piersi.

-Wiec to prawda? - Z Marty uchodzi powietrze. Przez cale lata ýyùa nadziejà, ýe jeúli dojdzie do konfrontacji, Tomasz zaprzeczy.

- Dajcie mi spokój.

Proszæ spod koùdry juý jest bùagalne.

Kobiety patrzà na siebie.

Glos Tomasza jest spokojny, jak zawsze.

-To prawda. Owszem, Marto, w czasie strajku mieliúmy, wtedy na uczelni incydent. - Patrzy na Iwonæ i mówi cicho: -Przepraszam.

- Za co? Przecieý to prawda

-Atmosfera czy Bóg jeden wie, co - Tomek spuszcza oczy, stoi przed Martà bez ruchu.

Iwona patrzy na niego i na nià, jej szczupùe ræce, wymæczo­ne ræce ze úladami po wenflonie, który na to popoùudnie jest wyjæty, chwytajà mocno poszwæ. Teraz!

- Ja ciæ kochaùam. I to wszystko. Walczyùam. -Przeciwko mnie? - Marta z bezbrzeýnym zdumieniem

unosi gùowæ, teraz ich spojrzenia siæ spotykajà, w obydwu czai siæ ból.

- Nie przeciwko tobie, ale o Tomka. - Iwona nie spuszcza wzroku z piwnych oczu. Niech wie. - Kochaùam go.

-Ale - Tomek znowu chce zaistnieã, lecz ýadna z nich nie zwraca na niego uwagi.

-Przegraiam. - Iwona widzi, jak kàciki ust Marty lekko drýà. - Wiæc wyjechaùam.

- Staùo siæ. A ona wyjechaùa! Ile lat moýna myúleã o tym, co siæ staùo?

Marta patrzy to na Tomka, to na Iwonæ.

- Nic siæ nie staùo. - Iwona juý obojætnieje. Powiedziaùa, co chciaùa powiedzieã.

- Staùo siæ. - Dla Tomka istnieje tylko Marta. - Ona wyje­chaùa Jak mogùaú za mnie wyjúã i nie powiedzieã mi, ýe wiesz?

- To byùa twoja sprawa. Twoja i jej! - Marta zrywa siæ na równe nogi. - Co miaùam powiedzieã? Ýe wiem, ýe ýenisz siæ ze mnà z ýalu za nià?

- Co ty mówisz? - Glosy Tomka i Iwony znowu siæ ùàczà.

- To bardzo ciekawe spotkanie, nie sàdzicie?

-Tyle lat Nie powiedziaùaú ani sùowa - Tomasz mówi teraz tylko do ýony.

-To ty obiecywaùeú szczeroúã! - Marta odrzuca wùosy do tyùu, jest silna.

-1 dotrzymaùem sùowa.

- A ona? - Ten ruch ræki w stronæ ùóýka, za którym nic idzie wzrok!

- Iwona jest nieistotna! To byùo dawno Kochaùem ciæ i nie chciaùem ciæ straciã! Iwona wyjechaùa. Przeszùoúã nie mo­gùa byã tak waýna, ýeby niszczyùa teraêniejszoúã! Byùem lojal­ny wobec ciebie. Zawsze. To ty byùaú nieuczciwa.

- Sùucham?

- Wiedziaùaú. Ale nie zapytaùaú mnie nigdy. A ja siæ stara­ùem przez te wszystkie lata, bo nie chciaùem ciæ raniã ýadnymi nieistotnymi dla nas wyznaniami o przeszùoúci. I tylko tobie to ciàýyùo, Marto.

-Ty chyba ýartujesz?-W gùosie Marty jest jad.- Ja? Ja je­stem winna? Nie wiem, czy ciæ dobrze rozumiem - Marta widzi, ýe Iwona chce coú powiedzieã, wiæc zwraca ku niej nie­dobrà twarz. - Nie, nie, ty nic nie mów, tak ùadnie mówisz, ýe zapomnielibyúmy moýe, o czym mówimy. - Odwraca siæ do mæýa. - Wiæc ja jestem winna?

- Wiedziaùaú i nigdy nic zapytaùaú. Miaùaú duýà przewagæ, Marto. Szczeroúã, to nas ùàczyùo?

- Ùàczyùo? - Marta jest przestraszona.

- Staraùem siæ przez te wszystkie lata udowodniã ci

- ýe potrafisz o niej zapomnieã?

- Nigdy mnie nie zapamiætaù. - Nie widzà jej, Iwony, na­prawdæ jej nie widzà. - Nie moýna zapomnieã kogoú, kogo siæ nie zapamiætaùo.

- Iwona jest naprawdæ teraz nieistotna, Marto. Chodzi o nas. Nie, to nieprawda, Marta patrzy na kolorowà poúciel i zno­wu widzi tam Iwonæ, choã jakby jej nie byùo.

- Jak ty úmiesz? - Z Marty wylewa siæ zùoúã. - Jak úmiesz tu przychodziã i mówiã, ýe ona jest nieistotna. Ýe to byù bùàd. Ty mæski gnoju ty! Jak moýesz przy niej tak mówiã? Ona nie zasùuguje, ýeby tak jà traktowaã! Gdyby nie ona

- Dajcie mi, do cholery, spokój! - Iwona zbiera siùy, ýeby siæ przedrzeã przez ten mur.

- Szanujæ i podziwiam Iwonæ. Ale kocham ciebie, Mar­to, nie chcæ ciæ straciã. Ona o tym wie. Nie zadowolæ was obu. Wybraùem. Bojæ siæ, ýe nie zadowolæ ciebie, Marto, nigdy. Ani z Iwonà, ani bez Iwony. Myúlaùem, ýe coú siæ zmie­niùo. Szczególnie ostatnio. Nie muszæ ci siæ zwierzaã z naszej rozmowy. - Tomek wytrzymuje spojrzenie Marty, a potem podchodzi do ùóýka Iwony i bierze jà za rækæ. Caùuje wàtùà dùoñ. - Dziækujæ ci za wszystko. Dziækujæ ci. Do zobaczenia.

- Wychodzisz? - Marta staje w drzwiach, rozkùada ramio­na. - Nie wyjdziesz w ten sposób!

Tomka uderzajà w plecy sùabe sùowa Iwony:

- Marta! Pozwól mu odejúã!

Tomek dotyka ramienia Marty, ùagodnie jà odsuwa. Jest tylko smutny.

- Zobaczymy siæ w domu. Moýe wtedy bædziemy mogli po­rozmawiaã. Chyba najwyýszy czas.

- Palant z ciebie, ot co! - Marta siæ odsuwa, robi mu miej­sce, Tomek wychodzi, a Marta gwaùtownym ruchem zatrza­skuje za nim drzwi.

- Ten palant jest twoim mæýem. - Iwona jest rozgniewana na Martæ.

- No i co z tego?

- Ýaùujæ, ýe nie wybraù mnie. - Iwona podnosi siæ na ùokciu z wysiùkiem. - Niestety, nie wybraù mnie. Ty uczepisz siæ wszystkiego, ýeby tylko twoje widzenie úwiata siæ sprawdziùo. Nie sùyszysz, co on mówi, poniewaý tak naprawdæ gówno ciæ to obchodzi.

Marta zbliýa siæ powoli do jej ùóýka.

- Wiesz, ýe to najgorsze úwiñstwo, w jakim uczestniczyùam! Wtedy kiedy broniùam ciebie.

- Ja nie potrzebujæ obrony, Marto. - Iwona jest rozýalona. -Juý nie. Wiemy, jak byùo. Przepraszam, ýe tak siæ staùo. Ale wyje­chaùam. Wyjechaùam od razu, kiedy zrozumiaùam, ýe on mnie nie chce. - Pùacze. - Czego jeszcze ode mnie chcecie! Przecieý wyje­chaùam! Wyjechaùam, wyjechaùam, dajcie mi juý wszyscy spokój

Iwona ùka, niezdarnie ociera oczy, odwraca siæ tyùem do úwiata i do Marty, naciàga kolorowà poszewkæ na siebie. Schowa siæ i nikt jej nie znajdzie.

Marta patrzy na nià z niepokojem, chwilæ trwa nierucho­mo przy drzwiach. Nie sùychaã ýadnych kroków. Potem wolno podchodzi do ùóýka.

- Iwona?

Ale Iwona nie odpowiada. Marta nachyla siæ niýej, odsuwa koùdræ.

- Iwona?!

- Nie mieszajcie mnie do waszych spraw, proszæ Juý nie Marta zrywa koùdræ z Iwony.

- Patrz na mnie!

I Iwona patrzy na nià. Podnosi siæ, ma jeszcze wilgotne rzæ­sy, ale jej oczy patrzà ostro i wyraênie.

- Nic doúã ci, ýe wyjechaùam?

I Marta rozumie to cholerne poúwiæcenie i nie godzi siæ z nim.

- Znowu rosnà ci skrzydùa?

- Ty idiotko! - Juý bez úladu pùaczu. - Nie zrobiùam tego dla ciebie! Zrobiùam to dla siebie! Chcæ zostaã sama, zostaw mnie!

I Marta musi siæ odwróciã i odejúã, bo koùdra jest szczelnie przed nià zamkniæta i juý nic nie da siæ powiedzieã.

WIECZÓR

Marta nachyla siæ nad úpiàcà Iwonà, wkùada do wazonika bukiecik kwiatów, cicho podchodzi do umywalni, pilnuje, ýeby woda wlewaùa siæ po úciankach naczynia. W lustrze widzi bla­dà twarz. Czepek pielægniarski uciska jej skronie. Marta za­kræca kurek i wyjmuje z niego dwie szpilki. Potrzàsa gùowà i wùosy rozsypujà siæ w nieùadzie. Podnosi rækæ i wprawnym gestem zarzuca je do tyùu, bùyszczy perùowobiaùy lakier na drobnych paznokciach. Marta delikatnie stawia dzbanuszek na szafce. Obrusik znów spùywa prawic do ziemi, ale nie prze­szkadza w porannym myciu podùogi.

- Úpimy sobie? Bardzo dobrze Sen jest potrzebny. -Marta nie mówi tego gùoúno, ale czas na wziæcie lekarstw.

Iwona siæ przeciàga.

- Sen jest zdrowy.

Marta nachyla siæ nad nià, podciàga jà za ramiona, ukle­puje poduszkæ.

- Poprawimy zaraz poduszki, bædzie nam siæ lepiej leýa­ùo. - Glos Marty jest profesjonalny, ciepùy. - Zmienimy

poúciel.

Iwona opada ciæýko na ùóýko.

- O, juý jest lepiej. Czy nam wygodnie? Na pewno jest nam duýo wygodniej.

Na przeúcieradle zaplàtaùy siæ cholerne okruszki. Jeden ruch ræki i przeúcieradùo znów jest gotowe na przyjæcie bez­bronnego ciaùa.

- Dlaczego znowu zaczynasz? - Teraz gùos Iwony z trudem siæ wydostaje z krtani. - Chcesz wszystko zepsuã? Co mi jesz­cze chcesz zrobiã?

- Spokojnie, wszystko bædzie dobrze, nie denerwuj siæ

- Co bædzie dobrze? Co bædzie dobrze? Moýe tobie bædzie dobrze, bo nam nie bædzie dobrze.

- Jezu Chryste, nie chciaùam ciæ uraziã!

- Wiæc nie odzywaj siæ do mnie tym protekcjonalnym to­nem. Nienawidzæ tego, nienawidzæ. Moýesz sobie podarowaã te ciumki, ja jestem ja, zachowaj je dla innych pacjentek. I tæ pogodnà pieprzonà twarzyczkæ! - Iwona podnosi glos, staje siæ silniejszy, wyýszy moýe, ale silniejszy. - I to twoje bædzie do­brze, bædzie dobrze Bædzie dobrze, pani Alinko, Sralinko, a co my tu mamy, zmoczyùyúmy siæ, zrobiùyúmy kupæ, to cudow­ne. Nie! Nie my, tylko ja. Wyùàcznie ja. Nie byùyúmy grzeczne, patrzyùyúmy przez okna, miaùyúmy bóle. Nie! Kochana siostro, to tylko ja! Ja leýæ, a nie my leýymy. To ja gapiæ siæ na ten biaùy prostokàt, to ja mam bóle i to nie my musiaùyúmy w nocy dzwo­niã po zastrzyk! Ciebie przy tym nie byùo! To tylko ja!

Marta przeraýona wybuchem Iwony cofa siæ. Teraz to na­piæcie pójdzie do brzucha, tam siæ usadowi. Znowu coú êle zrobiùa. A potem spokojnie mówi:

- Dobrze. Moýesz na mnie napluã. Jestem kretynkà. Masz racjæ. -1 oto dzieje siæ cud: to, co miaùo siæ przenieúã i wnik­nàã do jej brzucha, nigdzie siæ nie przesuwa, nie przenosi, jest lekka jak piórko, ýadnego niebezpieczeñstwa.

- Oczywiúcie, ýe mam racjæ. - Iwona patrzy na nià spod oka, ale jej gùos juý siæ obniýyù. -Czy ja ci zadajæ te idiotyczne pytania w liczbie mnogiej? Czy zrobiùyúmy wczoraj obiadek? Czy màý nas zdupczyù wczoraj troszeczkæ? Byùyúmy u miùych znajomych?

- Masz racjæ! - Marta krzyczy, ale w brzuchu nie ma nic.

- Wiem - mówi Iwona i milknie.

Wiæc Marta zdobywa siæ na jeszcze wiæcej:

- Przepraszam. Êle siæ czujesz?

- A dlaczego mam siæ êle czuã?

No i co na to powiedzieã? Marta pùoszy siæ.

- Leýymy sobie?

- Zgadnij.

Niedobrze. Trzeba inaczej.

- Potrzeba ci czegoú?

- Skàd. Jest mi po prostu fantastycznie. - Iwona robi siæ sarkastyczna. - Tak sobie leýæ juý piàty tydzieñ. Rækæ mam unieruchomionà. Z trudnoúcià siæ podnoszæ. Ale jest mi fan­tastycznie. Úwieýy tlen. Powietrze. Czysta poúciel. Bosko. Chcesz siæ zamieniã?

- Jesteú rozdraýniona, ale ja to rozumiem. - Najwaýniejsze to nie daã siæ sprowokowaã.

- Naprawdæ? - Gùos Iwony brzmi bardziej znajomo.

- Tak, rozumiem.

Teraz Iwona na nià patrzy uwaýnym spojrzeniem, niezna­nym. Marta nie wie, co robiã. Czeka.

- Czy moýesz coú dla mnie zrobiã?

- Wszystko - mówi Marta z wyraênà ulgà.

Wtedy Iwona podnosi siæ z wysiùkiem, jej blada dùoñ siæga do rurki z tlenem, odsuwa jà, potem wyciàga do Marty rækæ, do której podùuýnymi kroplami sàczy siæ ýycie.

- Odùàcz - rnówi, wskazujàc na kroplówkæ.

-Nie mogæ! Musi zejúã do dwudziestej drugiej. - Marta wie, ýe zbyt pochopnie obiecaùa to „wszystko'.

- Chcæ wstaã. Na moment. Proszæ. Marta zaciska przezroczysty wæýyk. -1 co teraz?

- Pomóý mi. - Iwona wyciàga do niej dùoñ, Marta jà chwy­ta, a Iwona podnosi siæ z wysiùkiem i powoli spuszcza nogi

z ùóýka.

- Co ty robisz? - Ale ræka Marty jest silna, nie puúci.

- Boýe, pomoýesz mi czy nie?

- Chcesz wstaã? - Pytanie jest gùupie, bo Iwona juý wstaùa. Chwieje siæ na nogach, przezroczysty wàý od kroplówki, spuszczony w dóù, trzymajà na uwiæzi, a ona robi paræ kroków w stronæ krzesùa.

- Popraw to wszystko, proszæ

Ach, o to chodziùo. Marta strzepuje przeúcieradùo, wciska skraje pod materac, chwyta za dwa rogi poszwæ, prostuje w niej koc, klepie znów w poduszki.

- Tak? - pytajàco patrzy na Iwonæ - Mogùaú leýeã. Robi jej miejsce, ale Iwona wskazuje rækà na ùóýko. -A teraz kùadê siæ.

-Co?

- Kùadê siæ.

- Zwariowaùaú?

- Proszæ, poùóý siæ.

I Marta posùusznie wyciàga siæ na ùóýku.

- A teraz tlen. A teraz ràczka. Wygodnie ci? - Niezgrabny­mi ruchami Iwona podkùada jej tlen pod nos i przymocowuje prawà rækæ bandaýem do ùóýka.

Marta poddaje siæ temu bez sprzeciwu. Ùóýko jest wygod­ne, po caùym dniu biegania jej miæúnie powoli siæ odpræýajà.

- Tak - mówi. Jest dobrze.

- Leý. Udawaj, ýe ci jest wygodnie.

Marta nie musi udawaã. Jej zmæczone ciaùo przylgnæùo do poúcieli.

- Tak? - Poprawia siæ i nieruchomieje.

- Wlaúnie tak.

- Jak dùugo mam tak leýeã? Ktoú moýe tu wejúã.

Iwona narzuca na siebie szlafrok, podaje jej rækæ. Marta zwalnia ucisk na przezroczystej rurce, kropelki znowu zaczy­najà spùywaã do ýyùy. Iwona przestawia stojak do kroplówki bliýej swojego krzesùa i siada przy Marcie.

- Nikt nie wejdzie. Przecieý wiedzà, ýe ty tu jesteú. Udawaj, ýe nie moýesz siæ ruszyã. Zamknij oczy.

- Dobrze Leýæ - Marta posùusznie zamyka oczy. Iwona opiera siæ o poræcz ùóýka. Oddycha ciæýko i czeka,

ýeby jej organizm przyzwyczaiù siæ do nowej pozycji. Jej serce przestaje waliã jak oszalaùe, nogi juý tak bardzo nie drýà.

- Zobaczysz, co to znaczy tak leýeã - mówi cicho. - I nic nie móc. Jaka to przyjemnoúã. Ostatnia. Wiæc sobie poleê, Marto, a ja posiedzæ przy tobie. Aý zdrætwieje ci ræka, krægo­sùup, aý zacznie ciæ boleã krzyý.

Oddech Marty jest spokojny i równy. Iwona patrzy na nià i ciàgnie:

-1 potem porozmawiamy. Kiedy odciúnie ci siæ gumka od tlenu. Ale za to úwieýe powietrze. I w ten sposób, Marto, mo­ýe siæ zrozumiemy Bo innego wyjúcia nie ma. I moýe wtedy

juý nie bædziesz wchodziã i pytaã, czy sobie leýymy. Bo muszæ leýeã, prawda? - Iwona nie sùyszy odpowiedzi, podnosi gùowæ i dopiero teraz zdaje sobie sprawæ, ýe Marta úpi.

Ma ochotæ jà szarpnàã, zrzuciã z ùóýka, niech zobaczy Ale przygùàda siæ leýàcej kobiecie, fartuch podwinàù jej siæ, prawa noga, ugiæta, budzi w niej rozczulenie, cieñ rzæs na po­liczkach pielægniarki jest dùugi. Iwona podnosi siæ z wysiù­kiem, siæga po koc i delikatnie okrywa Martæ. Potem znów siada koùo niej, a kroplówka wolno wspiera jej organizm.

- Nie moýesz wiedzieã -szepcze Iwona. - Moýe to i lepiej

WIECZÓR

- Jezu! - Marta siæ podrywa, ale przywiàzana do ùóýka pra­wa rækà przytrzymuje jà. - Która godzina? Zasnæùam! Iwona!

Iwona z uúmiechem patrzy na Martæ, która usiùuje odcze­piã ten cholerny bandaý od ùóýka.

- Jestem tu - mówi cicho.

Marta wodzi wokóù nieprzytomnym spojrzeniem.

- Kroplówka! - przypomina sobie i w jej oczach widaã przeraýenie.

Iwona z dumà wyciàga do niej rækæ.

- Zeszùa. Pilnowaùam.

- Przepraszam Taka byùam zmæczona

Pomaga Iwonie wejúã do ùóýka, ukùada jà z czuùoúcià. Iwona siæ uúmiecha.

- Odpoczæùaú?

- No - Czy moýe powiedzieã prawdæ? Iwona wyciàga rækæ.

- Pomóý mi.

Marta chwyta jà pod ramiona, sadowi wygodniej, Iwona

chce siedzieã, nie chce leýeã.

- Co ty wyprawiasz, co ty robisz - Jakýe jej wstyd, ýe za­snæùa.

- Nie moýesz wiedzieã - Iwona rzuca w przestrzeñ ciem­nego pokoju. -1 ja nie mogæ wiedzieã.

- Wiedzieã? Czego? - Marta nie rozumie, mimo ýe tak bardzo siæ stara.

Iwona nie tùumaczy. Poùoýyùa jà - ale to nie Marta jest cho­ra. Siedziaùa przy ùóýku, ale to nie ona byùa odwiedzajàcà. Na nic caùe to doúwiadczenie.

Marta patrzy na zegarek, jest po dziesiàtej.

- Póêno juý. Weê poczwórniaka, nie bædzie ci tak niewy­godnie. Bædziesz spaùa Dobranoc - I Marta umieszcza dzwonek blisko ræki Iwony, poprawia koùdræ, a gdy Iwona za­myka oczy, myje kubki, gasi úwiatùo, wychodzi, ale zostawia drzwi uchylone, úwiatùo pada przez szparæ. W drzwiach siæ od­wraca i mówi ciepùo:

-Wrócæ jutro

Iwona ma zamkniæte oczy, moýe juý úpi. Marta cichutko naciska klamkæ i wtedy sùyszy swoje imiæ.

- Marto? - Iwona siæ uúmiecha. - A jak tam màý, zdupczyù nas wczoraj troszeczkæ?

RANEK

-Juý.

Marta schyla siæ i odstawia basen. Iwona poprawia siæ na ùóýku. Cienie pod jej oczami powiækszyùy siæ, oczy zapadùy w nieznana dotychczas przestrzeñ.

- To takie upokarzajàce

- Co ty opowiadasz Zobaczysz Wszystko w normie Zaczæùy dziaùaã leki. Tak musi byã. Bædzie lepiej za dzieñ, dwa - Gùos Marty brzmi przekonywajàco. Lata pracy robià swoje.

- Wcale mi ýycie nie staje przed oczami - skarýy siæ Iwona.

- Przestañ, przestañ tak mówiã! Jeszcze nie wszystko stra­cone!

Ale Iwona wcale nie chce jej sùuchaã. Chce mówiã.

- To bzdury, ýe caùe ýycie staje przed oczami. W nocy caùa zamieniam siæ w proúbæ: niech nie boli, niech juý nie boli! Jak siæ mogùam skurczyã do takiego myúlenia! Tylko o tym, ýeby nie bolaùo! Ýebym jeszcze dzisiaj mogùa normalnie zrobiã kupæ! Jeszcze tylko dziú! Dlaczego wczeúniej nie wiedziaùam, ýe nor­malne wysranie siæ to takie wielkie, poraýajàce szczæúcie?

- Proszæ ciæ - Marta delikatnie dotyka jej policzka. Jest suchy i naciàgniæty jak struna.

- Nie proú mnie! Dlaczego moje ýycie skurczyùo siæ do pro­blemu kupy? Dlaczego mnie tak boli?

Marta czuje ten ból, musi zrobiã zastrzyk. Przestanie bo­leã. Na chwilæ.

- Poczekaj, zrobiæ ci zastrzyk!

Marta podrywa siæ, siæga po basen i szybkim krokiem wy­chodzi z pokoju. Musi porozmawiaã z lekarzem.

POÙUDNIE

Dzisiaj Marta wziæùa ze sobà ksiàýkæ. Czytasz w domu czy tu, w tej sali, jaka to róýnica? Iwona úpi. Marta przewraca kartki ksiàýki, wreszcie jà odkùada.

- Siedzisz tu caùy czas? - Marta podskakuje na glos Iwor

- Nie Tak - uúmiecha siæ do niej. - Iwona? -Co?

Marta siæga do kieszeni sweterka, jasnobrazowy ùadny swe­terek oplata jej biodra.

- Przyszùam wtedy Nie wiedziaùam, ýe Tomek bædzie Przyszùam, bo chciaùam ci oddaã ten czek.

Iwona musi na nià spojrzeã. Prosto w oczy.

- Nie moýesz nic ode mnie przyjàã?

- Mogæ - Marta trzyma czek w wyciàgniætej dùoni. -Ale Ale tamten dyýur nie byù tyle wart. Nie chcæ tych pie­niædzy

- Okcj. - Iwona po chwili wahania wyciàga rækæ. Ich dùo­nie spotykajà siæ w powietrzu.

- Daj. - Iwona drze czek. - Nie ýal ci?

Marta bierze haust powietrza do pùuc i wypuszcza je z lek­kim szumem.

- Ýal. Ýal. Jak cholera ýal. Taka kupa forsy! Jeszcze jak mi ýal. Ale teraz mi lepiej. Jest jedna rzecz, którà chciaùabym od ciebie teraz dostaã.

Iwona odkùada drobiny papieru na szafkæ.

-Nie zaczynaj. Ale moýesz sobie obejrzeã - Wskazuje palcem na szufladæ. - Tu leýy

Marta wyjmuje pierúcionek, który w úwietle sùoñca rzu­ca lekki blask na ciemnozielonà podùogæ. Oglàda go pieczoùo­wicie.

- Ten pierúcionek byl dla mnie. -Ale ja go dostaùam.

Marta wie o tym doskonale, trudno.

- Nie chcesz mi go daã, bo to by ciæ za duýo kosztowaùo?

- Przez prostà zùoúliwoúã.

- Nie chcesz mi daã tego, co ja chcæ. Chcesz mi dawaã tyl­ko to, co ty chcesz.

Iwona przytakuje.

- To wysoce prawdopodobne.

I teraz Marta musi siæ zastanowiã, o co jej chodzi.

- A moýe tak mi na nim zaleýy, bo tobie na nim zaleýy Iwona wyciàga rækæ, bierze od Marty pierúcionek. Nakùada

na serdeczny palec. Pierúcionek wisi jak za duýa obræcz.

- Zsuwa mi siæ ze wszystkich palców A na kciuku nie mo­gæ go nosiã.

- Piækny.

Iwona przechyla siæ i wrzuca pierúcionek do szuflady.

- Nie chcæ ci go daã, Marto.

Iwona znowu gdzieú odpùywa, Marta nie wie, gdzie, ale musi jà przywoùaã.

- Jesteú? Hej, jesteú? - udaje jej siæ powiedzieã to lekko.

- Jestem, jestem, ale juý sùabo jestem. Co mówi doktor Sa-ranowicz?

- Saranowicz? - Marta jest zaskoczona, nie spodziewaùa siæ teraz pytania o Saranowicza.

- Widziaùaú siæ z nim? - Twarz Iwony jest bez wyrazu. -Z doktorem Saranowiczem? Chyba jeszcze nie przyje­chaù.

- Sùyszaùam jego glos na korytarzu.

Ach, wiæc to tak. Trzeba szybko coú powiedzieã, nie robiã przerw, nie zastanawiaã siæ, nie dopuúciã Iwony do gùosu.

- Moýe i przyjechaù, ale skàd ja mogæ wiedzieã, co mówi. -Marta tak dobrze wczuùa siæ w rolæ, ýe jej sùowa siæ rozpædza­jà i pùynà wartkim strumieniem, bez jej udziaùu. - Czy ty my­úlisz, ýe ja siæ opierdalam caùy dzieñ? Nie wiedziaùam dzisiaj, w co ræce wùoýyã. Dawno nie byùo takiego pieprzonego dnia.

Ta z erki nam zeszùa, wiesz, mówiùam ci, ta, co jà przywiózù màý i rzuciù na ùóýko. Samobójczyni pieprzona. Mówiùam, za­stawiã wenflon, bo ýyùy mi uciekajà. Ale oczywiúcie lekarz wie-dziat lepiej. Wyjàã, bo jutro wypis. No i spadùo ciúnienie. Basia w jednà nogæ, ja w drugà, on szuka w dùoniach, ale

- Ta, co siæ przez mæýa truùa?

- Uhm. Sinieje nam w oczach - Marta bierze gùæboki wdech, nie przestaã, nie przestaã mówiã - a Basia z aparatem tylko melduje sto na szeúãdziesiàt, osiemdziesiàt na czterdzie­úci, szeúãdziesiàt na trzydzieúci, a ona pani doktor ja bædæ umieraã, czterdzieúci na zero Gdyby byù wenflon, moýna byùo podaã To jak ja miaùam Saranowicza pytaã o cokolwiek!

- Martuniu

- A potem jeszcze dwa cukry, posiew

- Martuniu - Iwona delikatnie przywoùuje jà do porzàdku. O Boýe, jeszcze nie! Marta coraz wiækszy wysiùek wkùada

w nowà opowieúã.

-Ach, wyobraê sobie, i przyjæliúmy na oddziaù Piùata. Úmieszne nazwisko, nie? A za mnà stanàù lekarz, Jacek, wiesz, ten mùody z ginekologii i mówi mi na ucho, to wy macie takà umieralnoúã, ýe z Biblii musicie dobieraã?

- Martuniu

- Ale obiecujæ, jutro z samego rana

- Martuniu, muszæ ci coú powiedzieã - Iwona siæ uúmie­cha, ale nie jest to uúmiech radosny, ona uúmiecha siæ smut­no. I wtedy Marta rozumie, ýe staùo siæ coú, o czym ona nie wie, i rozumie, jaka jest úmieszna z tym opowiadaniem o Piùacie.

- Byù tutaj? - Nie zapanowaùa nad swoim strachem.

- Nie - mówi cicho Iwona, a Marta musi ukryã ulgæ, odwra­ca siæ na moment do okna, potem znowu do Iwony. Uda siæ.

- No widzisz - mówi pewnie.

Iwona uúmiecha siæ i teraz ona bierze gùæboki wdech.

- Ja te badania miaùam robione w Paryýu. Dlatego wróci­ùam

Zapada milczenie i poprzez to milczenie przychodzi do Marty zrozumienie wszystkiego. Od poczàtku. Marta podnosi ræce do oczu, zakrywa twarz, potem je opuszcza, idzie do okna, cofa siæ, ciæýko siada na ùóýku Iwony. Nie ma odwagi spojrzeã jej w twarz. Ciàýà jej ramiona i nogi, wszystko jej ciàýy.

- Dlaczego? - wyrywa jej siæ prawdziwie, z bólem.

- Czasem ci wierzyùam Ze nie ma kto odczytaã wyników badañ Ýe wszystko przede mnà

- Ale po co, po co? - Marta jest zrozpaczona. Wszystkie jej starania na nic.

- Po nadziejæ. Bo ty nie wiedziaùaú, ýe umieram. - Iwona mówi spokojnie, tak spokojnie, ýe Martæ kaýde sùowo boli. A wiec wiedziaùa. - Mogùam udawaã, ýe teý nie wiem.

- Przecieý ja od razu wiedziaùam - wyrywa siæ Marcie, ale juý jest za póêno, nie moýna cofnàã tych sùów.

Iwona uúmiecha siæ, w jej wymæczonych oczach bùyskajà te wægielki, które Marta pamiæta z przeszùoúci.

- Ma to dobre strony.

Marta patrzy na nià zdziwiona.

- Moýemy przynajmniej zejúã z tematu Saranowicza. Trzeba coú powiedzieã, szybko coú powiedzieã - koùacze siæ

Marcie po gùowie i wreszcie ma juý gotowe zdanie:

- Wiesz, ale to jeszcze nie znaczy, ýe

- Oczywiúcie, Marto. - Iwona przerywa jej w póù sùowa. -Nic nie znaczy. Prawic nic nie znaczy. A ja prawie jestem Jestem jeszcze trochæ. Poznajæ to po tym, ýe chcæ spaã. Idê juý, Marto, idê juý, chcæ spaã

I Marta podnosi siæ po raz kolejny i po raz kolejny idzie po iemnozielonym linoleum do drzwi. Iwona leýy nieruchomo.

POPOÙUDNIE

Iwona patrzy z przyjemnoúcià na Martæ. Jest ùadna, na-

irawdæ ùadna. Úwietnie jej zrobiùa nowa fryzura i dobrze, ýe irzestaùa siæ ubieraã w te spódnice rodem zszafyciotkizpro-vincji. Ma úliczne oczy, a mysie wùosy to kolor niezwykùy. Trzy aúnicjsze pasemka z prawej strony znakomicie to podkreúla-à. Iwona patrzy na Martæ i podejmuje decyzjæ tak trudna, ýe iý zamyka oczy.

- Bojæ siæ, ýe umieram - mówi wreszcie i nie otwiera oczu. 'zeka.

Ciche milczenie, oddech Marty robi siæ krótki.

- Bojæ siæ, ýe umierasz - mówi Marta i jakby przeraýona ym, co powiedziaùa, chce uciec, ale nie ma gdzie, wiæc tylko )atrzy na Iwonæ, która otwiera oczy i w jej oczach jest podziæ-cowanie.

- Nic juý nie moýna zrobiã, prawda?

- Zawsze jest nadzieja. - Marta przetyka úlinæ o wiele za >ùoúno.

- Nie pierdol, siostro - mówi Marta, ale jej gùos przeczy przekleñstwu. Jest spokojny. - Nic juý nie moýna zrobiã, prawda?

- Wszystko, co byùo moýna, zostaùo zrobione. W ciszy szpitalnej sali zamiera powietrze.

- Nie ma dla mnie ratunku?

- Zawsze jest nadzieja - powtarza martwo Marta.

- Na cud?

- Na cud.

Iwona wyciàga rækæ. Marta poúpiesznie wybiega ze swojà dùonià naprzeciw. Uúcisk Iwony jest sùaby.

- Dziækujæ ci - mówi ræka i spierzchniæte wargi. I wtedy Marta ùamie siæ.

- Tak siæ bojæ, siostro.

-Tak siæ bojæ, siostro - Iwona oddaje uúcisk. - Wydaje mi siæ, ýe nie wytrzymam tego strachu. - Iwona kuli siæ, jej gùos jest cichy, tak cichy, ýe Marta musi siæ nachyliã, - Ýeby tak od razu A potem myúlæ, ýe to dobrze, ýe jeszcze nie Jak jest sùoñce Ale sùoñce wschodzi niezaleýnie od wszyst­kiego, prawda?

- Prawda.

-1 wzejdzie po mojej úmierci. - Iwona patrzy w okno, tam, gdzie úwit rano przedostaje siæ przez gaùæzie rozùoýystego kasztana. Poýóùkùe liúcie drýà na wietrze. - Jakby siæ nic nie staùo. Jak po úmierci rodziców A od ich úmierci nie byùo dla mnie nic úwiætego.

- Dla ciebie teý?

Iwona patrzy na nià uparcie, a w Martæ wstæpuje dawny niepokój. Wiæc woli poprawiã koc, poduszkæ, woli nic nie mó­wiã, bo przecieý jest tylko cienka granica

- Marto? Pytaùam ciæ czy dla ciebie teý Marto!

A jednak. Staùo siæ. Dlaczego Iwona nie daùa jej spokoju? Ale wezbrana fala juý ma ujúcie i twarz Marty wykrzywia siæ.

-Jak moýesz! Jak moýesz mnie pytaã, co dla mnie byùo úwiæte! Nigdy ci nie jest za maùo siebie samej?

- Nie rozumiem - mówi Iwona i rzeczywiúcie nie rozumie. Wiæc przyszedù czas, ýeby wszystko powiedzieã.

Marta staje w nogach ùóýka, chwyta za poræcz, pochyla siæ w stronæ Iwony, úciska ùóýko tak bardzo, ýe wydaje siæ, ýe wy­gnie metalowà poræcz.

- Jak moýesz uýywaã sùowa „teý'? Zapomniaùaú, ýe to ja siedziaùam przy matce, myùam jà i cierpiaùam z nià, to ja by­ùam na kaýde zawoùanie, to ja musiaùam na to patrzeã!

- Ale ja - Iwona chce sùabo zaprotestowaã.

Lecz Marta jej nie pozwala. W Marcie coú pækùo i wylewa siæ szerokà strugà, której juý nie jest w stanie kontrolowaã.

- Wyjedziesz znowu ze swoimi pieniædzmi? Oczywiúcie, ýe dziæki tobie byùo na najdroýsze leki, ale to wszystko. To nic! To juý tylko ja wyùam z rozpaczy i widziaùam, jak gaúnie dzieñ po dniu, i nawet wtedy nie zauwaýaùa mnie, tylko czuùa brak ciebie, i sùyszaùam twoje imiæ we wszystkich przypadkach. O tobie, z tobà, przy tobie. Ty, ty, ty! - Marta nie chce, ýeby jej gùos byù tak nabrzmiaùy ýalem, ale jest. - Tæskniùa do ciebie, a ja trzymaùam jà za rækæ

Iwona siada mocniej na ùóýku, odrzuca tlen, chce Marcie przerwaã.

- Marto!

Ale Marta doskakuje do niej.

- Nie! Nie przerywaj mi teraz! Myúlaùaú, ýe nie bædæ miaùa odwagi w tej sytuacji? Pieprzyã to! Chrzaniã to wszystko! Zawsze ty! Wspaniaùa ty! - Glos Marty staje siæ piskliwy, przeúmiewczy. - „Bierz z niej przykùad, kochanie, dlaczego nie zachowujesz siæ jak Iwona? Iwona to boýe dziecko, widzisz, jaka jest odwaýna, nigdy nie baùa siæ ryzykowaã. Jestem ta­ka szczæúliwa, wiedzàc, ýe Iwona sobie uùoýyùa ýycie. Iwona jest po prostu bardzo zdolna. Iwona na pewno bædzie robiùa w ýyciu coú nietuzinkowego'. - Marta macha rækoma, jakby staùa na arenie i chciaùa szerszemu audytorium pokazaã: oto

coú wspaniaùego. A potem nagle odwraca siæ do pustego krze­sùa i sùodkim faùszywym gùosem dodaje: - „Ale to dobrze, ýe z ciebie taki pracuszek, o, Iwona to ma fantazjæ, widzieliúcie, co zrobiùa ze swoim pokojem? Iwona jest taka barwna - nadal jej gùos brzmi faùszywie - ale i z ciebie jesteúmy dumni, dziecin­ko'. - Marta zbliýa siæ do Iwony, teraz moýe jej spojrzeã prosto w oczy. - Nawet wtedy kiedy ciebie nie byùo, byùo ciæ o wiele za duýo dla mnie A ty nie przyjechaùaú Ty - Marta jest zdziwiona, tak zdziwiona jak nigdy przedtem - ty nie przy­jechaùaú

-Marto, ja

Ale Marta juý siæ cofa od ùóýka. Juý nie mówi do Iwony, mówi do caùego úwiata.

-Ty nie przyjechaùaú! Nawet na pogrzeb. A co z Iwonà, o Iwonie, dla Iwony, Iwona? - Gùos Marty kpi. - Iwona nie przyjedzie, mamusiu, bo jej siæ nie opùaca. Bo jak przyjedzie, to juý nie wróci do swojej kochanej Francji, swojej nowej oj­czyzny, au revoir! I do Piotra, oczywiúcie. Juý nie bædzie mo­gùa wróciã, mamusiu. I dlatego masz tylko mnie. Ta, która za­wsze byùa mniej kochana, siedzi przy tobie i nie boi siæ, ýe jej coú zabiorà. Niestety. Tylko ta druga, ta mniej waýna, siedzi przy tobie i sùucha o Iwonie. - Gùos Marty miæknie niespo­dziewanie. - Przepraszam, mamusiu, ýe nie jestem Iwonkà. Mogùybyúmy siæ zamieniã, bo ja bym przyjechaùa zewszàd, z koñca úwiata i nie baùabym siæ ubecji ani stanu wojennego, mamusiu. Ale ta dzielna Iwona teý siæ nie boi, mamusiu. Prze­cieý zawsze byùa taka odwaýna. Pewnie nie moýe znieúã myúli o twoim umieraniu, mamusiu. Od tego masz mnie. Tyle osób umarùo mi na rækach przed tobà, mamusiu. Nie martw siæ, po­radzæ sobie. Zawsze sobie radziùam. A poza tym jestem przy­zwyczajona, mamusiu. Przecieý sama sobie wybraùam ten

zawód, choã to byù zawód dla ciebie, mamusiu. Zawiodùam ciæ. - Marcie lamie siæ gùos, chwile walczy ze wzruszeniem i czeka na tæ wúciekùoúã, która doda jej sil. Podchodzi do ùóý­ka i juý ma sile, ýeby prosto w te niebieskie, zmæczone oczy nareszcie powiedzieã prawdæ. - Nie ãwicz tego ze mnà! W tej chwili nie! Zawsze to robiùaú! Teraz jesteú taka biedna, ýe nie moýna ci mówiã takich rzeczy, prawda?

Ale Iwona jej nie widzi. I Marta z rozpaczà powtarza raz jeszcze:

- To kiedy ci to mogæ powiedzieã, kiedy, no!

Iwona nie otwiera oczu, wiec Marta nachylona nad nià szarpie jà za ramie.

- Odpowiedz mi!

I wtedy spostrzega, ýe Iwona nie moýe zùapaã oddechu, wi­dzi, ýe rurka z tlenem leýy obok. Nerwowo zakùada gumkæ pod nos Iwony, odkræca kurek mocniej, bierze jà za rækæ i czuje zamierajàcy puls.

Strzykawka we wprawnych dùoniach Marty zamienia siæ w ýycie, Marta pewnym ruchem wbija igùæ i pakuje w leýàcà ýyciodajny pùyn.

- Spokojnie, Iwonka - jej gùos jest teraz pewny, ùagodny -spokojnie, chwileczkæ, juý dobrze, malutka, juý dobrze, pocze­kaj, psiakrew jasna, oddychaj, oddychaj, tak

Odkùada strzykawkæ, wpatruje siæ w twarz Iwony z napiæ­ciem. Iwona otwiera oczy, ùapie powietrze.

- Nie - Iwona macha rækà, jakby odganiaùa siæ od much.

- Boýe, co ja zrobiùam - Marta jest przeraýona. - Nie wy­trzymujæ tego napiæcia

- Nie nie przerywaj. Mów dalej Proszæ.

- Przepraszam, nie wiem, co mnie opætaùo, to nieprawda, taka jestem podùa

Iwona nabiera siù z kaýdà sekundà. Glos ma mocniejszy, kiedy mówi:

- Nie Nigdy nie myúlaùam to musiaùo byã straszne dla ciebie. Straszne.

- Nie, ja to w zùoúci mówiùam, ja wcale tak nie myúlæ.

- Myúlisz, dziæki Bogu myúlisz. Wybacz mi, Marto, ýe mu­siaùaú mi to powiedzieã

I wtedy Marta czuje, jak znowu wypeùnià jà zùoúã. Kaýdà ko­mórkà swojego ciaùa czuje, jak obcy chùód dotyka jej wnætrznoúci.

Odchodzi do okna, spod okna rzuca w stronæ ùóýka i wy­straszonej Iwony zimne stówa:

- Niestety, jednak ciæ nienawidzæ. Nawet teraz musisz byã lepsza? Nie sprawdzisz, czy ciæ nie swædzi pod ùopatkami? To taki pierwszy objaw wyrastajàcych skrzydeù! Boýe, jak ja ciæ nienawidzæ!

- Zamknij siæ i pozwól mi coú powiedzieã!

- Juý sobie kupiùaú dyýur, ýeby byùo jak u nas w domu, i do­brze za to zapùaciùaú! AJc ja nie muszæ siæ teraz podporzàdko­waã! Nic siæ nic dzieje naprawdæ! Nic! - Przypomina sobie ton Iwony z tego dyýuru opùaconego tak drogo i przywoùuje go. - „Och, moja siostra posikala siæ w majtki, och, wszyscy siæ z niej úmiali'. Powiedz: „Przepraszam ciæ, siostro, ýe by­ùam wstrætnà gówniarà, która oúmieszaùa ciæ na kaýdym kro­ku!'. Powiedz to, póki moýesz jeszcze mówiã!

Iwona kaszle, ale Marta cierpliwie czeka, aý siostra sama odkræci sobie ten kurek, da wiæcej powietrza. Widzi zmagania Iwony, lecz nic podchodzi, czeka, zamarùa w oczekiwaniu, jak­by od tego zaleýaùo jej ýycie.

- Przepraszam, przepraszam, przepraszam - mówi urywa­nie Iwona, ale Marta nie podchodzi. I nagle wúciekùoúã ustæ­puje i pojawia siæ smutek.

- Co ja ci takiego zrobiùam, ýe tak strasznie siæ na mnie múciùaú? - Marta patrzy na kasztan za oknem, ýaùosny jesien­ny kasztan, który zaraz pozbædzie siæ liúci, który bædzie stra­szyù wygiætymi konarami aý do nastæpnej wiosny.

- Byùam zazdrosna o ciebie - dobiegajà do jej uszu mocne sùowa Iwony. - To wszystko.

Marta czuje siæ tak, jakby dostaùa silne uderzenie w brzuch. Nie moýe opanowaã zdumienia.

- Ty???

- To ja clæ nienawidziùam. - Iwona mówi tak, jakby stwier­dzaùa fakt powszechnie wiadomy. - Tego twojego porzàdku I tego, ýe z ciebie, gówniary, mam braã przykùad. Stawaùam na gùowie, ýeby mnie zauwaýyli. A moje zeszyty nigdy nie byùy pokazywane. I nie umiaùam ýadnego pieprzonego wierszyka na pamiæã. I próbowaùam siæ nauczyã „Ojca zadýumionych', ýeby nareszcie Trzy razy ksiæýyc obróciù

- Odmieniù - poprawia machinalnie Marta - odmieniù siæ zùoty, gdy na tym piasku rozbiùem namioty

Iwona gorzko siæ uúmiecha.

- Widzisz? - Milknie na chwile i potem koñczy: - Maleñ­kie dziecko karmiùa mi ýona

- Prócz tego dziecka trzech synów, trzy córki - Marta ro­bi krok w kierunku ùóýka.

- Caùa rodzina dzisiaj pogrzebiona przybyùa ze mnà. - Iwo­na siæ uúmiecha.

Ich zgodne gùosy brzmià w pustej sali jak piosenka.

Marta podchodzi do ùóýka.

-I nie graùam na pianinie. I to mnie nadepnàù sùoñ na ucho. „Marto, zagraj nam coú, kochanie. Niestety, tu nasz tatuú konfidencjonalnie úciszaù gùos, Iwonie sùoñ nadepnàù na ucho'. Budziùam siæ w nocy i czuùam te pazury sùonia

depczàce po moich rozklapcanych uszach Chciaùam, ýebyú umarùa

Iwona milknie, ale Marta nie jest zùa.

- Iwona?

Ale Iwona odwraca wzrok.

- Wiæc jak to byùo? Trzy razy ksiæýyc odmieniù

- Obróciù - mówi machinalnie Marta i widzi úwiatùo w oczach Iwony.

Obie uúmiechajà siæ do siebie.

-Uczeszesz mnie? Zobacz, jak wyglàdam - Iwona jest odwaýniej sza.

Marta bierze grzebieñ i przeczesuje sùabe wùosy Iwony. Sà teraz ciemne, prawie tak ciemne jak jej, ale bez poùysku. Upi-na je na czubku gùowy.

- Nie bædà siæ wplàtywaã w to - Zakùada Iwonie z powro­tem gumkæ z tlenem. - A ten dyýur? Ten wygùup? Ýeby byùo tak jak w domu, za pieniàdze? Po co?

- Nie chciaùaú ze mnà rozmawiaã. To byù jedyny sposób, ýe­bym ci coú mogùa powiedzieã.

- Ale juý nie usùyszeã. - Marta nie umie siæ opanowaã.

- Zgodziùaú siæ Mogùaú siæ nie zgodziã. Ale siæ zgodziùaú. Tak byùo, musi to przyznaã. Wiæc przyzna.

- No. - Dyýur to dobry pretekst, ýeby byã razem.

Iwona pokazuje na sok. Marta nalewa do dwóch kubków, jeden podaje Iwonie. Nie powinna tego piã. Ale juý nic nie moýe jej zaszkodziã.

- Tomek mi powiedziaù - Iwona patrzy na nià ze smut­kiem. - Dlaczego nie ty? Dlaczego nie ty?

Uda Marty napinajà siæ.

- Co ci powiedziaù?

- Dlaczego nie macie dzieci.

Marta trzyma kubek blisko ust. Zastanawia siæ. -Boja

- Dlaczego nie ty mi to powiedziaùaú? A wiæc Marta jej powie.

- Kurcze, Iwona. Ty i ta twoja ciàýa. Zdecydowaùaú siæ na skrobankæ. Ja bym ýycie oddala, ýeby byã w ciàýy z nim. -Przedrzeênia Iwonæ. - Miaùam zabieg, kochana Marto, nie mogæ przyjechaã, bo miaùam zabieg, kochana Marto

- Miaùam zabieg, kochana Marto. - Iwony gùos jest smutny. - Nie mogùam przyjechaã Najpierw leýaùam cztery miesiàce z nogami do góry, kochana Marto, z zeszytà szyjkà, kochana Marto, ale nie udaùo siæ, wiæc miaùam zabieg, kochana Marto

Marta patrzy na nià i rozumie. Niestety, z przykroúcià ro­zumie. Musi siæ jakoú wytùumaczyã.

- Napisaùaú „miaùam zabieg'

- A co miaùam napisaã do ciebie? Która zdecydowaùaú, ýe dzieci wùaúciwie na tym úwiecie nie powinny siæ rodziã, bo jest zbyt okrutny? - Teraz Iwona przedrzeênia Martæ - „Kochana Iwonko, postanowiliúmy nie mieã dzieci, nic chcemy dokùadaã cierpieñ do bólu tego úwiata, trzeba byã odpowiedzialnym' Jakýe ciæ nie lubiùam, Marto. Nie mogùam przyjechaã Leýa­ùam wtedy z nogami do góry. Nie mogùam

- Jak ja ciæ przeklinaùam! - Gùos Marty jest czuùy. - Za­bieg! Kiedy ja wszystko bym oddala - A potem tak jakby rzucaùa siæ w gùæbokà wodæ, pyta: - Czuùaú je?

Iwona nie rozumie.

- Sùucham?

Marta z naiwnoúcià dziecka, bardzo ùagodnie powtarza py­tanie:

- Czuùaú je? Powiedz

-Tak - mówi Iwona, przymyka oczy i uúmiecha siæ do wspomnieñ. -Jak? -Takiebulgotanie.

- Bulgotanie?

- Tak. Bulgotanie. Przelewanie Przewracanie Ale gùów­nie bulgotanie

I Marta powtarza jak zaczarowana:

- Bulgotanie -Takie ùaskotki

- Ùaskotki?

-Ùaskotki od úrodka Takie osobne ostroýne Takie bulgotki

- Bulgotki

Gùos Iwony twardnieje.

- Nie udaùo siæ. -1 dodaje po pauzie: -1 Piotr odszedù.

- Piotra rzuciùaú! - poprawia Marta.

- Skoro odszedù, to musiaùam go rzuciã! Marta jest znowu zùa. Tym razem na Piotra.

- Skurwysyn.

- Marta!

Iwona jà napomina? I Marta powtarza:

- Skurwysyn, powiedziaùam.

- Jakich ty sùów uýywasz! - Úmiech w oczach Iwony to taka rzadkoúã!

- Przepraszam - mówi Marta i úciàga buziæ w ciup. Po czym dodaje: - Normalny chuj.

-Marta?!

- Co? Myúlaùaú, ýe nie znam takich sùów? Od Piotra wiem, ýe wtedy ty i Tomek Piotr przyszedù do mnie, myúlaù, ýe ja

coú zrobiæ, bo on tak - Marta z ironià koñczy - tak ciebie kocha! Skurwysyn!

- Powiedziaù ci? - Na twarz Iwony wypùywa przykroúã. -A to skurwysyn. Szkoda, ýe nie wiedziaùam

- Szkoda, ýe nie - Marta urywa w póù zdania.

- Szkoda ýe? - Iwona patrzy na nià.

- Ýe nie wróciùaú - koñczy Marta szybko, tak jakby siæ ba­ùa, ýe jej glos znowu odmówi posùuszeñstwa.

- Wróciùam - szepcze Iwona.

- Wczeúniej. No. Cieszæ siæ, ýe wróciùaú.

- Ja teý - mówi Iwona i oczy same jej siæ zamykajà, a gùowa opada na bok.

Marta bierze jà za rækæ. Iwona úpi. To siæ teraz czæsto zdarza.

- Iwona?

Iwona nie odpowiada, ræka jest bezwùadna. Marta przykry­wa jà, opuszcza wezgùowie, gùaszcze jà po policzku.

- Ty chudzinko moja, cieszæ siæ Za oknem powoli zapada zmrok.

NOC

Marta wsadza gùowæ w drzwi. -Hej, to ja! Ja! Iwona patrzy na nià.

- Ja sosna, ja sosna, odbiór.

Marta odchodzi do ùóýka i caùuje jà w policzek. Uúmiecha siæ.

- Prawie zapomniaùam! O rany, ile to lat! Odbiór.

-To myúmy go tak zaùatwili. -Gùos Iwony jest tak sùaby, ýe Marta musi domyúlaã siæ znaczenia sùów.

-Aleý skàd! To nasza klasa! - Przysuwa krzesùo i naúla­duje napuszony glos mæski. - A klasy czwarte zostajà w szko­le i ãwiczà przygotowania do wybuchu atomowego! I uzyskajà ùàcznoúã z klasami pierwszymi, które bædà na boisku, ha!

-1 klasy czwarte bædà siæ posùugiwaùy radiostacjà w klasie, a pierwsze na boisku, choã to maj! - Iwona próbuje mówiã gùoúniej, ale jej to nie wychodzi.

-1 ten maj popamiætajà!

- Ipamiætajà!

- To Malolepa wymyúliù hasùo do ùàcznoúci! Wiesz, ýe on

teraz jest komputerowcem?

- Ty tym siæ róýnisz od prostej, Maùolepszy, ýe prosta jest nieograniczona! Skoñczyù studia?

- No! A wtedy aý ýaùowaùam, ýe nie mogæ byã z wami

w klasie.

- Siedzimy sztywno i wpatrujemy siæ w to pudùo i nagle sùy­szymy: Ja sosna, ja sosna, gùàb wzywam ciæ, odbiór! I ten pata­ùach bierze to - Iwona úciàga rurkæ i mówi w nià jak w mikro­fon -ja gùàb, ja gùàb, odbiór!

- O matko, jak myúmy siæ úmiali!

Uúmiech schodzi z twarzy Iwony. Twarz wykrzywia siæ w spazmatycznym skurczu. -Jakbyú trochæ Marta podrywa siæ, czujna:

- Co mam zrobiã?

- Nie wiem Jakbyú mi podùoýyùa pod nogi

Marta podnosi siæ natychmiast i podkùada koc pod kolana

Marty.

-Nie, nie tak Pod tæ drugà. Wyýej, wyýej. - Iwona siæ niecierpliwi. - Nie sùyszysz, o co proszæ! Pod kolano Moýe by mi byùo trochæ lýej Przepraszam

- Proszæ bardzo, do usùug.

Z twarzy Iwony powoli schodzi skurcz. Stara siæ pokonaã ból.

- Co sùychaã?

Ale Marta sùyszy wysiùek w jej gùosie.

- U nas w porzàdku.

- My My - powtarza Iwona. - Zawsze liczba mnoga -Mówi bardziej do siebie niý do Marty. - Wasze maùýeñstwo, wasz dom, wasz czas teraêniejszy, przeszùy i przyszùy Ja w kaýdym czasie byùam sama

Marta nachyla siæ nad nià.

- Teraz nie. Jestem.

- Teraz nie mam juý czasu. - Ciaùo Iwony zwija siæ na ùóýku.

- Zastrzyk?

Iwona mocno zaciska zæby.

- Nie, nie Jeszcze nie. Jeszcze trochæ

Moýe Iwona wytrzyma ten ból, ale Marta go nie wytrzyma. Zrywa siæ na równe nogi.

- Poczekaj, zaraz zrobiæ.

Iwona powstrzymuje jà ruchem ræki.

- Nie, jeszcze nieWytrzymam jeszcze trochæ Nie, ni­gdzie nie chodê, proszæ, nie zostawiaj mnie Nic nie mów Dlaczego tak siæ dzieje? Przecieý to, ýe mnie boli, nie przyda­je siæ nikomu To nie jest w porzàdku Nie jest Potrzymaj mnie za rækæ.

Marta siada i posùusznie chwyta przezroczystà dùoñ Iwony. Gùaszcze jà delikatnie, twarz Iwony martwieje w bólu.

- Proszæ ciæ! Moýe ty wytrzymasz, ale ja nie wytrzymam! Pozwól mi zrobiã ten cholerny pierdolony zastrzyk, bo nie wy­trzymam! Proszæ! - Gùos Marty, nabrzmiaùy proúbà, obija siæ

o úciany. Nad ùóýkiem kilimek z wytartymi brzegami, owoce kaliny, nieudolne listki.

Iwona przytakujàco kiwa gùowà, Marta trafia strzykawkà w wenflon.

-Wytrzymaj, Iwoniu, kochana moja, wytrzymaj, spróbuj zasnàã, jutro bædæ u ciebie wczeúniej, albo nie, zostanæ tutaj. No. Zostanæ. Jestem wypoczæta. Tomek napisaù do Stanów, do kolegi, on coú zrobi, muszà byã jakieú leki, o których nie wiemy. Moýe nie przetestowane, ale to siæ sprowadzi na lewo, musi coú byã, co ci pomoýe,..

Iwona otwiera oczy, ale pozostajà wpóùprzymkniæte.

- Juý mi lepiej Opowiedz mi coú - prosi cicho.

- Co? Bajæ?

- Dlaczego pracujesz akurat na geriatrii?

I Marta musi siæ nachyliã, ýeby zrozumieã to zdanie.

- Dlaczego akurat na geriatrii? - powtarza niepewnie, jak­by sens pytania do niej nie dotarù.

- Nigdy ciæ o to nie zapytaùam

Marta przenosi wzrok poza umæczonà twarz Iwony. Pro­stuje siæ.

- Wiesz, bo oni mnie potrzebujà. - Marta wstydzi siæ, ale moýe musi sama sobie wytùumaczyã. - To znaczy nie mnie. Kogokolwiek. Bo to najwaýniejsze. Czekaã. Mieã nadziejæ. Najpierw strach i radoúã, jeszcze nie wiadomo Ale przy koñ­cu, kiedy juý wiadomo, to wszyscy siæ niecierpliwià. Juý? Jesz­cze? Kiedy? A oni nie chcà byã sami. Im juý jest trudno z wùas­nym no wiesz, z tym wszystkim

Iwona kiwa nieznacznie gùowà.

- A ty patrzysz na te twarze i widzisz W kaýdym mætnym oku jest úlad zachwytu, którego juý nie bædzie. W kaýdej bruê­dzie jest mùodoúã. Przeszùa. W kaýdych ustach sà pocaùunki,

nawet jeúli Tylko teraz nie mogà Oni nie mogà, sami nie mogà juý znieúã tej powùoki, która odmawia posùuszeñstwa Ale to przecieý oni. Ræce. Sà niespokojne, biegajà wte i wewte A ja widzæ pod tymi palcami gùówki dzieci, gtaskane ciaùa. Bo ja nie chcæ siæ baã. - Marta jest speszona, podnosi oczy i w oczach Iwony widzi ùzy.

- Moje obrazy - Iwona mówi z trudem, a w Marcie jest tylko úlad sprzeciwu, nieuchwytny, ale dlaczego ona o sobie? Marta obrusza siæ, a Iwona ùagodnie patrzy na nià i powtarza: - Moje obrazy nigdy nie byùy takie, jak to, co ty tworzysz. Ni­gdy o nich nikt tak nie powie jak ty o tym, co robisz Piæk­no i dobro. Ja to chciaùam stworzyã, ty to masz.

Teraz Marta czuje, jak nagùe wzruszenie odbiera jej glos, caùuje Iwonæ w policzek, Iwona zatrzymuje jej rækæ. Patrzà na siebie, niebieskie w bràzowym.

Marta dotyka ust Iwony.

- Boýe, jakà ty masz spierzchniætà skóræ? Gdzie krem?

-Tutaj. - Iwona brodà pokazuje na prawo. Na koloro­wej poszwie maùe pudeùeczko, zagubione wúród czerwonych kwiatów.

Poczekaj, nakremujæ ciæ. - Marta delikatnie smaruje twarz Iwony.

- Skremujesz mnie? - Iwona ma zamkniæte oczy, posùusz­nie poddaje siæ dotykowi.

- Przecieý kremujæ.

- Pytam, czy mnie skremujesz, jakby co.

Ucisk w gardle wraca, ale Marta uúmiecha siæ ýaùoúnie.

- A mnie wyùàcznie w razie úmierci, nie jakby co -Dziækujæ

Wzrok Iwony mætnieje, Marta odkùada krem i zaczyna jà klepaã po twarzy. Mocno, coraz mocniej.

-Iwonka, Iwonka, patrz na mnie! - Dziæki Bogu, Iwona wraca. - Patrz na mnie! Przyniosæ ci „Gniazdo ksiàýàt Dýa-wacha', pamiætasz, jak nam mama czytaùa, bædæ ci czytaã, bæ­dzie jak wtedy, nie chcæ twojego pierúcionka! - mówi Marta goràczkowo. - Iwonka, tak nie moýe byã, coú wymyúlimy, nie odchodê, proszæ, nie odchodê!

Iwona z wysiùkiem otwiera usta.

- Wiem, ýe wtedy za mnà szùaú

- Kiedy? - Marta jest wtopiona w oczy Iwony.

- Wtedy Na ten cmentarz Dlatego siæ nie baùam. Marta musi siàpnàã, wierzchem dùoni ociera oczy.

- Namówiùam ich, ýeby ciæ sprawdziã. Umieraùam ze stra­chu o ciebie. Atak miaùam ciæ na oku

Usta Iwony nie chcà wypuúciã dêwiæku. Marta patrzy na nià w skupieniu i wreszcie sùyszy cichy szept:

- Dwie dychy

Ale Marta nic rozumie, co Iwona chce powiedzieã, wiæc Iwona caùà swojà silæ zbiera po raz ostatni.

- Dwie dychy Jesteú mi winna dwie dychy. - Z trudem wyciàga rækæ do Marty. - Daùam dwie dychy Kotwie. Z pro­centami

Marta czuje, jak ciepùo w niej rozchodzi siæ falami od brzu­cha, do ràk, wùosów, nawet paznokci u nóg.

- Nie pytasz o Tomka - mówi.

- Nie. Nie muszæ

Iwona gaúnie, Marta to widziaùa tysiàce razy. Nikùy pùo­mieñ, który jeszcze ostatnim wysiùkiem podnosi siæ i drýy, ale úwieca siæ skoñczyùa, pod spodem nie ma wosku, jest tylko

metal.

- Proszæ ciæ, proszæ! - Marta zaklina, moýe tym razem siæ uda, jeszcze nie chce, ýeby Anioù zdmuchnàù ten pùomieñ,

m

choã czuje jego obecnoúã. - Proszæ, Boýe, co ja mam robiã? Co ja mam zrobiã? - Nachyla siæ nad Iwonà. Jeúli jà osùoni, moýe tamten jej nie zauwaýy. Jeúli odpowiednio zaczaruje rzeczywistoúã. - Posùuchaj, Iwonka, chcesz, wezmæ urlop, mam chyba szeúã tygodni zalegùego urlopu, coú razem wymy­úlimy, zawsze coú wymyúlaùyúmy, proszæ, proszæ - Czuje pod powiekami przenikliwe zimno, wie, ýe juý nie powstrzyma leê.

Iwona otwiera oczy i patrzy na Martæ z miùoúcià. Marta milknie, jest za póêno, teraz tylko nie chce uroniã ani sùowa.

- Jestem taka zmæczona - sùowa Iwony stajà siæ cieniut­kie jak pajæcza niã - taka zmæczona Nie plàcz Rzeczy ostateczne i tak siæ dziejà mimochodem Zrób mi zastrzyk, jeszcze jeden i idê juý Nie siedê juý przy mnie Pocaùuj mnie Pozwól mi odejúã, siostro, pozwól mi odejúã

Spis treúci

Niedziela

Kot mi schudù..

Powrót do domu Podanie o miùoúã

Kiedyú ..

Ksiæýyc ci upadù

Drugi Brzeg.

Wieczne pióro..

Miùoúã i morderstwo Pozwól mi odejúã



Politica de confidentialitate | Termeni si conditii de utilizare



DISTRIBUIE DOCUMENTUL

Comentarii


Vizualizari: 2224
Importanta: rank

Comenteaza documentul:

Te rugam sa te autentifici sau sa iti faci cont pentru a putea comenta

Creaza cont nou

Termeni si conditii de utilizare | Contact
© SCRIGROUP 2025 . All rights reserved